Leżeliśmy przez dwa dni z gorączką, najpierw syn, potem ja, ledwo zipiąc, kaszląc bez przerwy kichając i opróżniając nos z niemiłej zawartości oraz nieproszonych wirusowych gości. Łykaliśmy tabletki i piliśmy syropy. Ja dodatkowo objadałam się czosnkiem i cebulą, a na ewentualne rozgoszczenie się bakterii, które zwykle atakują zaraz po wirusie, zastosowałam pułapki w postaci wacików z olejkiem kamforowym do uszu i po kropli tegoż olejku zapachowego do nosa. Nie wiem czemu, przypomniało mi się pastowanie podłóg drewnianych z mego dzieciństwa. Oprócz tego płukałam gardło i nos wodą z solą (może bakterie soli nie wolą i się odpierdolą!) oraz wywarem z szałwii.
Mam nawet do swych wyczynów zakupiony w Niemczech specjalnie na te urocze wizyty naszych najdrobniejszych praprzodków tzw. „prysznic do nosa”, a po niemiecku: „Nasendusche”, który stosować często muszę, bo mam słabość do zalęgania się w moich górnych drogach oddechowych, czyli w zatokach, gardle itp. tych męczących drobnoustrojów, które zwykle dają się zwalczyć na koniec mych starań tylko antybiotykiem. Tę słabość ma już także mój syn.
Tym razem zwróciłam się z modlitwą do Boga, żeby mi się ta inwazja zarazków zakończyła tylko infekcją wirusową, i żebym nie musiała biec do lekarza po receptę na coś „mocniejszego”. Widać Pan Bóg czasami słucha maluczkich. A może miło zaskoczyła go moja wszechstronna inicjatywa podjęta w celu walki z wirusem i bakterią, że wziął mnie raz na serio i wysłuchał. Wydaje mi się, że przeziębienie mija. Czuję się lepiej. Katar przechodzi, gardło mniej boli, a gorączka spadła. Może sam Pan Bóg popiera prywatną medyczną inicjatywę? Czyli jednak jest kapitalistą. A może lubi zapach miażdżonego czosnku w herbacie i rozgryzanej cebulki na zębach? W każdym razie moja wytrwałość dała skutki.