Zastanawiam się po pierwsze, czy Michnikowi świeczkę a Urbanowi ogarek, czy na odwrót…
Po drugie, właśnie rozmyślałam, kładąc syna do łóżka, dlaczego niektórym zdolnym i ciekawym osobom z mojego pokolenia nie udało się osiągnąć tak zwanego sukcesu, będącego własnością odziedziczoną lub nabytą z racji pochodzenia lub wybicia się zawczasu, kiedy to Polska była swoistą trampoliną sukcesu dla roczników 66, 67, 68, 69…
Wielu udało się po zręcznym skoku prosto z uczelni wpaść w objęcia nowopowstających zagranicznych lub rodzimych firm, spółek, giełd i banków… poszukujących wtedy młodych i zdolnych absolwentów jakiejkolwiek uczelni, a nwet bez dyplomu, aby języki obce znali i w nich mówili i pisali.
Humaniści o powołaniu pedagogicznym nie mogli pochwalić się w tamtych czasach godną zazdrości karierą, kierowani miłością do dzieci i młodzieży oraz wyuczonych w trudzie języków, do treści literackich, wyczytanych oficjalnie i ukradkiem, także, kiedy ich wymowa była nielegalna…. Podobnie mało płatny los czekał na lekarzy czy pielęgniarki państwowej służby zdrowia, czy wielu innych pracowników na stanowiskach państwowych.
Zadziwiające było to, że za taką samą pracę, za równorzędne kwalifikacje można było zarobić mało, dużo, i bardzo dużo, w zależności od firmy, do jakiej się trafiło. Dziwi mnie nadal fakt, że po kilkunastu latach nie wiele się zmieniło. I że młodzi ludzie dzisiaj mają nawet trudniej niż my wtedy. Bo wtedy praca dla chętnych była. Dziś o nią trudno nawet z dobrym wykształceniem i znajomością języków.
Nauczyciele trafiali wtedy do szkół, nie zawsze prywatnych i z zawstydzeniem przyznawali się do swojej kariery pedagogicznej kolegom z lat szkolnych, którzy (po przekwalifikowaniu n. p. z technologa żywienia) jako marketing – menadżerowie lub dyrektorzy finansowi, albo przynajmniej główni księgowi pierwszej po peerelowskiej generacji zarabiali dziesięć razy więcej od nich. „Tak źle trafiłaś” – powiedziała moja koleżanka ze współczuciem, kiedy usłyszała, że pracuję w szkole państwowej. Ale ja wolałam tę pracę od pracy w banku za 5 razy wyższą pensję. Tylko że ja dorabiałam w wakacje jako kelnerka w Niemczech.
Wiele osób z tego pokolenia wyjechało i zostało na stałe za granicą. Młode wspaniałe polskie kobiety, studentki i absolwentki nie czekały długo na oferty zagranicznych narzeczonych, w których mogły przebierać podczas wakacyjnej pracy jako kelnerki, sprzątaczki czy opiekunki do dzieci. Największym szczęściem tamtych czasów, późnych lat osiemdziesiątych jawił się wyjazd na zachód i zarobek, odbicie się od finansowego dna i szarzyzny. Poczucie pobycia w zachodniej krainie baśni, choćby jako wieczny Kopciuszek, który na królewicza miałby nie trafić. Ale – chociaż rozejrzeć się na tym balu, jak nam się wydawało, nie dla nas…
Często okazywało się, że królewicze tylko czekali na obalenie muru Berlińskiego…
A Kopciuszki nie powróciły, wbrew wcześniejszym planom, do stron rodzinnych na stałe…
Na początku zachwycone i oczarowane. Z wielkiej miłości podpisywały umowy przedmałżeńskie, bo przecież królewicza nigdy nie porzucą. Nawet nie pomyślały, że kochający mąż może przestać kochać i rozwieść się z nimi.
Później, nie zawsze szczęśliwe i nie zawsze bogate, zawodowo często niespełnione. Utraciły bliskich, życiowe szanse we własnym kraju, do którego wiele zawsze tęskniło. Są mamami niemieckich, angielskich, amerykańskich czy szwedzkich dzieci, które z Polską kojarzą biedę swoich dziadków i trudny język, którego piękna być może nie poznają. Sama znam przynajmniej dziesięć takich kobiet.
Faceci wracali jako ci, którzy się dorobili, zainwestowali, znaleźli dobrą pracę, kupili mieszkania i mieli do zaoferowania nie tylko ciuchy do prania, ale i pralkę najnowszej generacji oraz urlop w Tunezji.
Jest jeszcze grupa tych, którzy nie wyjeżdżali, do firm się nie dostali, czy nie nadawali, a wynieśli z Pereelu kompletny brak nadziei, brak siły przebicia, niewiarę we własne siły i niechęć do podjęcia rywalizacji o więcej niż było do tamtej pory. Było parę osób, które nie chciały, albo nie mogły wyjechać. Miały rodziców, dzieci. Nie miały odwagi albo pieniędzy, nie nawiązały kontaktów, znały tylko język rosyjski, a w tamtym kierunku zarobki w tym okresie nie wzrastały, a wręcz przeciwnie.
Parę osób nie odnalazło się odpowiednio szybko w nowej rzeczywistości i nowej mentalności. Nie uczono nas tego, nie każdy urodził się prezesem lub jego sekretarką.
W szkole uczono nas siedzieć cicho i nie mieć własnego zdania, a już na pewno nie światopoglądu. No bo jaki światopogląd mieli nam przekazywać nauczyciele? To że Solidarność jest zła, a partia rządząca dobra. Tylko dlaczego tylu niezadowolonych i nic w sklepach? Czy to, że partia, do której wielu z nich należało, i której przewodnią rolę budowali ponad 30 lat jest zła, a Solidarność, która ich dorobek chce rozwalić, dobra? Czyli zachęcać młodych do ryzykownych walk przeciwko armatkom wodnym?
Większość z nas była za młoda, nie dojrzała do tego, i może nie tak odważna by stać się bohaterami „Solidarności”, chociaż wszyscy słyszeli, że nie ma bez niej wolności.
I jednocześnie byliśmy wszyscy jako pokolenie za starzy, bo zrobić karierę po drugiej stronie. Po stronie, po której wielu znało własnych rodziców albo rodziców koleżanek, czy kolegów. I która to stawała się w naszych oczach z roku na rok coraz mniej chlubna.
Z jednej strony dobrze – pokolenie nie poplamione przeszłością. Z drugiej strony – pokolenie, które w godzinie „zero”, zaczęło nowe życie z bagażem życia z przeszłości własnej i rodziców.
W domu uczono nas, że udzielać się to być zawsze po niewłaściwej stronie. Czy po tej, czy po tamtej, zawsze gdzieś i u kogoś było się wrogiem. Osoby z rodzicami partyjnymi nie powinni byli kolegować się z osobami z domów pełnych ulotek z podobizną Lecha Wałęsy. Mój wewnętrzny konflikt zaczynał się, kiedy słyszałam, że niektórzy z tych partyjnych są co niedziela w kościele, obok tych z Solidarności. Dzieci pierwszych sekretarzy maszerowały do Pierwszej Komunii obok dzieci tajniaków i tych z podziemia. Kościół łączył wtedy. Zdarzało się nawet, że taki partyjny rodzic był całkiem miły i fajny, a nie jeden ojciec, wierzący w Solidarność i kościół był domowym despotą i fanatykiem, którego przejęcie władzy napawało grozą własną rodzinę…
Myślę, że wiele osób z mojego pokolenia stało się osobami politycznie neutralnymi. Partie dopiero się tworzyły, przekształcały. Mieliśmy kilu faworytów.
Nasze całe zainteresowanie światem, albo duży jego obszar pochłonął pęd za znalezieniem źródła zarobku. Szybkiego zarobku. Wyrwania się z tego finansowego koszmaru i realizacji naszych marzeń o mieszkaniu, samochodzie, o wyjazdach… Marzeń, które do niedawna wydawały się nie do spełnienia, a teraz nagle, okazały się możliwe. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Przyjaciele i znajomi dorabiali się w szybkim tempie, albo powyjeżdżali. Inni nie dorobili się niczego. Dziś dzielą nas tysiące kilometrów, albo ogromne pieniądze, albo poczucie klęski lub sukcesu. Nasze dzieciństwo to wspomnienia o podłości czy bohaterstwie innej generacji, chociaż niektórzy z nas stali się także męczennikami. Nasza młodość to pęd za pieniądzem, dorobieniem się, odbiciem się od dna. Nie zastanawiamy się, co zawdzięczamy pokoleniom starszym, pamiętamy, co możemy mieć za złe. Albo nie wiele nas to wszystko obchodzi, o co kłócą się ci z tamtymi, czyli oni, a nie my.
Nasze lata „dojrzałe” to porównywanie się wzajemnie co do urlopów, ilości mieszkań, domów, samochodów i pieniędzy, no i dzieci, ich przedszkoli, szkół, zabawek, itp.
Bogaci, czy biedni, mam wrażenie, że prawie wszyscy oddalili się od siebie, podzieleni na tych, którym się udało i na tych drugich. Na dzieci tych podłych i na dzieci bohaterów, albo po prostu niezaangażowanych.
A przecież byliśmy wtedy szczęśliwi na prywatkach i przyjęciach w M-3, ściśnięci na wersalce, czy tapczanie w przechodnich pokojach i ślepych kuchniach. Byliśmy sobie bliscy i
umieliśmy się cieszyć sobą, muzyką, rozmową, wspólną zabawą i drobiazgami.
Ludzie z jednej klasy – po obu stronach, tak jak w latach szkolnych. Dziś bardziej od siebie oddaleni niż wtedy. Ale teraz to my jesteśmy rodzicami. Ciekawe, co powiedzą o nas kiedyś nasze dzieci?
Czy staną się wreszcie po prostu Polakami, Europejczykami, obywatelami świata, ludźmi o wspólnej historii? Historii trudnej, tragicznej, dla każdego prawie pokolenia, ale momentami także szczęśliwej, na jakimś etapie życia.
23.01.2009