27.09.2008
spotkałam się wczoraj z koleżanką. głupio się czuję. opowiadałam jej o sobie, o tym co przeżyłam i przeżywam, o tym co czuję i myślę. i wiem, że wszystko, co mówię, uważa za brednie wariatki.
mówi, masz wybujałą wyobraźnię, mając na myśli: jesteś walnięta i nienormalna, mówi: nie bądź taką Matką Teresą, kiedy powiedziałam jej, że chcę pomóc człowiekowi, który między innymi uratował nas przed zagładą w bagnach komunistycznych wypaczeń.
zastanawiam się, dlaczego szydzi z tego, że chcę pomóc, że współczułam, tłumaczyłam i płakałam nad kimś, kogo gwałcono, bito i komu zniszczono kawał życia albo ważną jego sferę. i dzięki komu jej mąż mógł zostać milionerem, a ona może nie pracować i dzieci w dobrobycie chować oraz jeździć na wakacje, gdzie sobie zamarzy. mój chłopak nie mógł chodzić ze mną, żeby mnie nie zabili i nie zgwałcili, tak jak innych wtedy na posterunku.
wcale nie zdziwiła się, że zrobiono mu straszną krzywdę, i że tyle wycierpiał, i że także dzięki niemu i takim jak on może żyć wygodnie i zamożnie, podróżować, posyłać dzieci do prywatnej szkoły i nawet nie musi pracować, bo jej mąż utrzyma całą rodzinę, co 20 lat temu byłoby nawet w jego zawodzie samemu niełatwe.
nie zainteresowała i nie przejęła się tym, że może ktoś inny, kto walczył o lepszy los dla wszystkich, według moich relacji przeżył straszne rzeczy w wiezieniu, i że jego życie stało się być może inne niż sobie wymarzył przed więzieniem. a może nawet nie zdążył sobie wymarzyć, bo był tak młody, że nie przewidział, co może się stać, kiedy nadstawia się karku za innych, za idee, w imieniu obrony wartości wiecznych i nadrzędnych.
koleżanka zdziwiła się, że ktoś, kto buduje rodzinę nie składającą się wg wzorów katolickich z mamy, taty i dzieci własnych, może być człowiekiem o wysokim morale. czasami jeden facet nie podoła kobiecie najfajniejszej na świecie.
powiedziałam, trzeba by ustalić, co rozumiemy przez moralność. tu nastąpiła cisza i brak reakcji, czy kontynuacji rozmowy w tym kierunku. koleżanka nie zastanawia się nad tym co mówi, bo się zna.
to nienormalne, żeby facet nie chciał być tylko ze swoja wybranką…, a przecież co drugi mąż nie jest tylko ze swoją poślubioną wybranką, bo ma na boku wybranek wiele, to samo pewnie dotyczy wielu żon…., wszystko jest dozwolone pod grą pozorów i w dobrym tonie są tylko (choćby najprawdziwsze) plotki.
rodzina z kilkoma facetami i jedną kobietą jest niemoralna. chociaż oglądałam kiedyś reportaż o miejscu na świecie, gdzie obyczaj taki jest normą, a nawet normalnością.
dlaczego moralne jest posiadanie wielu żon (w wielu kulturach), wielu kochanek, czy kochanków. no nie, nie całkiem, ale akceptowalne i dopuszczalne.
zastanawiam się, dlaczego ktoś, kto żyje tylko własnym życiem, we własnych czterech ścianach, nie pracując, nie przeżywszy żadnego poważnego problemu, żadnej życiowej rozterki ani klęski, ktoś, komu w życiu udało się wszystko wg scenariusza A.: rodzice, rodzina, dzieci, siedzenie w domu, zajmowanie się dziećmi i gotowaniem, farbowaniem włosów i lakierowaniem paznokci, chodzeniem na kawę i po sklepach, dobieraniem butów do torebki i wybieraniem hoteli na wakacje, ktoś, kto nie wiele przeżył, ocenia innych i ma stuprocentowe przekonanie o tym, że ma rację i wszystko inne jest głupie, zwariowane, nienormalne i niemoralne, a to co ktoś inny przeżył jest wybrykiem jego chorej wyobraźni, zwanej przez grzeczność „bujną”… w przeciwieństwie do braku wyobraźni i tolerancji osoby wiedzącej lepiej…
kto daje takiej osobie prawo do oceny życia innych, którzy nie czynią nikomu nic złego, oprócz tego, że mają chęć żyć po swojemu w swoich czterech ścianach, zmuszeni do pewnych kroków przez wydarzenia, których odkręcić się nie da, a o których koleżance się nie śniło w najgorszych koszmarach, bo takich zapewne też nigdy nie miała, nawet we śnie, a wyobrazić ich sobie nie potrafi lub nie chce, ponieważ jest normalna.
czuję się jak idiotka, która opowiada rzeczy komuś, kto słucha tego, tylko po to, by uzyskać potwierdzenie mojego debilizmu i szaleństwa. nie potrzebnie tyle gadam!
koleżanka nie ma wątpliwości. ona jest normalna, ona wie lepiej i ona się nie myli. więc może mówić do mnie o mnie, co chce i jak chce, nie myśląc nawet o tym, co ja i jak czuje po jej komentarzach.
ale w razie czego, pobuja się w hamaku, gdyby jednak okazało się, że takowy będę miała w swoim ogrodzie, oraz ewentualnie przyjdzie na wesele, na które wybierała się rok temu chętnie, bo miało być według moich zwariowanych doniesień z kimś znanym i wpływowym. oj, pamiętam miała kłopot, w co się ubierze… na takie wesele i owszem by się wybrała.
ale na herbatę ze mną i z moim nie wpływowym i mało znanym przyjacielem przez rok nie znalazła czasu…, chociaż strój nie byłby tutaj żadnym problemem… usłyszawszy, że przyjaciel narozrabiał trochę pod pływem alkoholu, rzuciła swoje lepiej wiedzące: skończ z tym facetem…
tak, i zostań sobie sama bez nikogo na świecie.
jestem zdumiona, że ktoś, kto wydawał mi się osobą godną zaufania, zna mnie od dziecka, ma mnie za debilkę i spotyka się ze mną, by nawet tego nie ukrywać. cenię szczerość, ale ten jej rodzaj mnie dotyka…, bo jeżeli jestem w jej oczach zwariowanym dziwadłem, to po co nasze spotkanie i okazywanie mi tego, dla czyjej przyjemności?
koleżanka dziwi się, że koleżanka A. koleguje się z moją siostrą, ale szybko reflektuje się, ze tamta zawsze była dziwna, więc to usprawiedliwia kontakt z drugą „wariatką”.
osoby normalne znają się na ludziach.
ona wie, kto jest dziwny, kto jest wariatem i kto jest prymitywny (przyp.: ludzie żyjący na wsi, nie mający tyle czasu dla swych dzieci, co koleżanka bez zatrudnienia, ludzie harujący dzień w dzień na ziemniaki i mleko, które koleżanka normalna zakupi sobie po domem, nie brudząc sobie rąk ani nóg na polu).
ja będąc w ciąży usłyszałam od koleżanki, że podobno zawsze byłam wariatką. ścięło mnie wtedy z tym dzieckiem w brzuchu. ona była normalna, miała męża, który robił wszystko, organizował i zarabiał. ja byłam wariatką. i to zawsze!
bo to ja robiłam, zarabiałam, także za mężów, bo woleli przebalować lub przepić, organizowałam za nich, i starałam się urodzić im dziecko bez plemników, kiedy takowych nie posiadali. płakałam po poronieniach i utraconych zalążkach życia, które w niej kiełkowało bez problemu, bo była normalna, a przynajmniej mogła taką być bez przeszkód i bez zrozumienia kogokolwiek, z tych nienormalnych, którym los dokopywał co krok, od dziecka, albo wystawiał na próbę sił i nerwów ….
zastanawiam się, co o tym świadczy, że zawsze byłam wariatką? jak to koleżanka, oznajmiła mi, kiedy byłam w piątym miesiącu ciąży, i brałam sobie do serca.
no chyba mój nadmiar dobrego humoru na starcie do życia…., wariatką w takim sensie już być przestałam….
ukończone studia? 15 lat pracy jako nauczycielka, doświadczenia jako sprzątaczka, kelnerka, pokojówka, prezenterka TV, sekretarka, pracownik biura i banku, pisarka nawet? opieka nad chorą siostrą, oczywiście też „wariatką”, jej dzieckiem i starszymi rodzicami z tej samej rodziny…
które z tych prac lub czynności wykonywała koleżanka??? albo dlaczego nie musiała tego robić? i czego ją to nauczyło?
czy o moim wariactwie świadczy zdrowe, inteligentne, zadowolone dziecko, z którym jestem od samego początku emocjonalnie i organizacyjnie – głównie sama, bez pomocy rodziny, męża, dziadków, teściów? samodzielność z natury i z przymusu, rzetelność w pracy i na co dzień…?
po prostu wariatka, która nie traci na długo energii, zawzięcia i humoru, mimo wszystko…
to ty jesteś taka odpowiedzialna, zdziwiła się, że dostałam dobrą pracę…
no, ale na szczęście znowu mogę być wariatką, bo pracę straciłam, więc potwierdzają się podejrzenia koleżanki, że musiałam tam narozrabiać i nareszcie się na mnie poznali… a ona nie musi dłużej przemilczać przede mną cisnącego się na jej usta pytania: dlaczego dostałam tę pracę jako wariatka!
pasmo sukcesów koleżanki zaczęło się już w przedszkolu, gdzie jako najładniejsza z dziewczynek dostała rolę Marusi, a ja z wielkim wprawdzie zadowoleniem, ale odgrywałam psa Szarika. no ale to w niej kochał się Janek, a ja mogłam najwyżej być jego wiernym druhem.
ona wszystko dostała w prezencie. nie starała się w życiu o nic. prawie nie wychodząc z domu. nie zmieniała pracy, nie traciła jej i nie szukała, nie była sama z dziećmi, nie mieszkała na stałe za granicą jako cudzoziemka.
sama z dzieckiem od pierwszego dnia po wyjściu ze szpitala. skazana na łaskę i niełaskę osób, którym trzeba było za tę łaskę zapłacić, a niełaskę przemilczeć, choćby chciało się wyć. ona nie pracowała, mogła liczyć na męża, mamę, teściową i płatną pomoc, na którą nie musiała zarabiać w okresie karmienia swych pociech tak jak ja.
nie musiała funkcjonować przez kilkanaście lat w obcym języku, bo znalazła fajnego męża we własnym kraju. i nie musiała się uczyć żyć na obczyźnie, otoczona zamożnymi i aroganckimi ludźmi, którzy byli normalni jak ona, i nie mogli się nadziwić, że osoba z Polski, czyli z innego kręgu kulturowego posługuje się bez problemu nożem i widelcem oraz umie czytać i pisać, i to w języku ludzi wyjątkowych i genialnych, a nawet obcym, czyli po niemiecku.
kiedy przeczytała moje wiersze, spodobały jej się i zażyczyła je sobie wydrukowane jako prezent urodzinowy. bo dla niej życie to taka impreza z prezentami. ale na urodziny wcale mnie nie zaprosiła, może miałam wysłać pocztą?
ale to ja jestem wariatką i nawet temu nie zaprzeczyła, kiedy napomknęłam, że na pewno tak o mnie myśli.
natomiast koleżanka jest normalna, a więc umawia się w kwietniu na za tydzień i milczy pół roku, aż do mojego telefonu we wrześniu. trudno jej się było zebrać. nadmiar braku pracy.
jak to dobrze, ze są normalni ludzie, którzy ci to uświadomią, kim jesteś. bez problemu, bez zawahania i bez podstaw i zrozumienia czegokolwiek, co przeżył ktoś inny od pierwszego dnia swych narodzin i dlaczego. rzucą tak kilka byle jakich słów i pójdą dalej w dobrym humorze, a ty piszesz w pamiętniku, żeby nie płakać…
rób to, nie rób tego, tego rzuć, z tego się wycofaj, ja to mówię, ja to wiem. żegnam. życzę ci, żebyś była bogata… (w domyśle: jak ja – nie chwaląc się…).
czy ja jednym zdaniem wspomniałam o tym, że chcę być bogata????
każdy chce. ale nie stawiałam sobie tego (myślę dzisiaj: niestety) za priorytet. inaczej bogata bym była…
ale jak można mówić osobie bez pracy, samotnej matce, która według koleżanki pierdoli głupoty, w które się nie wierzy, (a osoba przedstawiająca je też nie jest niczego pewna…), życzyć na koniec, by te głupoty się sprawdziły…. to kpina.
koleżanka nie zapytała natomiast, czy nie potrzebuję jakiejś pomocy, skoro już nie mam pracy tylko dziecko i faceta na utrzymaniu.
ona planuje urlop w Wenecjii, bo tam jej jeszcze nie było.
czuję się po tej rozmowie jeszcze bardziej samotna. zastanawiam się, dlaczego koleżanka nie zauważa swojej bezpodstawnej arogancji, tego jak rani i uraża inną osobę, mówiąc do niej, o niej i o innych…, albo czemu uważa, że druga osoba nie zauważa jej pobudek i intencji…?
no może jestem wariatką, ale za to bardzo inteligentną! ale zdaje się, że tego ostatniego faktu koleżanka nie jest w stanie ocenić…
czy bycie ładną i miłą żoną zamożnego i rozsądnego męża upoważnia do bezmyślnej nieomylności?
kiedy miałyśmy 16 lat koleżanka siedziała w towarzystwie zwykle zarumieniona, nie mająca odwagi wypowiedzieć się na żaden temat, a mnie ona wydawała się dziwnie spokojna i cicha, ale miła i ładna.
ja mogłam gadać bez przerwy, z każdym prawie, nie rumieniąc się, a nawet śmiejąc się bez przerwy prawie (jak to wariatka!)…
ale z czasem humor mi trochę przeszedł, a śmiech zastąpiła refleksja…
koleżankę życie nauczyło, że szczęśliwa, ładna i miła żona zamożnego i rozsądnego męża, ma zawsze rację i wie lepiej od innych. rozmawia z innymi szczęśliwymi, ładnymi żonami zamożnych i rozsądnych mężów, które myślą tak samo. dlaczego mają sobie zaprzeczać?
mnie życie nauczyło rozumieć innych i ich racje. nie nazywać ludzi prymitywami czy wariatami, tylko dlatego, że musza, czy chcą żyć inaczej niż ja sama mogę lub muszę żyć. dlatego, że muszą walczyć o przeżycie, o szczęście, o dzieci, o własną godność, o to by nie być przez innych nazywanym prymitywem, czy wariatem.
na wsi żyje się inaczej, w biedzie inaczej, pracując żyje się inaczej, bez zamożnego męża żyje się inaczej, bez dzieci żyje się inaczej, bez rodziny żyje się inaczej, za granicą żyje się inaczej i powróciwszy z emigracji żyje się inaczej… inaczej żyje się po śmierci bliskiej osoby, po utraconym dziecku, czy po poronionej ciąży.
nie każdy ma tak wiele doświadczeń. ale może próbować rozumieć i tolerować innych.
koleżanka nauczyła się od zawsze mówić: u nas wszystko po staremu, wszystko dobrze. i ma szczęście. jest normalna. nie dotknięta żadnym ciosem losu ani wzlotem ponad przeciętność.
nie przeżyła wielkiej nieszczęśliwej miłości, ani wielkiej rozpaczy, nie poczuła ogromnego lęku przed przyszłością, ani nie musiała niczego żałować, nie zawiodła się na nikim, nie została zgwałcona ani zdradzona, nikt jej nie oszukał, ani nie porzucił, nie musiała podjąć decyzji o rozstaniu, żeby przeżyć. nie była dotknięta chorobą, nie była bezdzietna, ani nie musiała podjąć decyzji o usunięciu ciąży.
jej dzieci urodziły się ładne i zdrowe w normalnej rodzinie, takiej jak ona i jej mąż oraz wcześniej ich normalni rodzice. nie każdy miał tyle szczęścia.
ja tyle szczęścia nie miałam. a może jednak miałam. bo nie wszystkie nieszczęścia mnie jednak dotknęły…
jeżeli taka jest postawa normalności, to ja się cieszę, że jestem wariatką!!!! musiałam się wiele nauczyć.
koleżanka obrazi się, jeśli wyślę tego maila.
i zastanawiam się, czy to zrobić, czy godzić się na bycie kretynką w jej oczach, ale za to w miarę uprzejmą, bo jestem sama jak palec i nie mam nikogo….
obraziła się…, bo ja jestem złośliwa, a ona była dla mnie zawsze życzliwa…
pomogła mi, pożyczając mi łóżeczko dla Adasia. bardzo ją zawsze lubiłam.
owszem faktycznie, była zawsze miła. ale po latach upodobniła się do swojego zamożnego i aroganckiego męża, też najfajniejszego po prostu.
kim jest ten dziadek, zypytał mnie kiedy pokazałam mu zdjęcie mojego o 30 lat starszego męża, którego na prawdę kochałam. przecież wiedział, że to nie mój ojciec. ale widocznie nie trzeba myśleć, by rzeźbić ludziom protezy.