Ojciec

Ja miałam ojca może do 5 roku życia.

Ani ja nie miałam ojca, ani moja siostra, ani mama nie miała męża.

Wiktor Komar był żołnierzem wyklętym, byłym AKowcem, w swej wyobraźni co najmniej generałem, a my jego plutonem, składającym się z szeregowców, którzy mieli prawo tylko słuchać jego rozkazów oraz wykonywać je bez prawa głosu. W przekonaniu ojca kobiety i dzieci prawa głosu nie miały. Może wyniósł takie poglądy ze swojej pokrytej słomą wsi, gdzie dookoła byli prawie tylko analfabeci. A jego ojciec też nie znosił sprzeciwu. Ojciec był jakby z innego świata…

Bużyska nad Bugiem to był do lat osiemdziesiątych inny świat. A co dopiero jego wychowanie w latach trzydziestych… na wsi bez prądu, bez bieżącej wody.

Ojca trzeba było się słuchać. Inaczej groził wpierdol albo w najlepszym razie opierdol z wyzwiskami i obelgami, które były podłe, ohydne, upokarzające i obrzydliwe, zwłaszcza dla kobiety czy dziewczyny. Dla mnie 16 – letniej jeszcze bardzo niewinnej.

Ojciec był schizofrenikiem. Chociaż uchodził za normalnego.

Życie z kimś takim było koszmarem. Tym gorszym, że nikt by nam nie uwierzył. Wszyscy oprócz żony i córek znali tylko miłego i przyjemnego pana Komara. Ale sąsiad Danek tylko Pana Komara się bał i go respektował. Sąsiedzi prosili czasem o interwencję, gdy Danek dostawał szału (chory, niepełnosprawny umysłowo i ruchowo, uraz mózgu okołoporodowy).

Wiktora żona i córki żyły głównie z tym mniej przyjemnym. Zdarzały mu się chwile „dobroci“ nawet dla nich, ale bardzo rzadko i raczej przy innych.

Nigdy nie wiadomo było, co, kiedy i jak mocno mu odpierdoli.

Czy uderzy, czy dokopie, czy rozwali mebel lub zerwie kabel ze ściany, czy ty tylko wyzwie i nastraszy. Prawie codziennie z byle powodu.

Jeśli wkurwił się z byle powodu, wyżywał się nad córkami i żoną. Nad żoną najbardziej. Jeśli córki go wściekły, to mścił się też na żonie, bo to była tylko jej wina, że źle je wychowała!

Mama raczej mu się nie stawiała, moja siostra i ja, owszem. Kończyło się to nieciekawie. Mnie (lat 12) skopał leżącą na podłodze.

A to runął wywalony przez ojca regał, a siostra (lat 24?) miała podbite oko, a to ja, dopiero jako nastolatka (lat 16), rzuciłam mu przed nosem czymś (nożyczkami?), specjalnie obok niego, ale trafiłam w szybę w oknie, pękła. Wtedy zorientował się, że jego krew i lepiej mnie też za mocno nie wkurwiać. Domyślił się może, że następnym razem mogę trafić do celu.

Córki Wiktora miały prawo modlić się bez przerwy, chodzić do Kościółka, odbywać post i robić, co ten przedwojenny bohater wsi i lasu wymyślił.

Na regale stała książka „Szaleńcy Boży“. Chyba nie przypadkiem.

Żona pracowała i nie było jej po 10 godzin dziennie w domu, a w weekend miała go obsługiwać i być w kościele co niedzielę.

I kurwa nikt nam z rodziny nie uwierzy, jaki to był koszmar żyć z nim pod jednym dachem i nie zwariować.

Siostrze się nie udało i zwariowała (schizofrenia). Mama też, trochę lżej. Mnie udało się przeżyć na krawędzi, będąc czasami jedną nogą na granicy pomiędzy zdrowiem a nerwicą czy depresją.

Pomiędzy szczęściem a rozpaczą, między życiem, a chęcią opuszczenia tego syfu i tego psychicznego terroru, zakrapianego wybuchami agresji fizycznej.

Kiedy ojciec czuł, że traci panowanie nad sobą i może nam zrobić poważną krzywdę, w pewnym momencie wychodził z domu.

Jako dziecko martwiłam się trochę, bo nagle z awantury robiło się nic. Ojciec wyszedł wściekły, bez słowa, czy wróci, dlaczego znika.

Mama się nie martwiła. Znała go dłużej. Mówiła, że wróci, jak się uspokoi.

Ojciec rzadko patrzył mi w oczy. Wtedy otwierał się duszą smutną, zranioną, wrażliwą lecz opancerzoną i niedostępną dla prawie nikogo. Rzadko, wtedy miał łzy w oczach i nic nie mówił. Może chciał przeprosić, że o mało nie umarłam poparzona (lat 1) przez jego głupotę.

Wtedy był mi bliski i było mi go żal. Wtedy widziałam, że mnie kocha, ale nie umie tej miłości okazać i dać. To był taki nasz moment intymny, bez świadków.

Sam też się męczył.

Nie umiał się do tego przyznać, nie umiał się z tego wyleczyć, co sprawiło, że żył jak dwie różne osoby.

Pewnie wojna, partyzantka, przegrana walka żołnierza AK o pseudonimie „Caro czy Karo“.

Prześladowania w czasie Stalinizmu. Przesłuchania, po których walczył z paniką i strachem o los własny i swojej rodziny.

Zdrada żony, jej psychiczna choroba po tym wydarzeniu.

Choroba i śmierć córki Ewy.

Córki niepokorne i niezbyt bogobojne, z nadmiarem fantazji i fanaberii. O usposobieniu podobnym do niego.

Brak syna.

Życie w systemie pełnym fałszu, upokorzenia przez Partię i jej ludzi.

A na koniec nawet go nie internowali, tylko nadal musiał siedzieć w domu z nastolatką i bez żony (żona w NRD).

Niby się cieszył, że nie siedzi, ale z drugiej strony chyba mu było przykro. Został sobie z ulotkami w tapczanie, a Jaruzelski instruował go z telewizora, a Głos Ameryki dodawał otuchy z radia.

Nigdy niczego się nie dorobił, ale uważał, że żył uczciwie.

Na emeryturze dorabiał na kurzej fermie i kupił tani używany lecz zagraniczny samochód (ISUZU?).

Wcześniej też miał Syrenkę, bo ją wygrał na loterii, potem Fiata 125 p i starego malucha. Potem Cinquecento.

To był jego sukces.

Zamiast fury z końmi z lat młodości, samochód osobowy i mieszkanie zakładowe, które mógł w latach ok 2001 (?) wykupić na własność i tak zrobił.

Zapomniałam, na kilka miesięcy przed swoją śmiercią okazało się, że zaoszczedził, także kosztem swojej zawsze pracującej żony, ok. 30.000 zł (ok. 10.000 $ w 2006 roku). Janka zmuszona była od wielu lat płacić za czynsz, prąd, telefon po połowie, żeby było „sprawiedliwie“, chociaż jego emerytura była wyższa.

Nie zapytawszy swej żony o zdanie podarował te wspólne (w małżeństwie) 30.000 zł swej córce Alinie.

Nie przejmował się, czy jego żona będzie zabezpieczona na kilka ostatnich lat życia. I była – dzięki mnie, bo siostra nawet nie zapytała, czy się do czegoś dołożyć. Wolała wydać na papierosy.

Kiedy ojciec zaczynał ze mną dyskutować przy moim 4 – letnim synu, Adam stawał po mojej stronie i oznajmiał swojemu dziadkowi, żeby się lepiej nie kłócił z jego mamą! Bo jak się będzie kłócił, to wsadzi go do rowu i zakopie! I tym podobne wytwory wyobraźni przedszkolaka.

Wiktor musiał stwierdzić, po cichu, że to jego krew! I się nie mylił. Dzisiaj coraz więcej podobieństwa charakteru.

Instagram

Koleżanka życzliwa

Przez pierwsze 4 lata po urodzeniu syna byłam z nim prawie codziennie sama. W Niemczech.

Owszem była niania na godziny, mówiła po rosyjsku. Od czasu do czasu spotkanie z inną matką z dzieckiem, ze znajomą z przymusu, żeby nie być całkiem samej.

Ale nie mieliśmy rodziny, ani babci, ani dziadka, ani cotki, ani kuzynki itp. Ani przyjaciół.

Wszyscy byli w Warszawie lub w Polsce. Z płaczem powracaliśmy co pół roku do naszej czarnej dziury. Mama i Tata zostawali z płaczem w Warszawie.

Byłam w Warszawie u koleżanki na Ursynowie, która miała 2 dzieci, męża, nie pracowała, w Warszawie byli jej rodzice, teściowie i cała rodzina.

I ona mi mówi, że też jest prawie cały dzień sama…

Myślałam, że jest bardziej inteligentna.

Ale była tylko „życzliwa“.

Miała na myśli chyba: koleżeńska, pobłażliwa, uprzejma, łaskawa, dobroduszna, wyrozumiała, ludzka, wspaniałomyślna, pomocna, faktycznie trochę mi pomogła, łóżeczko pożyczyła i kilka książek dla dziecka.

No ja też byłam czasami życzliwa, zapierdalałam taksówką na ten Ursynów i z powrotem. Też z czekoladą, książką czy drobną zabawką, co pół roku, gdy byłam w Warszawie.

Jej mąż był łaskaw także życzliwie zapytać, kim jest ten dziadek? Kiedy ujrzał na fotce mojego o 30 lat starszego męża. Czyżby mu nie mówiła, za kogo wyszłam za mąż? Czy to ona mu tak opisała małżonka mego. A ja go wtedy jeszcze kochałam. Nie mogłam wtedy tłumaczyć różnych powodów do tej miłości i tej ucieczki do Niemiec od rodziny pełnej osób, którym żadna psychoterapia by pomóc nie mogła oraz Witka, w podobnym kontekście plus alkohol. On by się NIGDY ode mnie nie odczepił w Warszawie.

3 lata po rozwodzie mówił o mnie: „moja żona“, przy innych facetach.

Michnik starszy o 20 lat, ale przynajmniej nie będzie trzeba tłumaczyć, co to za dziadek! BOGU DUCHA WINNY. Chociaż pani Ela mówiła o nim, że to diabeł! Teraz rozumiem, co miała na myśli.

Gerd miał wtedy ok. 59 lat, czyli mniej więcej tyle co my teraz.

Michnik ma 77! Jak ja się z nim teraz pokażę?

No ale sama życzliwie mi BOGATEGO MĘŻA życzyła!

Nie przypominam sobie, by mówiła: Idź do diabła. Ale mam szansę tam wylądować. Na dodatek u starego Diabła!

A wiadomo, trafiają się także starsi milionerzy… W Michnika w 2008 uwierzyć nie bardzo chciała… Może nie wierząca?

Ale może o Michniku nie słyszęli, bo raczej z opozycją za młodu nic wspólnego nie mięli. Raczej wręcz przeciwnie.

Ja się chociaż otarłam… o Mateusza i mojego Tatę.

Ja byłam życzliwa kilka lat wcześniej i ganiałam po Koblenz, w celu wywołania jakichś slajdów dla jej męża, nie wiem, czy to nie było możliwe w Warszawie w 1995 roku?

Wydaje mi się, że Gerd za nie zapłacił i nie chciał forsy. Dziadek taki, też był życzliwy!

Piszę to, bo nie lubię fałszu, zakłamania i braku szacunku. Znałyśmy się od 4 roku życia. Z przerwami, ale w kontakcie.

Nawet nie zapytała w 2008, jak sobie poradzę sama z dzieckiem, bez pracy. Z domu katoliczka.

Ona grała jako 5, 6 -latka śliczną Marusię, a ja psa Szarika. Może to rzuciło cień na nasz układ. Wiadomo było, kto był gwiazdą, a kto czworonogiem.

Chyba ja się bardziej o ten kontakt starałam. Od dziecka ją lubiłam i kochałam, jak gdyby siostrę, którą mieć chciałam.

Raz w wieku lat ok. 10 – 11 chciałam Agnieszce P. podarować lalkę, ale jej mama nie pozwoliła tej lalki przyjąć.

Może się narzucałam, spragniona przyjaźni i fajnej koleżanki. Tak, za bardzo się narzucałam. Ale jakoś tolerowała to życzliwie i z uśmiechem. Może znajoma w Niemczech była w tamtych czasach jakąś ewentualną atrakcją.

Raz poprosiłam, żeby dała mi znać, jak będzie sprzedawać mieszkanie, to ewentualnie bym kupiła. Mogłam sprzedać jedno, dołożyć ok. 10.000 € i pewnie by wystarczyło.

Łatwiej sprzedać mieszkanie będąc zagranicą niż znaleźć i kupić odpowiednie. Ale się nie odezwała, a sprzedała, rok ok. 1998?

Chodziłyśmy razem na religię (aż do 8 klasy?), razem do komunii, razem aż do 4 klasy, potem ona zmieniła szkołę.

A potem byłyśmy w tym samym liceum 47. w Warszawie. Ona w mat-fiz.

Grzesiek Kawulak (z mojej klasy) chciał z nią chodzić, ale mu odmówiła, to od niej przyszedł do mnie i mnie zapytał o to samo. Też mu odmówiłam, szczególnie urażona, że najpierw ją zapytał.

Ja w biol-chem. Ale był jakiś kontakt. Ten sam rocznik, matura.

Ja nie lubiłam tracić osób mi bliskich z otoczenia.

Inaczej było chyba z tymi osobami, które straty mojej osoby nie zauważały nazbyt mocno.

Okazało się, że nawet wcale.

Do Niemiec zapraszałam, ale nie było to atrakcyjną ofertą dla Agnieszki P.

Nie ona jedna.

Może nawet odetchnęły z ulgą, że w ich ułożonym perfekcyjnie życiu nie będzie mojej osoby, z kilku powodów jakby „nie typowej“. W liceum (2 klasa) lubiłam rzucać się czasami w oczy dziwnym strojem i wyglądem. I pewnie zbyt wiele gadałam, na przykład o chorej siostrze. Pod wpływem natłoku emocji za dużo gadam. A gdy miałam 16, 17 lat byłam wulkanem emocji i jak zawsze w stresie.

Koleżanka widziała i oceniała świat ze swojego punktu widzenia, ale po matfizie może nie trzeba się dziwić.

Ania też się odcięła (w 2006), obie znały się wcześniej ze szkoły.

Ania też raczej lepiej liczy niż interpretuje. Przydało jej się to liczenie w księgowości. A ja ją kochałam jak siostrę.

A od pewnego czasu (2007?) postanowiła liczyć na moją siostrę, nie na mnie. To dowód na błąd w interpretacji. Ale w Niemczech była u mnie razem ze swoją siostrą (1996?).

Ula olała mnie od dawna, ale ja byłam z tym pogodzona dłużej. Była w 1995 w Koblenz z pierwszym mężem.

W 2008 tłumaczyła mi znudzona, że nic się nie wyjaśni, i raczej żyję fantazjami. Mój wiersz posłała jednak swemu drugiemu niemieckiemu mężowi.

Przez 17 lat miała rację.

Chociaż też było trochę przykro. Ale forsę w potrzebie pożyczyła. Oddałam po sprzedaży mieszkania.

Agnieszka Sur. pragnęła przyjąć nową osobowość matki Niemki i nie wspominać ze mną starych czasów, jak to się zbierało butelki po piwie w Magdburgu (1986?) i wpierdalało chudy serek z cebulą, by zaoszczędzić.

Jako żona zamożnego Niemca starała się wejść na nową bogatą i niemiecką drogę życia bez zbytecznych ogonów, z czasów biedy i PRL. Tym bardziej, iż nie wyłam z zachwytu nad jej narcystycznymi pomysłami.

Wolała Tupper Partys z niemieckimi sąsiadkami i znajomymi. Raz mnie zaprosiła. To takie party na którym się podziwia plastikowe pudełka i się je kupuje.

Tak ogólnie to muszę stwierdzić i potwierdzić, że bez męża czy faceta i nie na bogato, wszyscy cię oleją.

Albo z mężem ale bez dziecka.

Albo z dzieckiem w biedzie.

Kobiety raczej tworzą kółka wspólnej doli i niedoli, lecz rzadko prawdziwe przyjaźnie.

Oglądając serial „Przyjaciółki“ trudno mi uwierzyć, że takie przyjaźnie są możliwe.

Przez jakiś czas starałam się coś podobnego stworzyć (Ula K., Agnieszka P. Ania G., ja…)

A może tylko ja nie pasuję do nikogo?

Albo Michnik sterroryzował wszystkich…

Bo Agnieszka z miasta Łodzi też mało widoczna, a bardzo fajna. Odwiedziła mnie w Koblenz w 2004 roku.

Ja to mam szczęście do Agnieszek.

….

W sumie dobrze wyszło.

Bo gdyby Michnik pojawił się w 2008, to wtedy okazałoby się zapewne, iż miałam liczne grono NAJLEPSZYCH PRZYJACIÓŁEK

oraz kochająca siostrę! A może i życzliwego siostrzeńca. Spędzał on u mnie chętnie kilka razy 2 tygodnie wakacji (1995 – 1997, 2000, 2002?). Ale jako młody dorosły olał całkiem. Chrześniak!

Michnik dodał Jurka na lepszy postrach, tak że nawet Kasia R. musiała się wypowiedzieć, goszcząc u mnie, że lepszy taki niż żaden.

To i tak był komplement, bo inne koleżanki musiały chyba nawet myśleć, że nie lepszy…

W Niemczech od wielu lat trudno mi było znaleźć przyjaciółkę. Najpierw ze starym mężem bez dziecka, potem sama z dzieckiem…

Ktoś tak nietypowy, na dodatek z Polski jest w Niemczech kategorii B. Można czasami się spotkać, ale na dystans. Miałam znajome, znajomych wśród moich uczniów z kursów jęz. niemieckiego, głównie z byłego ZSRR. Poduczyłam się przy nich rosyjskiego.

Ale w języku obcym nie jest tak jak w ojczystym.

Nasze sytuacje osobiste i rodzinne były bardzo różne.

Na szczęście poznałam kilka fajnych osób w Warszawie, Kasię R. (po lstach znów), jej corkę Anię R., Agnieszkę z Łodzi, panią Martę z przedszkola, Kasię – mamę Dominika. Bardzo mi pomogły, za co jestem niezwykle wdzięczna.

Kompetentne i życzliwe osoby (jak pani Bogusława i jej szefowa) z biura nieruchomości „Drągowski“ na Saskiej Kępie przy ul. Waszyngtona.

Sprzedaż mieszkań w Warszawie z zagranicy jest możliwa, ale niełatwa. Tyle załatwiania i dla mnie (wtedy w depresji i z małym dzieckiem) było to bardzo dużym wyzwaniem. Likwidacja mieszkania to ogromny stres. Zwłaszcza gdy ma się na to tydzień czy dwa i dziecko u boku.

A siostra nasłała komornika! Nie umiała się odezwać, porozmawiać, tylko adwokat i komornik!

A przecież widziała mnie i Adasia w sądzie, na sprawie spadkowej. Udała, że nas nie zna i nie widzi. Pani adwokat jej chyba poradziła, bo sobie zarobiła! Gdybyśmy się dogadały, nie miała by co robić ani zarobić.

Mój syn (lat ok. 9) mówi: ciocia! A ciocia nas nie widzi. Ani mnie, ani jego.

I po to z nią do psychiatry chodziłam, i kilka razy się nią i jej synem opiekowałam, gdy spała przez 2 tygodnie po tabletkach psychotropowych, aby dojść do siebie…

Plany

Nasz Pałac!
Na tarasie widokowym będzie nasz balkon. Postawię se tam 20 drzewek oliwnych, każde na BALII! I będę trzymać wielbłądy balkonowe oraz słonie! Balkon w słoniach utonie! I jeszcze ogromne Kaktusy i Yuki na mym Pałacu Kultury i Nauki.
A żeby było cudnie, wykopię na 30 piętrze studnię! A na iglicy powstanie piękne gniazdo bocianie!
A nie jakieś gołębie, gołębie niech se siedzą na Dębie!
Bocian jako ptak egzotyczny i dziki przyleci do nas co roku z Afryki!
A jak przesuniemy szafę, to się też wstawi Żyrafę!

Na dwudziestym ósmym piętrze zrobi się akwarium: na świecie największe!

Na „Kongresowej“ zrobi się lotnisko. To będzie nam do lotów w kosmos blisko!


Towarzysz Stalin pałac nam wybudował, a ty będziesz tam sobie teraz na bażanty polował.
I ze mną do zdjęć pozował.
Najwyższy czas na jednym z pięter zrobić las!
W lesie od chwilki do chwilki oglądać będziemy lisy i wilki!

Dubaj się chowa!
Wszyscy będą podziwiać Pałac Kultury, niedaleko Grochowa!

Kochany! Mam po ślubie takie wspaniałe plany!

(twierdzi, że wszystko dla mnie zrobi!!) i sam kłamie! a mi każe prawdę mówić… no to słowo się rzekło!)

P. S. Nie po to ludzi na wojnach mordowali, żebyśmy sobie teraz żałowali! (uwaga: sarkazm)

Zdrada

zdrada zdradzie
nie jest równa

każda zdrada
ma smak
i zapach gówna

czasami zdrada
ma twarz sąsiada
czasami ma imię
przyjaciela
zdrada w różne
postacie się wciela
i inne ma nawyki

tylko skutek
zawsze ten sam:
zdrada robi z życia
chłam
zdradza świnia albo cham

zdradza człowiek słaby

czasami zdradzają faceci
czasami zdradzają baby

zdrada zdarza się
z samotności
z braku miłości

ze złości
z ciekawości
z tęsknoty
z głupoty

gdy nie ma nic lepszego do roboty

zdradza się w depresji

albo pod wpływem presji

żeby samemu wyjść z opresji

zdrada każdego zaboli

zdrada bierze do niewoli

zdradzającemu i zdradzanemu
dopierdoli

człowiek jest
jednak czasami
słabej woli