Chyba powinnam coś powiedzieć o aborcji jasno i wyraźnie.
Urodziłam się w 1966 roku.
Jako młoda osoba uważałam aborcję za czyn legalny, moralnie niejednoznaczny, w zależności od sytuacji i przypadku… Nie wyobrażałam sobie, by usunąć ciążę.
Unikałam więc sytuacji, w której musiałbym podjąć taką decyzję. Nadal myślę, że to grzech. Z drugiej strony to wybór innego życia dla siebie, innego dziecka w innym czasie. Czy to inne dziecko jest gorsze? To, które urodzi się kilka lat później? A może wybór życia bez dziecka.
Był taki moment, że bałam się, że może zaszłam w ciążę, miałam 22 lata i byłam przerażona! Teraz? Przecież studia, praca! Nie mam warunków, mieszkania, pieniędzy. Jeszcze nie dziecko! Ale okazało się, że to nie była ciąża.
Z pierwszym mężem nie chciałam mieć dziecka.
Wyszłam po raz drugi za mąż. Miałam 28 lat.
Lata mijały, bardzo chciałam zajść w ciążę i urodzić dziecko. Poroniłam po pierwszym zabiegu in vitro. Właściwie ciąża obumarła, serce nie zabiło. Na fotce z USG było już widać mały kilkumilimetrowy płód. Tę fotografię wkleiłam do pamiętnika łez, jakie wylałam po utracie tego małego embrionu, który miał być moim dzieckiem. Trzeba było martwy płód usunąć, bo sam się nie usunął… Przez kilka tygodni krwawiłam.
Mój mąż na pocieszenie zafundował mi 2 tygodniowy urlop w USA. A ja na tym urlopie zmieniałam podkłady z krwi, opłakiwałam moje utracone macierzyństwo. Odpłakałam latami… Wielki żal. Nie cieszyło mnie w zasadzie nic, bo nie tego w życiu pragnęłam najbardziej, nie – urlopów bez dzieci.
Chciałam mieć dziecko z moim partnerem. Bardzo chciałam być mamą.
Wiele lat (1994 – 1999), wielokrotnie po nieudanym zapłodnieniu in vitro płakałam jak po utracie nienarodzonego dziecka….
Przecież każdy zarodek był policzony (jajek ok. 12). .. a zarodków było min. jednorazowo ok. 9. Po 3 czy 4 razach ile? (Jak teraz liczę, to nie mogę uwierzyć, co ja przeszłam…) Ale żaden się nie przyjął w moim łonie, by się urodzić. Mimo hormonów, zastrzyków…
Trzy podobno obumarły jeszcze w probówce. Po 3 latach trochę przywykłam do tego, że zarodki obumierają, choćby nie wiem, jakie hormony i cuda techniki in vitro czy modlitwy…., ktoś inny daje im życie lub śmierć. Bóg.
Bo znajomej się udało, innym się udało…., tylko ja nie zachodziłam w ciążę. A byłam w zasadzie całkiem zdrowa. Laparoskopię na wszelki wypadek i moje życzenie też mi zrobiono… Zdrowa kobieta!
Miałam w tym czasie mało zrozumienia dla kobiety, która jakby „bez ważnego powodu“ (zdrowie) usuwa ciążę…
Dzisiaj wiem: całe życie kobiety, jej dziecka i jej rodziny może być powodem. Bo to ona będzie mamą.
Chciałam mieć dziecko z moim partnerem. Ale miałam dość 3 lat prób in vitro i jazdy do szpitala co klika dni, 60 km, do innego miasta oraz innych prób zapłodnienia.
Zaszłam w ciążę (styczeń 2000?) nie z aktualnym mężem (ale z byłym, pierwszym, kościelnie ślubnym mężem), w sytuacji, w której nie mogłam, nie potrafiłam dziecka urodzić i wychować sama. Absurd. Ojca dziecka, czy też dawcę nasienia znałam od 1976 roku… ze szkolnej ławy, widując niemal codziennie…
Ojcem nie byłby mój aktualny mąż, niepłodny mąż. Ale oboje, ja i ojciec dziecka, nie chcieliśmy być wtedy razem. On miał przyjaciółkę, poza tym ciąża była zaskoczeniem, chociaż on chciał mieć dziecko, gdyby się udało. Wiedział, że ma mnie ewentualnie zapłodnić bez zobowiązań. I tak w to mało wierzyliśmy, że się uda…
Ale ja w desperacji, chciałam spróbować wszystkiego. Gdy byliśmy młodsi (do 1993 — nie chieliśmy dziecka i kalendarzyk działał, a potem pigułka antykonc. przez jakiś czas).
On był w Polsce, ja w Niemczech (rok 2000, pozwolenie na pobyt, praca!!??). Kompletnie absurdalny układ.
Na dodatek, nie wiedząc o ciąży (2, 3 tygodnie?) zrobiono mi prześwietlenie rentgenowskie płuc (do pracy w szkole jako nauczycielka)……. Dlaczego trzeba coś takiego robić? Nie wiedziałam i nie uwierzyłabym nawet, że mogę być w ciąży po 4 latach prób bez sukcesu… To były pierwsze 2 – 3 tygodnie…? Na pytanie, czy jestem w ciąży, odpowiedziałam, że nie.
Cała ta sytuacja i ryzyko choroby płodu, brak jakiejkolwiek pomocy ze strony nikogo, sama za granicą, brak finansowego zabezpieczenia i lęk przed konsekwencjami rentgena. …. I wg mnie to nadal był zarodek w mojej macicy. Potencjalne dziecko. Ale dzieckiem czy w pełni człowiekiem jest wg. mnie organizm zdolny do życia samodzielnie – poza organizmem matki. Płód może jeszcze do i w czasie porodu umrzeć… Lekarz też mówi do porodu o płodzie, nie o dziecku.
Namowa lub reakcja partnera: rób co chcesz, najlepiej usuń, ja ci nie pomogę. …. Gdyby mówił co innego, też miałoby to być może wpływ na inną decyzję. …
(Mój mąż zgodził się po 3 latach namów, na zapłodnienie spermą anonimowego dawcy, a więc nie jego!, lecz nie mojego byłego męża, któremu jakby zabrał żonę….)… ? Bo to nie było umówione. Ale mi powiedział dopiero po 3 latach znajomości, że on jest niepłodny prawie lub całkiem… A wiedział to od lat min. 20…
Kompletna rozpacz, czy urodzę i nie dam rady wychować sama…. czy usunę. .. i może nigdy więcej nie urodzę. ….. TRAGEDIA.
Nie miałam wtedy odwagi, siły i pieniędzy, ani pomocy, wsparcia…. od nikogo. Czy dziecko będzie zdrowe po tym rentgenie?
Nie odważyłam się donosić ciąży. Podjęłam decyzję o aborcji, odbyła się bardzo szybko, przed 6 tygodniem chyba. Niepłodny mąż sfinansował z ulgą. .. Zawiózł do Wiesbaden, tam gdzie wcześniej przez rok próbowałam zajść w ciążę z anonimowym dawcą…., przywiózł.
Kamień mu z serca spadł…, bo nikt się nie dowie, że nie jego… A wychowywać też nie chciał… Bo nie jego! Ale własnych nie mógł już mieć…. co było dowiedzione latami prób, także in vitro. Ale własne miał (jego córka była w moim wieku).
Nie było mi ani łatwo, ani przyjemnie. To było straszne (emocjonalnie). Sam zabieg, wykonany w dobrej klinice, pod uśpieniem, dało się wytrzymać. Tego samego dnia byłam na nogach… Tego samego dnia poczułam ulgę, ponieważ znowu mogłam kontrolować moje życie, nie skazując się na w tym momencie nieznany ale wielki dramat. Strach minął.
Nie miałam kłopotów ze zdrowiem.
Wyrzuty sumienia? Tak. Ale wybór między moim życiem, a życiem nie moim….
Poczucie winy, wstyd, by o tym mówić, wręcz strach. Lęk przed reakcją innych. Zwłaszcza z Polski. Bo w Niemczech nie było to czymś zakazanym, nielegalnym, najgorszym, tak jak w Polsce. Ale nie umiałam wtedy zadecydować inaczej. Wybrałam moje życie bez dziecka, jako wielkiego problemu w tym czasie, w tej sytuacji.
Przecież ja chciałam mieć dziecko, ale z partnerem, w rodzinie, zabezpieczona finansowo. NIE SAMA JAK PALEC za granicą, i na dodatek bez pieniędzy, bez rodziny, bez pomocy. Zarabiałam nie wiele, a z dzieckiem nie mogłabym tyle pracować.
Dla odmiany mogłam się jeszcze rzucić z mostu i zabić…. Wolałam przeżyć.
Żałowałam po tej stracie po kilku miesiącach. Płakałam…, cierpiałam.
Żałowałam, że może nigdy już nie będę mamą. O samym dziecku myślałam mniej, bardziej o mnie, jako tej, która poniosła stratę… Dziecka nie było, nie znałam go. Tamtych trzydziestu kilku zarodków też nie poznałam osobiście jako dzieci… Może dlatego? Miałam za złe, że mój mąż nie chciał mnie i tego dziecka ze mną.
Rozstałam się z niepłodnym, dużo starszym mężem. Teraz dał mi jakąś tam kwotę, o której nie wspominał, gdy byłam po raz pierwszy w ciąży. A więc mógł pomóc, jeżeli chciał….
Po nie całym roku (listopad, 2000) znowu zaszłam w ciążę (z byłym, pierwszym, kościelnie ślubnym mężem). On wiedział znowu, że może zostać ojcem i chciał tego, bez zobowiązań. Nie wiedział wtedy o tej pierwszej ciąży. Dzisiaj wie (rok 2017).
On miał nadal przyjaciółkę. Też nie chcieliśmy być razem. On był w Polsce, ja w Niemczech (pozwolenie na pobyt, praca!!??). On nigdy nie płacił nic na dziecko i nie płaci, a ja tego nie wymagam. On i tak ma same długi i wieczny brak pieniędzy.
(Może Pan Bóg jednak wolał dziecko ze ślubu kościelnego? Brzmi dziwnie, ale jest faktem.) Nie wyobrażałam sobie, by tę ciążę stracić.
Z powodu ryzyka (wynikło z badania krwi) i mimo ryzyka, zrobiłam badania prenatalne!
Chciałam urodzić zdrowe dziecko. Nie tylko ze względu na mnie, ale także ze względu na to dziecko! Ze względu na całe nasze życie, życie w naszej rodzinie i na życie w społeczeństwie. I dlatego, że miałam być z moim dzieckiem sama.
Dzieci z poważnymi wadami genetycznymi, nieuleczalnie chore, mogą same bardzo cierpieć i być wielkim problemem dla rodziny i społeczeństwa. Przecież nie sami rodzice finansują leczenie, szkoły, szpitale, opiekunów… dla nich jako dzieci – i dla nich jako dorosłych.
Te dzieci, ci ludzie czasami cierpią całe życie. Nie każda mama, nie każdy rodzic jest w stanie znieść takie cierpienie i nie każde urodzone dziecko. Tylko mama i ojciec powinni wg mnie sami zdecydować się na to cierpienie, a nie inni im je narzucać.
Przecież nawet zdrowi ludzie chorują, mają wypadki,…., zdrowy płód może doznać poważnych urazów w czasie porodu…
Urodziłam zdrowego syna. Dziękuję Bogu! Mój syn jest. Gdyby…, może nie byłoby jego, tylko tamto dziecko. ..? Też jedno raczej.
A więc nie tamto dziecko, tylko on.
Miałam najpierw 34, potem 35 lat i byłam sama. Sama zostałam mamą i wychowuję syna sama. Od pierwszego dnia ciąży byłam sama. To też nie łatwe. Po roku chciałam i dla dobra dziecka i dla tego, że nie miałam sama już sił……, zejść się z jego ojcem, ale wtedy on już nie chciał, miał inną przyjaciółkę, pod opieką ciężko chorą mamę. On był w Polsce, ja w Niemczech (praca!!??).
Siły jakoś znalazłam…
Kiedy mój syn miał 5 lat wiedziałam, że jego tata przepił wszystko i więcej, miał duże problemy z alkoholem, ale się wyleczył. Miał długi.
Był mało odpowiedzialny, mało rozsądny, bez pieniędzy nawet dla siebie. Nie chciałam już, byśmy byli rodziną, on też nie.
No cóż, inny moment, inny syn…, ale udało nam się. Wtedy nie widziałam szansy na to, że dam radę.
Wiem, że są sytuacje, których nie można sobie wyobrazić. I takie decyzje w związku z nimi….. Decyzje nie łatwe. Zaczęłam rozumieć więcej, także o powodach do aborcji.
Ale w sumie uratowało mi to życie oraz dało życie mojemu synowi.
Byłam u spowiedzi. Dostałam rozgrzeszenie.
Może Pan Bóg też zmienia zdanie na przestrzeni milionów lat ewolucji, obserwując tragedię kobiet i mężczyzn, mam i ojców?
Bóg sam oceni.
Myślę, że najlepiej mieć pierwsze dziecko przed 30 rokiem życia. Teraz czuję, że jestem starą mamą….(syn lat 15, ja lat 50).
Wśród znajomych mi pań ok. 5 na 10 przepytanych usunęło ciążę z różnych powodów (wada genetyczna, zbyt młody wiek, lat 16, ciąża z kochankiem, nie z mężem, lub nie ten facet i nie ten moment w życiu, ciąża w późnym wieku, a 6 dziecioro dzieci już jest…, bieda, brak mieszkania, brak pomocy, itp., namowa partnera).
A ile się nie przyznaje? A ile żałuje, że musiały urodzić, bo nie dały rady chować, a musiały, albo zawaliło im to wg nich kawał młodości, życia (nie ukończona szkoła czy studia)? Jedną znam, nie usunęła, bo dowiedziała sie w 3-cim mcu, że jest w ciąży…, za późno było… Był ślub i brak szczęścia przez lata…
Ciąża i nie chciane albo ciężko chore dziecko może być ponad siły (fizyczne i psychiczne) matki i ojca. Czy inni mają prawo zmuszać innych do męczarni przez całe życie? Nie każdy podoła. Mężowie czasami odchodzą od żon w takiej sytuacji, mogą mieć zdrowe dzieci z inną…, powiadają. A ta kobieta już nie ma sił na więcej dzieci…. być może.
Ciąża bywa przypadkiem. W wieku lat 50 także nie chciałabym znowu rodzić dziecka, bo nie mam siły odchować, ani pieniędzy. A to także się może zdarzyć kobiecie.
A jeżeli ciężko chora psychicznie kobieta zajdzie ciążę, której nie chce lub nie da rady wychować??? A nikt jej nie pomoże? Może nawet tej choroby psychicznej chwilowo nie widać…? Ale ona nie zajmie się dzieckiem, albo znowu zachoruje. Znam taką osobę i akurat nie musiała usuwać. Ale gdyby niechcący zaszła w ciążę? Bo tabletka antykoncepcyjna daje 99,9% pewności lub ją zapomniała raz?
A może jeszcze dziecko byłoby z ciężką wadą, wiadomo, wymagałoby intensywnej opieki…? A ona jest sama już z jednym synem i cała rodzina pomaga…, bo mąż ją porzucił dawno, a kochanek ma czas tylko raz w miesiącu i jest żonaty… Jej rodzice są już starzy i chorzy i nie pomogą, a jedno już z nią odchowali….. ??
Nie wiem, jak ta znajoma (ze szkoły) 16 latka, ale inne panie tu wspomniane urodziły zdrowe dziecko/dzieci przed lub po aborcji. A więc ich życie nie zakończyło się na aborcji, ani życie ich dzieci….
Moja mama przyznała mi się z bólem, że raz usunęła ciążę, w czasie małżeństwa z moim tatą (lata 50-te). I za jego pewnie przyzwoleniem, mimo że był fanatycznym katolikiem. Nie mieli pieniędzy, mieszkania wtedy już może jedno czy dwoje dzieci. Mieli w sumie 3 inne córki.
Moja ciocia próbowała podobno usunąć ciążę domowymi sposobami (lata 50- te), nie wiem dokładnie, ale gorące kąpiele, i inne ??? Nie udało jej się. Jej córka urodziła się nieco upośledzona, potem ciężko chora.
Jestem za takim prawem do aborcji, jakie jest w Niemczech. Aborcja jest legalna po konsultacji z lekarzem i psychologiem/pedagogiem do spraw rodziny. Kobiecie, która nie ma pieniędzy na aborcję zabieg finansuje kasa chorych, czyli ubezpieczenie (po odpowiednim wniosku).
Aborcja w Niemczech nie jest uwarunkowana czy zależna od stanu zdrowia płodu, nie zależy od tego, jak dziecko zostało poczęte (czy w wyniku gwałtu), lecz zależy od decyzji kobiety. Myślę, że tak jest słusznie. Każdego płodu, każdej ciąży dotyczy jedno prawo aborcyjne. Dlaczego jeden płód ma być „gorszy czy lepszy“, kwalifikujący się lub nie do aborcji… Sama kobieta (ewentualnie wraz z partnerem) powinna mieć prawo do podjęcia decyzji, bo to ona ma zostać w przyszłości mamą i ponieść skutki własnej decyzji.
Sam zabieg odpowiednio, bezpiecznie wykonany da się wytrzymać.
Myślę, że kobieta, która nie urodzi dziecka, a będzie tego pragnąć po aborcji, może żałować i cierpieć, że usunęła wtedy ciążę. Może bardzo cierpieć do końca życia! Ja bym cierpiała. To nie jest takie byle co, jak wypluć dropsa. Każda kobieta powinna się poradzić psychologa, zastanowić, przemyśleć, czy to aby właściwa decyzja.
Czasami myślę, jakie byłyby tamte nienarodzone dzieci, czy tamto dziecko?
Nie rozumiem, dlaczego tylko przeciwnicy aborcji mają mieć rację i są wykładnią woli Bożej. Bóg stworzył także kobiety, które usunęły ciążę i usunęłyby jeszcze raz – w niektórych warunkach. Bóg stworzył mężczyzn, które je do tego czasami namawiają. Jeżeli wszystko jest dziełem Boga i woli Bożej, to także zwolennicy, jak i przeciwnicy aborcji.
Nikt nie zmusza przeciwników aborcji do jej robienia. I oni innym nie pownni zabraniać prawem czy karą decydować o swoim życiu.
Każdy ma wolną wolę, choćby, żeby udać się na wieki do piekła.
Każdy ma wolną wolę, by odpowiadać za własne życie, zdrowie, rodzinę…
Kobieta, która usuwa ciążę nie szkodzi innym, nie wtrąca się w życie innych. A często nawet ratuje życie własne, jej rodziny, czy małżeństwo (własne lub żonatego ojca dziecka).
To jej życie, zdrowie, rodzina, jej przyszłość, jej zarodek i jej męża.
Zarodek, płód – bo nie dziecko jeszcze. Nie urodziło się. Oczywiście, że wyczekana ciąża czy zarodek kobieta może już kochać jak dziecko. Ale obiektywnie to jest wg mnie raczej zarodek (potencjalne dziecko), subiektywnie i emocjonalnie może być traktowane przez rodziców jak dziecko.
Kobieta może rozchorować się psychicznie, będąc zmuszona do urodzenia niechcianego dziecka. Może być chora całe życie, chora na nienawiść, na ból, na brak miłości do niego. Może nie dać rady być mamą w niektórych sytuacjach. Może odrzucić to dziecko.
Kobieta to nie tylko ciało. Kobieta to dusza, czasami ogromna rozpacz, lęk, panika, załamanie, emocje nie do opisania, czasami radość, także nie do opisania. Kobieta zdrowa psychicznie zwykle woli i wybiera radość i szczęście a nie tragedię i rozpacz.
Każda ciąża to ryzyko dla zdrowia i życia matki i dziecka.
Wiele kobiet nie jest po urodzeniu i odchowaniu dziecka tak zdrowe jak przed ciążą. Fizycznie i psychicznie.
Dziecko to nie lalka. Wymaga karmienia piersią, opieki, miłości, poświęcenia życia matki i jej zdrowia, wymaga pieniędzy, mieszkania, a także najlepiej by miało rodzinę: rodziców, dziadków, ciocię, wujka, może rodzeństwo.
Kobieta ma wybór – może się z tym zarodkiem zabić. I co? Nikt się wtedy nikim i niczym nie zainteresuje…. Ani nią, ani zarodkiem, ani może jej żywymi dziećmi…., które osieroci….
Wtedy kilka osób zapłacze nad jej grobem… jaka szkoda. Jeżeli usunie ciążę, kilka osób obrzuci ją wyzwiskami lub kamieniami….
Ci szlachetni!
Aborcja nie jest dobra. Ale taka decyzja to czasami wybór między własnym życiem, życiem rodziny, a nowym życiem, kt. od początku jest problemem, z którym nie umiemy sobie poradzić w tym czasie lub całe życie.
Kobieta opiekuje się już może kimś, chorym dzieckiem, mężem, rodzicami, może nie ma siły na dodatkowe obowiązki.
Kobieta sama w ciążę nie zachodzi, ale z mężczyzną, który nie zawsze chce lub umie użyć prezerwatywę (niby jej używa, ale zawartość wlewa jej się do pochwy…!), albo kondom pęknie, facet nie zawsze rozumie, że dzisiaj lepiej nie, bo może być dziecko, nie zawsze jest dojrzały i weźmie za kobietę i dziecko odpowiedzialność. Może nawet jest chory lub chory psychicznie. Lub może kobieta w danej sytuacji nie chce ani jego, ani tego dziecka…. Bo to był „nieszczęśliwy“ przypadek… Zdarza się, że także facet chce złapać kobietę na dziecko… , nie tylko na odwrót.
Jeżeli aborcja jest ingerencją w plan Boga, to czym jest ratowanie wbrew planom Boga ludzi, których leczymy, podłączamy do maszyn, operujemy, którym dajemy sztuczne serca, nerki, którym nie dajemy umrzeć wbrew planom Boga. To Bóg daje im tę chorobę, tę śmierć. Człowiek nie daje umrzeć wielu, wbrew naturze, wbrew Bogu. Wiele dzieci nie przeżyłoby pierwszych kilku lat bez pomocy nowoczesnej medycyny.
Osoby, które chcą zabronić kobietom prawa do aborcji, powinny same adoptować te niechciane dzieci, które mają się urodzić wbrew woli matki czy rodziców. Czy to Księża, Biskupi, czy politycy, zwykli ludzie – niech adoptują, finansują i chowają te dzieci. Niech się do tego zobowiążą, płacą na nie, zajmują się tymi dziećmi od rana do rana, całe życie… Myślę, że celibat nie przeszkadza w adopcji czy finansowaniu. Przecież św. Józef też opiekował się synem Maryi, a nie własnym…
Dlaczego tak bardzo interesujemy się aborcją i dziećmi, jakie się nie urodzą, a nie losem dzieci narodzonych. Na całym świecie setki tysięcy narodzonych dzieci umiera z głodu i z pragnienia…. Czy kogoś to interesuje?
Czy ktoś pomoże kobiecie, która urodziła dziecko, a która nie jest twoją bliską krewną? A nawet bliskiej kewnej mało kto lub nikt nie pomoże, o ile nie ma pieniędzy by się odwdzięczyć….
P.S.
Ef 4, 1-6 Jeden jest Pan, jedna wiara, jeden chrzest
Czytanie z Listu świętego Pawła Apostoła do Efezjan
Bracia:
Zachęcam was ja, więzień w Panu, abyście postępowali w sposób godny powołania, jakim zostaliście wezwani, z całą pokorą i cichością, z cierpliwością znosząc siebie nawzajem w miłości. Usiłujcie zachować jedność Ducha dzięki więzi, jaką jest pokój.
Jedno jest Ciało i jeden Duch, bo też zostaliście wezwani w jednej nadziei, jaką daje wasze powołanie. Jeden jest Pan, jedna wiara, jeden chrzest. Jeden jest Bóg i Ojciec wszystkich, który jest i działa ponad wszystkimi, przez wszystkich i we wszystkich.
Oto Słowo Boże.