rok 2010, 2017
Szanowny Czytelniku,
wakacje. Chwile wolne. Internet. Nasza klasa. Stare zdjęcia z lat osiemdziesiątych.
Zamyślam się, jak to było wtedy…
We wrześniu 1981 roku zaczęła się szkoła, liceum. Słabo pamiętam początek roku szkolnego.
Pamiętam, że dużo się mówiło w tym czasie o „Solidarności”, mój tata bardzo wszystko przeżywał i angażował się, także czynnie, a ja nie wszystko rozumiałam. Wiedziałam, że chcą coś wywalczyć. Wszyscy mieli dość braku wszystkiego, chcieli zarabiać więcej, i że się to władzy nie podobało. Bo władza miała już więcej i nie chciała tego stracić, tym bardziej, że jak informowała społeczeństwo ustami „uroczego” rzecznika, mogła się sama wyżywić.
Mhm? Samymi koniakami, które zawalały szafy i regały wielu dyrektorów i prezesów???
Jak doniosła mi niedawno pewna znajoma, lekarz z jej rodziny, ubolewał wtedy, że tyle tych koniaków. Kłopot miał, trzeba było do specjalnego komisu nosić, by to wymienić na gotówkę. Biedny, że tak musiał brać… Nawet nie wiedziałam, że takie komisy były…
Dziś zastanawiam się, dlaczego rzecznik prasowy rządu drwił ze społeczeństwa, dlaczego doprowadzał ludzi do wściekłości i oburzenia, zamiast ich uspokajać?
A może sam rząd prowokował ludzi, licząc na ich działanie i pomoc w przeprowadzeniu tego, co się stało, dzięki ruchowi jakim była „Solidarność”? Może oni też chcieli być solidarni, ale nie wolno im było tego okazać ze Związkiem Radzieckim na czele, bratnimi armiami państw socjalistycznych tuż za granicami, i nie ośmieszając siebie oraz innych budowniczych Ludowego Państwa Polskiego? Przecież gdyby Urban chciał, mógł sobie i znajomym wtedy załatwić paszport i wizę… Gen. Jaruzelski na pewno też. Mogli wyjechać w miejsca przyjemniejsze niż tamtejsza Polska. Ale zostali, godząc się pokornie na szykanowanie ich działań przez osoby nie potrafiące myśleć logicznie, osoby, które osiągnęły swoje pozycje także dzięki takim ludziom jak Generał Jaruzelski i Jerzy Urban, którzy pozornie byli przeciw, a dzięki którym nie doszło do Krwawej Wojny na skalę całej Polski!
Teraz rozumiem późniejszą wypowiedź Lecha Wałęsy: „Jestem za, a nawet przeciw!“
Pamiętam, dzień 13. grudnia 1981 roku. Stan wojenny!
Mój ojciec, poruszony, wpadł do mojego pokoju rano i ogłosił go na jakiejś podstawie. Był bardzo rozczarowany, że go nie aresztowano, bo właśnie dzień wcześniej miał gdzieś iść i coś zanieść, co skopiował nielegalnie, ale sama już nie wiem dlaczego, nie poszedł tam! Wola nieba? Tata bardzo wierzył, że nic nie dzieje się przypadkiem.
Całe życie pozornie się cieszył, że udało mu się wtedy uniknąć aresztu. Ale wiem, że było to dla niego wielkim upokorzeniem, że nie był tam, gdzie inni, ci którzy walczyli o to samo, co on. Teraz dziwię się, że nawet do nas do domu nigdy nikt z Milicji czy z UB nie przyszedł. A tata znosił sporo różnych niedozwolonych pisemek, ulotek i znaczków. Myślałam wtedy, że tak było w każdym domu i każdy to ma i rozprowadza. Czasami wymienialiśmy się więc bibułą jak znaczkami pocztowymi. Nie widziałam w tym nic szczególnie zabronionego czy niebezpiecznego.
Pamiętam poważną twarz generała Jaruzelskiego w telewizji, i to że chyba nie było takich jak zwykle programów. Pamiętam spikerów w mundurach. Na karykaturach ich postaci dorysowywaliśmy wokół ich głowy lufy skierowane w ich „uśmiechnięte” twarze.
Dzieci i młodzież nie mogli 13 grudnia od rana cieszyć się informacjami z popularnego poranka: „W domu i w zagrodzie”. Wiele więcej dla dzieci zwykle i tak nie było. A nabyta wiedza mogła być przeze mnie wykorzystana na lekcjach w klasie biologiczno – chemicznej.
A może ja po prostu tego dnia nie oglądałam, bo wszyscy byliśmy tak podekscytowani, tym co się stało.
Mając 15 lat bardzo chciałam zobaczyć prawdziwy czołg na ulicy! To nawet wydawało się fajne. Prawdziwy czołg, prawdziwi żołnierze! A nie tylko „Czterej pancerni i pies”, nie tylko „Kloss”, w telewizji i we wspomnieniach zabaw z przedszkola i z podwórka.
Prawdziwa namiastka, tego, na czym się wychowaliśmy, o czym słuchaliśmy co roku, od najmłodszych lat każdego 1-ego września i 9-ego maja…., o czym opowiadali dziadkowie, rodzice, nauczyciele jęz. polskiego, rosyjskiego i historii.
To było trochę jak cud. W najśmielszych wyobrażeniach, czegoś takiego my dzieci tamtych czasów byśmy nie wymyślili. Owszem, było trochę straszno. Trzeba było wracać przed 22, ale i tak trzeba było, bo ojciec kazał…. Ale teraz żołnierze na ulicach wydawali się pilnować porządku. Mogło się tak czasami zdawać. Bo oni nie wyglądali na bardzo zajętych, drepcząc wokół czołgu i przypalając papierosy. Na drugim, lub na pierwszym planie obrazu z czołgiem (w zależności od tego, gdzie stał lub gdzie się stało), gospodarze domów odgarniali śnieg, dzieci lepiły bałwany, osoby niezdarne łamały nogi na oblodzonym chodniku, śnieżna, mroźna zima…
Stan wojenny był (z mojego punktu widzenia i moich wspomnień) dla młodzieży niezaangażowanej w walkę polityczną pewnego rodzaju atrakcją adwentową i niezłym jajem w środku zimy. Takim śmigusem dyngusem na odległość. Trzeba było tylko uważać, żeby nie podejść za blisko i wiać, jak widać, że leją z armatki a tłum ucieka. Ale wielu, (chyba większość) przeżyło go bez większego szwanku na zdrowiu, o ile się nie narażali nadmiernie władzy.
My, ludzie nastoletni, nie wiedzieliśmy i nie rozumieliśmy wszystkiego, wielu nie zdawało sobie sprawy z powagi sytuacji. Nie wszyscy.
Rok, dwa później słyszałam, że niektórzy koledzy roznoszą ulotki, albo idą na demonstrację. Byłam trochę rozczarowana, że nie biorą dziewczyn ze sobą i robią z tego wszystkiego jakieś tajemnice. Teraz jestem im wdzięczna, bo wiem, że aresztowani doznawali nieraz potwornych tortur, narażali i tracili życie… Nikt wtedy tego nie przewidział, że przedstawiciele władzy są zdolni na różnych szczeblach, w różnych sytuacjach do takich zbrodni. Wydawało się nam, młodym, że rozdział zbrodni i tortur minął wraz zakończeniem Drugiej Wojny Światowej.
Pamiętam uczucie, które towarzyszyło mi i zapewne innym wtedy. Uczucie i poczucie, że ten Stan Wojenny będzie trwał wiecznie. Początkowe zainteresowanie zmianami i obecnością wojska zaczęło przeradzać się w obojętność, przyzwyczajenie, poczucie beznadziejności własnej sytuacji i niewiary w to, że ten system i ta wojna się kiedyś skończą. Przyzwyczailiśmy się do tej smutnej, szarej rzeczywistości, do kolejek, kartek na buty, na mięso i cukier, do noszenia makulatury w celu wymiany jej na zawsze poszukiwany (i prawie jedyny wartościowy wtedy) papier toaletowy, itp… .
Zaczęliśmy się podśmiewać z otaczającej nas rzeczywistości w naszych zeszytach i na kartkach, ośmieszając ten absurd, w którym przyszło nam żyć i dorastać. Wypisywaliśmy na kartkach WRON WON, rysowaliśmy karykatury Urbana i Jaruzelskiego oraz nas samych jako obywateli tamtego kraju bez perspektyw i bez przyszłości, bez szansy na mieszkanie czy na wyjazd z kraju.
Bawiło nas prowadzenie przez telefon „kontrolowanych” rozmów o bombach i broni, jaką składujemy na balkonie, i dziwiło, że nikt nie przychodzi tego sprawdzić! Zabawnym było otrzymywanie wierszy miłosnych od wielbiciela w kopercie z pieczątką: OCENZUROWANE! A w środku coś w stylu: „Kocham cię, kochanie moje….”
Ale tak ogólnie to naprawdę, było beznadziejnie. Jedyną rozrywką mojego taty było słuchanie „Głosu Ameryki” na przemian z „Wolną Europą”, których to (piszcząco – dudniący) dość mierny odbiór techniczny doprowadzał mnie do szału codziennie przez kilka lat… Wolałam Maanam, Budkę Suflera, Oddział Zamknięty i Lady Punk…. Mnie cieszyły prywatki, spotkania z przyjaciółmi, dyskoteki w liceach, książki. Niektóre zakazane, przemycone z zachodu. Jedna z nich miała tytuł: 1984. Każdy chciał to przeczytać. Ale w zasadzie znajdował się w samym środku tej opowieści.
Wspólną nadzieję czerpaliśmy ze wspólnych spotkań na mszy w kościele, śpiewie zakazanych pieśni w tłumie, z opowieści o Kuroniu, Michniku i Wałęsie, także Bujaku czy Borusewiczu, których nazwiska wywoływały podziw, lęk i poczucie, że ktoś walczy, także dla nas i za nas.
Kiedy patrzę na nasz kraj teraz, jestem pełna podziwu dla ludzi, którym udało się bez krwawej wojny zmienić tamten system upodlenia wszystkich przez wszystkich na kraj wolny, kolorowy, wygodniejszy, bogatszy. Może nie idealny, ale to jeszcze nie Raj.
Nie mogę zrozumieć, jak można nie szanować tego dorobku i tych ludzi, którzy te zmiany wywalczyli i wprowadzili. Jak można przypinać sobie medale, które wywalczył dla nich (głównie) ktoś inny, komu odmawiają zwycięstwa, komu zazdroszczą nazwiska, nie znając tragicznych losów tego, czy tych bohaterów, którzy nie zasłużyli dzisiaj na zaproszenie, czy na umieszczenie ich na liście preparowanej przez specjalny instytut, na życzenie graczy drugiej ligi tamtych czasów, którzy z ławki dla rezerwowych przeszli do rozgrywki, jaką demokracja im umożliwiła. Demokracja, którą wprowadzili długą i żmudną walką inni bohaterowie.
Lata osiemdziesiąte. Moja mama pracowała wtedy w NRD. Upokarzające kontrole paszportowe i kontrole celne na granicy. Godzinny, albo dłuższy postój pociągu w Zgorzelcu, pieczątki do paszportu, wnikliwe spojrzenia strażników ze służby granicznej i ich groźny ton, szczególnie tych z NRD.
Kiedy jako nastoletnia dziewczyna stałam kilkaset metrów od muru Berlińskiego, było mi strasznie smutno, ponieważ byłam pewna, że nigdy nie uda mi się stanąć po jego drugiej stronie, w Berlinie Zachodnim, że nigdy nie poczuję smaku wolności, że nie będę mogła zobaczyć jak jest tam, na Zachodzie, w krajach, z których czekolada (docierająca do nas w postaci darów) nie była czekoladopodobna, w których samochody były bardziej nowoczesne i dla ich mieszkańców dostępne, w krajach, w których jeansy były zwykłym ubraniem, a nie cennym skarbem, na który rodzina ciułała, by móc upolować je w „Pewexie”.
Marzyłam o tym, by móc kiedyś tam pojechać, do Paryża, do Londynu, do Kolonii, obejrzeć i poznać świat, który wydawał się być położonym na jakiejś innej, niedostępnej planecie. Planecie zwanej: Zachód. A ja nie miałam tam nikogo, kto wysłałby do mnie zaproszenie i nie umiałam zapłacić kierowcy zachodniego TIR-a, jak to zrobił pewien znajomy, by takie zaproszenie uzyskać.
Poza tym, kto wie, czy w ogóle daliby paszport na taki wyjazd…? Moja koleżanka, która wyemigrowała (z mężem polakiem) do USA ok. 1985 roku, (oboje po ukończeniu szkoły), na wszelki wypadek wzięła udział w wyborach (nie pamiętam jakich), gdyż zachowanie odwrotne, mogłoby otrzymanie paszportu uniemożliwić. To ktoś sprawdza nasz udział w wyborach, zastanawiałam się??? Ja się wtedy do nikąd nie wybierałam… Kto więc wybierał jedyną i nieomylną władzę w PRL??? Także ci, którzy stąd i tak wyjeżdżali, i przysyłali nam po roku jednego dolara na puszkę piwa z „Pewexu”, abyśmy wdzięczni mogli wypić za ich zdrowie i lepszą przyszłość, bo nam paszportu być może nigdy nie dadzą…
A bez paszportu, zaproszenia, wizy, odpowiedniej ilości dolarów na każdy dzień pobytu o wyjeździe nie było co marzyć. Więc cieszyłam oczy przynajmniej pustymi puszkami po zagranicznym piwie i opakowaniami po zachodnich papierosach, zdobiącymi półki niektórych uprzywilejowanych osób, które za bony lub dolary kupowali je w „Pewexie” albo „Baltonie”. Takich skarbów żal było wyrzucać.
Skarbami takimi mogły się cieszyć wszystkie pokolenia w polskiej rodzinie, bo nie było szansy na mieszkanie dla młodych ludzi. Tak więc zabudowani szafkami i pawlaczami, mieszkaliśmy w 4, 6, 8… osób na 36 m2 czy 46 m2 dwu – trzypokojowego mieszkanka. Z perspektywą dochowania się tam prawnuków…
Mało było wszystkiego i mało było pieniędzy na to, co można było kupić w kilku miejscach i na kilku bazarach po przerażająco wysokich cenach.
A jeżeli nawet coś rzucili, to sprzedawali po jednej sztuce na głowę, więc ustawialiśmy się kilka razy w tej samej kolejce, zdobywając w ten podstępny sposób trzy, a nie jedną butelkę „Bobofrutu” dla siostrzeńca.
Wszyscy kombinowali, skąd wziąć potrzebne rzeczy i pieniądze na nie.
Z NRD przywoziło się wszystko. Od pasty do zębów, przez torbę lodówkę (której dwa egzemplarze zachowały się po dziś dzień w szafie mamy), ubranka dla dzieci, ciuchy, buty, mixer, grill i motocykl. Kto mógł i umiał, ten handlował. Ja też próbowałam kilka razy, ale byłam za mało sprytna i sprzedawałam prawie po cenie, patrząc potem, jak moje byłe buty (nowe) pani kupująca ode mnie sprzedaje po chwili o 50% drożej…
Na bazarach można było kupić wiele z tych rzeczy. Inne towary wiozło się do NRD, i innych zaprzyjaźnionych krajów socjalistycznych (albo dalej), z którymi prowadziło się (nielegalną) indywidualną wymianę na szeroką skalę. Prezerwatywy i kryształy „szły” w Turcji, ozdoby damskie z masy sztucznej i wiklina w NRD, wszystko było rozchwytywane w ZSRR. Upokorzeni i sprytni ludzie wozili i przywozili na sprzedaż, uciekali przyłapani na handlu przed milicją, ukrywali cenny towar na granicy, rozkładając go do bagażu współpasażerów, którzy nie wiedzieć czemu, nie wieźli nic, albo w znikomych ilościach na użytek własny, swoich rodziców, dzieci, wnuków, najbliższych przyjaciół oraz szefów, którzy wyjazd taki uczynili możliwym.
Upokorzeni ale mniej sprytni, targali ze sobą jakiś element chodliwy, drżąc na granicy i udając, że Polacy z wiklinowym koszykiem się praktycznie nie rozstają…, a zwłaszcza podróżując do Niemiec Wschodnich. Celnikom musiało się raczej wydawać dziwnym, jak ktoś przysłowiowego koszyka ze sobą nie miał.
A potem nie potrafili tego sprzedać, więc wręczali koszyk (itp.) znajomym lub wracali z nim do kraju (jak się wtedy zwykło mówić). Handlowcy amatorzy, podróżujący z towarem w odwrotnym kierunku pozbywali się skarbu w kraju, prawie po cenie zakupu, aby dowiedzieć się, że koleżanka z pracy nabyła sobie to cudo (na bazarze) okazyjnie dwa razy drożej!
W szpitalach brakowało igieł jednorazowych, pacjenci leżeli na korytarzach, a leki trzeba było także zdobywać. Dary z Zachodu rozdawane były w kościołach i wielkim szczęściem było upolowanie tam odpowiednich lekarstw. Ja chodziłam tam po lekarstwa dla mamy. Inne rzeczy udawało się nam zorganizować.
Wreszcie, kiedy zostałam studentką, wyjazd na zachód okazał się być możliwym.
Coś się ruszyło. Ruszyli też pod ambasady studenci oraz wszyscy inni ciekawi świata i chętni do ciężkiej pracy za ciężkie dolary, czy też waluty wymienialne na nie. Do Szwecji najlepiej było wziąć alkohol i papierosy. Przebicie było kilkukrotne, lub jak kto wolał – radość u obdarowanych mieszkańców Skandynawii wielka. W Szwecji najbardziej smakował niektórym z nas pokarm dla psów i kotów, który wynosił najtaniej. A w chwilach wolnych od ciężkiej pracy można było dodatkowo zebrać kilka wyrzuconych puszek oddać za zastaw i też coś odłożyć.
Kto pamięta kolejki po paszport, a potem kilkudniowe kolejki po wizy do krajów zachodnich pod ambasadami, w których można było odkupić od „konika” miejsce, by nie spędzać osobiście na ulicy kilku dni i nocy? Wystarczyło wtedy poprzepychać i pokłócić się z rodakami tylko na ostatnich kilku metrach przed furtką ambasady, w której gmachu rodacy okazywali się być n.p. rodowitymi Niemcami i jako tacy opuszczali nasz upodlony biedą i niezadowoleniem kraj. Z mojego roku wyjechało kilka osób. W Niemczech poznałam kilka takich osób.
Ja studiowałam germanistykę i po trzecim chyba roku studiów dostałam z Uniwersytetu stypendium na wyjazd do Niemiec na hospitacje pedagogiczne.
I jak tu odmówić, wszystko za darmo i na dodatek 800,- DM do ręki. To były pieniądze i okazja, by zobaczyć świat!
Wyjechałam (niestety), zmęczona tym co było i zauroczona wygodniejszym i bezpieczniejszym życiem i wkrótce przyszłym mężem…
I tęskniłam, tak jak oni tęsknili i tęsknią. A powrót stawał się z każdym rokiem trudniejszy, mimo braku szczęścia rodzinnego i spełnienia zawodowego. Jak tu rzucić ten dobrobyt i znowu szukać pracy w Polsce? Jak rzucić męża i wrócić do katolickiej Polski jako podwójna rozwódka, mając lat 32? Wszystko się komplikowało, im dłużej człowiek w tym tkwił.
Szkoda, że tak wielu z nas wtedy wyjechało. Wielu zdolnych, wykształconych, którzy za granicą zawsze pozostają trochę obcy i jako cudzoziemcyw danym kraju mniej wartościowi. Bo co innego turystyka, a co innego emigracja…
Dziś kupujemy bilet lotniczy w Internecie, do wielu krajów nie potrzebujemy paszportu ani wizy, i coraz rzadziej emigrujemy i jedziemy do ciężkiej pracy, a coraz częściej podróżujemy jako turyści. Nie wozimy ze sobą prezerwatyw na sprzedaż, a co najwyżej na użytek własny, kryształy zdobią regały naszych babć i dziadków. A my jesteśmy zwykle zaopatrzeni w karty płatnicze i kredytowe.
Dziś ci, którzy oglądali Stan Wojenny przez okno ciepłego mieszkania, zza biurek albo ze spacerówek, czy też siusiali do pieluch z darów, a o NRD czytają z książek o historii, rozliczają i oceniają ludzi, którzy wywalczyli im wolność słowa i życia oraz dowolną ilość „Pampersów” dla ich pociech, nie na kartki.