23.03.17
Niemcy, dzień marcowy, dość ciepły, słoneczny. Kobieta lat 50 wraca po pracy do domu. Siada na ławce w okolicy szpitala. Ławka obok jest wolna, ale leżą na niej jakieś porzucone rzeczy: linka do roweru i otwarta, pusta już puszka po zupie, chyba grochowej.
Przyjemnie, słońce, powiew wiatru, drzewa jeszcze bez liści. Kobieta siada na wolnej ławce i odpoczywa. Mija kilka minut.
Po chodniku przejeżdża obok ławki młody mężczyzna na wózku inwalidzkim. Trzyma na kolanach jakieś teczki, w tym jedną zieloną.
Za chwilę przechodzi obok ławki kobieta, niesie na sobie malutkie dziecko w chuście na piersiach, w wózku pcha inne a 100 m za nimi woła do mamy najstarszy synek z placu zabaw (lat 5?): „Mama, ich muss Pipi!“ „Mamo, muszę siusiu!“ Mama po niemiecku: „Ale nie na placu zabaw, wyjdź i chodź tutaj!“. Chłopiec dołącza do mamy i rodzeństwa i odchodzą dalej. Ile ta pani ma jeszcze siły…, pomyślałam.
Chwila ciszy. Słońce, wiatr, drzewa jeszcze bez liści, po drugiej stronie ulicy dom oświetlony promieniami słońca. Po ulicy przejeżdżają nieliczne samochody i rowerzyści. Znam kilka osób z widzenia. Jedna dziewczynka była z moim synem w żłobku, teraz to panna, inna jest z nim w tej samej szkole…
Ależ ten czas mija…
Obok ławki przechodzi dwóch panów mówiących po polsku. Jeden trzyma butelkę piwa w ręku. Wołają coś jeden do drugiego. Przyglądam się tylko i słucham.
Do ławki, na której siedzę, zbliża się para. Kobieta lat ok. 55 i mężczyzna w podobnym wieku. Pani ma bujne, długie, niecałkiem siwe włosy, jeszcze szare. Pan siedzi na wózku inwalidzkim, ciemnowłosy, z wąsami. Tęga kobieta pcha go na wózku przed sobą. Z nimi nadchodzi duży ciemnoszary pies o długich kudłach, trochę jak dreloki. Jest na smyczy. Para rozmawia ze sobą po rosyjsku. Słucham i patrzę z boku.
Pani: „Jakieś śmieci (musor) tu leżą“. Ale siada na ławce, dalej od śmieci, ustawia pana w wózku przed ławką, tyłem do siebie. Ona siedzi za jego plecami.
„Zaciągnij hamulec, żeby się nie toczył“, mówi. Pan szuka prawą ręką hamulca, znajduje go, zaciąga i wózek stoi bardziej stabilnie. Pies podchodzi do pana i oboje zagradzają całe przejście na chodniku, pan głaszcze przyjaciela. Ktoś przechodzi za psem, jedną nogą na trawniku, drugą tuż za psem, wpatrzony w swój telefon komórkowy.
„Chodź tu do mnie“, woła pani do czworonoga, który jej słucha i staje obok niej.
Pani zaczyna coś opowiadać. Pan siedzi nadal tyłem do niej na wózku, patrzy przed siebie.
Skrót rozmowy:
Pan: „Dałaś mi same ciepłe koszule. A z krótkim rękawem (futbolek) nie dałaś. Mnie za ciepło tak w szpitalu.“
Pani: „Jak ci za ciepło, to się możesz rozebrać.“
Pan: „Jak rozebrać?“
Pani: „No w majtkach (w trusach) możesz siedzieć, skoro temperatura wysoka“.
Pan: „No jak ja mogę tak w trusach w szpitalu? Zabierz te ciepłe ubrania, przynieś koszulki z krótkim rękawem.“
Pani: Charaszo.
Chwila ciszy. Pies węszy w moim pobliżu na ziemi, ale nie podchodzi. Jest na smyczy. Na szczęście. No nie znam psa.
Pani: „Wiesz, jak trzeba, to żadnego lekarza nie ma. Termin trzeba mieć, a tak to żadnego nie zobaczysz. Co oni robią? Wszyscy zajęci… Posłuchaj, czytałam w internecie, że są takie różne grzyby, które atakują człowieka. Niektóre są bardzo niebezpieczne dla zdrowa i życia i nie ma na nie żadnego antybiotyku. Jeszczo nie pridumali takiego antybiotyku. Jak się takiego grzyba ma, to się na niego umiera. Wiesz, trzeba się dobrze odżywiać, być na świeżym powietrzu, mieć dobry system odpornościowy…
No ale ja jeszcze nie wiem, jakiego ty grzyba masz….“
Tu mnie się zrobiło dziwnie, bo siedzę na ławce obok… Czy ten grzyb lata????
Pan nic nie mówi. Siedzi do pani tyłem, patrzy do przodu.
Ja pomyślałam, że chyba wstanę i nie będę czekać aż nadleci grzyb, na którego nie pridumali jeszczo antybiotyku….
Wstałam i przeszłam obok pana, który spojrzał na mnie z nadzieją, że nie znam Rosyjskiego, uśmiechnęłam się do niego ukradkiem.
Poszłam do domu.
24.03.17
Dzisiaj znowu wracałam na piechotę po pracy do domu. Ładny, słoneczny dzień zachęcał do spaceru.
Ławka, na której wczoraj siedziałam była wolna. Usiadłam na niej.
Na ławce obok siedziało dwóch mężczyzn, mniej więcej w moim wieku albo trochę starszych. Panowie rozmawiali po niemiecku o zużyciu prądu i o samochodach. Obok jednego z nich leżała linka do mocowania roweru i stała duża butla napoju. Drugi pan miał ze sobą wózek na zakupy na kółkach, w kolorach wyblakłego różu lub czerwieni i zszarzałej bieli.
Powiew wiatru, słońce, oświetlony promieniami budynek po drugiej stronie ulicy. Drzewa jeszcze bez liści, ale puszczyjące setki albo tysiące małych zielonych pączków. Po drzewami dekorowały mój widok żonkile.
Obok ławki przeszło dwóch panów mówiących po polsku. Powiedzieli „Morgen“ do mężczyzn na ławce i poszli dalej. Może to byli nawet ci sami panowie, co wczoraj…? Czyżby chodzili tamtędy codziennie o tej samej porze?
Przeszła pani ciągnąca walizkę na kółkach i kilka innych osób, raz w lewo, raz w prawo, patrząc z mojego miejsca.
Pan z torbą na zakupy na kółkach odszedł po chwili rozmowy ze swoim sąsiadem z ławki. Drugi mężczyzna został i popijał napój z dużej butli. Miał na ręku złoty albo złotego koloru sygnet, chociaż tak na oko nie wyglądał na zamożnego.
Dzisiaj było jakby trochę chłodniej. Wstałam po 10 minutach i poszłam do domu.