Moja rodzina i ja

067

luty 2012
Tata urodził się 7.02.1922 roku we wsi Bużyska, woj. podlaskie, ok. 10 km od Drohiczyna nad Bugiem. Do wsi w latach siedemdziesiątych ostatnie 2 kilometry drogi były serpentyną z ubitego piachu, raz na rok zmieszanego ze żwirem i kamieniami. A z resztą, kto tamtędy jeździł? Głównie fury konne, rzadziej traktor czy samochód. W czasie deszczu droga zamieniała się w błoto z kałużami, a podczas słonecznej pogody za naszą Syrenką kurzyło się strasznie, a tata jechał 10 km na godzinę, żeby nie rozbić na jakiejś dziurze czy kamieniu tego wygranego na loterii cudu techniki. Raz na taki kamień, czy taką dziurę najechał i myślałam, że kogoś pod samochodem zabiliśmy. Wystraszyłam się, zatrzęsło nami, bo pasów do przypięcia się w aucie wtedy nie było. Mama zwykle siedziała z przodu, a tata wiózł z tyłu swój „największy skarb”, czyli mnie, jak mówiła mama.

Droga prowadziła do wsi, a ze wsi na cały świat: najpierw wzdłuż pól i łąk, później prosto do Śledzianowa, do Kościoła i na cmentarz, albo w prawo w kierunku Drohiczyna.

Nie wiem, co było w lewo, bo tam chyba nigdy nie pojechaliśmy. Jadąc z Warszawy to by było prosto, a ze Śledzianowa to w prawo.

Ale ze Śledzianowa, po mszy i po modlitwie na cmentarzu przy grobie Babci i Dziadka, jechaliśmy zawsze prosto do Bużysk.

Z Warszawy jechaliśmy jakieś dwie godziny, a ja oglądałam po drodze wsie, lasy, pola ze zbożem albo snopki w drodze powrotnej. We wsiach i miasteczkach przed niektórymi domami ktoś siedział na ławce i spoglądał za przejeżdżającym samochodem. Ktoś inny gonił krowy. Dzieci bawiły się przy drodze albo w ogródkach. Tata wyprzedzał furmankę o napędzie jednego konia albo traktor, raczej rzadko jakiś inny samochód. Nie dlatego, że jechał wolno, po prostu mało było samochodów. Pierwszym domem na skraju wsi po prawej (jadąc do wsi) był dom, w którym mieszkała samotna matka z dziećmi. Jej mąż zabił siekierą kogoś w sklepiku i siedział w więzieniu. Dziwiłam się, że mimo to, co roku ich rodzina powiększała się o następne dzieci. Czy ona chodziła do męża do więzienia, czy jak? Nikt mi tego nie tłumaczył. I pewnie nikt dokładnie nie wiedział. Przejeżdżając obok ich domu i obejścia, patrzyłam na tę co roku powiększającą się rodzinę samotnej matki z dziećmi. Mały sklepik był też na skraju wsi. O ile był otwarty, można tam było kupić chleb. Nie wiem, czy coś jeszcze, bo trochę bałam się tam przebywać, wiedząc co się wydarzyło wcześniej. Wieś leżała po obu stronach piaszczystej drogi, nad stawem, a kończyła się przy końcu drogi niedaleko Buga i pól. Ojciec urodził się w zasadzie na kolonii wsi Bużyska, gdzieś w okolicy „tych trzech brzózek” i choinek na środku pola, między uprawą żyta i ziemniaków, w okolicach Śledzianowa, gdzie był kościół i bużyska parafia. Nieco później przenieśli się do centrum Bużysk, między staw (odnogę Bugu) a pola piachu, przypominające plażę. Pola piachu pamiętam z dzieciństwa. Były zaraz za stodołą i znajdowałam tam nawet muszelki. Pewnie była tam kiedyś rzeka, albo jej rozlewisko. Mojemu o siedem lat młodszemu, dwuletniemu kuzynowi wmawiałam, że to są niebezpieczne zwierzęta, które zakopywaliśmy w ziemi. Widocznie też miałam wtedy coś z Lema. Poza tym lubiłam Pawełka postraszyć muszelkami, bo wujek Stasiek dawał jemu lejce, a nie mnie, jak jechaliśmy furą do krów na pole i byłam o takie przywileje zazdrosna! Dzisiaj za stodołą rośnie las. Co roku przez kilka lat mojego dzieciństwa patrzyłam, jak rosną świeżo posadzone na piachu między muszelkami za stodołą, małe choinki. Na rogu stodoły, krytej słomą, było gniazdo bocianów, prawie nad wychodkiem. Więc trzeba było uważać, żeby bocian w nas nie trafił z góry własną potrzebą… Nie lubiłam tam chodzić przez „gumno”(tak mówili na miejsce przy oborze i stodole), przyzwyczajona do normalnej warszawskiej łazienki w bloku. Myliśmy się nad miską, a zimną wodę ktoś przynosił ze studni. Wszyscy mówili tam jakoś inaczej i nie całkiem poprawnie. Mieli inny akcent. Teraz wiem, że ich język był trochę podobny do rosyjskiego. Do granicy było zaledwie kilkadziesiąt kilometrów. Wtedy myślałam, że to taki wiejski dialekt. Ale w Drohiczynie mówili podobnie. Po wakacjach zaczynałam trochę zaciągać tak jak oni. Przy wychodku można było popatrzeć przez drewaniany płot na „gumno” sąsiadów. Raz zobaczyłam nawet, jak dwie prawdziwe i żywe świnie starały się o potomstwo. Ich właściciele, nasi sąsiedzi, pilnowali i zachęcali zwierzęta, żeby wszystko odbyło się właściwie. Długo nie chciałam wcale na to patrzeć… Innym razem ciocia zabiła koguta na rosół. Ucięła mu głowę siekierą, a on biegał jeszcze dookoła, całkiem bez głowy. To było straszne. Na wsi były też jednak sceny bardzo romantyczne i czułe, jak kura z kurczętami, czy gęsi z małymi gąskami, krowa z cielakiem czy kobyła ze źrebakiem. W budzie czekał uwiązany zwykle pies Dżek, włochaty mieszaniec. Cieszył się zawsze, kiedy go odwiedzałam i głaskałam, albo przyniosłam jakiś dobry kęs. Wydawało mi się, że raz mi pomachał łapą, jak odchodziłam, bo ja mu machałam. A może tylko tak przebierał łapami, stojąc przyczepiony na łańcuchu. Obok Dżeka, z lewej, był kurnik. Ciocia wybierała z niego jajka. Wieczorem wszystkie kury schodziły się tam same. W dzień ciocia przywoływała je do siebie, pokrzykując: „Ciiip, cip, cip, cip…” I przychodziły do karmienia. Dziubały jakieś ziarna, kaszę, czasami nawet skorupki po własnych jajkach, które już zjedliśmy. Ciocia piekła czasami pyszne, kruche ciastka z mąki, mleka i cukru. Do pieczenia, gotowania i ogrzewania mieszkania służył piec. Paliło się w nim chyba głównie drzewem, a może i węglem. Piec był po środku domu, a wokół niego były kuchnia i pokoje. W stodole wujek trzymał wóz, kosy, różne narzędzia, siano i słomę. Lubiłam patrzeć, jak pracował, przyczepiał, przeczepiał i zaprzęgał konia do wozu. Na sianie można było spać, ale tam mogły być jakieś robaki. Lubiłam chodzić z nim po krowy i patrzeć, jak biegną do Buga, by się napić, ciągnąc za sobą łańcuchy zakończone grubym gwoździem, który wujek wbijał w ziemię, czepiając krowy na polu. Mogły sobie tak obgryzać trawę dookoła, a później, gdzie indziej. Na polu były w jednym miejscu spore krzewy z orzechami laskowymi, czasami je zbierałam. Gdzie indziej wyrosła pieczarka. Czasami ja się opalałam nad Bugiem i kąpałam trochę, albo nad stawem we wsi. Raz byłam na takim opalaniu i kąpaniu z kuzynką i za długo siedziałam w zimnej wodzie…. Dostałam później lekkich bóli reumatycznych, które jednak wbrew obawom mamusi, minęły… Od tej pory nakazano mi takich kąpieli unikać. Tatuś unikał wszystkiego co zimne…, okna nie otwierać, bo przeciąg, wody unikać, lodów nie jeść…
Ojciec miał w Bużyskach brata i dwie siostry. Jedna siostra wyszła za mąż i wyjechała do innej wsi. Brat ojca był gospodarzem na ojcowiźnie, siostry wyszły za mąż i zostały w tej samej wsi. Jedna ciotka wyrabiała na dużej na pół pokoju maszynie (wrzecionie) kapy i dywany w kolorowe wzory. Dostaliśmy takie w prezencie, czy tata kupił? Inna ciotka chodziła zgarbiona i nie mogła się wyprostować. Jej mąż był kowalem we wsi. Ciocie były miłe. Na wsi były takie skarby jak stara lampa naftowa, stare żeliwne żelazka na węgiel, kołowrotek do przedzęnia wełny. Ukradli go potem z balkonu. Albo wyrzucili w czasie remontu bloku rodziców. Zniknął.
Na wsi świętowano bardzo uroczyście różne święta kościelne. W pewnym okresie z domu do domu „wędrował” wraz z procesją święty obraz Matki Boskiej z Jezusem po udekorowanej wstążkami piaszczystej drodze, wśród brzóz. Każda rodzina chyba przyjmowała po kolei obraz w domu na specjalny ołtarzyk w pokoju i tam modlono się żarliwie na kolanach i śpiewano pieśni. Ja jeszcze nie znałam tekstów. Ale powtarzano dość często to samo przez jakąś godzinę albo dłużej. Trochę mnie to dziwiło, trochę fascynowało…
W pokojach oprócz świętych obrazów na ścianie wisiało też zwykle ogromne ślubne (podretuszowane) zdjęcie w ozdobnych ramach. U cioci mojego taty, a mojej (cioci – babci, jak mi ojciec tłumaczył), na przeciwko, po izbie w dni powszednie łaziły czasami kury. Moja stryjenka wyganiała je zawsze z mieszkania. Co niedziela rano wszyscy myli się nagle bardziej szczegółowo. Wujek golił brodę. Ciocia wyciągała najlepsze ubranie i mnie też kazali się ubrać ładnie, czyli w to, co się mamusi i cioci najbardziej podobało. Wystrojeni, zasiadaliśmy z wujkiem czy wujkami i Pawełkiem na furę z koniem, a mama i ciocie z Bużysk pakowały się do „Syrenki”. I taki konwój ruszał do oddalonego ok. 2 km Śledzianowa. Po drodze mijaliśmy idących pieszo znajomych i sąsiadów z okolicy. „A to cyja?”, pytali zaciekawieni, patrząc na mnie. „Wiktora”, odpowiadał wujek Stasiek, „A to Jadzi, Pawełek”. Stryj parkował wóz z koniem po drugiej stronie drogi, tam gdzie inni. Koń dostawał na głowę (czy łeb) worek z sianem, żeby stał przez następną godzinę grzecznie i się nie nudził. W kościele wszyscy byli bardzo eleganccy. Ksiądz z ambony namawiał wiernych do wpłat ofiar na reperację czegoś tam, ponieważ parafia miała wiele potrzeb. Czasami po kościele był odpust i można tam było kupić różne fajne kolorowe rzeczy. Po drugiej stronie ulicy (czy drogi z „kocich łbów”) był cmentarz. Chodziliśmy tam zapalić lampki na grobie dziadków i pomodlić się za nich. Ja zmawiałam zwykle w myślach „Ojcze nasz”. Tata był bardzo poważny i też chyba zmawiał w myślach pacierz.
Kiedy Wanda i jej mąż byli na wsi z małą córką, słyszałam, jak się sprzeczają, kto ma nad ranem nakarmić, czy przewinąć małą. Spałam w pokoju obok i podsłuchiwałam, leżąc w łóżku nad ranem. Wandzi nie chciało się wstać. Lubiłam przysłuchiwać się rozmowom dorosłych, a przez ścianę i drzwi słychać było każde słowo. Jej mąż był bardzo miły i dobry. Niektórzy w rodzinie mówili, że za dobry… Bo nie terroryzował jej tak, jak inni panowie w tej rodzince traktowali swoje żony, a nawet robił dla niej wszystko i to zmiłości.
Tata był siódmym i ostatnim dzieckiem w rodzinie Komarów. Od najstarszej siostry dzieliła go różnica kilkunastu lat, podobnie jak mnie od mojej siostry. Jego mama była miła i dobra, tak o niej mówił. Potrafiła w domu zrobić wszystko, umiała szyć, była akuszerką.
Miała długi zgarbiony nos. Tata mówił, że mam podobny, tylko prosty, i że jestem bardzo do niej pod wieloma względami podobna. Babcia sama nauczyła się czytać, pisać chyba nie umiała, a jako podpis stawiała krzyżyk. Dziadek pewnie też. No i cała reszta w tej wsi. Ojciec opowiadał, że w ich domu było coś w rodzaju szkoły, czyli jedna klasa dla wszystkich wiejskich dzieci, gdzie ktoś ich czegoś uczył. We wsi było kilkanaście domów, więc pewnie i tylu było uczniów. Na pewno uczyli się modlitw i pobożnych pieśni. Wszyscy je tam znali. Może babcia ich uczyła? Tata bardzo ją kochał i często mnie do niej przyrównywał, bo tak jak ona, umiałam wiele rzeczy zrobić sprytnie i samodzielnie, a także byłam miłą i grzeczną dziewczynką, dopóki nie weszłam w trudny wiek dojrzewania oraz przejżałam na oczy. Babcia była także położną i przyjmowała porody dzieci polskich i żydowskich we wsi. Pani Komarowa, niech pani nie patrzy na to co na ziemi, tylko na tego co na górze.., prosili Żydzi, i wołali babcię do porodu ich maleństwa. Babcia szła prawdopodobnie chętnie, bo miała dobre serce i przy okazji ochrzciła ukradkiem żydowskie niemowlę kilkoma kroplami wody, żeby i ono doświadczyło kiedyś zbawienia, mimo rodziców – tak innych na pierwszy rzut oka od polskich chłopów na Podlasiu. Tata pamiętał swoich żydowskich sąsiadów, których wywieziono w czasie wojny. A po wojnie wcale tam nie wrócili. W Drohiczynie był chyba jakiś obóz, czy też miejsce, do którego zostali siłą wysiedleni najpierw, zanim trafili zupełnie gdzie indziej… Ojciec pamiętał, jak nad brzegiem stawu chłopcy na koniach skakali nad żydowskimi chłopakami dla zabawy, przeskakując ich leżących na ziemi. Ta historia była dla mnie dziwnym obrazem, jaki zapamiętałam z jego opowieści o Żydach na wsi nad Bugiem. Kiedy tata był niemowlęciem, babcia zachorowała na tyfus. Kazała podać sobie synka do karmienia piersią, żeby umarli razem, bo jak tu osierocić takiego szkraba. I razem przeżyli w pokrytym metalowym, błyszczącym dachem domku między brzozami. Domek musiał wtedy być dość nowy. Budowali go dziadek, stryj i mój tata. W czasie wojny sąsiadka martwiła się, że Niemcy będą celować w dom Komarów, a trafią niechcący w jej chałupę obok, i tłumaczyła dziadkom, że ten dach trzeba, w związku z niebezpieczeństwem zajścia takiej pomyłki, czymś zamaskować. Dom stoi do dzisiaj. Może Niemcy faktycznie nie trafili… Podejrzewam, że dziadek miał temperament podobny do mojego tatusia, bo tak go mój tata opisywał. A mama potwierdzała, że też był bardzo nerwowy. Był dobrym gospodarzem, ale wściekał się na każde nieposłuszeństwo. Kiedyś tata rzucił swoją czapkę na ziemię i oberwał od swojego ojca, jak ja w wieku lat dwunastu kilkadziesiąt lat później, w podobnej sytuacji, przy całkiej innej czapce. To musiało być u nich rodzinne. Dokopał mi, jak leżałam na podłodze i płakałam, że czapki nie chcę założyć. Bo miałam iść na lodowisko, a tam był mógł być chłopak, który mi się podobał, więc nie mogłam założyć takiej idiotycznej czapki w kształcie pomarańczowego hełmu z grubej włóczki (podszytej szalikiem)… Gdyby bez tego szalika była, to może jeszcze. Mamusia zakupiła mi tę czapkę na bazarze Różyckiego, tata uznał, że trzeba ją uszczelnić, bo miała dziury, no takie od robienia na drutach…. Z tym szalikiem w środku to był koszmar nie czapka.
Dziadek umarł w 66-tym. Babcię pamiętam jak przez mgłę, leżącą w łóżku pod oknem z firanką… Spadła z krzesła, na które się wspięła, by nastawić radio. Dlaczego ono było tak wysoko? Złamała kość biodrową i już z tego nie wyszła. Ale oboje dziadkowie musieli być już bardzo starzy, bo nawet mój tata był zawsze stary. Siostry taty: Józia i Czesia wyszły za mąż i mieszkały w tej samej wsi. Mąż Józi był kowalem, a mąż Czesi jej kuzynem, którego poślubiła i nawet nie zmieniła nazwiska. Praktyczne, tylko ich jeden syn był niepełnosprawny umysłowo, a drugi dziwny jakiś całe życie. Nie ożenił się, był krawcem.
Kilkadziesiąt lat później Józi wnukowie zakochali się w sobie na wakacjach w Bużyskach i też się pobrali. Sam Biskup im zezwolił. Też praktyczne. Brat ojca Stanisław przejął po wojnie gospodarstwo po swoim ojcu i uprawiał je ze swoją żoną Marysią. Mieli trzy córki, bo jedna z bliźniaczek zmarła. Ojcu nie należało się z gospodarstwa nic, ponieważ pojechał się uczyć i pracować do Warszawy, ale jak długo brat ojca żył, miał prawo przyjeżdżać do niego w gości.
Tak było umówione, a może w socjaliźmie tak było? Nikt ojca z ojcowizny nie spłacił. Jeden z trzech pokoi wokół pieca miał być do ojca dyspozycji. Ojciec wywoził tam niepotrzebne nam już w Warszawie rzeczy. My dostawaliśmy raz do roku jajka i ziemniaki za pomoc przy żniwach. Nawet ja trochę pomagałam. Na polu pozwolono mi usiąść na pojeździe, który ciągnął maszynę, przewracającą skoszoną trawę z tyłu. Z przodu był koń i wujek, a ja siedziałam dumna z lejcami. Ale czasami łapałam myszy na polu, albo rozmyślałam, leżąc na kocu i patrząc w niebo. Chmury miały tak różne formy… Raz udało mi się taką mysz przynieść do domu, ale ciocia nie była zachwycona, i kazała ją utopić albo wywieść za jezioro, żeby nie wróciła do chałupy. Nie wiem co się z nią stało, chyba jednak za jezioro… Stryj znał na pamięć imiona wszystkich apostołów i recytował mi je chętnie na ławce przed domem. Mówił je bardzo szybko i nie mogłam ich zapamiętać. Wujek był miły i dobroduszny. Ciocia energiczna, krzykliwa, zapracowana i w ciągłym ruchu. „Stasiek!!!” wołała głośno i zdecydowanym tonem, a on dreptał w gumiakach w tą i z powrotem. Co jakiś czas słyszałam wokół domu nawoływanie „Stasiek!!!“.
A to trzeba było napoić konia, wydoić krowy, a to świniom dać, a to kartofle odparować. Gotowano je dla świń nieobrane w wielkim garze obok obory. Koń słuchał się tylko stryja i sam wracał z pola pod oborę, ciągnąc wóz, nawet jak wujek puścił lejce. No ale brat taty kiedyś zmarł, a kuzynki przejęły domek i ogródek po dziadkach. Ojca nigdy nikt nie spłacił po wojnie, ani nie dostał od swoich rodziców na obrączkę dla swej ślubnej żony. Mama wzięła go w butach i w garniturze, chociaż nie on jeden się o nią starał. Nawet we wsi mnie już nikt nie chciał widywać po śmierci ojca, bo się dzięki Jadzi i Geniowi rozniosło, że nie szanowałam, wyzywającego nas całe życie tatusia. Mimo, że to ja chodziłam do niego prawie codziennie kiedy kilka tygodni leżał w hospicjum, zanim zmarł. I nikt nie wie, że on kochał mnie, a ja jego, ale nie potrafiliśmy sobie tego okazać. Bo całe życie nie było jakoś takiej okazji. Tylko czasami, sam na sam ze mną, ojciec mówił do mnie ze łzami w oczach coś miłego, ale raczej bardzo rzadko. I kiedy pojawiłam się w domu z jego wnukiem! Nareszcie stałam się dobrą i kochaną córką, w pełnym słowa tego znaczeniu.
Nigdy go takim miłym przy innych nie widziałam. Przy innych był zawsze dość ostry i podły dla nas. Jadzia i jej mąż Genio, a także Wandzia, czyli kuzynostwo, trafili do Warszawy dzięki mojej mamie, rodowitej Warszawiance, oraz ojcu z Bużysk, którzy załatwili im szkoły. Moi rodzice pomogli im te szkoły skończyć (Wandzia zdała do następnej klasy tylko dzięki interwencji pani Nagórko, przyjaciółki mamy! – bo wolała spotykać się ze swym przyszłym mężem niż się pilnie uczyć). Moi rodzice dali Jadzi czasowo (na rok chyba) kąt do mieszkania w swoim M-3. Bo było nas tam widocznie mało do pieczenia chleba… Pod opieką Jadzi i taty o mało nie umarłam poparzona zagotowanym dopiero co mlekiem, które Jadzia postawiła na parapecie. Tata leżał podobno akurat chory w łóżku. Wspaniała opieka. Tata do mamy nie dzwonił cały dzień w tej sprawie, żeby jej nie zmartwić, że dziecko umiera… Dopiero po jej przyjściu z pracy, trafiłam z jej roztropnej interwencji do szpitala, gdzie po licznych konwulsjach i utracie skóry na głowie wraz z włosami, uratowano mi życie. Mama wymodliła mi chyba te włosy z powrotem. Ale tata by powiedział, że to on wymodlił. Chociaż jemu to raczej zawdzięczałam pobyt w szpitalu, a i to tylko pośrednio. Jadzi mały synek też ciężko poparzył rączkę na wsi, bo ją wsadził do wrzątka. Wspaniała mama. A może Pan Bóg sprawiedliwy..? Ani Jadzia, ani Wandzia nie odwiedziły samotnej mamy po śmierci taty. Genio przejął na prośbę tatusia do własnej dyspozycji, odziedziczony w połowie przez mamę (w drugiej połowie już do niej zawsze należał!) samochód (Mały Fiat), o zwrot którego się nie można było doprosić. Mama płaciła więc przez rok ubezpieczenie za auto, nie mogąc z niego korzystać, ani go sprzedać. Mały fiat – w przeciwieństwie do wina – nie nabrał na wartości. Samochód wg taty miał być dla Tomaszka, ale ten bez prawa jazdy – miał go gdzieś i ani myślał, żeby go odebrać. Siostra też miała wszystko w nosie i była obrażona, że ja nie mam. Tym bardziej, że to ja dopłacałam do potrzeb mamy i jej domu opieki. Genio nawymyślał mi na cmentarzu, a ja jemu. Chociaż to nie on powinien był wtrącać się w nasze sprawy, zwłaszcza że po ojcu odziedziczyła wszystko mama. A ona prosiła o oddanie auta. Na pogrzeb mamy nie przyszli ani Jadzia, ani Wandzia, ani Genio… Za to od urodzenia bywają co niedziela w kościele. Ale to dzięki niej bratanice jej męża trafiły z chaty pokrytej słomą do Warszawy, gdzie mogły u niej mieszkać i się uczyć lub nie… Wtedy ona i tak im przecież pomogła… Jadzia wolała pokrzykiwać na moją mamę na wsi (mama żaliła mi się), i obgadywać moją mamę do mnie! Podobno mama lubiła się stroić, mając 37 lat. No, coś dziwnego, że kobieta, która przeżyła biedę i wojnę, pracowała w biurze, zarabiała, nie chciała łazić na codzień w gumiakach. Wcale nie uważałam, że mama się stroiła. Miała kilka sukienek, żadna mi się nie podobała. Strojeniem bym tego nie nazwała.
Ja widziałam, że one stroiły się później całe życie! Ojciec był dość inteligentny i musiał w Bużyskach lat dwudziestych czy trzydziestych ostatniego stulecia rokować jakieś intelektualne nadzieje na swą lepszą przyszłość w szerokim świecie, gdyż posłali go dalej do szkoły. Dziadek sprzedał krowę i tata powędrował do gimnazjum w Drohiczynie. Tam uczył się, chyba aż do wybuchu wojny. Mieszkał w jakimś internacie chyba? W połowie września 1939 roku w okolicach wsi i Drohiczyna nad Bugiem pojawiły się wojska rosyjskie. Wtedy jeszcze nie jako wybawcy, ale jako sprawcy wielu okolicznych tragedii. Rosjanie zabijali i wywozili na Syberię, kogo chcieli. Mój ojciec chrzestny trafił tam z rodzicami jako mały chłopiec i spędził chyba kilka lat, aż pozwolono im wrócić do Drohiczyna, do ich pięknego domu z ogrodem. Po wojnie wujek został lekarzem. Na komunię dostałam od niego wymarzony magnetofon kasetowy. Lubiłam bawić się z Ewą, jego córką, spędzać u nich kilka dni. Ewa dostała magnetofon kasetowy od mojego ojca, a jej chrzestnego.
Bywaliśmy u nich z rodzicami w czasie Wielkiej Nocy. Rodzice zostawiali mnie w Drohiczynie na dzień, czy dwa, a sami jechali na wieś. Dom wujka i cioci był duży i pełen zakamarków. W jednym z pokojów był elegancki regał z jasnej brzozy. Bardzo wyjątkowy. Pamiętam jak budził mnie dźwięk dzwonów wielkanocnych nad ranem, kiedy nocowałam w pokoju Ewy… Na skośnym suficie wymalowałyśmy jej imię farbą. W pokoju jej siostry stał duży kaktus, którym się pokłułam. Podziwiałam, że Ewa ma pianino w pokoju i umie na nim grać. Nauczyłam się kilku chwytów: Jezus malusieńki… na jedną rękę… Teraz umiem jeszcze kilka nut Ody do Radości. Latem spędziłyśmy raz wieczór z Ewą na tarasie, pod gołym niebem, chciałyśmy tam spać, patrząc na gwiazdy. W ciągu dnia słuchałyśmy muzyki i „Lata z radiem“. Beztroskie i piękne chwile.
Innym razem Ewa przewiozła mnie na motorze. Nie jechałyśmy szybko, może 40km/h, ale dla mnie było to urwanie głowy… . No bo bez kasków. To była moja jedyna przejażdżka na motorze. Ewa miała zawsze super ciuchy z USA i fajne słodycze, też amerykańskie, przysyłane przez ciocię. Takich rzeczy u nas normalnie nie było. Pamiętam orzechy laskowe w czekoladzie, które wcinałyśmy razem! Rarytas, jakiego u nas nie było! Uwielbiam je do dziś. Raz biegnąc za Ewą, wpadłam w Drohiczynie w drzwi balkowe i rozbiłam okno, zderzając się żyłą ze szkłem… Ale wujek zaraz zaszył mi skórę na ramieniu tuż przed żyłą albo tętnicą..? Wujek przyjmował pacjentów także w domu, prywatnie i nie oficjalnie. Zarabiał dobrze, jak każdy lekarz, który leczył nie tylko w przychodni, ale i w domu. Przecież podatków od tego nie było. Ciocia też była lekarką. Mama Ewy była zawsze przemiła dla nas i bardzo dla niej czuła. Chwaliła ją na każdym kroku i mówiła o niej Ewunia.
Do mnie ani do mojej siostry nikt tak nigdy nie mówił, jak jej rodzice do niej i o niej, wychwalając ją zawsze bardzo ciepło. To było piękne. Ależ ją tu kochają, myślałam i ja też ją bardzo lubiłam. Wujek i ciocia byli zawsze mili. My straciłyśmy kontakt, dorastając w różnych miejscach i rzeczywistościach, a nawet za granicą… Ona była przez jakiś czas w USA, ja w Niemczech. Ona została mamą 10 lat wcześniej. Ale nawet, kiedy wróciłam do Warszawy, spotkałyśmy się tylko raz, czy dwa… Ja pojechałam z Adasiem do Drohiczyna, w ramach opisu uczuć podobnych do słów Adama Mickiewicza: „Kraj lat dziecinnych…”. Ale kraju moich lat dziecinnych już tam nie odnalazłam w jego dawnych barwach. Ewa nie podtrzymywała ze mną kontaktu dłużej. Mąż Ewy zrobił karierę i miał dobrą pracę w Trzeciej Rzeczpospolitej, wywalczonej m. in. przez Mateusza, który nie wziął ze mną ślubu, kiedy trzeba było.., w ramach poświęcenia marzeń młodości dla „Solidarności”, i wywalczonej także przez Wojtka, który wcale nie wziął ślubu.., po rocznym pobycie w więzieniu, a potem w szpitalu. Ewa skończyła studia wyższe na uczelni, która powstała po obaleniu dawnego systemu. Wcześniej tylu uczelni, w tylu miastach w Polsce nie było, a na studia było się trudno dostać oraz trzeba było się bardzo starać, by je skończyć. Dzisiaj magistrem zostać może prawie każdy, kto zdał maturę. Ewa nadal mieszka w pięknym domu, a jej córka mogła uczyć się w USA. Za czasów naszej młodości i „Solidarności” nie można było nawet o tym marzyć. Nawet paszport był nie zawsze i nie dla każdego dostępny. A potem wiza.., no i skąd można było wtedy wziąć na to forsę???? Ledwo na jedzenie na kartki wystarczało i na jakieś ciuchy.
Siedemnastoletniego ojca ktoś ostrzegł we wrześniu 1939 roku, że Rosjanie są we wsi i ma się nie pokazywać. Ukrył się więc, by nie ryzykować, że im się nie spodoba. Dzięki temu przeżył ich najazd. Cała jego najbliższa rodzina także przeżyła najazd Rosjan, a potem Niemców, czyli wojnę. Kogoś z dalszej rodziny Komarów rozstrzelano w Katyniu. Ale tata chyba ich nie znał, bo nie opowiadał o nich nic szczególnego. Jakiś inny kuzyn Komar mieszkał po wojnie na terenie ZSRR i był fizykiem. Mama posyłała im w ciężkich czasach na Białorusi coś w postaci darów, jakie my w Polsce otrzymywaliśmy kilka lat wcześniej… Przy takiej okazji złamała sobie kiedyś nogę. Spadła ze schodów w miejscu rozprzestrzeniana tych darów, no w każdym razie, bieżąc innym z pomocą. Raz ja z Witkiem zawieźliśmy coś od mamy dla potrzebujących na Białorusi. Jakiś czas po Rosjanach na Podlasie dotarli Niemcy. Tata trafił na przymusowe roboty do niemieckiej rodziny na Mazurach. Pracował w ich gospodarstwie i wiodło mu się nie tak źle. Rodzina była całkiem porządna i ojciec nie narzekał na pracę u nich za jakieś tam wyżywienie i nocleg w baraku razem z innymi robotnikami, przymusowo im przydzielonymi. Podobno przechowywali tam też po kryjomu młodą kobietę, Żydówkę. Ale uciekła z jednym z robotników i tata nie znał ich dalszych losów. Chyba byli zakochani. Ojciec nauczył się w tym czasie trochę niemieckiego i został zoperowany na zapalenie wyrostka robaczkowego. W Bużyskach by tego nie miał! A po wojnie dostał nawet z Niemiec jakieś wywnioskowane świadczenia, bo miał na wszystko świadków oraz zaświadczenia. Te pieniądze przebalował pewnie jego wnuk –Tomaszek, bo dziadek łożył na jego wychowanie i prawo jazdy, którego nigdy nie ujrzał, bo Tomaszek miał także inne wydatki, i tylko udawał, że chodzi na lekcje prawa jazdy. Zresztą – na szczęście dla wszystkich użytkowników dróg!!! Po jakimś czasie tatusiowi znudziło się na robotach przymusowych u całkiem miłych niemieckich gospodarzy i poprosił o przepustkę do domu. „Wiktor, du kommst nicht zurück”, powiedziała gospodyni po niemiecku, że nie wróci, i miała rację. Ojciec zapewniał, że wróci, ale jak wyjechał, to chyba zmienił plany. Po drodze do domu tata spotykał wielu życzliwych ludzi w nieżyczliwych sytuacjach z wojną i niemieckimi żołnierzami w tle. To pomogło mu przetrwać i dotrzeć jakoś do chałupy w Bużyskach w województwie podlaskim nad Bugiem. Tata wierzył w opatrzność Boską i pomoc samego Stwórcy w jego drodze z powrotem, bo na każdym kroku ktoś mu pomagał wyjść cało oraz iść dalej. Tak wiele przypadków jak na jego jedno życie w czasie Drugiej Wojny Światowej, było zadziwiającym szczęściem dla młodzieńca z małej polskiej wsi „zabitej dechami” i pokrytej słomą. W innym okresie wojny, nieco później, Wiktor Komar został partyzantem, działaczem Armii Krajowej na terenie Podlasia. Tata złożył przysięgę pod pseudonimem „Karo czy Caro“ i może nawet dostał broń. Ja podejrzewałam, że tylko donosił im jabłka i ziemniaki, ale chyba się myliłam. Dokładnie tata nam nie opowiadał, bo najpierw za komuny było zabronione się tym chwalić, a później ja nie miałam ochoty niestety słuchać. Tata nie umiał też opowiadać barwnie, chociaż ciekawie gestykulował i grał nieźle mimiką twarzy. Mówił jednak zrozumiałymi głównie dla siebie oraz dla świadków historycznych skrótami myślowymi, że ten tu tamtego, a tu tamten tego… Prawdziwy scenariusz. Więc trudno się było zorientować w dokładnym przebiegu wydarzeń. Zresztą interesowało mnie co innego, a nie to, czy ten tu tego, czy tamtego.., i właściwie dlaczego. Byłam młoda i jakoś nie wczuwałam się w zgrozę tamtych wydarzeń, słuchając niejasnych opisów sytuacji, widzianych oczami taty. Ojciec miał pseudonim Karo i on oraz kilku kolegów, którzy po okresie PRL-u jako kombatanci wojenni, którym zwrócono honor, dumnie nosili berety AK. Bo to było dozwolone i na czasie. Byli Akowcy udawali się wspólnie autokarem w miejsca pamięci w kraju i w Europie bez wiz. Tak również mój tata dostał się po latach na Monte Cassino, gdzie „czerwone maki, zamiast rosy piły polską krew…”. Kombatanci spotykali się na mszach w kościele i pozowali dumnie w pocztach sztandarowych do pamiątkowych fotografii. Taki poczet wystąpił także w kościele na taty pogrzebie, a potem na cmentarzu. To było bardzo piękne i wzruszające. Tym bardziej, że trumna taty spoczywała tuż obok Żłóbka i choinek oraz całej Świętej Rodziny wyrzeźbionej z jasnego drzewa. Tata zmarł w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia w wieku prawie 84-ech lat.
Po wojnie ojciec trafił do Warszawy. Nie wiem dokładnie, jak to się stało. Jakaś narzeczona tatusia ze wsi, nie wyszła za niego za mąż, tylko wybrała Amerykę i dolary. Opuściła miejsce zamieszkania na Podlasiu i prysnęła za ocean. Szczęściara, musiała pomyśleć nieraz moja mama. Ja tak czasami też myślałam. Nie mogłam też wtedy zrozumieć, dlaczego tata nie wyjechał do USA, skoro innym się udało. Teraz go rozumiem. Tata studiował ekonomię w wydaniu socjalistycznym w Szkole Głównej Handlowej i został panem magistrem. Nie wiem, jak się tam znalazł, bo przecież matury na robotach, ani w AK nie zrobił, a do PZPR się nie zapisał. Ale może miał punkty za pochodzenie chłopskie, a może każdy mógł w tamtych czasach coś studiować, skoro już przeżył najgorsze i nie wyjechał do Ameryki. W latach 50-tych można było z łatwością także kupić dyplom ukończenia uczelni, na co taty stać by nie było, w partii nie był, ale zdolny był do nauki. Miał jednak takich kolegów „magistrów”, którzy sobie dyplom nabyli. Mama mi to w tajemnicy mówiła o którymś z kolegów ojca do brydża. Mama nienawidziła tego brydża i tych kolegów. Bo tata po ślubie wolał spędzać często wieczory i noce z nimi. I pewnie także tacy „magistrowie” z kupionym dyplomem zostawali nie raz Pierwszym Sekretarzem jakiejś komórki naszego kraju i rządzili nami, aż do ostatecznej klęski takiego systemu fałszu i kłamstw, kradzieży, naciągania i oszukiwania spod lady oraz zarabiania na czarno, korzystając ze zdobyczy socjalizmu: darmowych szpitali, szkół i uczelni. Na uczelni ojciec poznał mamę, która też się tam jakimś cudem kręciła, pracując regularnie w drogerii jako absolwentka technikum dla drogistów.
Mamie ciężko było połączyć codzienną pracę z zakuwaniem wiedzy o Markśiźmie i Leniniźmie, jak mówiła. I taki właśnie egzamin na pewno oblała, oraz kilka innych. Mama był mniej zdolna od taty, a jej pracowitość i pilność do skończenia studiów nie wystarczyła.
Jej spotkanie z Wiktorem na schodach uczelni zaowocowało jednak niebawem uczuciem lub wspólnymi planami, że się pobiorą. Tata podrywacz (lat 28) zapytał śliczną, młodą mamę (lat 21), czy nie byli przypadkiem razem na wczasach i być może już się znają? Mama sobie nie mogła przypomnieć, bo na żadnych wczasach wtedy jeszcze nie była. Ale już wszedł z nią w rozmowę i pozostał w jej życiu przez następnych 55 lat… Mama urodziła się 6.05.1929 r. w Warszawie. Moja babcia Stasia, jej mama, przyjechała do Warszawy ze wsi i była służącą u jakiejś bogatej rodziny. Ojciec mamy, Aleksander Gadaliński, malował tramwaje. My też wszystkie mamy talenty artystyczne. W wyniku krótkotrwałego małżeństwa moich dziadków urodziły się dwie córki: Janina i Danuta, też Gadalińskie. Babcia opuściła kochającego ją dziadka, bo zakochała się w kimś innym, podobno w jakimś szwagrze. Wszyscy znajomi panowie byli zakochani w babci. Kłócili się czasem o nią, stojąc pod oknem. „Złodzieju mojego szczęścia”, krzyczał jeden do drugiego… A mamie było wstyd tego wysłuchiwać, ponieważ była delikatną, skromną i nieśmiałą dziewczynką. Poza tym Janka miała babci za złe, że ta odebrała jej tatusia, jaki by on nie był, był pewnie dobry, bo go zabrakło i już nigdy, w wyniku wojny oraz pobytu w obozie w Cottbus, nie wrócił. Pozostało po nim tylko jedno zdjęcie, z mamą na rękach przy udekorowanej choince. Ale słabo dziadka widać. Na początku mama, jako starsza z córek, mieszkała ze swoim tatą, a Danka z moją babcią. Ale u taty mieszkała też nowa przyjaciółka dziadka, traktująca małą Jankę po macoszemu. Zamykała się ze swoją (adoptowaną) córką w kuchni i jadły coś dobrego, nie częstując mojej małej mamusi. Babcia zabrała więc Jankę do siebie, bo u taty było jej smutno. Ale u babci nie było też łatwo, kiedy w 1939 roku wybuchła wojna, a w Warszawie pojawili się niemieccy żołnierze. Polska szkoła zaczęła wystawiać cenzurki po niemiecku, a potem zamieniła się w „komplety”. Mimo to dziewczynki chodziły tam, uczyć się dalej. Cenzurki mamy rozczarowały mnie, szczerze mówiąc po latach, bo znam niemiecki. A ujżałam na nich oceny inne, od opisywanych przez mamę wcześniej, samych bardzo dobrych! Babcia uważała, że jej córki będą bardziej bezpieczne na wsi. W Warszawie szykowało się powstanie zbrojne przeciwko faszystowskiemu najeźdzcy. Siostry pojechały do rodziny na wieś. Za przechowanie i karmienie córek babcia dostarczała z Warszawy materiały do szycia odzieży. Mama skarżyła się, że musiała spać w jednym łóżku ze swoją babcią i bardzo się wstydziła. Nazwy wsi nie pamiętam. Nie byliśmy tam ani razu, ponieważ ojciec nie uznawał rodziny mamy, ani tego że ona też miała jakąś historię. Bo u nas cała uwaga zawsze skupiała się na opowieściach tatusia. Nie kontaktował się prawie z mamy rodziną i nie zachęcał do takich spotkań. Czasami i rzadko tolerwał ich obecność w naszym domu. Dla niego liczyła się tylko rodzina z Podlasia, jego rodzeństwo i ich dzieci. Dopiero po nich liczył się z mamą i z nami, jego własnymi córkami, jak ze złem koniecznym, z którym przyszło mu mieszkać w miejscu stałego zameldowania wszystkich razem i każdego z osobna. Dopiero wnuki – chłopcy – byli ukoronowaniem wszelkich trudów jego żywota oraz radością i powodem do dumy. Patrząc na Tomka i Adasia, tata rozumiał, dlaczego miał córki. Dwunastoletnia Janka miała w czasie wojny też dużo szczęścia. Mówiła, że przyjechawszy z Warszawy, szła od stacji kolejowej kilka kilometrów przez pola i lasy sama, żeby dotrzeć do swojej ciotki na wsi. Dookoła wojna, żołnierze. Nic jej się nie stało. Mówiła nawet, że dojrzała dopiero po wojnie, czyli dość późno, jak na nastolatkę. Ale gdyby coś, to nie zaszła by wtedy w niepożądaną ciążę…
Pan Bóg czuwał czy też Matka Natura.
Po wojnie wróciła znowu sama, cała i zdrowa do Warszawy. Jej rodzinny dom stał niezburzony, tylko jedna bomba wyrwała małą dziurę w mieszkaniu obok. Babci jeszcze nie było. Najpierw mama nie miała co jeść, albo za co kupić czegoś więcej. Postanowiła z sąsiadką upiec pączki i sprzedawała je na Bazarze Różyckiego. I tak jakoś sobie radziły. Tak wytrzymała, aż wróciła jej mama. Babcia wyczarowała skądś kilka starych obrazów, podobno z szabrunku. Jeden z nich był haftowany ręcznie i przedstawiał Jezusa i Marię Magdalenę przy studni na tle Jerozolimy (?) – być może. Inny jakieś nimfy nad wodą. A trzeci samą babcię. Ten chyba nie był z szabrunku. Babcia miała zmysł do robienia interesów. Nie wiem, co robiła podczas wojny. Przeżyła i jej córki też.
Po wojnie nie stawiało się pytań, a nam nikt nic nie opowiadał. W jakimś okresie swego życia babcia Stasia pracowała w barze jako bufetowa. Ale czy to było w czasie wojny, czy po wojnie..? Ja pamiętam babcię jako staruszkę. Z mozołem wchodziła do nas na drugie piętro. Potem mama z takim samym trudem wspinała się do własnego mieszkania. Ja to chyba na czwarte piętro kiedyś nie wejdę…
Jeździłam do babci z mamą tramwajem na Pragę Północ, bo babcia była miła i dawała mi często 10 złotych. Za to zmuszałam się, by ją pocałować. Bawić się też wcale nie umiała, nawet żołnierzykami, co jej wypominałam czasami, jak mój synek mojej mamie. Babcia umarła, kiedy miałam jakieś 8 czy 9 lat, a ona ok. 72. Mama nosiła chyba przez cały rok żałobne czarne stroje. Nie mogłam już na nie patrzeć. Uważała, że tak trzeba i tak się robi, chociaż nie uważam, żeby była w tym czasie jakoś specjalnie smutna. No może tylko dlatego, że przepadło mieszkanie po babci, w którym zameldowany był wujek Stasio, przyjaciel cioci Danusi, a siostry mamy. Cioci Danusi prawie nie znałam, bo siostry nie utrzymywały bliskich kontaktów. Przez telefon ciocia była dla mnie miła. Ale podobno często było wobec innych osób inaczej. Pewnie jej też w czasie wojny nie było łatwo. Obie miały trudne dzieciństwo. Mama była odporniejsza. Mieszkanie po cioci też dostał wujek Stasio… Ciocia zmarła na raka. Jej córki mieszkały w Warszawie, ale widywałyśmy je rzadko. Misia zmarła jako młoda kobieta na stwardnienie rozsiane. Ostatnie lata spędziła przykuta do wózka inwalidzkiego. Przykro było patrzeć na jej ogromne cierpienie i jej wielki optymizm – mimo wszystko. Misia była zawsze trochę dziecinna i naiwna.
Moja mama pomogła swej siostrzenicy Ani znaleźć pracę, tam gdzie sama była zatrudniona (Przedsiębiorstwo Handlu Zagranicznego „Metronex“), kiedy Ania odeszła ze słabo płatnego stanowiska w bibliotece. Anna nie miała wykształcenia ekonomicznego, ale mama wybłagała dla niej pewnie u swojej szefowej jakąś posadę w biurze. Mamie ludzie szli chyba czasami na rękę dla świętego spokoju, żeby już przestała prosić i dziękować. Ona była niezatapialna, jak czegoś bardzo chciała. Na szczęście mama wzięła po babci kilka obrazów, ten z Panem Jezusem, ten z nimfami i ten z samą babcią. Teraz ja je odziedziczyłam. Wędrują tak już ponad 70 lat… Przetrwały wojnę i komunę. Tylko ich właściciele odeszli, albo się zmienili. Ciekawe, czy robi im to jakąś różnicę? Ktoś je tworzył, ktoś za nie zapłacił. Ktoś je przejął, dostał, kupił, czy zabrał po wojnie? Najpierw wisiały u jakichś bogatych burżujów, potem u ubogiej babci komunistki. Następnie przeleżały w tapczanie, na pawlaczu i na szafie, a na koniec wylądowały u niezłej „artystki”… to może one były dla mnie? Dziękuję… Mama i ciocia Danuta były pięknymi kobietami. Miały różnych adoratorów. Mama umówiła się raz z jednym, ale nie spotkali się, bo mama czekała na jednym końcu Łazienek, a on na drugim. Czekali na siebie przy dwóch różnych wejściach. Napisał zawiedziony i romantyczny list miłosny w bardzo eleganckim stylu. Mama mówiła, że się jąkał, a jego rodzina była pochodzenia żydowskiego. Nie spotkali się na randce i nie wyjaśnili nieporozumienia zbyt szybko. Oboje myśleli, że ktoś z nich nie przyszedł. List wysłał pewnie zbyt późno. Mama pokazała mi 50 lat później to co pisał i opowiedziała mi o nim. Tata był w odpowiednim czasie tam, gdzie trzeba i przynosił landrynki, a nie czekoladę. Chociaż te landrynki wyraźnie mamę rozczarowały. Miał niewiele pieniędzy. Nawet Witek mógł mi kupić 35 lat później wyrób czekoladopodobny, ale to ja obsypywałam go czekoladą z NRD oraz innymi drobiazgami: pastą do zębów, szamponem, itp.! Nie było u nas tego w sklepach! Na obrączkę ślubną nie było taty stać, więc mama dała do przetopienia medalik (naszyjnik) na zdjęcie. Miałam wrażenie, że wstydziła się mi o tym mówić i było jej jakoś przykro, może żal tego medalika? Pobrali się i zamieszkali u babci. Dzięki temu ojciec mógł dostać meldunek w Warszawie. A wtedy to nie było takie łatwe. Kolega taty ożenił się z ciocią Danusią. Była podobno nawet ładniejsza, ale bardzo nerwowa. Jak się który na randkę z Danką spóźnił, to podobno oberwał od niej. Po dwóch, czy trzech latach mieszkania u babci (razem z małą córką) na Pradze, ojciec dostał mieszkanie pracownicze przy ul. Międzyborskiej w Warszawie, pokój z kuchnią. U babci robiło się tłocznie w jednoopokojowym mieszkaniu z widną kuchnią i klozetem. Babcia też chciała sobie ułożyć życie po raz kolejny, na nowo.
Trzeba tam było palić węglem w piecu. Rodzice przeprowadzili się tam z moją małą siostrą, Aliną. Mama dała jej to imię na pamiątkę swojej przyjaciółki, która po wojnie mieszkała w Jedwabnem (koło Białego Stoku) i została później moją matką chrzestną. U cioci Aliny spędzałam w okresie podstawówki (miałam 10 czy 11 lat) kilka razy cudowne wakacje. Pierwszy raz byłam w domu u rodziny, w której panował spokój i nikt się nie kłócił i nie darł. Dziwiłam się, że tak też można żyć. Wakacje u nich były prawdziwym wypoczynkiem. Ciocia pożyczyła raz ode mnie 2,- złote i nie wiedziałam czy się upomnieć, czy nie, bo zapomniała oddać sama. Ten dylemat finansowy przedstawiłam mamie w liście. Nie pamiętam odpowiedzi i rozwiązania tego problemu. No ale ja miałam na sumieniu mały wazonik z „Włocławka” z klubokawiarni w Jedwabnem. Spodobał mi się bardzo jako prezent dla siostry, bo takie zbierała. Przechowywałam go do wyjazdu w peoniach w ogródku cioci, i drżałam, by go nikt nie zauważył podczas podlewania kwiatów. Raz przejęłam też od pewnej pani jednego papierosa w prezencie dla Eli, a ciocia dopytywała się, czy ja palę??? Ja??? Do dzisiaj nie palę. Chciałam mieć coś na prezent. Nie mogłam powiedzieć, że Ela, 18- letnia córka cioci, pali papierosy. To była tajemnica! Więc podejrzenie spadło na mnie. Ciocia i wujek zatrudniali u siebie w domu gospodynię. Pani Henia gotowała obiady i sprzątała w domu. Kogo było na to wtedy stać? Rano karmiła ich pieska często bułką na mleku, wlewając psu ten posiłek do pyszczka łyżką. To było urocze, pies był dla niej jak dziecko, a ja lubiłam przyglądać się jak pani Henia go karmi. A potem, jak pracuje w kuchni. Własnych dzieci, ani męża nie miała. Poza tym chodziłam z panią Henią na łąkę po szczaw na zupę. A raz byłyśmy na targu i sprzedawałyśmy coś razem, chyba doniczki. Skąd ona je miała? Nie wiem. Podobało mi się to handlowanie na prawdziwym targu, a ja jak prawdziwa handlarka, chociaż miałam ok. 12 lat. Innym razem w miasteczku ktoś zmarł i pani Henia poszła obejrzeć nieboszczyka. Ja nie chciałam z nią wejść do tego domu, gdzie leżał ułożony przed pogrzebem. Bałam się go oglądać. Kilka lat później pani Henia zakochała się w nastolatku, który zamieszkał u cioci i wujka w domu w Jedwabnem. Młodzieniec ten został zesłany przez własnych rodziców w to miejsce, by skończyć po znajomości liceum, w którym wujek pracował jako nauczyciel polskiego. Młody chłopak, nastolatek i pani Henia zostali potajemnie parą. A koniec ich znajomości starsza ok. 20 lat od niego pani Henia bardzo przeżyła, bo miała chyba wobec niego jakieś poważne plany. Ale wyjechał.
No, ale wróćmy do Warszawy lat pięćdziesiątych. Rodzice zawsze – oboje – pracowali. Moja siostra musiała chodzić do żłobka, co było dla niej jakimś koszmarem. Tata oszukiwał ją, że wcale tam nie idą, a tu za rogiem znowu żłobek! I siostra w płacz. I tak prawie codziennie przez min. dwa, trzy lata…Musiała tam zostawać pewnie cały dzień, do godziny 17-tej, aż rodzice wrócą z pracy. Podobno dzieciom regularnie mierzono temperaturkę w pewnym miejscu. To był też jakiś horror. Zmarnowali to dziecko. Mama opowiadła, że Alinka płakała jako niemowlę, bo mama karmiła ją butelką wg godzin opisanych w socjalistycznym przewodniku dla młodych matek, a mianowicie nie wtedy, kiedy była głodna i płakała, tylko wg tabelki, co 6 czy 8 godzin… Dziecko nie trzymało się socjalistycznego planu! No i nie poprawiło to siostrze humoru na całe życie. Pan Bóg próbował uratować lub ułatwić siostrze życie, bo po jej porodzie, chcieli rodzicom wcisnąć w szpitalu inne niemowlę. Ale babcia się zorientowała, że to nie może być jej wnusia, taka pulchna i okrąglutka… Mamusia dziecka jakoś nie. Nie wiadomo, na czyje szczęście… Rodzice odebraliby pewnie, co tam dają w beciku, sztuk raz. I nikt by nie zauważył. A tak, to mieli, co chcieli… Tylko wakacje rodzice lubili mieć wolne. Posłali więc dwuletnią Alinkę do jej najbliższej rodziny do Bużysk na dwa miesiące, opowiedziała mi mamusia po latach. Chyba zaczynała kojarzyć przyczyny i skutki jej macierzyńskich błędów…
Nasi rodzice nie zorientowali się, że ich dwuletnia córeczka pierwszy raz na własne oczy widzi swą bliską rodzinę na wsi, i jej wcale nie zna. To pozna, pomyśleli rodzice i już ich nie było. W socjalistycznym poradniku nie pisali widocznie nic o więzi dziecka z rodzicami. A sami rodzice pewnie takowej więzi także u nikogo nie zauważyli. Dwuletnie dziecko musiało dostać szoku, spędzając dwa miesiące u obcej „najbliższej” rodziny, gdzie było troje innych dzieci i mnóstwo roboty, jak to w gospodarstwie. Jednak przeżyła. Małej Alince taki pobyt też nie wyszedł na dobre. Ale nie da się tego udowodnić naukowo. Jej syn Tomek przeżył podobny szok w wieku dwóch lat, kiedy poszła na kilka tygodni do szpitala i jej zabrakło, mimo iż spędzał czas ze mną i dziadkami, których dobrze znał. Po prostu cofnął się w rozwoju. Przestał tak mówić, jak wcześniej, stał się smutny i zamknięty. Jego tata spędzał czas gdzie indziej, na tle byłych małżeńskich nieporozumień i już po rozwodzie. Brak serca i rozumu idzie często w parze z tytułami naukowymi wyższych uczelni, a nawet P.A.N. Siostrze odechciało się po rozwodzie żyć, a co z jej synkiem, to już się nie zastanawiała. W końcu miała rodziców i siostrę. Tatuś dziecka miał nową rodzinę. Ja nie mogłam zostawić mojego dziecka nawet na 2 dni, zanim nie skończył 5-ciu lat. Kiedy musiałam jechać na szkolenie na tydzień, pięcioletni Adaś bardzo przeżywał rozstanie i spał z moim zdjęciem. Był we własnym domu i z nianią, a nawet na zmianę ze swoim tatusiem.
W wieku przedszkolnym mojej siostry, rodzice zorganizowali Alince opiekunkę, niewiele starszą od niej samej, za to też z Podlasia. Dziewczyna miała 15 czy 16 lat i chciała zobaczyć świat, czyli Warszawę. Zamiast siedzieć z małą, pojechała sobie na miasto, a dziecko zostawiła samo w domu. Siostra musiała znowu przeżyć szok. Dziwnym trafem tata wrócił wtedy wcześniej z pracy i uratował być może swoją córkę. Kto wie, czy to nie babcia się pomyliła? :-/? Czy mama i ojciec (taki na tle Bużysk inteligentny podobno i wielce szanowany oraz już po trzydziestce) nie mieli wyobraźni? Ale co tam, jeden pogrzeb córce już urządzili, więc… grób na Bródnie już był, jakby co.
1-go listopada, na Wszystkich Świętych, jechaliśmy na grób Ewy, mojej siostry, która zmarła jako roczne dziecko. Urodziła się z ciężką wadą serca, której wtedy nie operowano. Cierpiała co i raz na niwydolność serca, zapaści, konwulsje i powoli umierała przez rok… Razem z nią cierpieli pewnie wszyscy w rodzinie. Mnie wtedy jeszcze na świecie nie było.
Czasami szliśmy też na grób babci i innych zmarłych znajomych moich rodziców. Cała Warszawa jechała „na groby”. Ludzie z chryzantemami i zniczami w zatłoczonych autobusach na liniach „Cmentarnych”. Pod cmentarzem wielki tłok. Sprzedający kwiaty, znicze i jakieś słodycze, kupujący w eleganckich ciepłych ubraniach, mama, jak i wiele innych pań – w kożuchach albo w karakułach. Te ostatnie przyjeżdżały z Turcji. Mama kupiła sobie czarne, takie na każdą okazję. Do tego kołnierz i czapkę ze srebrnej norki. Mama miała też szalik futrzany z brązowj norki. Później odkupiła nawet okazyjnie od sąsiadki jej stare karakuły, które nie pasowały na nikogo. Niedawno dddałam je do Czerwonego Krzyża. Ciocia Alina nosiła czapkę z lisa, a może i futro z lisa. Była bardzo elegancką, pochmurną damą z papierosem. Tata jej nie lubił. Ale tata nie lubił nikogo w zasadzie, kto nie pochodził z Bużysk lub z Drohiczyna. Nieraz pierwszego listopada padał już śnieg. Do grobu mojej siostry szliśmy długą aleją wśród wysokich drzew, potem trzeba było skręcić. Po drodze można było kupić „pańską skórkę” od pojedyńczych sprzedawców, słodkie, różowe coś w papierku, podobne do gumy do żucia, ale rozpuszczalne po przeżuciu. Bardzo smaczne. Sprzedawcy musieli ten wyrób produkować sami w domu. Taka prywatna inicjatywa, prekursor dzisiejszych maomamów, itp. Nie słyszałam, żeby się ktoś zatruł. Grób Ewy jest teraz także grobem rodzinnym moich rodziców, którzy spoczęli tam w pokoju. Tata w trumnie, mama w urnie. Tata uważał pomysł z urnami za bardzo dobry, ale dla nas. On pragnął ułożyć się tam w całości, przykryty biało – czerwonymi goździkami, a my możemy się w urnach poustawiać na nim, powiedział. Mama się już podporządkowała.
W latach 50-tych co jakiś czas ze wsi przyjeżdżała do Warszawy babcia. Najchętniej spędzała czas podobno w kościele. Wnuczek to miała na wsi sama pod dostatkiem. Więc po co się wnuczką zajmować? Ksiądz pytał ją po drugiej mszy, czy ma aby gdzie mieszkać, i że może powinna iść do domu???
Tak mówił tata, ale on też czasami koloryzował… W 1965 lub 1966 roku rodzice przenieśli się na Grenadierów. Tata miał duży wkład w budowę nowego budynku mieszkalnego dla pracowników przemysłu mięsnego. Sam wybrał lokalizację. Nie Saską Kępę (niestety, od razu miałabym bliżej do Mateusza), a pole na Grochowie. Pewnie bardziej przypominało mu wtedy jego rodzinne strony. Na przeciwko bloku stał jeden stary domek w małym ogródku z drzewami owocowymi. Obok stanęła kwiaciarnia z goździkami. Trochę dalej, w szczerym polu była jakaś rudera. Teraz jest tam trasa szybkiego ruchu, a bliżej Grenadierów – stacja benzynowa. Wzdłuż ulicy posadzono topole. Na wiosnę zrzucają kwiaty podobne do dżdżownic. Dziś: ruch i szum samochodów, i prawie nic ze spokoju tego zaułka sprzed 45 lat. Saska Kępa w porównaniu z Grochowem to teraz sielanka. I tu też tata trafił w dziesiątkę! Tatuś wybrał sobie jako działacz społeczny (ale bezpartyjny!) mieszkanie środkowe, za to dwu-, a nie trzypokojowe. A może by im nie dali większego? Mamie przysługiwał dodatkowy metraż, bo miała po wojnie początki gruźlicy (wyleczone w sanatorium) i z takim zaświadczeniem dostali rozkładowe dwa pokoje z widną kuchnią i łazienką, 46m2, na drugim piętrze, z balkonem, bez windy. Podłoga: klepka dębowa. Mama pastowała klepkę okrutnie śmierdzącą pastą do podłogi. Do tego potrzeba było dużo ligniny z apteki. Froterowanie wykonywała nowoczesna froterka elektryczna, przechowywana latami za drzwiami, albo ja – na jakichś szmatach. Pastowanie klepki to było hobby mamy chyba, bo nie wiem, po co było ją tak pastować co kilka tygodni? Może u babci się tak kiedyś robiło? Później mama polakierowała klepkę u siebie w pokoju, a tata już nie pastował. Alina do sprzątania się nie wtrącała, bo jej to nigdy nie dotyczyło. Od tego była najpierw mama, a potem także ja. Mój tata czułby się najlepiej w pokoju z „gumnem” i słomą na środku, a nie z dywanem. Ojciec denerwował się, że mama ciągle sprząta. Chociaż mnie się wydawało wtedy, że sprząta się u nas raczej zbyt rzadko. Moja koleżanka Marzena miała przecież gorzej, bo musiała odkurzać mieszkanie codziennie po szkole, (a ja najwyżej raz na tydzień). A jej groźna babcia tego pilnowała. Pewnego razu Marzena zapomniała kluczy do mieszkania, a jej babcia pewnie wyszła, i musiałyśmy wchodzić do niej przez okno, bo niski lufcik był akurat otwarty, a mieszkanie było na parterze. A może tylko ja weszłam, jako ta chudsza i zwinniejsza i otworzyłam jej drzwi? Pamiętam jak wciskałam się przez ten dolny lufcik do jej kuchni. W zabawach z koleżankami grałam zwykle tatę, jeśli bawiłyśmy się w rodzinę. Wolałam chłopięce role. Tylko w domu przebierałam się czasami za królewnę, zakładając długą różową koszulę nocną mamy i jakieś korale. Ale tak ubierałam się tylko sam na sam z lustrem, kiedy mnie nikt nie widział. Marzeny nowa i starsza koleżanka, bo miała taką od ósmej klasy, przyjmowała u siebie zagranicznych turystów za pieniądze. Nie spotkałam wtedy nikogo z nich, na szczęście, ale podobno byli Arabami. Zresztą obok naszego bloku też były takie dwie (dorosłe) kobiety, siostry, które ich przyjmowały za pieniądze czyli dolary. Nie zastanawiałam się wtedy nad tym, ale wiem, że założyły rodziny, jak się dorobiły i skończyły z tymi turystami. Z tym „autobusem Arabów” to zresztą przesada, bo przychodzili raczej pojedyńczo. Z Marzeną przestałam się przyjaźnić w ósmej klasie. Była bardzo nerwowa i despotyczna, i raz miała zamiar dźgnąć mnie nożyczkami, ale może żartowała. No mnie te żarty, nie były wsmak. Poza tym miała tą koleżankę od turystów zagranicznych. Agnieszka (czyli przedszkolna) Marusia mieszkała obok Marzeny. Między ich blokami było podwórko, na którym bawiłyśmy się razem, a czasami też z innymi dziećmi. Na trzepaku, pod trzepakiem i koło trzepaka. Oprócz tego skakałyśmy w gumę, bawiłyśmy się w chowanego i w berka. W czasach harcerstwa rzucałyśmy finką w ziemię, co to za zabawa? Bardzo chciałam, żeby Agnieszka była moją przyjaciółką, ale ona jakoś się nie angażowała szczególnie w przyjaźń z żadną z nas. Potem się przeprowadziła do innej szkoły, ponieważ jej mama była naszą nauczycielką w podstawówce i rzadko się widywałyśmy, chyba tylko na religii. Przy Białowieskiej były jakieś opuszczone rudery w starych ogrodach. W jednej z nich zrobiliśmy sobie z patyków, tektury i czegoś tam, „domek”. Myślałam, czy marzyłam, że sobie tam później zamieszkam, ale później… postawili tam nowoczesny warsztat samochodowy, a ruderki z naszym domkiem zniknęły.
Kiedy jako osoba dorosła po 30 latach wyrzuciłam stary dywan rodziców i kupiłam im na prośbę i za zgodą mamy nowy dywan plus dwa fotele, ojciec zrobił straszną awanturę. Jakim prawem mogłam to zrobić? Wyszedł z domu i musiałam prosić sąsiada, by wyniósł stary, podarty dywan i rozwalające się fotele do śmietnika, gdyż Tomaszek źle się czuł i nie miał czasu, by mi pomóc. Miał jednak czas i zdrowie iść tego dnia na Sylwestra. Mój roczny synek siedział w domu z nianią. Niestety robiło mi się niedobrze, kiedy patrzyłam na moje dziecko, raczkujące u dziadków po tym odwiecznym i nigdy nie trzepanym kurzołapie, po którym dużo wcześniej raczkował pies Karat, także – bez pieluch.
Na Grenadierów szczęśliwa rodzina moich rodziców powiększyła się w 1966 roku o jeszcze jedną córkę, Joannę. To imię żeńskie wybrała dla mnie moja siostra, wytykając rodzicom, że skoro zrobili jej takie świństwo, że zmajstrowali jej siostrzyczkę, to ma się nazywać tak jak Alinka sobie wybierze. Lalkom pewnie też sama dawała imiona. Mamusia i tatuś nie byli w stanie odmówić ukochanej pierworodnej córce, która jako córka swego ojca też miała nie łatwy charakter. A ciężarną mamę chciała stłuc jeszcze w błogosławionym ze mną stanie. Mama mówiła, że Ala od małego była zawsze niezadowolona i w złym humorze. Ale może to rodzice psuli jej od małego ten humor. Pewnie prawda leży po środku. Mnie szczerze mówiąc było wtedy wszystko jedno, jakie mi dają imię, i się nie wtrącałam. Jak zwał, tak zwał… Nadal nie mam nic przeciwko wyborowi mojej – dawno temu – ukochanej, a teraz byłej, starszej siostry. Sama się na nasze więzi rodzinne wypięła, ponieważ preferuje gotówkę, a rodzice i ja byliśmy jej potrzebni tylko w celu zaspokajania jej oraz siostrzeńcowi ich nie tylko podstawowych potrzeb. Alina wstydziła się chodzić ze mną na spacery, bo była wysoka i brali ją za trzynastoletnią mamę. Ja mogłam 20 lat później później niańczyk jej syna. Jednak się przydałam. Mama pracowała. Do żłobka nie uczęszczałam. To gdzie ja byłam, że przeżyłam? Babcia, sąsiadki i nianie siedziały ze mną odpłatnie w domu i wywoziły mnie na spacery do parku. Rodzicom powodziło się finansowo wtedy lepiej niż 13 lat wcześniej. Wydaje mi się, że pamiętam topole nad moim wózkiem, kiedy szliśmy na spacer, a ja siedziałam lub leżałam w wózeczku. W parku w wieku ok. 1-ego roku życia poznałam Krzysia. Wymienialiśmy się łopatkami. Potem chodziliśmy razem do podstawówki. Przeniósł się w piątej klasie na Żoliborz. Krzyś był prymusem i jest teraz dyrektorem dużego banku w Warszawie. Tylko mnie nie wyszło…
W wieku trzech lat poszłam do przedszkola. Tata ubierał mnie bardzo ciepło. Hitem zimowych dni były barchanowe długie gacie po kolana. Karmił mnie na siłę lanymi kluseczkami na mleku, bo były tanie i zdrowe oraz należały do ulubionych dań tatusia. Raz tak mnie nakarmił, a ja bardzo grzecznie zjadłam, także „za mamusię i za tatusia”, że wyrzygałam chwilę później cały talerz lanych kluseczków na dywan. Tatuś się zdenerwował takim obrotem sprawy. Ale być może i przemyślał, że niedokładnie ocenił pojemność mojego kilkuletniego żołądka. Bo kluseczki zjadłam przecież ze smakiem. Czasami dostawałam także jakieś ohydne, zaparzone przez tatę, bardzo zdrowe ziółka. Też je piłam z tym samym smakiem, siedząc na krześle w kuchni. Wtedy starałam się taty nie denerwować. Kiedy byłam już dorosła, a mama pytała, czy chcę jeden, czy dwa kotlety mielone, ojciec krzyczał: „Nie pytaj się, kurwa…, tylko nakładaj! Co podadzą – trzeba zjeść!” No to smacznego.

Z przedszkola zwykle odbierał mnie tata. Lubiłam go i kochałam. Czasami się pomylił, ale mama się tatusiowi w wychowanie zwykle nie wtrącała. Przynajmniej tego nie pamiętam. Pracowała od rana do wieczora i prawie jej nie było w domu. A jak była, to tylko w kuchni i godzinami gotowała jakieś zupy, albo sprzątała w walizkach, przechowywanych na pawlaczach. Gotowanie kojarzyło mi się z jakimś wielogodzinnym koszmarem i wielkim mozołem obierania różnorakich warzyw, ziemniaków, krojeniem tego wszystkiego na części pierwsze i staniem dookoła garów przez pół dnia. A na koniec trzeba było jeszcze zmywać… Dlaczego my po prostu nie wyliżemy tych talerzy, myślałam sobie, przecież wtedy są czyste. Za pewne wypróbowałam ten pomysł. Rodzice nie dali się przekonać. Sprzątanie w walizkach mama planowała sobie zwykle na niedzielę i święta, bo wtedy miała wolne i nie miała co robić po obiedzie, o ile nie było niczego do prasowania. Stawała na krzesło i wołała tatusia, by jej dopomógł zdjąć ciężką walizkę z pawlacza: „Wiciu..!”. Tatuś jednak ani myślał pomagać w sprzątaniu, zwłaszcza przy niedzieli, ani nawet dźwiganiu walizki z pawlacza do pokoju. Mamy te walizki jakimś cudem nie zabijały, a tata krzyczał: „Kurwa…”, że mama grzeszy i Boga w sercu nie ma. Nigdy nie słyszałam, żeby tata wołał mamę po imieniu. Zawsze tylko: kurwa, chodź no tu, podaj, odpier… się, do cholery i po cholerę. I znowu była awantura. Sprzątanie w walizkach polegało na wywaleniu ich całej zawartości „na pokój” i powkładaniu z mozołem tego wszystkiego z powrotem. Dzisiaj zauważam podobne cechy u mnie…. Też mi żal wyrzucać…
Rzadko i z wielkim żalem mama pozbyła się jakiegoś starego łachu, który musiał odleżeć w walizce przynajmniej 10 lat, a wcześniej musiał być przez wiele lat jakąś częścią intymnej bielizny babci, zawiązywanej na 20 sznureczków wokół jej talii. Zastanawiałam się, co to jest? Mogło się jednak przydać, podobnie jak stary szlafrok babci. Szlafroki mama lubiła donaszać po babci. A potem szyła sobie także nowe, niestety podobne… Mama bardzo lubiła pakować walizki. Przed każdym jej wyjazdem pakowanie walizek było podobne do sprzątania w tych z pawlacza, tylko że wtedy wszystkie rzeczy „na pokój” wywalała z szaf. I zabierała ze sobą możliwie wszystko, co do walizki wlazło. Ojciec dźwigał ten bagaż na dworzec. Jakoś chętnie pomagał jej wyjeżdżać. Jadzi i Geniowi żalił się na swój samotny los, samotnego ojca z nastoletnią i nieposłuszną córką. A niech się nad nim politują… W czasach przedszkolnych zwykle tylko tata chodził ze mną do kościoła, na Rondo Wiatraczna. Mama rzadziej, siostra wcale, bo spała zwykle do dziesiątej i nie wolno mi było jej budzić. A może była w tym czasie już w Londynie na dyskotece? Wybrała się tam do pracy i przywiozła z powrotem ze 2,- dolary. Kupiła parę fajnych ciuchów, a dla mnie chyba dżinsy LEE. Tata przywiózł mi z delegacji po USA śliczną bluzkę z myszką Micky. A sobie małe ogrągłe, zielone radio na baterie, które burczało mu przy goleniu najnowsze przeboje programu pierwszego. Mamie nigdy nikt niczego nie przywoził? Za to mama przywoziła coś dla każdego z NRD. Zwłaszcza siostrze nigdy się nic nie podobało, marudziła, krytykowała, ale na koniec brała jak swoje. Ja dostałam raz dużą, piękną, brązową małpkę z delegacji mamy do Bułgarii. Mama poleciała tam samolotem, w tą i z powrotem! A ja byłam na lotnisku!
W kościele tata kazał mi się zachowywać cicho i z powagą, co przychodziło mi z wielkim trudem. Staliśmy często na zewnątrz kościoła, więc mogłam porozglądać się po terenie. Bałam się zdenerwować tatę w tak dostojnym miejscu i bardzo starałam się być grzeczna i nic nie mówić, chociaż miałam kilka pytań. N.p. dlaczego wszyscy mówią: „Amen”, lub dlaczego klękają, a potem wstają, czy: dlaczego wszyscy są tacy poważni… Miałam jednak zbyt wiele pytań, jak na jednego tatę, bo kazał być mi cicho. Kiedy ja byłam poza domem, starsza siostra miała okazję dokończyć moją tabliczkę czekolady, schowaną przed nią. Ponieważ swoją już zjadła. Mama gotowała całymi dniami i godzinami. I zwykle na kilka dni, na okrągło to samo. Miała w swoim jadłospisie kilka ulubionych dań, i to nam wystarczyło na całe życie. Pomidorówka z ryżem, ziemniaki z mielonymi i marchewką, rosół, marchewka z ziemniakami, zrazy wołowe, buraczki, barszcz czerwony, pomidory z cebulą i sałata ze śmietaną, zupa warzywna. Robiła dobre naleśniki z serem. I tak w koło Macieju. Tata obierał ziemniaki. Lubił robić z nich kopytka albo placki, których nie dosalał, bo sól nie zdrowa. Jak się odwrócił, to ja dosalałam, bo placki ziemniaczane niesłone – nie dobre. Czasami tata robił „Babę ziemniaczaną”, takie ciasto upieczone z tartych ziemniaków, ze skwarkami i cebulą. Pyszne było podsmażone na smalcu. Teraz (rok 2016) kupuję je w Niemczech w piekarni jako „Döppekuchen“. Oni tu w Niemczech też to mają! Ciekawe, kto od kogo się tego nauczył?A może pewne dania wymyślono dawno temu w różnych domach czy kuchniach równolegle?
Ojciec piekł też ciasto drożdżowe, które dla odmiany było nie słodkie. Cukier był pewnie też nie zdrowy. (?) Mama czasami piekła szarlotkę, całkiem smaczną. Na święta Bożego Narodzenia rodzice robili pierogi i bigos. Ja nie lubiłam ani piec, ani gotować, więc jadłam, co było – dla wygody. Alina gotowała najlepiej z nas wszystkich i wprowadziła do naszego rodzinnego jadłospisu kilka urozmaiceń. No ale u niej jedliśmy rzadko, kiedy dorosłam. Zapraszała nas na święta, które odbywały się u niej – ale zawsze były składkowe od nas wszystkich. Rodzice, ja i ona – każdy z nas coś upiekł, kupił i przyniósł. Ona też się dokładała. Alina nie lubiła gościć innych za własne pieniądze, albo otworzyć paczkę delicji do herbaty. Dlatego przynosiłam swoje na poczęstunek. To skąpstwo miała po tacie. On też nigdy, nikomu nie chciał nic dać, ani w żaden sposób innym podziękować. Bo mama była z kolei zbyt rozrzutna, chociaż jeszcze w normie… No i ojciec jej pilnował i nie pozwalał na nic. Kiedy byłam mała, najczęściej mama kupowała mi ubrania. Robiła to dość chętnie. Ale pewnego razu nie miała czasu i wysłała mnie (dziesięcioletnią) z tatusiem po nowe buty dla mnie. Ojciec wszedł do pierwszego sklepu, wybrał pierwsze lepsze buty, jakie mi wlazły na nogę i nie chciał słuchać, że są za małe, czy tam brzydkie. Skoro wlazły, są dobre i bierzemy bez marudzenia! On nie będzie chodził po sklepach, a ja nie będę wybrzydzać! Rozpłakałam się strasznie i od tej pory nie chciałam za żadne skarby chodzić na zakupy z tatusiem, co mama nawet zrozumiała. Co jak co, ale buty powinny pasować, a dziewczynkom nawet i podobać się zwykle niestety. W kinie raz tata spał, więc nie mogłam z nim pogadać o filmie, jak wyszliśmy. Trochę mnie to rozczarowało, ale bałam się go budzić. W telewizji było kilka audycji dla dzieci. „Pora na telesfora”, „Piątek z Pankracym”, a później „Teleranek”. Nad ranem, w niedzielę chyba, leciało często „W domu i w zagrodzie”. Można się było jednak czegoś nauczyć.
Od czasu do czasu w programie pojawiały się filmy amerykańskie, westerny, i dla dzieci filmy Disneya, które cieszyły najbardziej. Kaczor Donald i Myszka Miki były hitami mojego dzieciństwa. Ameryka była krajem z bajek i filmów z pięknymi kobietami i dzielnymi (a nawet brutalnymi) mężczyznami, o duszy dżentelmena, którzy zabijali dla pieniędzy i z miłości. Zbierałam historyjki z gum balonowych z Donaldem. Raz nawet mi się przyśnił. Przestraszyłam się w nocy, bo ukazał mi się wielki i jak żywy nade mną. Poza tym zbierałam jeszcze serwetki. Przeróżne, kolorowe i rzadko dostępne, z ładnymi wzorkami. Tata miał kolekcję znaczków w 3 klaserach. Znaczki powymieniałam z Pawłem i już nie mieliśmy pełnych serii, za to wybrałam sobie o wiele ładniejsze! Zbierałam (albo rozdawałam) przez jakiś czas znaczki pocztowe. Miałam nawet skądś znaczek z czasów wojny, z Adolfem Hitlerem. Jednak najładniejsze były te z motylkami.
Do przedszkola odprowadzał mnie tata. Będąc w „Starszakach” czasami chodziłam tam często sama. W przedszkolu bawiliśmy się często w odgrywanie ról filmowych. Ponieważ w tym wieku znałam dwa wspaniałe filmy: „Czterej pancerni i pies” oraz „Siedemnaście mgnień wiosny”, graliśmy ten pierwszy, bardziej młodzieżowy. Może dlatego, że tam były dwie dziewczyny, no i pies, czyli rola dla mnie. Marusią została najpiękniejsza – Agnieszka, Emilka grała Lidkę, a ja Szarika. Chłopcy grali pancernych. Za czołg służył pień powalonego drzewa z przyczepioną kierownicą. Raz jeden chłopak z grupy zjadł pająka. Oberwał mu najpierw wszystkie nogi i połknął go na naszych oczach! To było okropne! Ja strasznie długo ssałam palec, żeby zasnąć. To chyba też objaw jakiegoś braku miłości. Wreszcie siostra oduczyła mnie tego, jak miałam osiem lat???? Smarowała mi palec musztardą z pieprzem. Albo może sama zrozumiałam, że powinnam z tym skończyć.
Po przedszkolu, w wieku lat siedmiu zostałam objęta obowiązkiem szkolnym i uczęszczałam do Szkoły Podstawowej nr. 246 przy ul. Białowieskiej. Szkoła była duża i fajna. Wchodziło się do niej rano przez szatnię, schodami na dół. Po lekcjach bawiliśmy się na świetlicy udekorowanej hasłem: „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się!”. Zastanawiałam się, o co chodzi i pamiętam ten śliczny napis do dzisiaj. Panie były miłe, czytały nam na świetlicy książki, grały z nami w szachy i warcaby. Odrabialiśmy lekcje i wychodziliśmy na boisko, albo na spacery do parku, śpiewając „Gdzie strumyk płynie z wolna, rozsiewa zioła maj, stokrotka rosła polna, a nad nią szumiał gaj…”. To była moja ulubiona piosenka, a i jeszcze „Dzień kobiet, dzień kobiet, niech każdy się dowie, że dzisiaj święto dziewczynek, uśmiechy są dla nich, zabawa i taniec…”. Panie dostawały po tulipanie. Wesoło było w naszej szkole. Na stołówce jadłam dobre obiady. Najlepsze były kopytka polewane bułką tartą, podsmażoną na maśle. Mama koleżanki tam pracowała i dostawałam nieraz podwójną porcję polewy. Na stołówce siadaliśmy przy stołach na środku dużej sali, a nauczyciele pod oknem, mając nas na oku. Raz jeden chłopak, łobuz szkolny, który trafił do mojej klasy, bo powtarzał rok, rzucał jedzeniem dookoła siebie. Traf chciał, że rzucił do tyłu i trafił w mój talerz, czy we mnie. Wściekłam się na niego, wzięłam kubek z kompotem, podeszłam do jego stołu i wylałam mu do talerza. Potem bałam się jego okrutnie, ale jakoś nie zrobił mi krzywdy. Nawet jego koledzy mi nic nie zrobili, chociaż wolałam nie zastać ich sam na sam w szatni. Pani woźna pilnowała tam porządku. Chyba tylko raz tata nie zdążył mnie odebrać do 17-tej i czekałam na niego w towarzystwie pani woźnej. Potem zgasiła światło. Pani woźna była ważną osobą w szkole. Siedziała na korytarzu, sprzątała i wydawała kredę. W razie czego pilnowała, żeby chłopcy się nie pobili, albo nie narozrabiali. Trochę się jej bałam, ale była w sumie miła, chociaż robiła groźne wrażenie. Chodziła w ciemnym fartuchu.
Ponieważ byłam samodzielną dziewczynką i już w przedszkolu trafiałam do niego sama, rodzice pozwolili mi w pierwszej, czy drugiej klasie, chodzić samej także do szkoły. Pewnego dnia jakiś zboczeniec zapytał mnie, która godzina i szedł ze mną aż pod samą szkołę, opowiadając mi swoje erotyczne fantazje. Chciał mi nawet pokazać coś w krzakach za szkołą, ale nie miałam zamiaru niczego oglądać. Powiedziałam mu, że nie mam czasu, bo się spieszę na lekcje i zwiałam wystraszona do szatni szkolnej. Odczepił się. Dzieci opowiadały czasami też o czarnej Wołdze, która porywała takich jak my nieletnich… Po szkole opowiedziałam o tym panu mamie. Bardzo się przejęła. Tak bardzo, że poszła ze mną wkrótce na komisariat MO. Tam jeszcze raz opowiedziałam o zdarzeniu i milicjanci pokazali mi kilka zdjęć. Pytali, czy to ten. Chyba nie rozpoznałam żadnego, albo bałam się pomylić, ewentualnie narobić temu panu kłopotów, a może i sobie tym jeszcze większych… Zaczęłam bać się jeszcze bardziej, popatrzywszy, ilu zbończeńców jest na wolności! Od tej pory miałam szczególnie uważać, nie rozmawiać z nikim i nie mówić, gdzie mieszkam, ani jak się nazywam, pouczyła mnie mama. Ale chodzenie do szkoły i droga powrotna do domu były stresujące. Bałam się, że znowu ktoś mnie o coś zapyta, albo nawet porwie czarna Wołga. Rodzice nie bali się jednak tak jak ja. Pewnego dnia w drodze do szkoły przechodziłam obok nastoletnich chłopców, których znałam z widzenia. Palili papierosy. Jeden z nich, jakiś nastoletni cham z bloku obok wrzucił mi do kaptura niedopałek papierosa. Bałam się takich łobuzów.
W naszym bloku mieszkał, piętro niżej, sąsiad, który wrócił z więzienia. Pewnego wieczoru ganiał z nożem za swoją przyjaciółką, nawet po klatce schodowej. Krzyczał na nią często, ale to znałam z domu rodzinnego. Jego też się bałam. Raz zapytał mnie na schodach, gdzie mieszkam. Odpowiedziałam: nad panem. On powiedział, że tu nie mieszka. Zdziwiłam się, że to nie on. A jak mam na imię, zapytał. Pomna przestróg mamy, powiedziałam jak głupia, że nie wiem :-/. Przestraszona i zawstydzona moją głupią odpowiedzią (nie chciałam być nieuprzejma, i odpowiedzieć, że mu nie powiem), uciekłam na górę do mieszkania. Znowu się bałam, nie wiedząc, czy to był nasz sąsiad, czy kto, nie poznałam go? Kiedy mama wyszła zobaczyć, już go nie było. Kto to był, zastanawiam się do dziś. Ten lęk został mi na wiele lat, albo i na zawsze (?).
A tatusia zachowanie, nie przyczyniało się do tego, bym nabrała zaufania do płci przeciwnej. Bałam się każdego mężczyzny, który przechodził koło mnie wieczorem (zimą wieczór był ok. 16 – 17-tej), bałam się, że w windzie mnie ktoś zaczepi, dlatego nie lubiłam jeździć z facetami w windzie, a do siostry na 11-te piętro. Nie chciałam mieszkać w bloku z windą, o ile musiałabym z niej na codzień korzystać i jeździć z obcymi. Bałam się wracać po ciemku do domu i przechodzić wąskim przejściem koło sklepu przy domu. Za sklepem czasami stali jacyś „spożywający napoje”, a pod naszym domem bywali różni sąsiedzi i ich znajomi. Grochów to nie Beverly Hills. Bałam się latami, ale udawałam, że się nie boję.
Jak miałam 10 lat trafiłam do szpitala. Wcześniej bolał mnie cały dzień brzuch. Aż wreszcie rodzice zawieźli mnie do szpitala. Okazało się, że trzeba szybko operować i usunąć wyrostek robaczkowy. Tata miał kiedyś to samo. Zostałam w szpitalu. Na sali po operacji leżałam z innymi dziećmi. Byli tam także dwaj trochę starsi ode mnie, może dwunastoletni chłopcy. W nocy opowiadali o jakichś erotycznych sprawach z dziewczynami i zmyślali pewnie jakieś bzdury, a ja udawałam, że śpię i ich podsłuchiwałam. Nie mieli złych zamiarów, ale to było trochę niepokojące. Nie spałam na wszelki wypadek, dopóki nie zasnęli. A nawet mnie ciekawiło, co tam sobie opowiadali. Na Sali leżał też jakiś trzylatek z Francji. To było rzadkością: takie zagraniczne dziecko z rodzicami. Wołał „pipi”, kiedy chciał na nocnik. Z przerażeniem czytam dzisiaj (maj 2012) w „Gazecie”, że w szpitalu ktoś kogoś wykorzystał w nocy. Wtedy to też było możliwe. Ale nie myślałam o tym. W końcu nikt nas na sali nie pilnował. Nie wyobrażam sobie, żeby moje dziecko zostawić gdzieś w szpitalu samo na noc, zanim nie skończy min. 12-tu lat. W ciągu dnia za oknem była wiosna, gołębie szukały partnera i gruchały w okolicach Marszałkowskiej, w połowie drogi między Placem Zbawiciela a Chmielną. Na Chmielnej pracował mój tata. Mama w wieżowcu koło rotundy. A potem na Mysiej. Z przejścia podziemnego obok rotundy pamiętam z czasów dzieciństwa starszego pana z psem. Pan był niewidomy i grał na harmonii, pies (wilczur?) siedział lub leżał obok niego. Siedzieli tam chyba często.
Kiedy Adaś miał 7 lat (2008 r.), musiał być operowany w Warszawskim Szpitalu. Spędziłam z nim tam dwie noce, śpiąc obok jego łóżka na leżance. Cała sala była pełna mam, koczujących przy dzieciach i czuwających nad ich opieką. Gdyby nie one, nadal nie jedno dziecko byłoby w biedzie… Brak personelu, zapracowanie lekarzy, których też było za mało. Dzieci bez mamy obok byłyby prawie bez opieki. Pielęgniarki nie interesowały się każdym z pacjentów indywidualnie, albo zapominały o nich. Nie wiem, czy miały zbyt wiele zajęć, czy tak po prostu traktuje się pacjentów? Na szczęście wolno było rodzicom być przy dzieciach całą dobę.
W pewnym okresie swego życia mama postanowiła zdać egzamin na prawo jazdy. Nie było jej wtedy w domu jeszcze dłużej, bo po pracy miała lekcje na prawo jazdy. A jak była w domu, ślęczała całymi wieczorami nad pytaniami i znakami drogowymi. I też nie można się było do niej odezwać. Bardzo się starała i chyba gdzieś za trzecim razem zdała egzamin i otrzymała prawo jazdy. Egzaminatorowi wręczyła natomiast pół litra jakiegoś trunku w podzięce, że jednak się udało. Po zdanym egzaminie mama nigdy więcej nie zasiadła za kierownicą. Mam nawet wrażenie, że zaczęła się modlić przed każdą podróżą autem. Pewnie nie tylko ona zdawała egzamin za pół litra i kopertę. Jak się miało znajomości, można było wszystko załatwić. Tata też miał prawo jazdy i był czynnym użytkownikiem dróg publicznych w kraju, a nawet za granicą. Mieliśmy chyba dużo szczęścia. A Pan Bóg darzył nas swoją opieką. Tak oceniłabym talent taty do prowadzenia samochodu, kiedy sama siadłam za kierownicą. Na stare lata, ojciec jechał dokładnie po przerywanej linii między pasami. Tak mu widocznie było wygodniej. Kiedy zwróciłam mu uwagę, że powinien zjechać na jeden z pasów, bo jedzie po obu, mama powiedziała, żebym dała tacie spokój, bo na stare lata tata ma przecież prawo nie widzieć tak dokładnie. Mhm.
Jako szczęśliwi posiadacze Fiata 125 P wyruszyliśmy z rodzicami i rodziną mojej matki chrzestnej Aliny z Jedwabnego do Grecji. To było chyba 1977 albo 78. Tam najlepiej „szły” kondomy. Sprzedały się szybko w kiosku. Wtedy nie bardzo wiedziałam, co to w ogóle jest, i nikt mi nie tłumaczył. Mama miała natomiast wyraźne kłopoty z upłynnieniem kryształu, mimo iż błagała po polsku niejednego Greka, właściciela sklepu z pamiątkami, by odkupił od niej ten bezcenny wyrób artystyczny. W końcu ktoś się ulitował. Wstyd mi było na to patrzeć i słuchać jej błagań: „Bardzo proszę, niech pan kupi, bo nie mamy na benzynę…”. Ale pocieszam się, że nikt mnie tam wtedy nie znał. Mamę mogli już zapamiętać. Po drodze do Grecji rozejżeliśmy się po Lwowie, Rumunii i Bułgarii. W ZSRR chcieli od nas wszystko kupić. W jakiejś bramie. Tak na prawdę, to nie wolno było handlować. Mieliśmy tylko jakieś bluzki i tanie perfumy konwaliowe („Pani Walewska” ?), a parasola mama nie odsprzedała, bo to był jej własny, chociaż jednej pani się bardzo spodobał. Dzieci pytały o słodycze i gumę do żucia. Tam było chyba biedniej niż u nas. Czy u nich nic takiego nie można było kupić w sklepie? W Bułgarii było morze, Złote Piaski i nocleg w namiocie. W Rumunii oszukano moich naiwnych rodziców przy kupnie dolarów na jakiejś pustej ulicy, za rogiem. Zamiast całej masy tanich „zielonych”, dostali masę prawie bezwartościowych rumuńskich baknotów, owiniętych w kilkudolarówki. Handlarze dolarami wręczyli ojcu jakiś zwitek banknotów, krzyknęli: „Milicja!” i uciekli. Tata przeliczył i powiedział: wystarczy na kilogram pomidorów. Mama straciła mowę i nie odzywała się prawie aż do Grecji, co mnie bardzo niepokoiło. Nie mogła nawyzywać tatusia za jego zmysł do robienia interesów. Te 100,- dolarów, które im wtedy przepadło – to był majątek! Dali się nabrać sprytnym oszustom. Myślałam, że mama i ciocia się rozchorują psychicznie. Były na skraju załamania nerwowego, a ja czułam się dość bezradnie, no i też się trochę martwiłam. Także wujek ubił ten złoty interes w Rumunii, ale dla nich 100,- dolarów miało nieco inną wartość. Zarabiali całą masę na protezach zębowych. Ciocia była dentystką, a wujek w szkole polonistą – a w ramach chałtury – protetykiem od wyrobu sztucznych zębów. I pewnie w większości „na czarno” czyli prywatnie. Podatku przecież wtedy nie płacił, ale korzystał z publicznych szkół, dróg i szpitali, uczelni dla swojej córki, itp. Jak wielu innych, w podobnej sytuacji. Powodziło im się bardzo dobrze. Strefa nieopodatkowanych zarobków, była najbardziej opłacalną w naszym socjalistycznym kraju. Ciocia i wujek z Elą pojechali aż do Turcji. Przywieźli pewnie coś na handel i wyszli na swoje. Mój tata nie przepadał za wujkiem, bo wujek był partyjny. Wujek był bardzo miły. Po latach powiedział mi w rozmowie telefonicznej, już po śmierci mojej mamy, że przecież, gdyby nie komuna i socjalizm, nie skończyłby po wojnie szkoły i nie znalazłby dobrej pracy. Pochodził z przedwojennej, biednej, robotniczej rodziny. W sumie mój ojciec też by nie skończył, ale tata widział to jakoś inaczej. Dla mojego ojca historia Polski zaczynała się na Piłsudskim, a wiedza o geografii i świecie po ustaleniu granic państwowych po 1945 roku. Ale i tak tata wiedział wszystko najlepiej sam, więc nie czytał wiele.
Rodziców nie nauczyła lekcja w Rumunii i 30 lat później kupili pod przychodnią w Warszawie bardzo tani lek od nieznanego im przechodnia, który im ten lek jako aptekarz hobbysta polecił. W domu okazało się, że lek nie jest na choroby mamusi, ale na padaczkę. No ale za to był tani. Prawdziwa okazja! A jak okazja, to mama brała, co dają. Także od handlarzy w sanatoriach przywoziła różne różności… Hitem sanatoryjnym lat 90-tych okazały się wyroby z wełny wielbłąda. Mama kupiła od razu wszystko: poduszkę, koc oraz materacyk, które zawalały jej wersalkę, aż je komuś na siłę wcisnęła w prezencie, bo takie ładne i niezbędne w każdym domu. To, czego nie chciałam wziąć w prezencie – odziedziczyłam.
Nam do Turcji nie dali wizy. A i tak byśmy nie mieli pieniędzy, żeby tam jechać. W Grecji wystarczyło nam ledwo na benzynę, na powrót do Polski, mimo iż zatrzymaliśmy się tam na krótko i zwiedziliśmy tylko Akropol. Trzeba było tam włazić na górę w słońcu i upale. Mnie w Atenach najbardziej podobały się kioski z komiksami. Do ostatniego rachunku na stacji benzynowej tata dodał w ramach zapłaty jeszcze używany przez nas krem do opalania, w piance. Chyba zabrakło mu kilku dolarów albo centów…. Ja siedziałam na tylnim siedzeniu Fiata i wstydziłam się potwornie. Z kim ja podróżuję po tej Grecji??? Jak wróciliśmy z Grecji, rodzice zawieźli mnie od razu na kolonie letnie, na które spóźniłam się kilka dni. Kolonie były w dużej szkole, w małej miejscowości. Łóżka poustawiane były w klasach. Pani pielęgniarka (chyba) na przywitanie sprawdziła mi włosy, bo tak tam robili. I zakwalifikowała mnie do odwszenia. Te wszy przywiozłam prawdopodobnie z mojej podróży po Europie, może z jakiegoś campingu w Rumunii, czy w Bułgarii, a może z Ukrainy??? Wcześniej tego nie miałam. Wszy przejechały się do Polski i oddały życie pod ręcznikiem na mojej głowie. Nadal miałam włosy. Na koloniach było fajnie, tylko dziewczyny nie wierzyły mi, że byłam w Grecji, a jednej nie podobało się, że jestem z Warszawy. Kiedy jakieś dziecko nie miało nakrycia głowy w słoneczny dzień, pani kazała mu nałożyć majtki na głowę. Było śmiesznie. Ale zapobiegało udarowi słonecznemu w afrykańskim klimacie Polski nad jakąś rzeczką. Pewnego razu na wycieczce do miasteczka wpadłam do fontanny. Pośliznęłam się na jej brzegu i zamoczyłam się do pasa. Pani kazała mi ściągnąć mokre spodnie. Wracałam potem z grupą przez miasto w bluzeczce i w majtkach. Na szczęście bluzka była za pupę i wyglądała jak miniówa. Trochę mi było głupio, ale było to też zabawne. A zresztą miałam podobno ładne nogi! Lubiłam jeździć na kolonie i zimowiska. Prawie zawsze na te, organizowane przez zakład pracy ojca. Wieźli nas autokarem, a ja myślałam, że mi pęcherz pęknie, zanim się zatrzymamy w lesie, na lewo i na prawo. Wstydziłam się to komuś z opiekunów powiedzieć. Nie pękł.
Pewnej zimy pierwszą noc na zimowisku spędziliśmy najpierw w miejscu, które nie było ogrzewane. Jako zmarźluch ledwo wytrzymałam w nocy. Nie mogłam spać, bo było mi tak zimno. W końcu zasnęłam i śniło mi się, że siedzę przy ogniu, całą noc śnił mi się ogień. Tam było cieplej. Na koloniach starsze dzieci uświadamiały młodsze w sprawach, o których nie można było porozmawiać z rodzicami. Zwłaszcza jeden chłopiec wykrzykiwał coś wulgarnego do rymu, ale nie chcę tego tu cytować. Kiedy pytałam mamę, skąd się biorą dzieci, mówiła, że powie mi to, jak skończę 15 lat. Za nic nie chciała mi tego wytłumaczyć. I pokazała mi bliznę po operacji woreczka żółciowego, że to niby po porodzie. I to tędy wyszły dzieci. A potem pan doktór zaszył. Najpierw jej uwierzyłam. Ale na koloniach (w wieku lat ośmiu) dowiedziałam się innych – dość bulwersujących mnie rzeczy… I powiedziałam tylko, że moja mama, na pewno by czegoś takiego nie zrobiła! Później musiałam się pogodzić z myślą, że mama jednak zrobiła to – aż trzy razy. Bo tyle córek doliczyłam się w jej życiorysie. To ty się mamo skurwiłaś trzy razy, powiedziałam jej z wyrzutem, oburzona i zawstydzona. Mamę to trochę rozbawiło, ale sama się przyznała. Opowiadała nawet o tych trzech razach przy kielichu z rodziną. Ja wtedy jeszcze nie rozumiałam, dlaczego to takie zabawne. Ponieważ zawsze byłam od wszystkich w tej rodzinie dużo młodsza, a moje kuzynki mogły być moimi ciotkami, nikt nie brał mnie zbyt poważnie, nawet kiedy dorosłam, dla nich byłam małą dziewczynką. Nie zauważyli, że skończyłam studia, że jestem kobietą, że mam bardzo dorosłe problemy. Zostałam dla nich na zawsze Aśką, czy Asią, z którą traktowali jak wieczne dziecko, z którym nikt z nich nie chciał i nie musiał się liczyć.
Pewnego lata pojechałam jako dziecko z tatą na wczasy pracownicze FWP do jakiegoś ośrodka. Ośrodek był chyba urządzony w budynku po stodole. Nie pamiętam, ale jek weszliśmy do pokoju, bo łaziła tam cała masa pająków. Nie wiem, czy zmieniliśmy pokój, czy tata poczuł się jak u siebie w domu. Pamiętam, że mnie się to nie bardzo podobało. Innym razem wybraliśmy się pociągiem do Krynicy Górskiej. Jechaliśmy z tatą całą noc w sypialnym czy kuszetką. W ośrodku wczasowym powiedziano nam, że dostaniemy pokój do spółki z innym panem i jego synem. Tata prawie by się zgodził, bo nie lubił innym robić kłopotu. Ja miałam ok. 7 lat i wpadłam w histerię. Powiedziałam, że nie ma mowy, żebym mieszkała w pokoju z kimś innym, oprócz tatusia. Z żadnym panem, ani chłopcem nie miałam zamiaru spędzić dwóch tygodni. Musiałam nieźle wrzeszczeć i płakać, bo jednak tam nie zostaliśmy. Ciekawe czy tatusiom oferowano wtedy małżeńskie łóżko? Kiedyś pojechaliśmy z tatą na wczasy zimowe. Razem z nami w tym samym ośrodku wczasowym byli znajomi taty z pracy. Przy recepcji zaoferowano nam dwa pokoje. Ja miałam wybrać pokój dla mnie i taty, powiedzieli znajomi. Tata nie protestował przy nich. Nie zdawałam sobie jeszcze sprawy z konsekwencji mojego wyboru pokoju z widokiem na podwórko ze śmietnikiem, a nie na góry i lasy po przeciwnej stronie korytarza, gdzie zamieszkali na 2 tygodnie znajomi tatusia. Ojciec zostawszy sam na sam ze mną i naszym widokiem na śmietnik wpadł w szał, nawymyślał mi i wrzeszczał, że powinnam była powiedzieć, że to tatuś ma wybrać pokój dla nas… Ja nie wiedziałam, kazali wybierać mnie, a tata też nie miał nic przeciwko temu przy znajomych, zresztą bardzo miłych. No i miałam znowu klika dni urlopu z głowy, bo tata miał zły humor, i nie mógł mi darować zniewagi na widok. W Zakopanem raz poinformowałam tatę na ślizgawce, że ma kupę „miodu” w uszach. Akurat stanęliśmy na moment, bo tata spotkał znajomego i z nim gawędził. No i się przyjżałam. Dopiero w domu wczasowym zrozumiałam, że nie należy dzielić się swoimi spostrzeżeniami przy znajomych taty. Znowu się darł na mnie, że: jak ja mogłam mu o tym miodzie powiedzieć. Przecież to była prawda.
Podczas innego urlopu w Zakopanem zachorowałam, mając jakieś 6 lat, i potrzebna była interwencja lekarza i pielęgniarki. Pielęgniarka przyszła ubrana jak zakonnica. Chciała zrobić mi zastrzyk, ale ja nie byłam tym zachwycona. Teraz ja wydarłam się (jak zwykle tatuś na nas) na zakonnicę: „Pani siostro, Pani siostro, idź Pani do cholery!” Ale i tak dostałam ten zastrzyk. Wczasy były zawsze bardzo stresujące. Nie dość, że rodzice kłócili się cały czas w pokoju, to trzeba było jeszcze chodzić „pięknymi dolinami” (słowa mamusi!), nie wiadomo po co i dokąd, oglądać skocznię i nudzić się cały dzień. Tylko w schronisku na jakimś stoku były pyszne poziomki z bitą śmietaną. Tam lubiłam chodzić. Nad Morskim Okiem też było ciekawie. Przynajmniej wiadomo było, dokąd szliśmy, i że zaraz będziemy wracać, jak mama nam narobi zdjęć, albo ktoś, kogo mama do tego grzecznie namówi. Na stołówce tata był wstydliwy i nieśmiały, za to mama nawiązywała znajomości. Znajomościom wysyłała potem latami kartki pocztowe, albo listy. Nawet do Kanady. Bo miała tam przyjaciółkę, jak mawiała. Panie słały do siebie dwa razy do roku list i kartkę pocztową na święta. Na wczasach mama poznała też siostrę zakonną, z którą utrzymywała kontakt latami. Zakonnica miała mamie trochę za złe, że ta wybrała sobie na stare lata Dom Opieki prowadzony przez Kościół Ewangelicki i uważała to za zdradę Pana Boga i chyba jej, jako zakonnicy. Czy Pan Bóg ma coś przeciwko wiernym modlącym się nieco inaczej? Odwiedziła więc mamę tylko raz i namawiała na zmianę domu opieki na katolicki. Prawie wszystkie urlopy spędzałam w górach. Bardzo rzadko nad morzem. Mama lubiła Tatry, a górski klimat wpływał dobrze na jej zdrowie. Morze chyba jakoś nie wpływało.
Moja siostra studiowała na Akademii Sztuk pięknych. Lubiłam siedzieć w jej pokoju i patrzeć, jak wycina i wykleja jakiekieś projekty. Małe pomieszczenia, a w nich meble jak zabawki. Słuchałyśmy radia. Było fajnie. Siostra wzięła mnie raz ze sobą na uczelnię i poznałam jej znajomych. Byłam dumna z mojej siostry artystki, a ona chyba ze mnie, bo byłam dość elokwentna i zabawna. Lubiłam siedzieć w jej pokoju, kiedy przchodzili do niej o kilkanaście lat starsi ode mnie jej koledzy i koleżanki. Ale czasami Alina nie miała ochoty mnie wpuścić i zastawiała drzwi do pokoju starą maszyną do szycia. A ja skamlałam przed drzwiami: „Alinka wpuść mnie!” Ponieważ moja siostra umiała narysować i namalować wszystko lepiej ode mnie, moje dzieła artystyczne z lat szkoły podstawowej nie budziły ani mojego, ani jej podziwu. Nie malowałam więc, żeby nie robić z siebie fajtłapy. A siostra nie zachęcała mnie wcale do korzystania z jej farb, czy kredek, które nie były tanie. Moje głowy wyrzeźbione w szarym mydle też nie wyglądały na produkt artystyczny. Nikt się tym nie zachwycał. Takie kulfony. Pewnie zużyła je potem mama do prania skarpet.
Moje zapędy artystyczne zostały ugaszone i zduszone w zalążku. Dzięki temu moja siostra pozostała na tym terenie bezkonkurencyjna. Może to była nawet jej domowa strategia? No bo jednak umiem cosik narysować…
W latach siedemdziesiątych rodzice mieli znajomych, którzy nabyli kawałek ziemi, zwany działką pod Warszawą. Znajomy był dentystą, do którego później chodziałam, mieszkali na Żoliborzu, przy ul. Mickiewicza. Ich działka była kawałkiem trawnika wśród drzew. Mama miała chyba ochotę nabyć taki kawałek trawnika obok nich, ale tata się nie zgodził, bo teren nie był zadrzewiony, czy zalesiony, mimo iż kosztował wtedy nie wiele. Tata lubił się w domu nie zgadzać na nic nowego. I tak nie zostaliśmy właścicielami gruntu pod domek, czy ogród, w jakimś najlepszym punkcie koło stolicy – co okazałoby się 20 lat później. Dopiero w 1995 roku mama odkupiła od kogoś prawo do użytkowania działki pracowniczej w Łomiankach. To kosztowało 3000,- USD. I było to wtedy sporo forsy. Ojciec też był przeciwny i nie chciał się do działki dołożyć. Ale mama miała własne pieniądze (zarobiła w NRD i na zamianie Marek enerdowskich na DM), zabrała mnie na rozmowę o kupnie i ją sobie kupiła. Potem nie miała już prawa głosu na działce, bo to ojciec był tam głównym gospodarzem i zarządzał. Chociaż nie było go nawet w żadnej umowie. Tata nie pozwalał mamie posadzić kwiatów, jakie chciała, nie pozwalał jej właściwie nigdy na nic. Jego ulubiony przyjaciel Geniek, mąż mojej kuzynki Jadwigi, pomagał mu dużo na działce. Mówiłam ojcu, że powinien płacić Geniowi za jego tam pracę, ale tata był całe życie chorobliwie skąpy i widocznie miał swoje z nim rozliczenia. Mnie Genio wyjaśnił, że powinnam go całować po rękach, za to ile ojcu pomagał. Może w coś jeszcze??? A czy ja go o to prosiłam, żeby on tam coś robił? Może Alina go pocałuje, bo to ona bywała tam wtedy częściej. Ja byłam w Niemczech i z działki w tamtych czasach nie korzystałam. A jeśli reperował u mnie coś on, czy jego syn, także hydraulik, zawsze za to płaciłam. Chciałam być dla Jadwigi i Geńka miła, zaprosiłam ich raz na kawę i ciacho na Rozdrożu, no i chciałam pokazać Adasia.
Kiedy miałam ok. 15-tu lat pojechaliśmy na wycieczkę do Krakowa. Zwiedziliśmy miasto, Wawel, Kopalnię Soli w Wieliczce i Obóz zagłady w Oświęcimiu. Pamiętam stosy różnych rzeczy, które pozostały po zamordowanych tam ludziach. Lalki, okulary, buty, zdjęcia. Straszne. Okropnie smutno było patrzeć na to wszystko. Chyba nie docierał do mnie wtedy cały ogrom tej tragedii, chociaż czułam, że to było makabryczne. To była przeszłość, coś, co nigdy się nie powtórzy. Potworny, nieludzki wymysł niemieckich hitlerowców i faszystów w okresie 1939 – 1945. Tak myślałam wtedy. Wojna była dla mnie pewnym zamkniętym okresem w historii naszego kraju, a nawet ludzkości, takie miałam wrażenie. Znałam wojnę z filmów i wierszy. Wiedziałam, że „do nieba czwórkami szli żołnierze z Westerplatte”, opisani przez Gałczyńskiego. My byliśmy już bezpieczni. „Niech nas zamieni w ludzką potęgę – ramię stalowe ludzkiej maszyny!” My budowaliśmy m. in. na słowach Władysława Broniewskiego i z jego rozkazem: „Bagnet na broń!,… kiedy runą żelaznym wojskiem…” nowy kraj, w którym staną szklane domy. U nas w Polsce była walka o pokój i lepszą przyszłość! Przyjaźń między narodami, równość, braterstwo i socjalizm! Trybuna Ludu i Życie Warszawy, sprawiedliwa władza klasy robotniczej, która na wezwanie towarzysza Gierka, była gotowa do pomocy. Niektórzy pewnie w to wierzyli. I ciągle się o tym słyszało i czytało te informacje na każdym kroku. Cały naród budował swoją stolicę! Jaka piękna jest Warszawa, kiedy rano jadę osiemnastką, chociaż ciasno, chociaż tłok! Razem młodzi przyjaciele! Dla mnie jako przedstawicielki dzieci i młodzieży te hasła były trochę dziwne, a czasami śmieszne, ale brzmiały nieźle. Z czasem każdy się zorientował, że nas wszystkich nabierają… Bo rząd i tak miał zamiar tylko sam się wyżywić i oświadczył nam to ustami rzecznika prasowego Jerzego Urbana, który wszelki brak sympatii do niego zamienił swą wypowiedzią w ludzką nienawiść. Dzisiaj zapytałabym, dlaczego rząd chciał wkurzyć naród? Zamiast go uspokajać..? Może Urban miał wszystkich doprowadzić do wściekłości i „Solidarności”? Może on tylko udawał, że jest „za”, a był „przeciw”??? Tylko Wałęsa był za, a nawet przeciw… Teraz wiemy dlaczego… W szkole podziwialiśmy wysiłek „Łyska z pogładu Idy” oraz górników. Siłaczka torowała dzieciom drogę do wiedzy i nauki, a „Konopielka” bawiła. Trasa Łazienkowska napawała dumą, „Czterdziestolatek” pokazywał nam z uśmiechem i ironią nasze własne życie w bloku. Ogólnie i w bloku, i na podwórkach był sojusz robotniczo chłopski, bo co druga rodzina przyjechała ze wsi do Warszawy. Inteligencja mieszkała, nieco zagubiona, w tym tłumie. Ja zazdrościłam Beacie, tego że jej mama sprzątała w Hotelu Forum, bo miała różne fajne zagraniczne drobiazgi, mydełko, czy coś tam. Ale do mnie też przyszedł list z naklejkami od Coca Coli z USA! Zamówiłam je jakoś, wysławszy pocztówkę. To była frajda! Poza tym cieszyło nas oglądanie prospektów i zagranicznych żurnali, jak ktoś coś takiego miał. Niektórzy ozdabiali sobie pokoje pudełkami po zachodnich papierosach albo puszkami po piwie. Posiadanie zachodniego śmiecia nobilitowało w oczach własnych oraz wielu znajomych. Uszczęśliwiona zagranicznymi kolorowymi naklejkami od mojego kolegi Tomka oblepiłam nimi kafelki w toalecie wokół kibla. Ale siostra mi je pozrywała i wyrzuciła do śmieci. Bardzo mnie to rozczarowało, bo było przecież tak ślicznie z naklejkami. Nawet mnie nie otrzegła. Za to posłała jak zwykle po papierosy do kiosku. Kochałam siostrę. Kiedy raz powiedziała: „Pocałuj mnie… gdzieś”, ja odrzekłam tylko z uwielbieniem: „To się nadstaw!”. Niedługo ja będę mogła powiedzieć jej, żeby mnie pocałowała – gdzieś …
Maryla Rodowicz śpiewała, że jadą wozy kolorowe… Anna Jantar zginęła w katastrofie samolotu z USA. Rodacy pobiegli do lasu przy Okęciu zbierać dolary… W kioskach była guma balonowa z kaczorem Donaldem, oranżada i Coca Cola, którą wypijało się na przerwach do spółki. A na mieście była woda mineralna gazowana z sokiem malinowym – prosto z saturatora! Otoczeni byliśmy bratnimi krajami socjalistycznymi ze Związkiem Radzieckim na czele, i nic nam nie groziło, oprócz Stanu Wojennego… za kilka lat.
Narazie to z Polski wysyłano do USA śpiwory dla bezdomnych ofiar imperialistycznego kapitalizmu! – informował jeden z dwóch programów telewizyjnych całkiem na poważnie. Tylko filmy „Miś” i „Alternatywy 4” pokazywały, jak u nas się żyje na serio. Akurat w tym roku, kiedy zaczęły się strajki i zaczęła kiełkować „Solidarność” rodzicom zachciało się jechać na urlop do Gdańska, czy w jego okolice. W Gdańsku ojciec miał kuzyna. Ich też odwiedziliśmy.
W ostatnich latach szkoły podstawowej byłam kilka razy na obozach harcerskich na Mazurach. Namioty rozbijaliśmy w lesie między wysokimi sosnami, niedaleko jeziorka. Nadal najbardziej lubię lasy sosnowe. Do namiotów wstawialiśmy, własnoręcznie zrobione z drewnianych bali, stojaki na plecaki. Robiliśmy też siedzenie do latryny, która była kilka kroków dalej. Na obozie było fajnie. Obowiązkowe były warty nocne, ja wolałam te nad ranem, bo po ciemku bałam się sama siedzieć na polu pośród namiotów, ale i tak raz musiałam. Bez problemu wstawałam wcześnie. Rano był apel, odliczanie, mycie w jeziorze, jakieś gry, wycieczki piesze, dyżur w kuchni. Wieczorem paliliśmy ognisko, śpiewaliśmy razem, że płonie, i że szumią knieje… A drużynowy był wśród nas. Raz był konkurs piosenki, ale ledwo co wydobyłam z siebie jakieś dźwięki bez szansy na wygraną… , chociaż lubiłam śpiewać. Przed publicznością po prostu traciłam głos ze zdenerwowania.
W 1980 albo 1981 roku pojechaliśmy na obóz harcerski na Węgry. Tak się składało, że na Węgrzech trzeba było płacić forintami. Naszemu druhowi (opiekunowi) nie udało się wymienić dla nas tylu złotych polskich na forinty, ile miał zamiar i obiecywał. Żaden bank nie chciał już polskiej waluty niewymienialnej na nic. Każdy z nas dostał do dyspozycji kilka forintów na loda, napój i jakiś drobiazg, a jedzenie mieliśmy ze sobą i druh kupował dla całej grupy. Pojechaliśmy pociągiem. Jakiś chłopak podrywał mnie w pociągu i chciał mnie pocałować, ale go wcale nie znałam, więc nie chciałam. Nawet był miły. Rozmawialiśmy chyba po angielsku. Pamiętam, że o mało co nie utonęłam w Balatonie. Odeszłam od brzegu kilka metrów, było dość płytko, a nagle zapadłam się i ledwo uddało mi się poczuć znowu grunt pod nogami. Przez kilka sekund, myślałam, że tonę. Ja słabo pływam. Chłopcy myśleli, że się wygłupiałam, panikując w wodzie przez moment. Po takim przejściu, zaczyna się żałować tego odmówionego pocałunku… Mogłby być pierwszym i ostatnim…
W Budapeszcie w sklepach było wszystko! Niesamowity wybór, dezodoranty, buty, inny świat. Miałyśmy wielką ochotę kupić sobie kilka fajnych rzeczy, ale nie miałyśmy za co. Napój wypiłyśmy, loda zjadłyśmy, więcej forintów nam nie dali. Hitem był dezodorant o zapachu bananowym i szampon „Zielone jabłuszko”. Któraś wpadła na pomysł, że możemy sobie po prostu ukradkiem coś „wziąć” ze sklepu, czyli ukraść. I tak tu tyle tego! Nikt nie zauważy… Niektórym z nas się to nawet udało… Dziewczyny zaczęły popisywać się, kto wyniesie coś fajniejszego. Zrobiła się z tego taka zabawa hazardowa dla nastolatek. Dwie koleżanki przyłapała węgierska milicja, i był niezły wstyd. O matko! To było straszne! Druh chciał opowiedzieć o wszystkim rodzicom, albo i w szkole, ale w końcu się ulitował i dał winnym (i podejrzanym) na pokutę prace społeczne z Zuchami. Druh był kochany. Chodził o lasce, bo miał niesprawną nogę po Polio. Miał przyjaciółkę z córką. Mieszkali chyba na Waszyngtona. Ulicą Waszyngtona jeździłam setki razy, przez wiele lat. Przy Kamionku był park. W szóstej klasie odbywały sią tam biegi długodystansowe na 1 km dla uczniów naszej szkoły, a może i innych szkół. Ja po 300-tu metrach chowałam się za jakiś krzak, i czekałam jedno okrążenie, żeby nie wyzionąć ducha i w ogóle dobiec do mety przedostatnia… Za to lepiej biegałam na 60m i 100 m, a najlepiej 100m przez płotki. Trenowałam takie biegi na terenie szkoły przy al. Stanów Zjednoczonych oraz w domu. W dużym pokoju ustawiałam krzesło i skakałam przez nie, wzbudzając podziw tatusia. Na zawodach jednak, byłam mimo wszelkich wysiłków, zawsze jedna z ostatnich.., co zniechęciło mnie do uprawiania tego sportu zbyt intensywnie. Raz w ogóle wstydziłam się wyjść na bieżnię stadionu „Skra” i wziąć czynny udział w mojej przegranej. Zajęłam się później czymś innym.
Ze „szkołą” jeździliśmy od piątej, czy szóstej klasy także na treningi jazdy szybkiej na lodzie. Kupiono mi panczeny i zasuwałam na nich dookoła na lodowisku na Torwarze. O siódmej rano każdy jechał autobusem na lodowisko, a potem z powrotem do szkoły. Nikt z nas nie odniósł większych sukcesów, ale też nikt się nie połamał. Aha, potem zaczęłam robić na szydełku i na drutach przeróżne wzorki z barwnych włóczek. Szło mi nieźle, ale nie starczało mi cierpliwości na dokończenie sweterka powyżej ściągacza i połowy brzucha. Zaczynałam i rzucałam moje śliczne robótki na drutach po jakimś czasie. Tym bardziej, że tata krzyczał, że w dni świąteczne nie jest dozwolone robienie na drutach! Trzeba odpoczywać, a nie pracować! Tata uważał, że raczej powinnam patrzeć na białą ścianę. No i była awantura! Ja właśnie tak odpoczywałam! Jeden sweter być może zrobiłam do końca i nosiłam. Później zaczęłam także szyć to i owo, nawet na maszynie typu lata 50-te, przerobioną przez rodziców na elektryczną. Metalowe nogi od tej starej maszyny posłużyły potem siostrze za nogi do stołu w kuchni. Udało mi się uszyć kilka spódniczek. Było to proste, bo zszywałam dwa kwadraty, a na górze wciągałam gumkę. No i tyle. Jedna spódniczka była prześliczna, miała kolory tęczy w dużą kratkę (4cm x 4cm)i uszyłam ją z zakładkami, i mini. Po prostu cud! Pojechałam w niej na imprezę do koleżanki z kolonii, do Jabłonnej.
Mama szyła sobie „gustowne” bluzki i sukienki u krawcowej, ja też sobie coś u niej uszyłam. Najfajniejsze rzeczy dla mnie były w Juniorze, ale trudno było coś trafić i wystać rozmiar w kolejce. Wszystkiego było zwykle po trzy sztuki i „kuniec”. Krawcowa mieszkała najpierw blisko nas na Grochowie. Ale przeprowadziła się wraz z rodziną do większego mieszkania na Służewiec. Jej mąż był wojskowym, więc dostali przydział na większy lokal w nowoczesnym bloku z windą. Jeździłyśmy do niej z mamą przez ponad godzinę przez całe miasto autobusem 182. Mama i krawcowa opowiadały i plotkowały. Lubiłam ich słuchać. Pani krawcowa brała miarę i umawiała nas na następny termin. Mama miała całą masę sukienek i bluzek, uszytych prywatnie na Służewcu. To była wielka frajda, zwłaszcza przy pakowaniu walizek! Tata miał mniejszy wybór strojów i obrażał się, kiedy mama mówiła, że założył nie ten krawat, a inny pasuje lepiej. No i była awantura! Tata sam wiedział, co pasuje, i nikt mu nie będzie mówił, kurwa! W szóstej i siódmej klasie chodziłam na lekcje angielskiego do „Lingwisty” na ul. Smolną. Jeździłam tam sama autobusem 158 i wysiadałam na przeciwko budynku KC, a z powrotem wsiadałam, jadąc do domu. Pani nauczycielka była wcześniej w Ameryce i uczyła nas mówić z amerykańskim akcentem. Jej syn się tam urodził, i mówiła, że w związku z tym, mogliby tam mieszkać. Nie było tak łatwo, bo byłam jedną z najmłodszych uczestniczek kursu w naszej grupie. An apple a day keeps the doctor away! Siostra poprawiała mnie w domu, bo już znała angielski i była kilka miesięcy w Londynie. Raz chciałam upiec ciasteczka wg. przepisu z mojej książki do angielskiego, ale rozpłynęły się w piekarniku. Zniechęciło mnie to do pieczenia ciast i ciastek. W ósmej klasie nie chciało mi się już uczęszczać na lekcje angielskiego i wmówiłam mamie, że mam bardzo dużo nauki i muszę przygotowywać się do egzaminów do liceum. Teraz żałuję, że mi wtedy uwierzyła! Poza tym byłam w harcerstwie i zajmowałam się zuchami w „nagrodę“ po wyjeździe na Węgry (…). Druh skwitował to tylko zdaniem, że nigdy by nie pomyślał, że ja też…
Na całe szczęście (strasznie się ich bałam) egzaminów do naszego liceum im. Stanisława Wyspiańskiego nie było, a na konkurs świadectw mogłam przedłożyć oceny bardzo dobre (i dwie dobre, z matematyki i fizyki), z biało czerwonym lampasem. No i dwa razy w tygodniu jeździłam (135) na lekcje religii do parafii przy ul. Szembeka. Po religii można było kupić pączki albo frytki. Nasz ksiądz był bardzo miły. Kiedy mnie nie było dwa razy pod rząd, zapytał, czy może przyniosę mu zdjęcie, bo zapomni, jak wyglądam… Ja przyniosłam usprawiedliwienie – … od rodziców.
W kościele na placu Szembeka przystąpiłam w drugiej klasie szkoły podstawowej do Pierwszej Komunii Świętej. Najpierw byłam oczywiście u spowiedzi. Przeżywałam tę spowiedź, bo nie wiedziałam, jakie grzechy popełniłam być może nie świadomie, a o tych, o których wiedziałam sama, wstydziłam się mówić księdzu. Zapytałam więc mamę, czy to i tamto, to także grzech. Mama uspokoiła mnie, że nie i nie muszę tego księdzu opowiadać, ale żebym zaprzestała… Chodziło o poznawanie wzajemne ciała płci przeciwnej wraz kolegą…, pod obecność rodziców, podczas obserwacji wzajemnych za wersalką w jego mieszkaniu… Nie było w tym nic erotycznego, a po prostu zwykła ciekawość płci odmiennej. Znaliśmy się jeszcze z przedszkola. On też miał wtedy jakąś rolę w „Czterech pancernych“.
Z Pawłem chodziłam potem 8 lat do jednej klasy i oboje udawaliśmy, że nie pamiętamy, by coś takiego się wydarzyło… Okazał się być dżentelmenem. Przynajmniej nikt z klasy mi nigdy, niczego nie doniósł… Wszyscy chłopcy dżentelmenami byli? :/
Na wszelki wypadek zapisałam sobie różne grzechy główne, jakie ośmioletnie dziecko może sobie tylko wyobrazić. Z taką kartką pełną grzechów przystąpiłam do spowiedzi świętej, na kolanach. Niech będzie pochwalony…, wyciągnęłam kartkę, by o niczym nie zapomnieć. „Co ty robisz dziecko? Schowaj tą kartkę! Mów z pamięci!”, powiedział zaskoczony ksiądz zza drewnianych krat konfesjonału. Zawstydziłam się, ale także się rozczarowałam, że mogę zapomnieć o jakimś grzechu i tak przystąpić do Komunii. To co, to nie było takie ważne, czy ja te grzechy powiem wszystkie, czy nie??? Ogarnęły mnie na tym tle pewne wątpliwości, co do pobożności księdza lub całego sensu tej spowiedzi. Obiecałam poprawę i odmówiłam zadane na pokutę pacierze. Przed Komunią spałam całą noc na lokówkach, a raczej nie mogłam dobrze spać. Rano miałam piękne „loki”. Podczas mszy to ja odczytałam z ołtarza jakieś podziękowanie, w którym co zdanie powtarzała się końcówka – liśmy czy -liście… Starałam się akcentować to „- liśmy, – liście” poprawnie. Tata był pewnie bardzo dumny, widząc i słysząc mnie, przemawiającą przez mikrofon – prawie z ambony! Ale chyba tego nie podkreślał przez wrodzoną mu skromność. Tę ostatnią za to co krok podkreślał. Po mszy zaproszeni goście zasiedli przy stole w dużym pokoju. Mogli też podziwiać nasze nowe kafelki w ubikacji. Ja cieszyłam się z prezentów. Dostałam magnetofon, rower, zegarek, atlas ptaków i atlas zwierząt. Od razu zaczęłam się uczyć jeździć na moim składaku: „Czajka”. Zwykle sama znosiłam i tachałam go na drugie piętro, i tam był przechowywany latami, o każdej porze roku, aż do ostatniej na nim rdzy…
Pewnego razu za i pod bambetlami, gromadzonymi latami na balkonie, uwił gniazdo wróbelek. Cudny był. Raz młode wyleciało, czy wypadło, przedwcześnie z gniazda. Może się wystraszyło, jak łaziliśmy po balkonie. Ja lubiłam podglądać te wróbelki. Pobiegłam je odnaleźć, złapałam i wsadziłam z powrotem na miejsce. Nie mówiono o tym w telewizji. Wróbelki też się nie skarżyły. W telewizji był „Zwierzyniec”.
Rower przydał mi się kiedyś do głównej roli w filmie dokumentalnym o wypadkach drogowych. Moja siostra załatwiła mi taką chałturkę przez jakiegoś jej znajomego, pracownika Telewizji Polskiej. W środku zimy miałam zagrać w filmie dziewczynkę, która miała wypadek rowerowy. Cała scena miała trwać ze 3 minuty. Ale by dojechać na plan, musiałam (znowu własnoręcznie) stachać mój rower z balkonu na zaśnieżone ulice. Jedna z sąsiadek bardzo się zdziwiła, że wybieram się o tej porze roku na rower!??? Ale nie chciałam jej tłumaczyć, że ja do filmu tak sobie jadę, na tym rowerze… autobusem chyba zresztą :D. A może mnie ktoś odebrał żukiem? Nie pamiętam.
Granie w filmie było dla mnie pewnym marzeniem. Dowiedziałam się nawet skądś, może w szkole mówili, że jest casting na rolę dla dziewczynki w moim wieku. Namówiłam mamusię i jako 12 – 13 ? latka pojechałam z nią na ten casting. Nie pamiętam, jaki to miał być film. Przed komisją, w której siedziało min. 3 osoby, o ile dobrze pamiętam, byłam spięta, przerażona i zawstydzona. Roli nie dostałam, pewnie się nie nadawałam, czy znajomości nie miałam. Zauważyłam sama, że ja jestem zbyt wstydliwa przed obcymi… i nerwy mi w takich sytuacjach nie wytrzymują. Zawsze się bardzo denerwowałam przed takimi wystąpieniami „publicznymi“, n.p. w szkole…. Traciłam rezon, głos i pewność siebie. I muszę przyznać, że nadal się podobnie denerwuję, chociaż umiem to już lepiej opanować.
Od roku czytam na mszy wieczornej w piątki w kościele, który jest nie przepełniony. I każde wyjście jest poprzedzone nerwami, biciem serca, i za każdym razem prawie się zająknę lub przekręcę coś tam, nawet, jeżeli inni tego nie zauważą…. bo w kontekście pozostaję…. Przed pełnym kościołem denerwowałabym się jeszcze bardziej.
Każde wyjście na scenę (szkolną) przed publiczność (szkoły) to dla mnie stres i nerwy. Głos mi się łamie…, ale muszę….
Każdy egzamin był dla mnie wielkim stresem ze strasznymi nerwami, lękami itp…! Chociażby dlatego, powinno się doceniać osoby, które to latami przechodziły i dały radę! Oraz dały radę pokonać własne lenistwo! Skończenie studiów czy szkoły to dla wielu nie tylko wysiłek intelektualny (dla mnie nawet mniej) ale i może większy – emocjonalny! To co miałam wyuczone w domu na blachę, nagle w rozmowie egzaminacyjnej zapada się w czarną dziurę nerwów i lęku… Nie pamiętam! To, co wiem i rozumiem, nie umiem ująć w słowa, nie umiem mówić w momencie stresu! Co innego dłuższa rozmowa, w przyjaznej bezstresowej atmosferze…, albo nawet w awanturze! Ale taki egzamin w 3 minuty, tu, teraz na zawołanie! Stres. Łatwiej mi pisać.
U nas w domu pojawił się na dobre i na złe pies Karat, przyniesiony przez moją siostrę. Byłam może w 5-tej klasie? Mały Cocker spaniel, bardzo słodki. Siedział całymi dniami w małym kojcu, kiedy nie było nas w domu i skamlał ałbo wył. Może dostał choroby sierocej, jak tak siedział godzinami sam? Był trochę dziwny całe swoje życie. Zanim nauczył się załatwiać poza domem, lubił to robić za wersalką, albo na dywanie. Na spacerach nie słuchał się mnie, i musiałam się mocno starać, by go złapać z powrotem na smycz lub namówić do powrotu do domu. Słuchał się taty i Aliny. Ale ja wracałam od szóstej klasy po szkole pierwsza do domu, a pies musiał wyjść na spacer. Kiedy byłam w ósmej klasie, Alina się wyprowadziła, a pies został. Tęsknił za nią, ale co ją to obchodziło?
Pewnego dnia na pobliskim podwórku w starym ogrodzie miał być rozebrany dom. Ktoś wywalił z niego różne pudła. Wysypały się z nich książki. Można je było wziąć, bo to było na śmieci. Ja wybrałam sobie dość grubą powieść: „Książę i żebrak”. Była to jedna z moich pierwszych własnych książek, które lubiłam i przeczytałam. Potem czytałam też „Doktora Dolittle”, „Borek, Topek i Aza”, „Ania z Zielonego Wzgórza”, i kilka innych. Jako dziewczynka w zasadzie nie przepadałam za czytaniem, ale książki, które mi się podobały, pochłaniałam szybko, choć raczej rzadko. Za to dostawałam je na każdym kroku w prezencie. A to za wzorowe sprawowanie oraz bardzo dobre wyniki w nauce, a to na koloniach za coś tam. A to atlasy na komunię. Nie mieli lepszych pomysłów wtedy, tylko same książki! Któregoś dnia siostra namówiła mnie nawet do przeczytania „Krzyżaków”, i to w szkole podstawowej. Sama nie wiem, jak mi się to udało. Najgorsze było to, że dość szybko zapominałam dokładną treść książek. Filmy zostawały mi w pamięci dużo lepiej, ale też je zapominam. Mam pamięć wzrokową, do obrazów, kolorów, scen, twarzy. Nie zapamiętuję na zbyt długo nazwisk, dat, ani formułek, czy wzorów. Mogę ich się szybko nauczyć, i jeszcze szybciej zapomnieć. Dlatego ucząc się, kolorowałam wszystko w zeszytach różnymi flamastrami, albo zapamiętywałam wiedzę, łącząc ją z obrazkiem na danej stronie w podręczniku. Najszybciej i najłatwiej przychodziła mi zawsze nauka języków obcych. Jakoś ich tak nie zapominam.
W liceum kolega dziwił się, że on uczył się 5 godzin łaciny i dostał dwóję, a ja godzinę i dostałam czwórkę. Chociaż łacina nie należała do języków, których uczyłam się chętnie, czy też z przyjemnością. Wręcz przeciwnie. Zmuszałam się do nauki tego martwego języka, którym pisali mędrcy kilka tysięcy lat temu. A ja nie rozumiałam, dlaczego mamy się tego uczyć aż po dziś dzień w nowoczesnej Polsce lat osiemdziesiątych. Siostrze udało się w 1981 roku wyjechać do USA. Miała tam znajomych i chciała znaleźć pracę. Ale wróciła nagle w środku Stanu Wojennego, przejęta losem kraju i najbliższej rodziny, popatrzywszy na fotografie i filmy z Polski w amerykańskich serwisach informacyjnych. Nie mogłam się nadziwić, że się nagle pojawiła bez porozumienia, przecież nam nic nie groziło. A tu nagle ona w środku zimy!
Ale nie można się było wcześniej skontaktować i porozmawiać, bo nas chyba odcięli od linii telekomunikacyjnych Polska – USA.
W 1983 zamordowano Grzegorza Przemyka, chłopca zaledwie 2 lata starszego ode mnie. Został pobity śmiertelnie przez Milicję. Kilka dni wcześniej pobito jego mamę, która angażowała się w Prymasowskim Komitecie Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i ich rodzinom.
A więc Mateuszowi też mogło coś grozić? On także się angażował w ruch oporu. A może nawet dotknęło go coś, o czym mi nigdy nie mówił. (TEKST: MATEUSZ)
W 1984 roku został brutalnie skatowany i zamordowany Ksiądz Jerzy Popiełuszko. Dzisiaj wiem, że był męczennikiem za wolność innych, może nawet sam wybrał tę śmierć, godząc się na nią. Byłam na jego pogrzebie. Przyszło tam setki, jeżeli nie tysiące ludzi. Wiadomo było, że jego śmierć oraz ten pogrzeb są pączątkiem wielkiego ruchu „Solidarności“ między Polakami, ruchu, którego teraz już nie da się zatrzymać, zmusić do milczenia czy zastraszyć. Ta śmierć poruszyła wszystkich. Kościół odgrywał w tamtych czasach ważną rolę na drodze pokojowych przemian. Tam zbierali się ludzie, by protestować w pokoju, śpiewając m.in.: „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie!“ W duchu pokoju przemawiał do Polaków także Papież Jan Paweł II podczas swoich wizyt w Polsce. Byłam na mszy podczas jego pobytu w Warszawie. Całe miasto było pełne ludzi, czuliśmy szczęście, dumę, nadzieję.
Może także dzięki Kościołowi udało się uniknąć wojny domowej i liczbowo większych niż zaistniałe tragedii.
Pani od Łaciny (dość młoda i niedoświadczona) wzbudzała w nas co najwyżej współczucie dla jej bezradności na lekcjach z nami. Raz rozpłakała się przed zamkniętymi drzwiami do klasy, bo nie wiedziała, skąd wziąć klucz. Jako nauczycielka była dość niezaradna. Niektóre uczennice robiły sobie z niej żarty. Pani miała z nami ciężko i nie radziła sobie w obliczu dorastających w nas inteligentnych bestii, wówczas nastoletnich. Raz powiedziała dziewczynom, że brak im tylko korony, bo takie są bezczelne. Na następnej lekcji Anka siedziała w papierowej koronie własnego wyrobu, a pani nie było do śmiechu, ale nam uczniom owszem. Ja raczej miałam na pieńku z panią od WF-u. W związku z moimi odzywkami do niej, mogłam stawać na głowie i chodzić na rękach, i tak stawiała mi czwórkę, a nie piątki, które otrzymywała nawet nasza koleżanka prymuska od wszystkiego, ledwo trzymająca się na nogach podczas gry w piłkę. Co innego angielski, czy niemiecki! Te języki były przydatne, żeby wyjechać, zobaczyć świat i zarobić. Nie przepadałam też za francuskim. A hiszpański i włoski wydawały mi się bardzo odległe geograficznie i zbędne do szczęścia w Stanie Wojennym w Warszawie. Paszportu nie dawali każdemu, a tylko, komu chcieli. A nawet z paszportem i tak nie można było się nigdzie ruszyć bez znajomości lub zaproszenia i wizy, a nawet gdyby, to nie było na to forsy. Zwłaszcza jeśli rodzice byli bezpartyjni i nie byli „prywaciarzami”, czy taksówkarzami. Na niemieckim uczyliśmy się słówek, towarzysząc Heldze i Peterowi w ich książkowych wyprawach do LPG (to taki enerdowki PGR), czy też gdzie indziej. Wszystko odbywało się na terenie NRD, w Berlinie Wschodnim, Lipsku i Dreźnie. Helga i Peter nie podróżowali do RFN-u, ani nigdzie indziej, bo im wcale nie było wolno, podobnie jak i nam. A do NRD sama sobie jeździłam do mamy, która postanowiła poznać Helgę i Petera osobiście!
Mama pracowała w latach 1981 do 1983, apotem jeszcze raz 1988 – 1989? w Karl-Marx-Stadt oraz zakładach Buna-Leuna jako księgowa. Mieszkała przez jakiś czas w Halle Neustadt. Poznała tam Verę oraz pana Stawovego. Z jakiegoś powodu Vera została przyjaciółką mojej mamy i moją. Uczyłam się od niej niemieckiego podczas pobytów w NRD i naszych krótkich rozmów. Vera dostawała od mamy drobiazgi z PEWEX-u, a raz nawet oryginalne, zachodnie dżinsy. Potem donosiła prawdopodobnie do STASI o tym, co słychać u jej dobrych znajomych z Warszawy. Zrobiło mi się niedobrze, kiedy się o tym rok temu dowiedziałam. Przecież jeszcze niedawno odwiedziłam ją jako dobrą znajomą, przejeżdżając przez Halle. Uważam, że powinna mi była o tym po latach powiedzieć, albo napisać. Jej mąż jest Syryjczykiem, który od kilkudziesięciu lat mieszkał w najpierw w NRD, a potem w zjednoczonych Niemczech. W NRD napisał podobno doktorat. W zjednoczonych Niemczech sprzedawał byle co na bazarku, bo był bez pracy.
Kiedy miałam 18 lat urodził się mój siostrzeniec. Byłam bardzo szczęśliwa i cieszyłam się razem z siostrą z jej macierzyństwa. Kochałam mojego małego siostrzeńca jak własne dziecko. Jeździłam często do Aliny z Grochowa na Żoliborz. Mogłam u niej też odpocząć od rodziców i porozmawiać z nią jak z przyjaciółką. Ale właściwie to ona miała zawsze masę różnych problemów. Ja byłam wtedy beztroską studentką pełną życia i energii. Wystawałam na przystankach autobusowych. Cała wyprawa, z przesiadką, trwała zwykle półtorej godziny, bo autobusy jeździły rzadko i kiedy chciały, a nie wg rozkładu jazdy, który zwykle był i tak zdarty z planszy na przystanku. Nie wiadomo, czy trzeba będzie czekać pół godziny, czy godzinę. Nowy, czekający na autobus pytał osobę na przystanku, czy 118 już było? Najgorsze było, jeśli autobus właśnie „uciekł” z przed nosa. Bo wtedy już nie było nadziei, że zaraz będzie. A zimą mróz bywał siarczysty! Siostra miała kłopoty z kupnem wózka dla dziecka, na koniec dostała jakiś używany. Wózków nigdzie nie było. Niczego nie było, co możnaby kupić normalnie w sklepie i po przystępnych cenach. Najwyżej spod lady, albo po znajomości lub drogo. Przeciętna rodzina z dzieckiem miała bardzo ciężko. Z Zachodu przysyłano do nas dary w postaci rzeczy i jedzenia. Moja kuzynka miała trójkę dzieci i otrzymywała podarunki od pewnej rodziny z Francji, jako osoba w potrzebie. Moja mama pewnie też im coś przywoziła z NRD i dlatego zrobiono ze mnie matkę chrzestną w wieku lat 14-tu. Ja przecież nie mogłam nic wtedy nikomu podarować i byłam nieco zażenowana rolą, do jakiej mnie wyznaczono. Czy matka chrzestna nie powinna być dorosła? Wandy mąż był jedynym żywicielem rodziny i trzech córek. Pracował w Hucie i udzielał się podobno jako działacz „Solidarności”. Po obaleniu socjalimu założył własną firmę i stał się dość zamożnym człowiekiem. Jego żona prawie nigdy nie pracowała, a jeżeli już – to krótko. Ciekawe, jakie dary wysłali komuś na Ukrainie czy na Białorusi, kiedy sami stali się ludźmi zamożnymi? W końcu znali dobrze sytuację ludzi w potrzebie z lat osiemdziesiątych. W Kościele rozdawano, to co do nas „przyszło” z zagranicy, także lekarstwa. Mama też dostała tam dla siebie jakieś drogie leki, za które trudno byłoby zapłacić. W szpitalach ludzie leżeli na korytarzach. Brakowało leków, strzykawek jednorazowych, a warunki sanitarne były okropne. Lekarze, kto mógł i znał język wyjeżdżali na zachód. Tam mogli pracować w normalnych warunkach i za dobre pieniądze. U nas klepali biedę, jeśli nie pracowali prywatnie w Spółdzielni albo w domu. Za lepszą opiekę w szpitalu trzeba było płacić łapówkami. Dawało się kopertę i koniaki dla lekarza, podarunki dla pielęgniarek. To było upokarzające dla wszystkich. Moi rodzice wspomagali finansowo całe życie siostrę, ojciec nie dawał mi prawie nic, od kiedy weszłam w dorosłe życie. Mama pomagała mi czasami, innym razem ja jej. Mama przywoziła więc dla Tomka i kuzynek ubranka dziecięce z NRD. Pieluchy były bawełniane i się je prało. Kogo byłoby stać na jednorazowe pampersy i skąd je wziąć??? Po Bobofruty ustawiałyśmy się kilka razy w kolejce, bo sprzedawali po jednej czy dwie butelki na osobę. Wszystkiego brakowało. Cała nasza rodzina zajmowała się Tomkiem i pomagała siostrze. Ja wychchodziłam razem z Witkiem na spacery z moim siostrzeńcem i bawiłam się z nim, rodzice pomagali finansowo.
Razem z Witkiem pojechaliśmy z nimi na wczasy. Witek już wtedy był jakby członikiem naszej rodziny i moim narzeczonym. (PATRZ TEKST: WITEK).
Alinie nie było łatwo, bo odszedł od niej mąż i zostawił ją z małym dzieckiem i wieloma problemami, które spłynęły częściowo także na moje młode barki. Sam znalazł nową żonę i założył nową rodzinę. Z Aliną nie wytrzymał i mu się nawet nie dziwię. Dziwię się, że opuścił swoje, spłodzone nie przypadkiem, tak małe dziecko.
Alimenty od byłego szwagra, naukowego pracownika PAN-u były żałośnie niskie, adekwatnie do jego marnej pensji. Moja (często) chora siostra, ja i rodzice wychowywaliśmy mojego siostrzeńca. Jego ojciec miał dla niego czas raz na tydzień i raz na rok na tydzień podzas wakacji. Także inni dziadkowie Tomka, naukowcy, nie interesowali się prawie wcale wnukiem. To było przykre. Rozumiem, że mogli nie kontaktować się z Aliną, ale dlaczego nie z wnukiem? Nie pomagali finansowo, a do siebie zapraszali Tomka bardzo rzadko. Ale siostra była sobie częściowo sama winna.
Potem ja wyjechałam do Niemiec. Jako nastolatek Tomek spędzał u mnie w Niemczech kilka razy wakacje, kiedy siostra jeździła po świecie w towarzystwie swego przyjaciela. Tomek był dla mnie jak syn, dostawał drobne prezenty i bilet na samolot z Warszawy do Frankfurtu i z powrotem. Dawałam siostrze przez jakiś czas trochę pieniędzy na jego lekcje angielskiego, czy niemieckiego, nie wiele. Dołożyłam się do kupna kanapy, na której miałam spać, ale nie chciałam, bo także każda wizyta u siostry była stresem, a nie przyjemnością. Kanapa została u siostry w pokoju, a w niej zainwestowane przeze mnie kilkaset złotych. Spałam na niej raz, bo z siostrą nie da się wytrzymać powyżej godziny. Współczuję mojemu siostrzeńcowi. Poleciłam mu, by przeczytał „Listy do ojca” Kafki. Miał podobnie, tylko że z własną mamą. A ja i ona miałyśmy podobnego do ojca Kafki tatusia despotę. Dziadek finansował mu naukę gry w tenisa. A babcia jeździła z nim na wczasy i była (także z dziadkiem) bezpłatną nianią wnuka na każde zawołanie mojej siostry, podobnie jak ja w czasie moich studiów. Ani siostra, ani Tomek, ani Piotr nie zainteresowali się w żaden sposób mną i moim dzieckiem, kiedy ja byłam samotną matką i nie miałam prawie żadnej pomocy ze strony rodziny. Piotr nie raczył poznać mojego dziecka, ani pokazać się na pogrzebie mojej mamy. W końcu to była tylko babcia jego syna, która zajmowała się Tomkiem częściej od niego, chociaż był ojcem nie z przypadku, a w wyniku świadomego wyboru podczas trwania związku małżeńskiego, do którego go nikt nie zmuszał, z osobą, którą znał ponad 10 lat, i o której problemach ze zdrowiem też już wiedział. Ale co tam, dziecko tu, czy dziecko tam. Najważniejszy tytuł PAN. Może to był Peter Pan? Siostrze nie było samej łatwo. Ale miała bardzo grzeczne, potulne i miłe dziecko. Kiedy Tomek był mały, Alina była dobrą i kochającą mamą, o ile czuła się dobrze, a nie leczyła się akurat na swoje psychiczne problemy. Z każdym rokiem moja siostra robiła się coraz bardziej podobna do mojego taty. Była despotyczna i strofowała dorastającego Tomka na każdym kroku. Z jednej strony rozpieszczała go ponad miarę, kupując najlepsze ciuchy i co tam chciał, chociaż nie było mu potrzebne markowe ubranie w szkole podstawowej. Z drugiej: krzyczała, ubliżała mu i biła go za nieposłuszeństwo. Pedagogiczne to nie było. Wcześniej podobnie zachowywał się nasz ojciec wobec nas. Tylko on nam niczego nie kupował i nigdy nie rozpieszczał. Czy schizofrenia jest dziedziczna? Czy nabyta? Trudne dzeciństwo otwiera jej drzwi do naszej duszy, przeczytałam w książkach. Kiedy odwiedziłam siostrę razem z moim mężem z Niemiec, dwunastoletni Tomek witał nas u siostry w domu własnoręcznie narysowanym plakatem z napisem: „WELCOME TO HELL!” Siostra nie widziała w tym oprócz talentu artystycznego nic szczególnego. Najciemniej pod latarnią… Siostra nakazywała i zabraniała, była o swojego syna zazdrosna. Nie mogła znieść tego, jeśli nie kontrolowała jego każdego kroku i każdego spotkania z innymi. Kiedy spędzał dzień ze mną i z babcią wydzwaniała co chwila z pytaniami, co robimy i gdzie jesteśmy. Alina nie uczyła go samodzielności. Wręcz przeciwnie. Wybierała się z nim na koncert i do kina, kiedy miał 20 lat. Każdy zdrowy chłopak w tym wieku woli na imprezy chodzić z dziewczynami, a nie z mamą. Ale w razie nieposłuszeństwa, zrobiłaby mu piekło w domu. Woziła go wszędzie sama, odbierała go i odwiedzała, czy chciał, czy nie, nawet co tydzień w wojsku… Robiła tak, nawet gdy był już dorosły. Nie tolerwała żadnej z jego koleżanek, z którymi zaczynał chodzić. Była dla nich nie miła, więc nie miał szansy, by spotykać się z nimi u siebie w domu. Mama straszyła je tak, jak kiedyś straszyła moje koleżanki i kolegów.
Alina była chorobliwie zazdrosna o wszystkich, którzy nie byli jej, z nią i tylko dla niej, o każdy przejaw radości i szczęścia, których nie umiała odczuwać ani dać innym. Podobała się mężczyznom, ale każdy facet odchodził od niej po krótkim czasie. Każda dziewczyna Tomka była jej największym wrogiem, tak jak wcześniej jej szwagierka i teściowie, których nie znosiła. Alina nie miała partnera, miała syna. Taka mama to kamień u szyi i nóż na gardle.
Kiedy rodzice potrzebowali pomocy, ani siostra, ani mój siostrzeniec nie mieli czasu, ani ochoty na zajmowanie się nimi. Kiedy tata leżał umierający w domu, a potem w hospicjum, siostra znowu zachorowała i nie była w stanie nic dla rodziców załatwić, a mnie pomóc. Wręcz przeciwnie, zadawała masę niepotrzebnych pytań i wtrącała się lekarzom w hospicjum w sprawę leczenia taty na kilka tygodni przed nieuniknioną śmiercią. Nasza kuzynka Jadzia i jej mąż Geniek wtrącali się w nasze życie w podobny sposób nie respektując mnie ani mojej mamy. Mieli swoją własną mentalność wyniesioną z Bużysk, całkiem inną od naszej. Miałam na głowie pracę w szkole, kilkuletnie dziecko, rodziców i siostrę. Jeździłam do taty codziennie po pracy, albo co drugi dzień, woziłam mamę do hospicjum i załatwiałam opiekę dla niej. Kupowałam co trzeba dla ojca, mamy i leczyłam u lekarza Alinę, która odpływała we własny świat paranoidalnych urojeń. A jej syn nie dodawał jej otuchy, tylko też ogłaszał jej codziennie, że nie ma już ochoty żyć i zamierza wyjść na tamten świat przez balkon. Mieszkali na 11-tym piętrze. Powiedziałam mu, że nikt go do życia nie zmusza, jak chce, to niech skacze i się uciszył. Zdziwiłam się też, dlaczego prosi mamę o obiad, skoro ma zamiar skakać z balkonu na główkę. Dlaczego się po prostu od niej nie wyprowadził, nie wyjechał, nie usamodzielnił na dobre? Był kilka miesięcy za granicą, ale wracał do mamy na obiadki, bo u niej było może czasami niewesoło, ale wygodnie. Czy schizofrenia jest dziedziczna?
Wieczorem czytałam mojemu dziecku coś przed snem, i tuliłam go ponownie do snu ok. godz. 4-tej nad ranem, bo wołał mnie o tej porze codziennie do piątego roku życia. Trudno było mi potem zasnąć, żeby znowu wstać o 6-tej, zawieść go do przedszkola i jechać 20 km z Solca przez Saską Kępę do pracy w Konstancinie. I tak przez trzy lata. Zakupy na czarte piętro bez windy. Siostrzeniec ani razu nie zapytał, czy mógłby jakoś pomóc, chociażby przy zakupach.
Prawie wszystko sama, trochę z pomocą płatnych opiekunek, które nie łatwo było znaleźć. Odpowiednia niania dla dziecka to jak igła w stogu siana. Mój syn rzadko kogo akceptował, a niania nie zawsze chciała pracować na 4-tym piętrze bez windy w małym i niemodnym mieszkaniu. Jeżeli ktoś się mojemu kilkuletniemu dziecku nie podobał, potrafił powiedzieć: ta pani śmierdzi. No i taka pani już z nami pracować nie chciała… Ale o nianiach to kilka całkiem innych historii…
Tata zmarł, zorganizowałam pogrzeb, poczęstunek i zajmowałam się mamą, kiedy tylko mogłam. Przed śmiercią ojciec musiał przekazać sporą kwotę na konto siostry, bo z kilku tysięcy jakie miała przed rokiem, zrobiło się nagle ok 30.000 zł. Ojciec nie pytał mamy o zdanie, chociaż pieniądze były ich wspólne. Siostra wyjawiła mi to sama, bo znowu miała jakiś dziwny „dzień świra“.
Biednej Alinie trzeba było pomóc, bo ja – wiadomo – spadnę zawsze na cztery łapy, uważał pewnie mój tata. Tylko, że to ja byłam teraz samotną matką z pięcioletnim synkiem i wypadłam wkrótce (w 2008 r.) na bezrobocie.
Byłam u mamy dwa razy w tygodniu, jeździłam z nią do lekarzy, a potem finansowałam Dom Opieki Tabita w Konstancinie, który sobie wybrała. Nie mogła mieszkać u siebie, ani u mnie, bo w naszych blokach nie było windy, a mama miała kłopoty z wchodzeniem po schodach. Poza tym mama lubiła bywać na wczasach, w sanatoriach i kurortach, zwłaszcza w Konstancinie. Siostra nie miała zamiaru zająć się mamą.
Zamieszkanie w Konstancinie było dla mamy wielkim szczęściem. Mama odżyła, nareszcie wolna bez męża, który ją poniżał całe życie. Ale niestety brakło jej sił. Przykro było jej tylko, że nie odwiedziło jej tam kilka osób z jej dawnej „bliskiej“ rodziny. Jej wnuk Tomek był u niej raz czy dwa po śmierci dziadka. Nie pomagał w niczym. Pomogłam się mamie przeprowadzić do Konstancina i urządzić w jej pokoju. Kupiłam jej komodę i wózek inwalidzki na receptę. Płaciłam niani za opiekę nad moim synkiem. Mama uczyniła mnie zarządcą jej mieszkania. Znalazłam panią, która wynajęła pokój w mieszkaniu mamy i bywałam na spotkaniach Wspólnoty Właścicieli w lokalu piwnicznym przy rurach kanalizacyjnych, otoczona sąsiadkami sprzed lat, które nadal mówiły do mnie „Asiu”, jakby czas się zatrzymał… Siostra miała to wszystko gdzieś. Siostrzeniec też. A innej rodziny nie miałam. Płaciłam pani opiekunce w Tabicie (ok. 300,- zł) za dodatkową opiekę nad mamą, bo inaczej miałaby tej opieki za mało.
„Tabita” to jeden z najlepszych Domów Opieki w okolicach Warszawy, w pięknym parku w Konstancinie. Wyprosiłam tam dla mamy miejsce i dofinansowywałam jej pobyt z oszczędności mojego życia. Mama płaciła ok. 1500,- zł ze swojej emerytury i ja dopłacałam 3000,- zł co miesiąc do domu opieki. Alina nie dopłacała nic. Bywała tam co jakiś czas, by wypić kawę i zapalić papierosa, i pomarudzić, że ma tak daleko z Żoliborza, i mama powinna zamieszkać w jej okolicy, bo byłoby jej wygodniej.
Mamy nie odwiedzili też ani Jadzia, ani Wandzia, ani Piotr. No bo, po co? I tak zaraz umrze i do niczego się już nie przyda.
Alina nie miała ochoty dokładać się finansowo do wydatków mamy w żadnym stopniu, mimo iż miała pracę a jej dorosły syn zarabiał za granicą. Cena za pobyt mamy w Konstancinie znacznie przekraczała wysokość jej emerytury. Mama leczyła się też prywatnie u okulisty, profesora, miała jaskrę. Miała też inne wydatki, na opiekunki, fryzjera, leki, ubranie. Alina powiedziała, że nie chce dziedziczyć po mamie, ale za to ja mam finansować mamę, dopóki żyje. Wydawałam przez rok ok. 3000 – 4000 tys. zł miesięcznie na mamę w Konstancinie. Do tego na opiekunki dla niej i do mojego dziecka, kiedy zajmowałam się mamą. Kupowałam jej bieliznę, kosmetyki i leki, jeździłam z nią na spacery do Wilanowa albo do lekarza. Siostra nie interesowała się niczym. Wiedziałam, że po mamie odziedziczę mieszkanie, po którego sprzedaży, dostanę z powrotem wydane na nią pieniądze. Jakoś to będzie, myślałam, chociaż trochę później… Mama chciała mnie zabezpieczyć, bo miałam małe dziecko, a siostra i jej dorosły syn byli niezależni, mieli pracę. Rodzice pomagali im całe życie finansowo, kupili jej mieszkanie. A ja potem straciłam pracę.
Alina nie zapytała ani razu, czy może mi jakoś pomóc. Mnie i rodziców traktowała całe życie jak złote rybki, do których można mieć różne życzenia. Po śmierci mamy, odziedziczyłam mieszkanie (lub 3/4, bo 1/4 należała się siostrze jako zachowek), ale nie miałam pieniędzy, by przyjechać z dzieckiem z Niemiec do Warszawy i zająć się jego opróżnieniem, wysprzątaniem i sprzedażą. Byłam bezrobotna i żyłam z zapomogi od niemieckiego Urzędu Pracy, która ledwo wystarczała dla mnie i dziecka do końca miesiąca. Nie miałam już prawie żadnych przyjaciół, ani rodziny. Nikogo z moich „bliskich” krewnych nie obchodziło, czy i jak radzę sobie sama z kilkuletnim synem i bez pracy czyli zarobków. Siostra nie miała pieniędzy, żeby mi pożyczyć. Tak mówiła. Miała natomiast kilka tysięcy na opłacenie pani adwokat, w celu uzyskania ode mnie należnego jej prawnie zachowku, z kwoty po sprzedaży mieszkania. Ja miałam kłopot, by mieszkanie sprzedać, będąc w Niemczech bez grosza na bilet do Warszawy. Siostra nie chciała ze mną rozmawiać, ale wysłała mi dwa życzliwe i pełne troski maile:
Gesendet: Mittwoch, 18. März 2009 um 14:42 Uhr Von: fest@ An: „Joanna Krupinska“ <j-krup@ Betreff: Re: Joanno, poproszê o informacjê kiedy i gdzie ma siê odbyæ spotkanie u notariusza w sprawie spadku. Pozdrawiam, Alina Gesendet: Freitag, 20. März 2009 um 23:00 Uhr Von: fest@ An: j-krup@ Betreff: Re: Joanno, bardzo mnie niepokoi Twoj stan. Jestes powaznie chora. Powinnas jak najszybciej zwrocic sie do lekarza i podjac intensywna terapie. Staczasz sie coraz nizej i moze sie to skonczyc nieszczesciem nie tylko dla Ciebie ale i dla Adasia. Pomysl o nim i dla jego dobra poddaj sie leczeniu. Pozdrawiam, Alina

Dziwne, że nie interesowała się swoją – wg niej – „poważnie chorą siostrą”, ani jej dzieckiem. Nie podała mi też, na co wg niej choruję. W końcu to ona leczyła się całe życie u psychiatry.
Mało kto miał i chciał mi pomóc. W końcu kilka osób pomogło mi w potrzebie i udało mi się po wielu staraniach i opłatach na pośredników i pełnomocnika zamienić lokal na Grochowie na gotówkę oraz uratować działkę w Łomiankch przed zabraniem nam jej. To też kosztowało, bo trzeba było wykupić grunt na własność. Oddałam moje długi.
Z mieszkania trzeba było powyrzucać stare graty, przewieźć część rzeczy na działkę, a inne oddać do Czerwonego Krzyża i do Kościoła. Wszystko taksówkami, z małym synkiem u boku. Razem z jakimś studentem wysprzątałam brudną i zagraconą od 40 lat po sufit piwnicę, do której od lat wyrzucano wszystkie graty. W tym czasie płaciłam nianiom za opiekę nad synem. Siostra miała to wszystko gdzieś. Jej syn tym bardziej. Ja byłam wykończona fizycznie i psychicznie. Opadłam z sił, ze smutku i z żalu. Śmierć mamy i likwidacja naszego „ogniska domowego” po rodzicach były strasznie smutnymi wydarzeniami. Bardzo brakowało mi mamy i smutno było mi zamknąć rozdział naszego życia na Grenadierów. Z drugiej strony było mi lżej, pozbywszy się tego mieszkania w zamian za gotówkę.
Byłam rozdrażniona, nerwowa i płaczliwa. Byle co, wyprowadzało mnie z równowagi. „Burn out”, czy depresja, spowodowana nadmiarem przykrych przeżyć i rozczarowań oraz przemęczeniem po wielu latach „życia i pracy na kilku etatach”.
Lekarz przepisał mi coś na uspokojenie duszy w żałobie i poprawę humoru oraz na bóle w kręgosłupie. Pomogło powoli. Czas też zrobił swoje. Wiadomości o moich dzieciach, które pojawiły się w świecie, szokowały, ale też poprawiały mi nastrój. Najpierw byłam wściekła, że ktoś mógł obsłużyć się moimi komórkami jajowymi i narobić dzieci, o których nie miałam pojęcia. Byłam także zazdrosna. Po chwili cieszyłam się jednak, że te dzieci mam, że są zdrowe, piękne i szczęśliwe. Jednak to wszystko, co przeszłam, by zajść w ciążę, miało sens. Jednak nie myliłam się, to oni się mylili.
Uwierzyłam w Boga i w jego sprawiedliwość. Poznałam go nawet. Nie tylko wierzę, ale wiem, że jest. A nie zasłużyłam mu się sterczeniem w kościele, ani nawet codziennymi modlitwami. Starałam się żyć, jak uczył, starałam się być porządnym człowiekiem, uczyć się i pracować w miarę sił, pomagać innym o ile mogłam. Nie byłam bez grzechu.
Siostra nie miała gdzieś należnego jej wg prawa do zachowku, o który wystąpiła do Sądu Rejonowego na Pradze Południe w Warszawie, kiedy mnie udało się wreszcie, po wielu trudach, zamienić lokal po rodzicach na gotówkę. Nie wiem, jaką kwotę sąd jej przyznał, a ona nie raczy mnie poinformować, bo nie odzywa się do mnie od wielu lat. Za to po moim rozwodzie z Gerdem potrafiła zapytać mnie, czy on z nią by się teraz nie ożenił. Chora, pomyślałam. Zresztą i tak nie mam jej z czego wypłacić, bo moja inwestycja we własną gelerię nie przyniosła zysków, tylko straty i żyję z pomocy społecznej w Niemczech. Ledwo wystarcza mi na życie. Mam za to czas i ochotę opisać moje barwne życie z własną rodziną i znajomymi. Prawie nikt nie zechciał zajrzeć do mojej galerii, nikt nie zechciał nic kupić. Prawie nikt nie utrzymywał ze mną kontaktów. Bo do czego mogłabym się w mojej biedzie jeszcze przydać??? Mój Boże, jaka to podła, fałszywa i zakłamana rodzina. Co niedziela można ich wszystkich spotkać w kościele. Tylko siostra tam nawet nie chodzi.
2017
Mimo, iż siostra postanowiła odzyskać należny jej prwnie lecz nie moralnie zachowek, nie raczyła powiadomić mnie ani listownie, ani mailem, że mam płacić pieniądze na jej konto. Domyślam się, że bała się podać numeru konta, jakbym mogła coś z tym jej kontem zrobić. Schizofrenia nie wybiera. Ale siostra odnalazła odpowiedniego (zresztą bardzo miłego) komornika, który po pewnych trudach mnie odnalazł za granicą. Alina nie podała mu dla ułatwienia ani mojego maila, ani numeru telefonu…….. Podła, głupia i wredna na każdym kroku, albo po prostu chora umysłowo (ma na to papier). Odsetki sobie leciały miesiącami, ale to siostrze pewnie na rękę było. Pani adwokat przy niej także zarobiła, a można takie rzeczy wg mnie załatwić między sobą. O ile się ze sobą rozmawia normalnie. Ale jak z wariatką rozmawiać normalnie? Ja do niej piszę maila, czy na Facebooku, a ona od lat to czyta i ani słowa….
Tak więc przy pomocy komornika siostra dostała co jej „należne“, a ja nie muszę się nigdy więcej wspinać na czwarte piętro w bloku… Ma to swoje dobre strony.
Jedną dobrą stroną jest: już nie mam siostry. Drugą: jestem wolna od przywiązania się do miejsc niewygodnych i ciasnych. Za to: wynajmuję tanio mieszkanie w małej mieścinie i nadal mam swoje miejsce w Polsce…, niedaleko Sokołowa Podlaskiego czy Węgrowa.
Po wielu stresach, żyję na codzień spokojnie w Niemczech, pracuję jako nauczycielka języka niemieckiego dla uchodźców i cudzoziemców. Przyjechali z Syrii, z Pakistanu, Afganistanul ale także z innych krajów świata.
Mój syn rośnie w siłę. Jurek znormalniał i pracuje już od kilku lat.

Hinterlasse einen Kommentar