Z serii: Listy do redakcji

Warszawa, 29.07.08

Szanowny Panie Redaktorze,

nie zauważam na razie ubocznych skutków pisanych przeze mnie i wysłanych maili do Pana, mam nadzieję, że Pan także. Z chłodnikiem to trzeba zawsze z umiarem w te upały…

Nawiązując do rozmyślań nad użytkownikami polskich dróg i chodników, dręczą mnie pytania, na które staram się znaleźć odpowiedź.

Będąc ostatnio na Saskiej Kępie i poruszając się zgodnie z przepisami po drodze dla pieszych, czyli chodniku lub raczej trotuarze, bo ulica to była Francuska, napotkałam na pewne trudności w swobodnym przemieszczaniu się, gdyż takowe utrudniały zaparkowane tam pojazdy mechaniczne podobne do czołgów.
Czyżby znowu stan…???
Nie, to tylko pokolenie dzieci stanu… dorobiło się wreszcie własnych wehikułów i wprowadziło je, realizując marzenia dzieciństwa, na ulice, i co ważniejsze, na chodniki Warszawy. Chciałabym tu podkreślić wspominaną w literaturze przez największe autorytety ważną rolę przeżyć z lat najmłodszych, niestety.
Zastanawiałam się, dlaczego po mieście tak zatłoczonym samochodami, mieszkańcy, a może przyjezdni poruszają się samochodami terenowymi, jeepami, i czołgopodobnymi limuzynami o ciemnych szybach i długości trzech samochodów marki Mały Fiat, które też były przecież marzeniem naszego dzieciństwa.
Olśniła mnie myśl, że te ostatnie świetnie nadają się także na tak zwaną ostatnią drogę, więc może kierowcy są przewidujący i nie chcą ponosić dodatkowych kosztów pogrzebu, a szansa na przeżycie jest na polskich drogach nie zadowalająca. Być może w razie czego, podrzucą kogoś w tej ostatniej posłudze i dorobią sobie na jedną z rat kredytu, którego pewnie i tak nie spłacą osobiście, chyba, że ich prawnuki…
Samochody (tzn. ich właściciele) parkują więc gdzie chcą i jak chcą, przodem, tyłem, bokiem, po lewej i prawej stronie ulicy oraz na środku chodnika, uniemożliwiając przejście matkom z wózkiem, osobom niepełnosprawnym na wózku, czy o kulach. Czasami kierujący pojazdem zostawiają nawet pół metra odstępu od ulicy, ażeby jakiś konkurencyjny kierowca nie wniósł uszczerbku na lakierze i polakierowanym zderzaku, rzecz jasna, który ma zdobić a nie amortyzować, co najwyżej od zderzeń z nogami przechodniów, których zakurzone miejskim pyłem ubranka, mogą wyrządzić wehikułom mniejszą krzywdę.
Zastanawiam, się, nad słusznością wprowadzenia zakazu ruchu dla pieszych na chodnikach, zawłaszcza dla dzieci, które nieobliczalne ruchowo mogą staranować lub wybrudzić stojące grzecznie i wypucowane samochody.
Straż miejska, której to przedstawiciela zapytałam o przepisy, jest raczej mało zainteresowana
pojazdami blokującymi na chodnikach, gdyż akurat zagadnięty przeze mnie przedstawiciel zajęty był pilnowaniem i karaniem dwóch kryminalistek, które sprzedawały w okolicach ul. Francuskiej kilka kilogramów czereśni z działki, w celu przeżycia do opadnięcia jabłek.
Strażnik poinformował mnie, że przejście na chodniku powinno wynosić 1,5 m. I to tyle.
Nie był zainteresowany interwencją przeciw kilkunastu samochodom. Z kryminalistkami mógł sobie pewnie pogadać, a może i czereśni dla dzieciaków dostał, co zmniejszyło kobietom karę o 8,50 za kilogram..

Z poważaniem

Joanna Krupińska

Hinterlasse einen Kommentar