Witek, czyli „pseudologia fantastica“

Witek chodził do równoległej klasy. Pamiętam go od początku szkoły. Rzucał się w oczy, bo był dużo wyższy od innych równolatków rocznik 66. Wyglądał na starszego, ale na pewno nie był. Po czterech latach podstawówki trafiliśmy do tej samej klasy. Połączono nas z jakiegoś powodu. Witek był wesoły i fajny. Można się z nim było śmiać i żartować. Ja gadałam często na lekcji matematyki z koleżanką z ławki i pani kazała mi się przesiąść do Witka, który siedział sam z tyłu. No i dopiero się rozgadaliśmy. Zaczęliśmy się kolegować i przyjaźnić. Coraz częściej łaziliśmy, albo przesiadywaliśmy na przerwach razem. Stawaliśmy się sobie bliscy. Ale on miał inne zainteresowania niż ja. Nie chodził do kościoła, ani nie należał do harcerstwa. Nie spotykaliśmy się po lekcjach, ani nie jeździliśmy razem na obozy. Podobał mi się jeden drużynowy. Kiedyś staliśmy na mojej klatce, ala tata nas usłyszał i nawet nie pocałowaliśmy się, bo nas pogonił. Witek był po prostu dobrym kolegą. Piąta, szósta, siódma, ósma klasa. Minęły trzy lata. W ósmej klasie Witek zaczął okazywać mi bardziej romantyczne uczucia, jakby się zakochał. Ja go lubiłam, ale nie podobał mi się. Nie był ładny, tylko wysoki i wesoły. Lubiłam go jak brata. Był miły i lubiany przez nauczycieli. Pani Sypuła od rosyjskiego, czyli Jelena Michajłowna (bo tak ją witaliśmy na każdej lekcji: „Sdrastwujcie Jelena Michajłowna…”), posyłała go często po kredę i życzyła mu ciągle, żeby duży rósł. I to działało! Rusycystka była miła i groźna, dobrze uczyła. Zakuwaliśmy na pamięć czytanki, i każdy akcent się liczył. Lenin w Zakopanem, Tu sto czetyrje… itp. Pust wsjegda budjet sonce! Czasami myślałam o Witku czule, ale nie byłam zakochana, tylko raczej darzyłam go sympatią i kochałam jak dobrego przyjaciela i super kumpla w szkole. Byliśmy sobie bliscy. Raz byliśmy razem na pikniku i o mało co go nie pocałowałam. Ale jednak nie. To miałoby w moich oczach nieprzewidywalne konsekwencje. A ja na razie konsekwencji nie chciałam mieć. Oboje wybieraliśmy się do tego samego liceum im. Stanisława Wyspiańskiego. Obowiązywał wtedy konkurs świadectw, a w niektórych szkołach były egzaminy wstępne. Ja miałam zawsze śwadectwa z lampasem i jedyne czwórki z matematyki i fizyki, i może z chemii. Reszta bardzo dobre, zachowanie wzorowe, kłopotów wychowawczych nie sprawiałam. W pierwszej klasie spotkaliśmy się znowu po wakacjach. Pani czytała nasze nazwiska. Tylko Witek śmiał się, kiedy powiedziała: Komar. Głupi, jakby pierwsze słyszał. Pierwsze wypracowanie z polskiego było o wakacjach. Ja napisałam jekiś trzy po trzy. Witek napisał, że w czasie wakacji jechał na rowerze i w dętkę strzelił piorun… Co on wypisuje za bzdury, pomyślałam. Już nie jesteśmy dziećmi, żeby wierzyć w takie idiotyzmy… Ale może to była jego pierwsza powieść w stylu „science fiction”, tylko ja się nie zorientowałam. On lubił czytać Lema i takie tam „wymyślanki”, zaraz po „Rodzinie Muminków”. Trochę mi zaimponował tym oczytaniem. U niego w domu było dużo przeczytanych książek. Ja o Muminkach wcześniej nie słyszałam. Rodzice nigdy nie czytali mi książek dla dzieci, starsza o 13 lat siostra też nie. A te z kolonii czy z końca roku (za wzorowe wyniki i zachowanie itp.) odstawiałam na regał. U nas na regale stały dzieła Mickiewicza i Prusa, ale nikt tego nie czytał. Tak sobie mama kupiła, bo co tam można było postawić? Za oszklonymi drzwiami witryny stały już ładne filiżanki i przeróżne kieliszki – do dekoracji. Używało się ich raz na 100 lat. Na co dzień mama podawała wszystkie dania na obitych talerzach o różnych formach, z różnymi wzorkami. Jeden miał napis GS. Skąd on się wziął u nas w domu? Talerze do kompletu czekały w szafie na wyjątkowe okazje: gości i święta. Posrebrzane sztućce (kupione okazyjnie i po znajomości) w ogóle się nie doczekały, ale łaskawie odziedziczyłam ich obecność w szafie, a może dostałam w prezencie ślubnym. Szkoda było nimi jeść i szkoda wyrzucić. Mama lubiła mieć w razie czego wszystko, co mogła kupić, ale nie używała większości z tych „bardziej eleganckich” lub wyrafinowanych sprzętów. Pawlacz zawalały grille, sokowirówka, miksery, torby – lodówki, szybkowary, itp. Nie ujrzały światła dziennego przez wiele lat… Witek lubił wiele opowiadać i koloryzować. Ja nie. Ja byłam jako młoda dziewczyna głęboko zakorzeniona w rzeczywistości przyziemskiej i nie znosiłam, kiedy wymyślał jakieś banialuki, zwłaszcza na lekcjach. W klasie na polskim siedziałam za nim. Zasłaniał mnie szerokimi plecami przed panią polonistką, której się trochę bałam i nie lubiłam. Schowana za niego mogłam też podpowiadać zapytanej Ewie, co autor wiersza chciał nam powiedzieć, siedząc n.p. „W malinowym chruśniaku”, lub kiedy wstąpił „na działo”… Bo Ewie w takich momentach mowę odbierało, a pani polonistce cierpliwość. Sama zwykle bałam zgłosić się do odpowiedzi, która cisnęła mi się na usta. Byłam niepewna siebie. Za to inna Joanna wiedziała wszystko i dzieliła się z nami swoją wiedzą. Wzbudzała zachwyt u pani od polskiego (No…!), a nasz podziw, skąd ona to wszystko wie i potrafi tak ładnie sformułować? W nagrodę Ewka zjadała na przerwach Witka kanapki. Na lekcjach pisaliśmy karteczki i komentarze do śmiechu, a nasz poczciwy misiowaty kolega szedł po pączki do piekarni na Międzyborskiej, po drugiej stronie ulicy, na które składaliśmy się, co kto miał w kieszeniach. Ania na polskim siedziała po mojej prawej. Raz napisała dość krótkie wypracowanie domowe. Wstęp, rozwinięcie i zakończenie zawarła w czterech zdaniach. Pani od polskiego nie mogła uwierzyć w to, co widzi, a nawet ja się mocno zdziwiłam, że można opisać „Pana Tadeusza” czy „Lalkę” tak zwięźle. Chociaż ja sama nie wiedziałam często, co mam pisać, zwłaszcza na klasówkach na czas (2 x 45 min. z przerwą). Przecież już i tak wszysko było w książce na jej temat. No bo to była klasa biologiczno – chemiczna. Pani Świderska powtarzała to sobie ze zrozumieniem własnego z nami problemu, a nam na pociechę. Umiałam napisać wiersz, ale to nikogo wtedy nie obchodziło, a także mało kto wiedział, bo wszystkie wiersze lądowały w pamiętniku i dotyczyły najczęściej Mateusza, albo mnie w czarnej rozpaczy. Komu to pokazać? W sumie Witek był fajny, tylko trochę leniwy. Nie przykładał się do nauki. A uczył się z otwartą książką, patrząc w telewizor. Uważał, że uda mu się oszukać naszą wychowawczynię, panią Gerod od biologii, swoją wiedzą o ślimaku, oznajmiając, że ślimak ma skorupkę i rogi na pierogi… Takie mniej więcej były jego odpowiedzi z zakresu nauki o zwierzętach w klasie o profilu biologiczno-chemicznym. Siadaj, dwója. Na niemieckim umiał powiedzieć: ich nix verstehen. Danke, ungenügend. Na matematyce, pan prof. Jałocha zapewniał go, że zostanie szewcem, bo Witek nie potrafił policzyć niczego powyżej tabliczki mnożenia bezbłędnie (co nawet mnie się często udawało), a o fizyce i chemii lepiej wcale nie mówić, bo nie siedział koło Ani, tak jak ja. Za to Ania siedziała koło mnie na polskim i niemieckim. Niestety akurat nie uczyliśmy się na chemii o alkoholach, bo może by go to zainteresowało. Prawie same dwóje w drugiej klasie liceum. Więc nic dziwnego, że Witek musiał sobie kiedyś to wszystko powtórzyć.

Dzisiaj przyznaje się, że do innego liceum ogólnokształcącego (na Pradze Północ) dostał się dzięki znajomościom i łapówce. Może nawet skończył to liceum dzięki znajomościom i poparciu. On musiał wiedzieć, jak nie wiele umie, a jednak wybrał po maturze tak trudny kierunek studiów jak Weterynaria.

Jego rodzina przekonana była, że to przeze mnie Witek nie mógł się uczyć i jego nieszczęśliwą do mnie miłość, tak długo nieodwzajemnioną. A czy ja miałam jakiś obowiązek odwzajemniać jego uczucie? Ja za nim nie latałam, tylko on za mną. Bo ja latałam za Mateuszem. Razem z Grzesiem łaziliśmy po Grochowie, do Ulki i do kina. Do Witka nie chodziliśmy, bo miał małe i ciasne mieszkanie z przejściowym pokojem. Jego bardzo miła mama zawsze była w domu, a starsza o 7 lat siostra mieszkała w tym samym pokoju co on. I raczej miała zły humor. Nie byłoby się gdzie podziać. Często siedzieliśmy u mnie. Mój ojciec wracał z pracy dopiero po godz. 17-tej. Ale jak raz wagarowaliśmy z Witkiem, siedząc w moim pokoju, oczywiście wrócił po coś wcześniej z pracy. Spanikowaliśmy. Najpierw nie chcieliśmy go wpuścić, bo zamknęliśmy się od środka na zasuwkę. Ale w końcu Witek ukrył się sprytnie za drzwiami, a ja udawałam greka, że niby spałam i nie słyszałam pukania, ani dzwonka… Tata Witka nie szukał ani nie znalazł, wyszedł z powrotem do pracy, zamknął mnie jednak od zewnątrz na jakiś zamek nieotwieralny od środka, chyba „skarbiec”. Otwierał się zawsze z tej strony, po której go zamknięto. Trzeba było dzwonić do sąsiadów i wyrzucać klucze przez okno, żeby ktoś Witka wypuścił.., bo tata nas przez „pomyłkę” zamknął… Udało się. Mamy w czasach mojego liceum w zasadzie nie było w domu, bo pracowała w NRD, Buna, Leuna itp. Przyjeżdżała co dwa miesiące, przywożąc różne cuda, jakich nie było w kraju, i którymi obdarowywała rodzinę i znajomych. Czasami coś sprzedała. Np. motocykl. Jak ona go przywiozła? Bo przecież na nim nie przyjechała. Kupujący ten motocykl pojechali nim na próbę, i nawet się wszyscy bali, że nie wrócą. Rodzice nie wzięli naturalnie zaliczki, bo byli mili i uprzejmi. Tamci jednak wrócili, zapłacili i kupili. Miałam od niedawna własny pokój, bo siostra wyszła za mąż i wyprowadziła się do teściów, a potem z powodu niezgodności charakteru, wynajęli z mężem jakiś pokoik w pewnej ruderze, też na Grochowie, na środku pola, na przeciwko domu rodziców. Pies Karat, nasz cocker spaniel, cieszył się zawsze na jej widok. Poza tym leżał przy drzwiach, pilował smyczy i warczał. Też był dziwny. Może to przez to mięso na kartki, które mu wcale nie przysługiwało. Tata raczył go głównie parzonym suchym chlebem z gotowaną marchewką, przetykaną tu i ówdzie kawałkiem mięsnego odpadu. Nawet pies zwariował w tym domu. Miał psią chorobę sierocą, po tym jak siedział jako szczeniak całymi dniami sam a jak podrósł wysłali go na dzień do koleżanki suczki, z którą miał mieć dzieci… Nic z tego nie wyszło, ale dostał fijoła, bo tęsknił zostawiony u koleżanki na jedną noc. Bał się i słuchał potem tylko taty, no i siostry może. Mama nie odezwała się nigdy do niego i oboje latami wzajemnie się ignorowali. Na stare lata nie mógł już na nas patrzeć i oślepł z powodu katarakty. To u nas też było rodzinne. Tylko, że mama się zoperowała u specjalisty, a psa uśpili. Witek był bardzo dobrym kolegą. Ale nie byłam w nim zakochana. On chyba był. Coraz bardziej czarował mnie na karteczkach i w rozmowach. Wiedziałam, że mu się podobam, ale nikt z nas nie przekraczał granicy koleżeństwa i platonicznej przyjaźni. I tak było dobrze. W drugiej klasie liceum zakochałam się w Mateuszu. Witkowi się to chyba nie podobało. Nie dawał mi tego bezpośrednio do zrozumienia, ale wiedziałam, że było mu przykro, i że był zazdrosny. Mateusz był przystojny, fajny. Witek był wielki, miał kompleksy na temat swojego wyglądu i w zasadzie nie podobał mi się. Dawał poczucie bezpieczeństwa i pewnej wspólnoty, którą tworzyliśmy w naszej kilkuosobowej paczce znajomych. Ale nie był w moim typie, a wręcz przeciwnie, chociaż jedna z koleżanek (też z Międzynarodowej) uważała chyba, że nie jest taki ostatni w kolejności, jak mnie się wydaje… Pocałowała go raz na prywatce. Zdziwiło mnie to, że on się komuś podoba. Ale ona chyba każdego całowała, kto usiadł bliżej, bo potem chodziła z Waldkiem. Też się podobała chłopakom. Ja nie miałam ochoty się całować z żadnym z nich, tylko przyjaźnić. Witek był jak brat. A Waldek dostał ode mnie wcześniej wymijającego i nie wypowiedzianego „kosza”. Kasia wyjechała po studiach germanistycznych do Londynu. Najpierw o mało nie zabiła jej żona szefa restauracji greckiej, w której pracowała. Szef darzył Kasię uczuciami odmiennymi od uczuć własnej małżonki. Potem Kasia zmieniła miejsce pracy i wyszła dobrze za mąż, czyli za bogatego prawnika. Jak sobie kupiła nową spódniczkę, mówiła, że to jeszcze stara… z Polski, i tak ją sobie z szafy wyciągnęła właśnie. Jej mąż uważał, że Kasia ma już wystarczającą ilość nowych spódniczek. Kasia urodziła troje dzieci, jedno z bliźniaków zmarło przy porodzie. Ku mojej rozpaczy – z Mateuszem jakoś się nie kleiło tak, jak to sobie wyobrażałam. Witek i Grzesiek byli zawsze blisko. Grzesiek też mnie lubił, ale był kompletnie niepoważny i często pił. Witek podobno rozmawiał z Mateuszem o mnie i starał się nas nawet z powrotem zbliżyć, o ile to prawda. Ale na koniec musiałam zapomnieć o Mateuszu i umierać przez rok z miłości… Nie wiedziałam wtedy, że Mateusz roznosi ulotki i naraża się władzy próbami obalenia komuny u boku Kuronia. Nie chciał mnie w to wciągać, ani ryzykować, że mnie z nim skojarzą i także do mnie mogą się przyczepić, w razie gdyby wpadł w ręce MO czy ZOMO. Ale w końcu mój tata robił przecież to samo i nawet go nikt nie internował. Aż sam się dziwił. Mateusz M. faktycznie wpadł im w ręce. Wojtek J. siedział wiele miesięcy w więzieniu z wyrokiem: dożywocie. Nikt w okresie Stanu Wojennego nie uwierzyłby, że może stamtąd kiedyś wyjdzie. A po latach nikt nie uwierzyłby, co tam przeżył. To nie były spotkania przy kawie, czy pobyt w sanatorium. Ubecy też walczyli o swoje, metodami o których nikt z aresztowanych, czy internowanych nie chciał lub nie umiał mówić po powrocie do domu. Wybite zęby, siniaki i złamania mówiły za siebie. Nie jeden „Janek Wiśniewski” padł. A Grzegorz Przemyk, rocznik 1964 jest pochowany na warszawskim Cmentarzu Powązkowskim w kwaterze 100. Wojciech Jaruzelski nie mógł przecież poinformować każdego policjanta i zomowca, że ludzie internowani są w celu uniknięcia zamordowania ich przez prawdziwych zwolenników WRON-u, i że zamierza oddać im władzę kilka lat później. Przecież gdyby Generał chciał, czyż nie mógł wydać rozkazów o karze śmierci dla wszystkich aresztowanych? Czyż nie był w stanie utrzymać swych podpartych wojskiem rządów, z czołgami na ulicach, gdyby na prawdę chciał u władzy zostać? Pewne wydarzenia w stronę postępu społecznego nastąpiły w Polsce zbyt prędko w porównaniu do NRD i ZSRR. Poza tym żołnierzom radzieckim żyło się w NRD bardzo dobrze i wygodnie. A wycofanie się z tej placówki, było często powrotem w zimne i niebogate w infrastrukturę strony Syberii… Mało kto, z rządzących i siedzących przy władzy w NRD był zainteresowany zmianami systemu i podporządkowaniu się bogatszemu i silniejszemu „bratu” czyli Republice Federalnej Niemiec. Armia radziecka zapewne pomogła by władzy enerdowskiej w utrzymaniu się przy niej, w razie potrzeby. Mam wrażenie, że największe niebezpieczeństwo mogło grozić nam ze strony NRD. Oni nas tam po prostu nie lubili, uważali nadal za ludzi niższej kategorii. W NRD ludziom żyło się nadal nie tak źle jak w Polsce. Nie mogli za to podróżować i tego nam zazdrościli oraz mieli za złe, bo sami marzyli o wyjeździe do RFN. W ZSRR nadal wierzono w cud kumunizmu, słuchając o nim od urodzenia już w trzecim pokoleniu i cierpliwie czekano, aż ten cud nastąpi, podziwiając medale na piersiach dziadków. Dopiero Michaił Gorbaczow miał prawo dać blokowi socjalistycznemu znak, że pora na zmiany. Wraz z planami jego pierestrojki w ZSSR można było zasiąść w Polsce do Okrągłego Stołu i połączyć oba państwa niemieckie: RFN i NRD. Wojciech Jaruzelski zrobił, co było w jego mocy, by uniknąć wojny w Polsce i by dziadkowie z ZSRR z medalami nie wkroczyli do nas wraz z armią enerdowską. Jedną wojnę światową już wygrali, a w NRD żołnierzy radzieckich było pod dostatkiem. Także im żyło się tam lepiej niż w ZSRR. No i także niektórzy zapaleńcy ze strony „Solidarności” mieli zapewne swe własne krwawe plany wobec wspomnianych dziadków oraz ich popleczników w Polsce. A z przyjemnością poprowadziłby ich do walki być może n.p. mój tata, który kolportował już to i owo, i który nie mógł się pogodzić z tym, że żyje między młotem a kowadłem, czyli w Polsce ujarzmionej. Dla taty Polska – to było centrum świata. Mielibyśmy wojnę domową czy też z „bratnimi” krajami: NRD i ZSRR na czele. Czesi też nas nie lubili za Praską Wiosnę. Jak my im, tak oni nam – ewentualnie by pomogli. Wojna byłaby wojną, być może światową, ponieważ USA sympatyzowały z Wałęsą, a RFN może by także poparł kogoś, najbliżej im jednak było do brata z NRD. Papież Jan Paweł II kochał całą Polskę i Świat i raz spotykał się z Lechem Wałęsą, a innym razem z Wojciechem Jaruzelskim. Myślę, że jednoczył nas wszystkich, bez względu na pochodzenie i poglądy polityczne. Był bohaterem i autorytetem wszystkich Polaków, naszą dumą i ojcem narodu. Mój tata marzył, by przeżyć dokładnie tyle lat, co nasz Papież. I prawie mu się to udało. Ojciec był tylko dwa lata młodszy od Karola Wojtyły, a zmarł dwa lata po nim. Witold K. był codziennie w szkole i po szkole. Nie interesował się polityką, tylko mną. Mój „brat łata” towarzyszył mi w spacerach na pasterkę na Saską Kępę i po Warszawie, na dyskotekę, na koncert, do kina oraz do Zakopanego w celu odszukania Mateusza. Nawet jak Witek przeniósł się do innego liceum na Bródno, żeby powtarzać drugą klasę i podszlifować wiedzę nienabytą wcześniej, nie straciliśmy kontaktu. Mieszkaliśmy blisko siebie. Trzymaliśmy się razem. Dzwoniliśmy do siebie i gadaliśmy często przez telefon, nawet gdy rozmowa była kontrolowana przez władzę w postaci WRON. Chłopcy gadali głupoty o bombie, itp, ale nikt się tym nie przejmował. Pisaliśmy do rymu kartki WRON WON i śmialiśmy się razem z tego absurdu, w którym przyszło nam dorastać tu, teraz i bez wyjścia do nikąd… Witek portretował na lekcjach Jaruzelskiego i Urbana, przerysowując ich insygnia władzy, czyli ciemne okulary generała i wielkie uszy po obu stronach łysej głowy rzecznika rządu. Razem po papier toaletowy z makulaturą pod pachą (oczywiście też na Saską Kępę, więc było mi po drodze!), razem po buty na kartki: do wyboru i do jednego koloru- kalosze lub sandały – na zimę, rozmiar 47. Razem tu i razem tam. Lubiłam go coraz bardziej i potrzebowałam kogoś bliskiego, zwłaszcza po mojej nieszczęśliwej miłości do Mateusza, który zajęty był reperowaniem motocykla, czyli – jak dzisiaj wiem, naszego absurdalnego socjalistycznego świata. Dzięki takim ludziom jak on, narażającym zdrowie i życie dla idei „Solidarności”, mieszkamy w nowoczesnej Polsce, możemy podróżować po świecie i pracować za granicą. Mamy banki, kredyty, mieszkania i nie talony a salony samochodowe. Nie miałam pojęcia, że także wśród naszych równolatków i studentów były osoby donoszące na działaczy po stronie „Solidarności”. Nie zdawałam sobie sprawy, że to była już podziemna wojna z aktywistami po obu stronach frontu. Czy ktoś z moich znajomych donosił do UB? Nie wiem. Witek pisał karteczki i wierszyki, które zalepiały moją wyrwaną przez kogoś innego dziurę w sercu. Był zakochany jak Bogumił w Barbarze i był przy mnie. „Noce i dnie”. Zaczęłam rozumieć, że łączy nas taka bliskość, że nie potrafimy już być bez siebie. Przynajmniej w tamtych okolicznościach. Nie dał się niczym odstraszyć. A żeby zaninteresować mnie i innych swoją osobą i chociaż wzbudzić litość, siedemnastoletni Witek opowiadał, że umrze wkrótce na raka, że traci wzrok i będzie nosił okulary… Nic z tych opowieści się nie sprawdziło do dzisiaj.., ale Witek miał często zwolnienia lekarskie od pani doktór Konopady z rejonu, która też w coś musiała uwierzyć. Leszek nawet rozmawiał z jego mamą w sprawie tego raka i ustalił, że Witek blefuje. Na lekcji PO (Przysposobienia Obronnego) uczyliśmy się raz strzelać na strychu szkolnym, czyli strzelnicy. Pan dokładnie nam wytłumaczył, że trzeba strzelać do celu wymalowanego przed nami, i jak to zrobić. Tylko Witek nie opanował tej sztuki po wykładzie pana i wystrzelił na chybił trafił, Bóg wie gdzie i w kogo, przypadkiem naciskając na spust. Na szczęście nie trafił, a Pan Bóg kule nosi, więc wcelował w sufit, czy w ścianę. Pan od PO był przerażony, a my rozbawieni i szczęśliwi z Happy Endu tego wypadku na placu broni w szkole. Od tej pory „strzelać nam nie kazano”, a nawet zabroniono. Polubiłam go bardzo i może nawet pokochałam, mimo wszystko. Ale nadal mi się nie podobał z urody. Trudno. Jakoś to będzie. Często rozmawialiśmy godzinami przez telefon. Dzwoniłam do niego codziennie, a w niedzielę wyrywałam ze snu około dziesiątej nad ranem… Pewnego dnia pocałowaliśmy się. Nie było to dla mnie wielkim wydarzeniem, ale dla niego tak. Słuchaliśmy razem płyty Marka Grechuty. Był w siódmym niebie, a ja pogodziłam się z tym, że jesteśmy parą i pewnie już zawsze będziemy. Bo chciał dać mi „serce szczerozłote”…, myślałam. No i „tyle razem dróg przebytych”… Pokazał mi też kilkadziesiąt dolarów i trzy złote pierścionki z oczkiem (otoczonym kunsztowną złotą falbanką), jakie jego tata przywoził z placówki w ZSRR i trzymał w starej szafie. Jakie bogactwo! I to wszystko będzie kiedyś moje…, pomyślałam… Przecież go w końcu lubię, nawet może i kocham, tylko nie pragnę i nie pożądam. Ale pewnie nie można mieć w życiu wszystkiego. A zwłaszcza tego jednego jedynego w okresie „Stanu Wojennego”, a dla mnie w okresie pierwszej miłości, rozterek, smutków i radości… Mateusz zniknął z mojego życia. Widocznie nie „Romeo i Julia” a „Noce i dnie” były także moim przeznaczeniem. Tomaszka też mam, za siostrzeńca. Miałam prawie osiemnaście lat, kiedy zaczęłam chodzić z Witkiem. W czasie letnich wakacji wybraliśmy się razem na wczasy. Pod namiot się bałam, bo jak raz byłam z Witkiem i z Arturem (też po kryjomu przed tatą), to najpierw nas PeKaeS po godzinie oczekiwania nie zabrał, bo był już pełen ludzi, a potem bałam się, że nas w namiocie siekierą zabiją miejscowi, albo coś takiego. Miałam dość praktyczną wyobraźnię, na miarę tamtych czasów. Mięsa jednak brakowało, a i namiot by się komuś przydał… Rodzice wiedzieli, że pojechałam na wczasy z koleżanką. Mama załatwiła u siebie w pracy wyjazd do ośrodka wczasowego nad morzem. Dla mnie i dla Kasi. Pani, która zobaczyła Kasię, wzrost 192 cm, płeć męska, dźwigającą walizki z kreacjami na dwutygodniowy wypoczynek w ośrodku FWP koło Gdańska, pewnie się zdziwiła. Nie powiedziała nam nic. Pewnie matka nie odważyła się powiedzieć jej prawdy.., pomyślała może. Ale mama nie znała prawdy, aż do mojego powrotu z wakacji, kiedy i tak się wszystko wydało. Wypaplałam się, bo Kasi brat utonął podczas wakacji. Zszokowana tą tragedią, opowiedziałam mamie, jak to Kasia była z bratem na Mazurach, a ja właśnie wpadłam do niej z nienacka – na stypę po nim… No i się wydało, że nie była ze mną. Nawet mama się zorientowała, że Kasia nie mogła być w dwóch miejscach jednocześnie. Bardzo współczułam Kasi i jej rodzinie, ale nagle zaczęłam też współczuć sobie… Kilkanaście lat później dowiedziałam się od siostry Witka, że on ode mnie nauczył się złych manier, bo u nich tego nie było. No to nie znała Witka. A co? Miałam się dać zabić ojcu, czy siedzieć tylko i wyłącznie w domu, tak jak ona, bo nie miała ani chłopaka, ani przyjaciół, ani chęci do życia??? Na szczęście ojciec się nie dowiedział! On by tego nie wytrzymał. Nie dość, że łażę wieczorami z Witkiem podczas postu na dyskotekę lub do kina, to na dodatek wyjeżdżam sobie na wakacje. Ojciec bardzo się martwił o moje życie duchowe i fizyczne, i o to, że mogę nie zdążyć ze ślubem… Sam jednak (wg opowieści mamy) pragnął bardzo, aby zaszła w ciążę przed ślubem, to by wiedział na pewno, że jest sens się z nią żenić. Tata kochał dzieci! A mnie wcale do niczego nie było tak spieszno, żeby nie zdążyć. Marzyłam jedynie o tym, żeby nie mieszkać już z rodzicami. Nie dawało się z nimi wytrzymać. Ciągłe kłótnie i ciągły terror ojca, który minął się z powołaniem i zamiast zostać katolickim księdzem i odprawiać msze, męczył się ze swoją prawie bezbożną – wg niego – rodziną, w której był koronowanym przez siebie despotą. Klął, wyzywał, ale mimo to – nie udawało mu się zagonić mnie, a nawet mojej mamy, co niedziela do kościoła. Ale czasami chodziłyśmy, na plac Szembeka, a raczej jeździłyśmy autobusem 135. O siostrze nie wspomnę. Nie modliłam się z nim trzy razy dziennie na kolanach do obrazka na ścianie o zesłanie mu zdrówka, a na jego nieprzyjaciół wszystkich plag egipskich. „Sami swoi” trafili także na Grochów. Za to, w przeciwieństwie do niego, myłam zęby codziennie i kąpałam się częściej niż raz do roku. Takich cywilizacyjnych przyzwyczajeń tatuś ani na Podlasiu, ani w czasie wojny sobie nie przyswoił, a po wojnie, mimo bieżącej ciepłej i zimnej wody w łazience obok pralki „Frani”, nie nabrał. Woda i przeciągi należały, zaraz po komunistach, do jego największych wrogów. Na reumatyzm tata nosił cały rok kalesony, zimą dwie pary, a w razie potrzeby podgrzewał się żelazkiem, prasując swą pierś po sweterku. Mieszkanie było „środkowe” i dobrze ogrzewane. W związku ze stałym przegrzaniem jego organizmu dniem i nocą (spał pod pierzyną), tata cierpiał na pocenie się, co uznawał także za straszną i niebezpieczną chorobę, która go dotknęła, i na którą nie było żadnego lekarstwa. Wkładał więc sobie pod bawełniane podkoszulki papier toaletowy, by się osuszyć. Podkoszulki musiały się na okrągło suszyć i wietrzyć w jego pokoju na krzesłach, bo przecież tata był cały rok czysty, a więc także nie trzeba było ich często prać, mimo iż po mojej komunii staliśmy się szczęśliwymi właścicielami popularnej i jedynej (nie)dostępnej na rynku pralki automatycznej z ZSRR, która służyła przez następnych 20 lat. Gniotsa nie łamiotsa, jak to się mówiło. Mama potem kupiła pralkę: TU MIEJSCE NA TWOJOM REKLAME FIRMO SIEMENS! Nie zdejmowałam w autobusie, tak jak on, czapki, kiedy przejeżdżaliśmy obok kościoła, zwanego przez niego czule kościółkiem. Gdyby nie tłok w autobusie, może i tam by przyklękał… Byliśmy dla mojego taty wielkim rozczarowaniem i nie ważne było, jak się uczymy, pracujemy i jacy jesteśmy na prawdę, tylko co on o nas myśli w kontekście swojej własnej pobożności, w której mógł dorównać przynajmniej samemu Biskupowi. Na dodatek był ojcem samych tylko córek, więc nie było nadziei na to, że któraś zostanie księdzem, a z takim charakterem – także nie zakonnicą. Kiedy się urodziłam i tata zadzwonił do szpitala z pytaniem, czy to chłopiec, czy dziewczynka, portier kazał mamie samej powiedzieć, że córka. Nie miał serca, by przekazać tę przykrą informację ojcu dziecka osobiście. Tymbardziej, że to była trzecia córka z kolei! Na szczęście zdrowa! Ojciec nie pozwalał mi wracać późno do domu, nawet kiedy wiedział, gdzie i z kim jestem, a mianowicie trzy bloki dalej u mojego chłopaka i jego mamy, która była bardzo miła, i u której czułam się jak w domu. Siostra Witka nie rozmawiała ze mną prawie wcale. Siedzieliśmy z moim narzeczonym w pokoju przejściowym oglądając telewizję z jego mamą, która robiła pyszne kanapki i obiadki. Jego mama ukończyła studia wyższe ekonomiczne, ale najchętniej czytała i zajmowała się domem i dziećmi. „Cudowne lata”. Mojej mamy nie było i ojciec chyba nie lubił być w domu sam. Kiedy wróciłam kiedyś po godz. 22.00, odprowadzona przez Witka, tata był wściekły, że tak późno wracam i nie chciał otworzyć drzwi. Zadzwonił do mamy Witka z awanturą. Wydarłam się, że wezwę milicję, bo jestem tu zameldowana i tu mieszkam! No i musiał mi przyznać rację, co wcale nie poprawiło mojego położenia i nastroju naszego rozwrzeszczanego zacisza domowego przy Grenadierów podczas obowiązującej powszechnie ciszy nocnej. Bałam się ojca. Ale on też zaczynał bać się mnie, bo stawiałam na swoim i nie dałam się zastraszyć. Był okropny, ale jednak nie chciał mnie zabić. Krzyczał i ubliżał prawie codziennie. Mnie, siostrze i mamie. Każda z nas dostała od niego nawet. Na szczęście nie tak często. Raz ja próbowałam wcelować w niego, ale trafiłam, być może specjalnie, w okno… I był kłopot z szybą. Nie dziwię się, że mama wyjechała i miała ochotę widywać go tylko co kilka miesięcy, zwłaszcza, że zarabiała dobrze, a w NRD można było kupić prawie wszystko, kiedy w Polsce półki sklepowe dekorował ocet, a wszystko inne było dostępne za dolary w „Pewexie” lub po niebosiężnych cenach na bazarach. Byłam szczęśliwa, że kupowała mi w Exquisitach fajne buty i ubrania. Wtedy marzeniem było mydełko „Fa”, czy puszka ananasów. To były produkty luksusowe pod choinkę i na urodziny, o ile ktoś mógł sobie na taki luksus pozwolić… No i przywoziła prezenty dla swojej pani dyrektor Pustołowej, rodziny i znajomych. Będąc sama z ojcem, czasami bałam się zasnąć. Bałam się, że przyjdzie w nocy i zrobi mi krzywdę. Raz przywiązałam regał (sprawdzony już spadaniem) do drzwi, żeby się obudzić jak ojciec będzie szedł mnie mordować, albo co. Nic podobnego się nie stało, ale jego krzyki i wyzwiska, jego napady szału były nie do zniesienia. Kiedyś tak mi naubliżał („Ty kurwo!!!”), nie wiem o co, że wzięłam paszport, trochę forsy i pojechałam do mamy do NRD, tak jak stałam, bez walizek i ubrań. Miałam 17 lat, pewną wrodzoną wrażliwość, i na pewno nie zasługiwałam wtedy na takie wyzwiska. Żadna z nas nie zasługiwała. Na szczęście bilety były wtedy dość tanie, a ja miałam wprawę w podróżach koleją. Mama musiała mi kupić ciuchy na zmianę na miejscu. Powiedziałam, że nie wrócę do Warszawy, jeśli ojciec mnie nie przeprosi. Akurat były chyba wakacje. Przeprosił i znowu mogłam mieszkać z nim… Ale i tak wolałam być sama z nim, niż znosić rodziców oboje na raz. Bałam się i nienawidziłam go, ale też go kochałam. Kochałam ojca, który był dla mnie w dzieciństwie ukochanym i najdroższym tatusiem. Ale jego już dawno straciłam, mówiąc pierwsze: NIE. Kiedy byłam mała, dokopał mi, bo nie chciałam założyć ohydnej, ale ciepłej, podszytej szaliczkiem pomarańczowej czapki, kupionej przez mamę na Bazarze Różyckiego. Ten szaliczek podszyła mama. U nas w domu to było modne i niezawodne w zimowe mrozy oraz sprawdzone na łysej głowie tatusia, który na stare lata zimową porą do kościoła nosił tupecik, bo czapkę trzeba było zdejmować. Z powodu tego tupeciku udawał się zimą autobusem miejskim do jakiejś odległej parafii, żeby go nikt (oprócz Pana Boga) nie rozpoznał. Miejmy nadzieję, że Pan Bóg się nie zorientował, albo chociaż mu to nakrycie głowy w czasie mszy wybaczył! Siostra też nosiła ciemne okulary przez tydzień, bo miała podbite przez niego oko, a jej regał wylądował spod ściany na podłogę, bo tata się zdenerwował. Koleżance tłumaczyłam, że siostra uderzyła się o kant stołu. To było niebezpieczne mieszkanie. Innym razem tata zerwał kabel ze ściany, bo za długo gadałam przez telefon i nie dałam się tatusiowi namówić, żeby skończyć. Potem sam sklejał ten kabel… Mama bała się oberwać i podporządkowywała sie zwykle, albo mu tłumaczyła, że w zasadzie nic złego nie powiedziała.., co go doprowadzało do jeszcze większej furii. Bo samo mówienie do niego czegokolwiek było niebezpieczne w tym domu. Nikt mu nie będzie rozkazywać! Chcemy nim tylko rządzić, wykrzykiwał na nas. Zawsze miał inne zdanie i nie zgadzał się na nic. Nowego kolorowego telewizora – kupić nie wolno! Bo wyrzuci przez okno, jeśli mama kupi! A jak kupiła, to siedział u niej w pokoju i oglądał mecze. Potem mamie nie było wolno oglądać, tego co chciała, bo on miał pierwszeństwo, skoro był tak łaskawy i nie wyrzucił telewizora. Nie wolno było nic zmieniać, nic kupić, nic zreperować bez jego wiedzy i zezwolenia. Kiedy mama kupiła działkę w Łomiankach, a raczej prawo do użytkowania jej – nie dołożył się ani grosza. Potem mama nie miała prawa decydowania na własnej działce pracowniczej o niczym, bo tata stał się jej głównym właścicielem i szefem! Po co sadzić kwiatki??? Niepotrzbne, bo nie da się ich zjeść. Tylko drzewa owocowe i itp. miały wg ojca prawo do życia. Warzyw na szczęście nie chciało mu się uprawiać. Cokolwiek by się nie powiedziało, ojciec odbierał jako osobistą obrazę własnego majestatu. Raz, kiedy rodzice się kłócili, walnęłam pięścią w szybę drzwi, by to zakończyć. Udało się. Rodzice ucichli i pojechaliśmy do szpitala zaszyć moją 10-letnią dłoń. Gorzej było, kiedy na prawdę złamałam palec u ręki. Tata obejrzał, wystawił diagnozę: zwichnięty, i podjął się (jako specjalista od wszystkiego) wysiłku leczenia mnie poprzez nastawianie złamanego palca. Ciągnął i kręcił nim na różne strony. Bolało okrutnie. Dopiero następnego dnia mama poszła ze mną na prześwietlenie. Nałożono gips. A może to on mi dopiero złamał ten palec??? U nas nie było spokojnego dnia, o ile tata był w domu. Ojciec nie znosił sprzeciwu, nie tolerował innego zdania, ojciec wiedział wszystko najlepiej i nie rozumiał nikogo, nawet siebie samego. Koniec i basta. Kiedy dostawał szału, wychodził czasami z domu, żeby nie zrobić nikomu krzywdy, albo nie rozwalić umeblowania. W sumie nie był zły, tylko bardzo nerwowy i nietolerancyjny. Miły dla nas bywał bardzo rzadko. Na przykład, jak trochę wypił, ale to zdarzało się jeszcze rzadziej, tylko raz na 10 lat, po czyimś weselu. Wtedy żartował i był dowcipny. Raz do roku – na Święta Bożego Narodzenia, tata godził się z nami i wybaczał nam ok. godziny 17-tej, przy opłatku. Przez chwilę cieszyliśmy się z prezentów. Tata dostawał skarpetki albo szalik, mama (ode mnie) broszkę z drogerii, (nigdy jej nie nosiła) i pewnie deskę do krojenia warzyw, a ja zabawkę, słodycze i pomarańcze (których nie lubiłam, ale mama lubiła). Nie pamiętam, co dostawała siostra, ale na pewno się jej nie podobało. Po 20.00-ej znowu wszyscy byli skłóceni i po awanturze… Bo „To nie imieniny!” – krzyczał tata obrażony, kiedy mama życzyła mu wszystkiego dobrego z okazji Świąt. Życzenia powinny być pobożne i adekwatne. Nie wiem, czego mu można było życzyć… Może zdrowia? Mama wystawiła raz na stół wigilijny rybkę z puszki w puszce na talerzu. A po co talerzyk brudzić? Dla obcych i swej dalszej rodziny ojciec był zawsze miły, uroczy, grzeczny i pomocny. Jakby całkiem inny, dowcipny, lubiany i szanowany. Ekonomista w Biurze Projektów Przemysłu Mięsnego. Były Akowiec, aktywny działacz „Solidarności”, który spał na wersalce z „bibułą”, i który po przejęciu władzy wybiłby wszystkich partyjnych – czyli odwiecznego wroga. No bo: „Są w ojczyźnie rachunki krzywd, obca dłoń ich też nie przekreśli…” (W. Broniewski). A tata miał nierozliczone rachunki z UB i SB oraz osobymi partyjnymi, którymi pogardzał jako bezbożnymi karierowiczami, sługusami Rosjan i zdrajcami polskości i przedwojennych ideałów oraz Józefa Piłsudskiego. Tata był fanem Piłsudskiego i Napoleona oraz radia „Głos Ameryki” i „Wolna Europa”. Partyjnych tatuś musiał nienawidzić też we własnej rodzinie niestety, a jego pierwszym rodzinnym wrogiem klasowym była moja babcia Stasia, a jego teściowa. Babcia po wojnie – jako klasa robotnicza – zapisała się do PZPR. A co. Teraz ona była panią, a nie służącą, jak przed wojną! Babcia groziła tatusiowi, że doniesie na niego, kiedy się kłócili, bo tata głośno nie wychwalał towarzysza Stalina swego czasu. Nawet go ktoś (jakiś żyd, który pewnie wyjechał w 1968) faktycznie przesłuchiwał, a jego kolega z takich rozmów w cztery oczy z lampą i SB wrócił połamany w worku i martwy. Oficjalnie spadł ze schodów, bo się potknął. Mama mówiła, że ojciec budził się nocami w tym okresie przesłuchań zlany potem i wystraszony. Musiał wielokrotnie opowiadać, co robił w czasie wojny. Wysłano nawet do wsi kogoś, żeby wypytał, czy tata mówił prawdę. Sołtys we wsi potwierdził zeznania ojca przed SB i się od niego odczepili. Miał szczęście. Gdyby sołtys go nie lubił, mógł zeznać zupełnie co innego. Babcia przyjęła mojego ojca jako zieńcia do swojego jednopokojowego mieszkania z dużą, widną kuchnią, na Pradze Płn. Jednego z niewielu mieszkań, jakie nie zostały zburzone od bomb w czasie wojny. Dała meldunek studentowi z podlaskiej wsi i córkę za żonę oraz łóżko za szafą. Mama kiedyś przesuwała tę szafę i poroniła. Później mieszkała tam też jako niemowlę moja starsza siostra. Teraz rozumiem, miała niełatwe dzieciństwo. Razem z nimi mieszkała także siostra mamy, chyba w kuchni. Kuchnia służyła za drugi pokój i łazienkę. Tylko kibelek był oddzielnie. Babcia miała dosyć córek z mężami, bo chciała sobie też ułożyć życie. Po wojnie była sama, a facetom się podobała. Na własne randki pożyczała buty i ciuchy od mamy… Ostatni raz wyszła za mąż w wieku ok. 60-ciu lat. Babci narzeczony pan Boros rozwiódł się dla niej – mimo poważnego już wieku obojga! Porzucił żonę, córki oraz wnuczęta. Mama mało nie pękła ze śmiechu, kiedy urzędnik USC życzył 60-letniej babci i jej 70-letniemu mężowi, by się szczęśliwie rozmnażali… Nie dopasował formułki dla „Młodych”. Dziadka nie było. Babcia rozwiodła się z nim przed wojną, a po wojnie dziadek nie wrócił, bo zginął w obozie. Mama pojechała śladami swojego taty do Cottbus podczas pobytu na placówce w NRD, jako wieloletnia księgowa w PHZ „Metronex”. Na nas tata wyżywał się psychicznie i nie tylko, chociaż sporadycznie. Schizofrenia? Borderline? I tak nikt mi nie uwierzy, bo opowiadał najbliższym, że to my go gnębimy, biedaczka… Ciekawe jak i czym? Cała rodzina wierzyła jemu i we wszystko. Mama pocieszała nas i siebie, że tata tylko gra w karty, ale przynajmniej nie pije, nie pali i nie ma innych kobiet. Ale i tak terroryzował i unieszczęśliwiał nas wszystkie. Po co mu były inne kobiety? Tata postanowił, że ja, mając 22 lata, powinnam wyjść za mąż, skoro chcę przebywać z moim chłopakiem sam na sam, a może nawet na noc lub w weekendy. Ja i Witek nadal byliśmy parą. Ojciec za nim nie przepadał, ale to nie było najważniejsze. Po prostu powinnam wyjść za mąż, bo chodzenie za rękę z chłopakiem, a może nawet więcej, nie było w jego oczach dozwolone bez ślubu, zwłaszcza kościelnego. Mama nie miała żadnego zdania ani prawa głosu, ale na wszelki wypadek zgadzała się z ojcem, robiąc swojemu Wiciowi herbatkę. Grała na dwa fronty. W obecności taty starała się mu podlizać, by nastawić go pokojowo. Asia, nie denerwuj taty, mówiła mama na głos, że niby tak z nim trzyma sztamę. Bez niego uskarżała się na swój z nim los, głównie do mnie, bo nikt jej w to nie wierzył, a poza tym wstyd było takim losem się chwalić przed obcymi czy rodziną. Tym bardziej, że jedna z jej znajomych pytała, czy ojciec kiedykolwiek był przystojny? Nie doszukała się widocznie powodu dla tego długowiecznego i nieszczęśliwego małżeństwa na własne oczy. Tata uskarżał się często odwrotnie. I powiadał, że gdyby nie dzieci…, gdyż on poświęcił się dla nich. Czasami jego też rozumiałam. Do mamy też trzeba było mieć cierpliwość, jak sobie coś wbiła do głowy, musiała zrealizować najbardziej absurdalny pomysł. Raz rodzice udali się po poradę małżeńską do księdza psychologa w jakiejś poradni katolickiej, bo tata dał się tylko na taką rozmowę namówić i pozwolił się mamie tam zaciągnąć. Tata poszedł tam pewnie z myślą, że to on się wyżali księdzu na swój los męczennika z żoną i dziećmi… No i jak mama zaczęła księdzu psychologowi szczerze jak na spowiedzi opowiadać, jak tata się zachowuje w domu, ojciec ku wielkiemu rozczarowaniu mamy wstał, trzasnął drzwiami i wyszedł. Nie wiem, co powiedział ksiądz psycholog, ale mama miała potem znowu przechlapane w domu… Po ślubie, i tylko po ślubie, rodzice wynajęliby nam mieszkanie. Tak mówili, ale nas oszukali. Ponieważ byłam pewna, że i tak zostanę z Witkiem do końca moich dni, a może i dłużej, bo on mnie nie zostawi, a ja go nie rzucę, ślub był jedynym wyjściem z rodzicielskiego koszmaru i wejściem na drogę dorosłości. Bez ślubu rodzice nie puściliby nas do Szwecji na trzy miesiące do pracy. Ojciec nie dałby pieniędzy na podróż i zabroniłby nam jechać. A tam mieliśmy szansę zarobić na wynajęcie lub kupno własnego mieszkania. Bez ślubu – ani rusz. Tym bardziej, że rok wcześniej na weselu kuzynki Ewy z Drohiczyna, to ja złapałam jej wianek ślubny, by wykazać się zręcznością. Dla taty był to jednak znak od opatrzności, wskazujący mu właściwą drogę ku mojej przyszłości. Ewa była chrzestną córką mojego taty, a jej tata Zbigniew Mańko z Drohiczyna, moim chrzestnym ojcem. Ona wybierała się do USA i też pewnie trzeba było mieć męża. Ale miała więcej szczęścia, bo trafił jej się przystojny i rozsądny kolega z klasy. Inna koleżanka, Agnieszka, już dawno, czyli po maturze, wyszła za mąż i mieszkała w Stanach. Jej eleganckie wesele odbyło się w Hotelu Grand. Jej tacie, zegarmistrzowi, nieźle się wiodło. Wtedy porządna dziewczyna, która miała 24 lata i nie była mężatka, pewnie nikomu się nie podobała, nawet w klasie…, albo nie miała rodziców katolików. Na początku uważałam ten ślub trochę za pewną oficjalną formę, niezbędną do naszych, czy moich planów na drodze ku samodzielności. Nie marzyłam o tym, żeby Witek wprowadził się do mnie, do mojego 12-to metrowego pokoiku przy tatusiu. Przecież oboje jeszcze studiowaliśmy. Jak tu się uczyć w jednym pokoju? Myślałam, że może on będzie mieszkał u siebie…, jednak jako żonie nie wypadało mi nalegać, żeby mój mąż nie mieszkał ze mną… Chyba wszyscy, oprócz mnie, traktowali ten ślub całkiem poważnie. I rodzice, i Witek, i jego mama, i siostra, która nareszcie mogła pozbyć się brata i dostać 9-cio metrowy pokój do własnej dyspozycji, nawet za cenę uszycia mi własnoręcznie sukienki ślubnej z jedwabiu. W końcu była przed trzydziechą… Wszyscy byli zachwyceni, tylko ja zostałam z własnej (częściowo tylko) woli przywiązana do faceta, który nie starał się o nic więcej, bo w dniu naszego ślubu i w wieku 22 lat spełniły się jego wszystkie marzenia. Ślub cywilny zawarłam 12 listopada 1988 roku na Kamionku przy Waszyngtona, róg Kinowej, bo tak mi akurat przyszło do głowy, jak sobie jechałam 158. Wysiedliśmy z Witkiem po drodze i zgłosiliśmy się w USC w celu zawarcia związku małżeńskiego kilka tygodni później. Witek dał mi obrączkę ślubną swojej mamy, bo była wdową i jej nie nosiła. Ojciec Witka zmarł na raka jakieś trzy lata przed naszym ślubem. Miał dopiero 53 lata. Po cywilnym urządziłam wesele – prywatkę dla moich przyjaciół i znajomych w mieszkaniu mojej siostry na 11-tym piętrze na Żoliborzu. Witek najchętniej tańczył i najlepiej bawił się z prześliczną Moniką, ale na hasło „gorzko” całował się ze mną, żeby nie dostać od Maćka. Leszek też próbował namówić Monikę do tańca, ale uparcie siedziała na tapczanie, prezentując piękne nogi w miniówie. Leszek wmawiał jej, że chce się uczyć niemieckego i liczy na jej pomoc. Chyba jednak był dla niej za niski. Świadkowie nie mieli się jakoś ku sobie, a nawet nie zamienili ze sobą ani słowa, sprawiając mi tym wielki zawód. Woleli unieszczęśliwić się nieco później i z kimś innym… Muzyka grała, wanna stała pełna chłodzących się w wodzie butelek, Jarek nagrywał to na kamerę video. Miał partyjnego tatę i najnowszy sprzęt elektroniczny w domu oraz sporo kasy. Również jego narzeczona, czy już małżonka (?) była z bogatego domu – tata miał warsztat samochodowy. Ślub kościelny brali w kościele św. Anny. Wkrótce zostali rodzicami, Jarek się rozpił (ze szczęścia chyba) i jego małżonka go rzuciła, więc pił jeszcze więcej. A było z kim, bo Witek pracował jako barman, którego ja rzuciłam… Po ślubie kościelnym, też w listopadzie, tydzień po cywilnym (zimno było!!!), tata wyprawił wesele. Za malucha, którego zdobył na talony i sprzedał oraz kwotę ze sprzedaży wspomnianego już motocyklu. Wesele nie było huczne, ale i tak za drogie, jak na moje potrzeby. Wolałabym wtedy wydać pieniądze na co innego niż na potańcówkę w towarzystwie mało znanego mi kuzynostwa i wujostwa oraz „flaczki” przy kielichu… Uszczęśliwieni ślubem rodzice przywitali nas chlebem i solą. Muzykę przygotowaliśmy sami: magnetofon z kasetami. Demis Roussos nam śpiewał i grał. To tak dla pokolenia rodziców. Leszek robił zdjęcia. Przyszedł sam, bo Ula nie wyszła za niego, a była też już żoną kogoś innego i niańczyła własne dziecko, plując sobie w brodę, że tak wcześnie, i że pewnie nie skończy rozpoczętych studiów na SGGW… Bo tak się i stało. Jej mąż także nie skończył studiów, wyjechał na kilka miesięcy do Szwecji do pracy i nie było jej lekko z małym dzieckiem. Wynajmowane na pół roku mieszkanie kosztowało, i trzeba było się raz do roku przeprowadzać, bo właściciele wrócili skądś tam i chcieli się sami z powrotem wprowadzić do własnych czterech ścian. Brak mieszkań był koszmarem naszej młodości. Nawet żeby coś wynająć trzeba było mieć sporo forsy i dużo szczęścia. Wolnych mieszkań po prostu nie było! Mało budowano. Moja mama wyprosiła u prezesa Spółdzielni Mieszkaniowej koniakami i „łzami” mieszkanie dla siostry. Tylko dzięki mamy staraniom otrzymała w 1982 czy 1983 jakimś cudem przydział na lokal spółdzielczy własnościowy. Później rodzice wykupili go siostrze na własność. Tata nigdy o nic nikogo nie prosił, bo był od wydawania rozkazów. Mama miała wiele znajomości i była na tyle zahartowana, że nie wstydziła się nosić, komu trzeba łapówek i prezentów, i błagać o wsparcie. Alina dzięki znajomościom mamy dostała się na ASP. Na pewno miała talent i zdała egzamin, ale w tamtych czasach nie oznaczało to bynajmniej przyjęcia donikąd. Osobisty sukces trzeba było poprzeć znajomym w partii, jego plecami i dobrymi chęciami poparcia kandydatury – w zamian za jakiś prezent. Inaczej byłoby trudno coś osiągnąć czy załatwić, albo trzeba było być samemu partyjnym, wybitnie uroczym, genialnym, czy cwanym. Mama załatwiła kuzynce dobrą posadę we własnym miejscu pracy. Dobrą pracę można było dostać tylko po znajomości. Mama miała znajome panie od wczasów, sanatoriów i w banku… Pomagała, komu mogła, i załatwiała sobie i nam, co się dało spod lady lub dzięki znajomym, którym nosiła prezenty… To nie był normalny kraj. Znajomości sprzed lat prosperowały także po obaleniu komuny i prosperują do dzisiaj. Prawie nikt nie wyleciał ze swoich posad, zmienili się politycy. Tylko o bohaterach z tamtych czasów – słuchamy niechętnie albo ze znudzeniem. To co, że oni siedzieli w więzieniach, byli bici, katowani, zastraszani – chyba każdy miał rodzinę, o której losy się bał??? Albo rezygnował z założenia rodziny, bo nie miał do tego okazji, siedząc w okresie swej młodości, tak jak np. Michnik, 6 lat za kratami. Kogo to dzisiaj obchodzi, czy ktoś został pobity i zgwałcony, komu odebrano godność i prawo wyjaśnienia, dlaczego po tym wszystkim podpisał jakiś dokument i stał się „szmatą”, albo został później kimś ważnym? Zazdrość, zawiść i niewiedza towarzyszą nam do dziś. Z komuną walczyła zdecydowana mniejszość społeczeństwa, do dobrobytu jaki do Polski po kilku latach napłynął i do zasług w tym kierunku – ma pretensje wielu. Na ślubie Uli grał w orkiestrze nasz nauczyciel od muzyki z podstawówki, pan Seweryński. Pan od muzyki pozostał w mojej pamięci, ponieważ był luzakiem. Lubiłam go, bo nie kazał mi się zapisać przymusowo do chóru. Przekonałam go, że mam całą masę innych pozaszkolnych zajęć i obowiązków, takich jak angielski i harcerstwo. Prawdziwie artystyczna dusza. My przepisywaliśmy niezrozumiałe dla nikogo z uczniów nuty z książki do zeszytu, podczas gdy on spożywał kefir, zakupiony przez dwóch wysłanych wcześniej do spożywczego uczniów. Kto przepisał nuty pierwszy, dostawał piątkę, następni już tylko czwórki… Czasami trzeba było też coś zaśpiewać. Pani od chemii i fizyki nauczała i oceniała w podobny sposób. Ale nie jadła, tylko malowała paznokcie w czasie lekcji, podczas gdy my przepisywaliśmy formułki z chemii i fizyki bez zrozumienia. Przynajmniej ja nie wiele z tego rozumiałam. Ale ładnie pisałam, więc miałam piątki. Za to w liceum nie stawiano już ocen za charakter pisma. Nauczyciele byli wymagający i surowi, a chemia i fizyka były dla mnie trudnym do pojęcia koszmarem. W liceum panią od fizyki udawało mi się przekonać, że uczę się tego przedmiotu bez przerwy i litowała się nad moim brakiem zdolności w tym kierunku. „Dziecko, ja widzę, że ty się uczysz i starasz…”, potwierdzała i dawała trzy z dwoma. Była miłą i życzliwą starszą panią. Grzesiek przyniósł raz odpowiedzi na test. Pani nie zdziwiła się wcale, że prawie wszyscy napisali tak dobrze i dostali piątki! Tylko Ania nie spisywała i dostała tróję. Pana od fizyki przekonywałam do ocen dostatecznych urokiem osobistym i przezroczystą bluzką w razie zagrożenia na semestr. Zauważyłam, że nie lubi pomalowanych na czarno paznokci, bo raz zapytał Kaśkę, czy jest chora, jak je zobaczył. Na chemii trzeba było się na prawdę wykazać, co wpędzało mnie w histerię przed klasówkami i spędzało sen z powiek. Szwagier pomagał mi zrozumieć skład chemiczny i jego zapis oraz uczył mnie, jak obliczyć ile procent jest czegoś w czymś tam… Zapamiętałam jednak na całe życie: „pamiętaj chemiku młody: wlewaj zawsze kwas do wody…”, chyba dlatego, że to się rymowało. Ale odwrotnie też się rymuje. No ale ja poszłam na germanistykę i wiedza ta nie przydała mi się prawie wcale. Koleżanka, która skończyła chemię, wyjechała do Niemiec do pracy na kilka lat i niemiecki był jej przydatny. Języków na prawdę warto się uczyć! Wujek stolarz – prywaciarz filmował moich roztańczonych gości weselnych. Kasetę dał w prezencie. Jego córka Ewa popatrzyła sobie na nas i też za rok wyszła sobie za mąż, i „zaraz wróciła”, rozwodząc się za dwa lata. Została samotną mamą w wieku 24 lat, była studentką, mieszkającą z rodzicami. Przynajmniej finansowo powodziło im się bardzo dobrze. Wujek instalował meble, pawlacze i nowoczesne lub antyczne drzwi drewniane u bogaczy. Miał kontakty, bo zaczął jako stolarz w teatrze (operetce?) przy budowie kulis na scenę, aż został stolarzem biznesmenem. Wujek był rodem z Drohiczyna. U nas obił szafki w kuchni i zabudował nam wg gustu rodziców przedpokój oraz wnękę. Myślę, że większość prywaciarzy zarabiała wtedy głównie na czarno. Śluby i wesela były wtedy w modzie i były w tamtych latach jedną z niewielu rozrywek przy muzyce, zwłaszcza dla pokolenia naszych „starych”. Pyszna zabawa. Panie kelnerki były zadziwione, że wszyscy się tak ładnie bawili i nikt nikogo nie pobił… (?). Ciekawe, gdzie to wesele się odbyło? Na Grochowie! przystanek Gocław. I tak zamiast wolności dostałam męża do mojego pokoiku przy rodzicach. W prezencie ślubnym otrzymaliśmy m.in.: narożnik rozkładany (kupiony u prywaciarza), kieliszki z „Sezamu”, zegar stojący z pawilonów i „forsację” – łysą gałąź obwieszoną banknotami w złotych polskich o równowartości kilku dolarów. Tata czepiał się, że mój małżonek zmywa naczynia, a nie ja. Małżonek był najbardziej szczęśliwy w towarzystwie swojego kolegi z weterynarii, Tomka K. Owszem, lubił się ze mną pokazać wśród znajomych studentów, bo mówili, że ma ładną żonę. Ale ponieważ ją już miał, nie trzeba było się niczym przejmować, bo wszystko załatwiała i organizowała Aśka – dobra kumpelka, która po ślubie przejęła także funkcję mamy. Aśka obcinała włosy, kupowała buty i ubranie oraz bawiła na imprezach. Witek lubił się bawić, zwłaszcza przy piwie z Tomkiem K. Czasami się razem uczyli. Wtedy jechali razem na działkę do Tomka, a ja sobie mogłam szukać wiatru w polu…, albo ich razem, dojechawszy PeKaeSem, nie wiadomo dokąd. Aśka po prostu była i Witek uważał, że po prostu wystarczy, że sobie jest jej „mężem”. Wystarczy być. Owszem był miły dla całej rodziny, wszyscy go lubili. Pomagał mi opiekować się moim siostrzeńcem. Miał podejście do dzieci. Bawił się z Tomkiem, siedział z nami na kocu i nie tracił cierpliwości. Za to go lubiłam. Pojechaliśmy nawet razem z siostrą i jej synkiem na wczasy do Brodnicy. Tam było mnóstwo grzybów. Nauczyłam się je odróżniać i zbierać. Po kilku miesiącach było jednak okropnie. Dusiłam się. Moją jedyną nadzieją był wyjazd do Szwecji, praca i kupno mieszkania, bo rodzice nam jakoś mieszkania nie wynajęli, ani forsy nie dali. Tata w ogóle prawie przestał mnie (jako córkę zwykle niepokorną) finansować i mogłam liczyć tylko na mamę. Ja na korepetycjach zarabiałam kilka złotych. Wyjazd zawdzięczałam znajomej, która kiedyś była naszą sąsiadką, i której niepełnosprawny brat przez wiele lat był moim kolegą, a ja jego jedyną koleżanką. Przychodził do nas prawie codziennie, i bał się w razie czego, tylko pana Komara. Kiedy Danek stawał się agresywny, wołano mojego tatę i Danek kapitulował. Ewa z moją o trzynaście lat starszą siostrą obcięły kiedyś mojej lalce włosy dla żartu albo pod wpływem… (?) ich dorosłości. To był dla mnie – małej dziewczynki – przykry żart, tym bardziej że lalek nie miałam do wyboru, do koloru. A ta była śliczna przed zmianą fryzury. Może chciała mi ten szok wynagrodzić po latach. Kiedy jechaliśmy do Szwecji dwudziestotrzyletni Witek nie pozwalał oddalić mi się na granicy w pilnej sprawie…, bo ktoś ze straży granicznej mógł go o coś zapytać… Witek bał się i wstydził. W Sztokholmie nie umiał sam nic załatwić w banku, bo to ja znałam trochę angielski… Kiedy trzeba było ciężko pracować (przy sprzątaniu w sklepach, fabryce i domach oraz myciu okien w domach i hotelach), bolał go (podobno) notorycznie krzyż. Ciekawe od czego… Bo bolał go tylko wtedy, kiedy ja chciałam więcej pracować za korony, które były ogromnym dla nas wtedy majątkiem, wymienialnym na dolary! No i z tym „chorym krzyżem” Witek nosił później latami ciężkie towary w sklepie, gdzie pracował przez kilka lat, a do ortopedy nigdy chodził. Skoro nie chciało się chodzić do szkoły, trzeba było nosić później toboły… Ale Wituś nie wierzył w przysłowia, tylko w opowieści science fiction. Wituś był przekonany o własnej wspaniałości i wierzył, że wszystko samo spadnie mu z nieba, a jak nie spadnie, to Aśka zorganizuje. Mój małżonek nie interesował się specjalnie mną jako kobietą. Byłam kumplem, opiekunką i przytulanką do poduchy dla wielkiego misia, który głównie lubił zjeść i wypić i nie chciał lub nie umiał stać się dorosłym facetem. On już taki jest, słyszałam od niego, i się nie zmieni. I tu miał rację, niestety do dziś, czyli nawet 30 lat później. W Szwecji zarobiliśmy razem około 6 000 dolarów. Mieliśmy szczęście, że nie musieliśmy płacić za mieszkanie, bo najpierw mieszkaliśmy za darmo u Gregera i Ewy, mojej byłej sąsiadki, a potem u rodziny szwedzkich milionerów, którym umyliśmy w podzięce okna i wyżarliśmy trochę sucharków… Podatek nas też nie obowiązywał. Jedliśmy, co było najtańsze, odkładaliśmy każdy „grosz”. Schudłam do maximum. Praca nie była lekka i nie była przyjemna, ale satysfakcja z zarobionych pieniędzy przeogromna. 6 000 dolarów to była kupa forsy w 1989 roku! Rozłożyliśmy je przed sobą na stole i obfotografowaliśmy się z tym godnym łupem w zamian za nasz wysiłek przy pracy. Moi rodzice dołożyli jeszcze dwa tysiące i kupiliśmy kawalerkę na Grochowie, a nawet mały telewizor w Pewexie! Kawalerkę malował Witek. Artur, który umiał wszystko, pewnie mu pomagał. Nauczył się takich prac w Berlinie przy remontach. Ramy okienne Witek pomalował na pewno sam, bo bez otwierania. Całą resztę wykonywał podobnie, byle jak. Gdyby malował ściany po wstawieniu mebli, z pewnością obmalowałby je dookoła. Balkon pomalowałam ja, później. Witka pewnie znowu „bolał krzyż”. Mama zorganizowała do mieszkania lodówkę z NRD. Od rodziny Witka oprócz używanej obrączki po jego mamie oraz ich największego skarbu – Witulka, nie dostaliśmy prawie nic. Nie prawda – zapomniałam, dostaliśmy na użytek własny i Witka rodziny kilkuletniego dużego fiata po jego ojcu – samochód osobowy FSO. I tak tylko Witek nim jeździł i woził mamę i siostrę do babci, a potem samochodem jeździłam także ja. No i ukradli go wkrótce spod bloku, a Witek złodziei nie dogonił, chociaż miał ich na oku. Fiat odnalazł się po jakimś czasie w lesie, rozmontowany i rozkradziony. Po wakacjach wyjechałam do Niemiec na stypendium do Koblenz i do pracy. Witek bez mojej opieki został sam w naszym nowym mieszkanku przy Komorskiej i miał studiować. To znaczy, nie sam, bo koledzy ze studiów bywali u niego na piwie i trunkach z „Pewexu”, za które płacił dolarami. Ja zarabiałam dalej, Witek balował. Chata wolna, Aśki nie ma. Buty i ubranie kupi i przywiezie. Kein Problem. Nie wiem dokładnie jak to było, bo ja także miałam chatę wolną – w moim akademiku w Mainz, no ale ja nie byłam stratna finansowo… A nawet zdobyłam od Gerda walkmana i przejechałam się do Paryża, nie wydając ani grosza. Ale i tak nie warto było… Znajomi donieśli, że Witek umie ugościć przyjaciół… Nie pracował i nie uczył się tak jak powinien, a ponieważ powtarzał rok akademicki, nie miał następnej szansy, żeby zdać na drugi rok studiów. Tomek K. bawił się razem z nim, był jednak w stanie pogodzić stan upojenia alkoholowego z zaliczonymi egzaminami na lekarza weterynarii. Witek nie. Wyleciał ze studiów, i znowu ja byłam winna w oczach jego rodziny, która miała o nim wykreowane przez niego dobre zdanie. To, że nie miał zdolności ani zapału do nauki udowodnił już w liceum ogólnokształcącym.

Mama i siostra znały go chyba najmniej z tej prawdziwej strony. Bo Wituś był zawsze miły i grzeczny. A popijał i wymigiwał się sprytnie. Swoje niepowodzenia zwalał na innych oraz na zły los, który usłał mu drogę kamieniami… On sam był nadzwyczajny, a wszyscy inni byli głupi. Dzisiaj mówi, że bardzo kochał swoją mamę, więc nie mówił jej, że pije i pije, aby się nie martwiła. Szkoda, że jej nie kochał aż tak, żeby nie pić.

Kiedy wróciłam z Mainz do Warszawy wiele się zmieniło. Nie kochałam już Witka, byłam zakochana w kimś innym, w Gerdzie. Mój prawowity mąż chciał nadal być pod moją matczyną opieką, ale ja miałam dość jego niedorosłości i bezmyślności na każdym kroku. Jego rozrzutności w wydawaniu zarobionych przeze mnie pieniędzy. Owszem Witek miał dobre serce i oddałby biedniejszemu ostatnie buty, bo Aśka kupiłaby mu nowe… Kein Problem. Spłaciłam Witka z kwoty 3 000 dolarów, jakie zarobił ze mną w Szwecji. Dodałam przy pomocy mojej mamy jeszcze ok. 2000 USD w związku z tym, że nasze mieszkanie nabrało przez 3 lata wartości, a ceny się zmieniły. Witek dostał w 1992 roku ok. 5000 USD i wyprowadził się. Rozwiedliśmy się polubownie i w przyjaźni. A po rozwodzie przez kilka lat nadal kupowałam mu buty i ubrania. Witek za otrzymane pieniądze mógł zbudować nową przyszłość. Zamiast się uczyć, czy wyjechać w celach zarobkowych za granicę (miał rodzinę w USA), wolał sprzedawać bilety i piwo w kiosku na osiedlu, a później ozdobne muszelki w al. Jerozolimskich. W czysie wolnym chyba pił. W tamtych czasach wyjeżdżało się na zarobek, o ile ktoś miał taką możliwość. Nasze koleżanki ze szkoły studiowały na drugim fakultecie. Witek popijał i bawił znajomych na imprezach. W oczach jego rodziny byłam suką, która porzuciła męża – wiecznego niemowlaka z butelką piwa w rączkach. Witek z pewnością nie pochwalił się, ile forsy dostał na nową drogę życia. A jego rodzina nie zorientowała się przez kilka lat, że ich misio przepił i przebalował kwotę, za którą mógł w tamtych czasach: studiować i rozpocząć nowe życie. Misio przepił i przebalował nawet więcej… Bo nie tylko ja pożyczałam misiowi pieniądze, będąc żoną Gerda, a także kupowałam mu wiele razy buty i ubranie. Moja mama, zawodowa księgowa, nauczona przez życie, brała od niego pokwitowania, które trzymam w pamiętniku. Ciotce winny był kilkanaście tysięcy złotych. A to popsuła się podobno lodówka, a to co innego… Także inni pożyczali mu pieniądze, by nie płacił latami za wynajęte ze swoją przyjaciółką mieszkanie na Saskiej Kępie…, które podczas pewnej wizji lokalnej określiłabym raczej zbiorem makulatury i odpadów. Misio stracił wiarygodność i wielu przyjaciół, bo wydawał ich pieniądze na alkoholowe ukojenie bólu po rozwodzie, także w towarzystwie nowych pań oraz w pracy jako barman. I tak przez 12 lat. I to wszystko oczywiście przeze mnie – powiedziałaby jego genialna skądinąd (naukowo) siostra. Na szczęście opanował się po latach i po dwumiesięcznej terapii dla AA na Sobieskiego przestał pić. Być może zmobilizowało go do tego także to, że urodził mu się syn. Dwuletni Adaś odwiedził tatę na odwyku, a przy bramie dumnie informował, że idzie do tatusia. Ja byłam mniej dumna. Na koniec to Witek został biologicznym ojcem mojego dziecka. Sam chciał, odwdzięczyłam mu się. I nie dołożył nigdy ani grosza na wychowanie i wykarmienie naszego synka. W zeszłym roku Adaś miał Pierwszą Komunię, urodziny oraz imieniny na Wigilię. Od taty nie dostał nic. Witek woli karmić kota i królika. Wystarcza mu na papierosy, ale nie na alimenty, o które nie prosiłam. Przed występami Adasia w przedszkolu kupiłam Witkowi nowe buty, żebyśmy się nie musieli za niego wstydzić. Te, które kupiłam 10 lat temu już się rozlatywały… Kurtka przywieziona przeze mnie z Niemiec była w miarę ok. Dałam mu na opłatę czynszu, z którym znowu zalegał. Od sąsiadki pożyczył pieniądze, które ja jej dla niego dałam. Sąsiadce też nie oddał. Witek miał nową koleżankę, pomieszkującą u niego zawsze wtedy, kiedy zerwała z kimś innym i nie interesowało go od tej pory ani dziecko, ani ja. Tylko na moją prośbę przychodził do Adasia i zajmował się nim kilka godzin, kiedy mu pasowało. Gdy posłałam go po zakupy do sklepu, za moje pieniądze kupił jeszcze coś dla swojego kota czy królika, czy dla siebie. Ciocia Wanda Krupińska pomagała Witkowi finansowo, dawała mu torby z jedzeniem. Także inne osoby pożyczały mu pieniądze, których nigdy nie miał zamiaru zwrócić. Ja pożyczyłam mu ok. 1500 DM, czyli ok. 750 Euro (1996 – 1999). Mówił , że zepsuła się lodówka… No i jak tu nie pomóc? Dziwiłam się, że Witek niby ciągle gdzieś pracuje, ale nigdy mu nie starcza pieniędzy. 

Witek został biologicznym ojcem mojego syna, ponieważ po ok. 5 latach rozpaczy z powodu bezdzietności, mimo zabiegów in-vitro i stucznego zapłodnienia nie zaszłam w ciążę (raz poroniłam). W 2000 roku byłam na skraju załamania nerwowego z rozpaczy i bezradności. Zapytałam Witka, czy chce być dawcą nasienia i mieć ze mną dziecko, o ile się uda. Powiedziałam mu, że nie będę oczekiwać od niego pomocy finansowej ani żadnej innej. Dziecko miało być tylko moje, on miał dać nasienie i otrzymać za to małą nagrodę jak w klinice. Dostał 500 zł w 2001 roku i golarkę elektryczną (akurat ją miałam ze sobą), które chętnie przyjął.

Dałam mu znać przez telefon, że przylatuję do Warszawy w piątek, potrzebuję go w sobotę, a w niedzielę wracam do Niemiec. Spotkaliśmy się. On oddał nasienie, a ja liczyłam na zapłodnienie. 3 tygodnie później dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Przez pierwsze trzy miesiące nikomu nie mówiłam, że zaszłam w ciążę. Po 3 miesiącach zadzwoniłam do Witka z nowiną, że się udało. Powiedział, że będzie tęsknił, ja że rozumiem, ale było umówione, że dziecko jest tylko moje. Witek nie dołożył się finansowo z własnej woli do dziecka ani groszem. Ja tego nie oczekiwałam, a on się nigdy nie poczuł sam z siebie, by się wykazać. To ja jeszcze Witkowi pomagałam czasami finansowo lub w formie prezentu takiego jak kurtka czy buty. 

Kiedy Adaś miał ok. roku byłam wykończona. Karmienie piersią przez rok, nieprzespane noce, samotna opieka nad synkiem w Niemczech…. Z braku sił i za namową moich rodziców („Asiu! Syn musi mieć ojca! Wróćcie do siebie!“) zapytałam Witka, czy może byśmy znowu byli razem, żeby odchować Adasia. Miałam mieszkanie w Warszawie na ulicy Solec. Witek miał wtedy przyjaciółkę Anię i nie miał ochoty już na bycie ze mną ani moim synkiem. Nie chciał. Ja nie byłam obrażona, bo w zasadzie chciałam pomocy i ojca dla dziecka, a nie tak bardzo jego osobę. Kiedy spędził z małym, rocznym Adasiem godzinę, Witek musiał lecieć do domu, bo miał gotować obiad dla Ani, jak sam mówił. Ania mieszkała u Witka w komunalnym mieszkaniu po jego mamie. Po kilku latach dowiedziałam się, że oboje nie płacili rachunków za telefon ani czynszu, zrujnowali mieszkanie przez rozwalenie ściany do kuchni i zerwanie podłogi. Mieli remontować, ale jakoś nikt nie pożyczył im na to forsy, na wieczne nieoddanie. W 2013 roku Witek został wyrzucony z mieszkania, a komornik ściga go z powodu zadłużenia, które stale procentuje. Dlatego Witek nie może podjąć pracy oficjalnie ani mieć konta w banku, bo wszystko zabrałby komornik.

Kiedy pracowałam w Warszawie od 2005 – 2008 roku, Witek spotykał się ok. 1 – 2 razy w tygodniu z moim synem na ok. 2 – 3 godziny.  Widziałam, że mały Adaś cieszy się, że ma „Tatę“, a ja patrzyłam, jak się razem fajnie bawią, albo idą na krótki spacer. 

Adaś i Witek przynajmniej ładnie się bawili. Mały Adaś cieszył się obecnością „taty“. Kiedy koleżanka opuszczała Witka pojawiał się częściej, ale też tylko na moją prośbę. Za czynsz w mieszkaniu Witka nie było komu płacić. Rachunki telefoniczne Witka i jego koleżanki (kilka tysięcy) uregulowała jego siostra, bo „na szczęście“ telefon był na jej nazwisko. Aż go odłączyła. 10-letni Adaś zaczyna się dopytywać, czy nie powinniśmy złożyć wniosku o alimenty… Ale ja nie chcę pozbawić kotka miski Whiskas, a dziecka – „tatusia”, który wtedy na pewno by się na nas obraził… Zresztą on i tak nie ma nic, bo to co zarobi ledwo mu wystarcza, a o swoich długach już dawno zapomniał. Adaś wpadł na pomysł, że tata mógłby sprzedać królika! Ale króliczek zdechł… (może się powiesił…?) 

Dzisiaj sama wychowuję syna i mieszkam w Warszawie i w Niemczech. W Warszawie po utracie posady w szkole prywatnej, odpowiedniej pracy nie znalazłam, w Niemczech też nie. Z pomocy społecznej w Polsce nie da się wyżyć z dzieckiem. Ciężko jest być samotną matką i pracować, zwłaszcza jak na prawdę boli krzyż i wychodzi się z żałoby i z depresji na prostą. Za opiekunki trzeba płacić. W Niemczech mam możliwość przeżycia – nawet nie zarabiając wiele albo wcale. Wegetuję tu więc emocjonalnie, pisząc i tłumacząc teksty, malując obrazy i bazgroląc na komputerze. Czekam na Godota albo na cud. Moja sztuka i moje teksty nie sprzedały się jak narazie zbyt dobrze, albo wcale. Znajomi je ignorują, podobnie jak mnie, bo kim ja jestem? Dostaję pomoc społeczną, z której da się ledwo wyżyć do pierwszego, o ile jest się bardzo oszczędnym i nie podróżuje, jeśli nic się nie zepsuje, i o ile dziecko nie ma potrzeb, a zęby nie bolą, bo na dopłaty do plomb nie wystarczy. Dlatego nie byliśmy w Warszawie od półtora roku. Bardzo tęsknię. Tylko w Warszawie i w Polsce czuję się na prawdę w domu. Jestem szczęśliwa, kiedy chodzę ulicami i patrzę, „jaka piękna jest Warszawa, ile domów, ile ludzi…”, albo kiedy siedzę pod stodołą, gdzieś pod lasem, „gdzie strumyk płynie z wolna…” lub nad Bugiem, i kiedy odwiedzam Zakopane, albo zbieram grzyby na Mazurach. Tylko w Polsce mówią prawie wszyscy i prawie wszędzie po polsku! W Polsce czuję, że żyję.

Rok 2024

Byłam z Adamem w lipcu – sierpniu w Warszawie. Adam chciał zobaczyć po 10 latach „ojca“. Witek pojawił się bardziej zadbany niż przed laty, nowe buty za 400 zł, jak mówił, (wg. mnie można kupić też za 280 – 300 zł jak ma się kupę długów i syna studenta). No ale najwyraźniej Witkowi powodzi się lepiej niż przed latami, może znowu ktoż mu poamaga.  Jego wypowiedzi nie były spójne, raz mowił, że płaci ok. 800 zł za czynsz za jeden pokój, innym razem, że nie musi płacić czynszu. Ja nie wnikam, co jest prawdą, bo nigdy się jej nie dowiem od niego… Poszliśmy razem do Pałacu w Wilanowie. Gdy trzeba było kupić bilety, Witek stał dalej od nas i pozwoliął sobie wręczyć bilet na wejście, nie pytając o cenę. Jest po prostu przyzwyczajony, że jemu się funduje. Nawet, gdy robi to bioolgiczny syn student, bo ja nie pracuję i Adam także mi pomaga. Adam od Witka nie dostał ani grosza, za to informacje, iż po Witku jest z rodu szlacheckiego, jekieś drzewo genealogiczne w postaci fotografii, nazwisk i dat, wykonane przez kogoś z rodziny Witka, fotkę jego Mamy i Dziadka oraz legitymację kajakarską Witka ze szkoły podstawowej. 

Jestem dumna, że urodziłam kolejnego potomka Szlachty Polskiej, spod herbu „Hulaj dusza, piekła nie ma!“ Witold podkreśla, że jest niewierzący, za co nie lubi go ciotka Anna. To smutne, że w wieku lat 58 Witek zachowuje się nadal jak nastolatek, jest niedojrzały, nie zmądrzał, nie dorósł…

556101_369822389730905_286638775_n

Hinterlasse einen Kommentar