Ja o kilku kobietach

Napisałam kilka tekstów krytycznych, na dodatek o kobietach.

Dlaczego? Bo mi za niektóre wstyd, a innych szkoda, że ulegają czarowi ich manipulacji dla własnej sławy i pieniędzy bez sensownych często treści i przesłań.

Nie jestem wrogiem kobiet! Kilka kochałam i kocham nawet miłością siostrzaną, przyjacielską czy platoniczną, miłością córki albo matki.

Od dziecka były w moim życiu kobiety, które podziwiałam, lubiłam, kochałam, do których garnęłam się, potrzebując ich przyjaźni i miłości. Kilka nie zawiodło mnie nie nigdy, więcej z nich okazało się być rozczarowaniem dla moich emocjonalnych czy przyjacielskich oczekiwań.

Pierwszymi kobietami w moim życiu były mama i siostra. Obie jako dziecko, nastolatka i osoba dorosła kochałam. Mama nie zawiodła mnie nigdy, siostra prawie zawsze… A więc miłość do siostry zniszczyła ona sama, to taka jej specjalność. Nie umie kochać, chce innymi rządzić jak niewolnikami swojego „widzimisię“ i własnych kaprysów.

To ja byłam od bycia na każde siostry skinienie. Ona wydawała polecenia, miała prośby, aż zrozumiałam, że muszę się z tej miłości do niej wyemancypować, inaczej zostanę na jej służbie całe życie… Od kiedy zaczęłam żyć bardziej własnym a mniej jej życiem, nasze siostrzane stosunku ochładzały się z każdym rokiem, aż obumarły całkowicie w 2009 roku wraz ze śmiercią mojej mamy. Siostra była zawsze niewierząca, nie umiała się modlić, nie chciała chodzić do kościoła.

Mama była aniołem, kobietą i mamą pełną dobra, dobra, dobra, pełną miłości, cierpliwości i wyrozumiałości dla męża, córek i wnuków. Mama wierzyła w Boga i dobro.

Lubiłam panie nauczycielki w szkole, zdarzały się wyjątki. Lubiłam siostry zakonne.

Lubiłam moje koleżanki ze szkoły podstawowej: Marzenę, Agnieszkę, Ulę, Kasię, Dorotę, Beatę, Jolę… Miałam zawsze koleżanki i przyjaciółki.

Te znajomości się rozpadły… Prawie wszystkie. Poszłyśmy do różnych szkół czy klas. Nasze drogi się rozeszły: z powodu wyjazdu za granicę (ich czy mojego), z różnych innych powodów, za przyczyną mężów czy różnic w majętności. Nasze losy zmieniły nas i nasze poglądy na życie i na przyjaciółki.

Agnieszka poszła do innego liceum, zaraz po maturze wyjechała do USA. Mamy kontakt telefoniczny i przez Facebooka. Spotykałyśmy się po latach. Zawsze czujemy się razem dobrze, mimo upływu czasu i lat, które nas co chwila na długo rozdzielają.

Ulę swojego czasu kochałam jak bardzo bliską mi osobę. Ona także poszła do innego liceum, znalazła inną przyjaciółkę. Odległość i czas nas rozłączyły (ja w Niemczech, ona w Warszawie). Kiedy znalazłam się w potrzebie (2009), pomogła mi. Ale moje problemy trwały zbyt długo, abym była dla niej ciekawym towarzystwem. Od 2010 roku nie mamy kontaktu. Na swoje drugie wesele zaprosiła najbliższych, mnie nie. A więc do takich nie należałam.

Lubiłam koleżanki ze studiów: Agnieszkę, Kasię, Monikę i inne…

Bardzo chciałam mieć przyjaciółkę, taką od serca, na którą można liczyć w trudnych chwilach, z którą możnaby się cieszyć radością.

Co do wspólnej radości, to większość znanych mi koleżanek czy tak zwanych przyjaciółek, miała podobne zdanie. Ale w okresach trudnych okazywało się, że na mało osób można liczyć. Te trudne czasy nastąpiły w moim życiu dość późno, w zasadzie w 2009 roku, lecz potrwały z przerwami kilka lat do 2014?

Lubiłam moją koleżankę z pracy, Heidi (rok 1990), może nawet ją kochałam, na pewno podziwiałam. Była piękna, serdeczna, pracowita, mądra, zaradna, była jasnością i „gwiazdą“ w knajpie, gdzie pracowałyśmy. Teraz jest jej właścicielką. Była mamą, studentką i dorabiała jako kelnerka. Mamy czasami kontakt przez Facebooka.

W 1989 roku wyjechałam do Szwecji. Zawdzięczam to Ewie (i jej mężowi), naszej sąsiadce, koleżance mojej siostry. Bardzo mi pomogła. Dzięki niej ja i mój ówczesny mąż pracowaliśmy w Szwecji i mogliśmy u niej (i jej męża) mieszkać oraz zaoszczędzić sporą sumę. Piękna, pełna radości życia i pozytywnej energii kobieta, mama, żona i osoba pracująca na różnych stanowiskach i etatach. Dzięki niej kupiliśmy mieszkanie w Warszawie, rok 1989.

Mama Ewy (moja sąsiadka) to wspaniała kobieta, żona, kochająca mama córki i niepełnosprawnego syna. Kobieta mądra, dzielna, dobra, serdeczna, skromna, oddana mężowi i dzieciom. Podziwiałam i lubiłam panią Henrykę. Czasami jako dziecko odwiedzałam ją i Danka, przyglądałam się jej chałupniczej pracy, trochę jakby pomagałam. Lubiłam z nią porozmawiać, lub jej raczej posłuchać. Kiedy zrobiłam coś nie tak, okazała zrozumienie i wyrozumiałość, chociaż ja się trochę wstydziłam…

Kiedy wyjechałam do Niemiec na stałe, miałam 28 lat. W Niemczech było mi trudno znaleźć koleżanki czy przyjaciółki, także dlatego, że byłam Polką wśród Niemek. Trudno mi było się zaprzyjaźnić z Niemkami. Inne Polki miały inne życie, miały dzieci, ja przez kilka lat nie. Nasze sytuacje życiowe nie pasowały do siebie, by nawiązywać bliskie i zażyłe znajomości, także przez mojego męża, który był wiele starszy ode mnie.

Miałam i mam znajome – moje (dorosłe) uczennice z kursów językowych, z byłego ZSRR, z Bułgarii, z Syrii, z innych krajów. Niemki mają małe zainteresowanie Polkami. Chyba, że chcesz u nich sprzątać lub jesteś bardzo bogata i ustawiona, najlepiej z mężem Niemcem. Możesz też być opiekunką do dzieci. Ale przyjaciółką? Rzadziej.

Może to ja się na taką rolę nie nadaję, a przez wiele lat właśnie o takiej przyjaźni z przyjaciółką marzyłam.

Agnieszka, moja dobra koleżanka ze studiów zerwała ze mną kontakty, gdy zostałam samotną mamą (rok 2002 czy 2003), nie miałam dużo pieniędzy, za to wiele problemów. Przynajmniej tak to wyglądało. Znowu dużo marudziłam i się żaliłam, byłam nerwowa. Nie miała do tego cierpliwości czy zrozumienia. Jej życie było niemal idealne i piękne. Niczego jej nie brakowało. Nie miała ochoty odwiedzać mnie w małym, ciasnym mieszkaniu, ani mnie zapraszać do swojego domku z ogrodem.

Znałyśmy się dobrze od czasów studiów. W Magdeburgu mieszkałyśmy pół roku razem w jednym pokoju w akademiku. To dzięki niej wyjechałam na studia do Niemiec.

Tęskniłam przez jakiś czas za rozmowami z nią, za naszymi spotkaniami razem z dziećmi, za rozmową telefoniczną, ale ona przestała się odzywać. Brakowało mi jej przez kilka lat… Teraz już nie żałuję, bo zrozumiałam, że to nigdy nie była przyjaźń, tylko spędzanie czasu z braku laku.

Byłam sama z synem i próbowałam znaleźć przyjaciółkę wśród poznanych mam innych dzieci w wieku mojego synka (od 2001 do 2005).

Heike wydawała mi się wtedy super kobietą. Była piękna, myślałam, że mądra, zawsze w dobrym humorze, pozytywna i ciepła.

Nasze dzieci były w podobnym wieku (rok 2002). Dzięki niej i spotkaniom z naszymi dziećmi przetrwałam w mojej samotności kilka lat. Jestem jej bardzo wdzięczna. Ale i ta znajomość nie przetrwała mojego wyjazdu do Warszawy na 3 lata, potem po powrocie (2009) moich problemów finansowych i emocjonalnych. Za dużo gadałam, byłam pewnie męcząca, opowiadając dziwne historie, które mi się przydarzyły. Ona miała własne sprawy i kłopoty, przeprowadziła się dalej ode mnie, rozwodziła się z mężem, została sama z dwójką dzieci. Nasza znajomość się rozpadła. Już nie tęsknię, ją też kochałam i podziwiałam.

Inna koleżanka, Sylwia, miała także syna w wieku mojego dziecka. Chłopcy bardzo się lubili, a my dość dobrze się dogadywałyśmy. Kiedy wróciłam do Niemiec po utracie pracy w Warszawie (rok 2009), znajoma spotkała się ze mną dwa razy. Zorientowawszy się, że mam kłopoty finansowe i będę przez jakiś czas żyła na skraju nędzy z pomocy społecznej, zerwała ze mną kontakt (rok 2009). Tak bez powodu, przestała dzwonić. Ona była milionerką, a dla milionerki to duży kłopot taka bezrobotna znajoma. Ja też przestałam dzwonić. Była znajomą.

Byłam samotną matką od urodzenia mojego syna i nie poradziłabym sobie bez pomocy niani czy opiekunek do dziecka. Na moje wielkie szczęście poznałam panią Nataszę, była 15 lat starsza ode mnie. Pani Natasza pomagała mi prawie codziennie przez ok. 2-3 lata, płaciłam jej stosunkowo nie wiele. Adaś ją kochał. Mogłam na nią liczyć, kiedy chorowałam i w chwilach, kiedy sama nie byłabym sobie w stanie organizacyjnie czy emocjonalnie poradzić. Cudowna, zawsze radosna, energiczna, mądra i dobra kobieta, żona, mama i elektryk z zawodu. Do Niemiec przyjechała z Rosji. Dogadywałyśmy się raczej po rosyjsku, ponieważ niemieckiego jeszcze się uczyła. Potem zajmowała się innymi dziećmi, mojej znajomej z Polski. Jestem jej bardzo wdzięczna za pomoc i serce, pozdrawiam!

Adam miał kilka innych opiekunek, które bywały u nas krócej, były zawsze miłe, dobre i pomagały mi i mojemu dziecku przetrwać w naszej samotności. Kilka z nich było rodem z Rosji, czy z Ukrainy, kilka z Polski. Z niemieckiej opiekunki musiałam zrezygnować szybko, gdyż jej mąż wtrącał się nieodpowiednio do opieki nad moim kilkumiesięcznym synem, a u innej pani Adasiowi się nie podobało. Niemieckie opiekunki były droższe.

W Warszawie 2005 poznałam panią Marysię, która przyjechała z Białorusi, żeby pracować w Polsce i zarabiać, także by pomagać swojej mamie na Białorusi. Znała język polski (z akcentem), ponieważ była pochodzenia polskiego. Pani Marysia sprzątała u wielu osób, myła okna, opiekowała się dziećmi i starszymi osobami. Została nianią Adama, który bardzo ją pokochał, ja też. Była cudowna, zawsze miła, piękna, dobra, pracowita, skromna, głęboko wierząca. Wyszła z mąż za polaka i została mamą, mieszka w Polsce. Pozdrawiam zawsze serdecznie!

Podczas mojego pobytu w Warszawie (2005 – 2009) spotkałam znowu Kasię, koleżankę ze szkoły podstawowej. Nasze kontakty się odnowiły. Mogłam liczyć na nią i jej pomoc, na pomoc jej córki Ani, kiedy znalazłam się w trudnych chwilach. Jest osobą wierzącą, cudowną mamą trzech wspaniałych córek, zapracowaną urzędniczką w banku, super żoną, córką, piękną i wspaniałą kobietą z sercem i duszą, pełną dobrej energii. Dziękuję i kocham. Czekam, by się odwdzięczyć.

Mimo, że upłynęło wiele lat, byłyśmy sobie znowu bliskie. Tak jakby upływ czasu nie miał większego znaczenia. Mamy nadal dobry kontakt, narazie przez Facebooka.

W przedszkolu, do którego chodził mój syn, poznałam wspaniałą panią nauczycielkę. Adam miał szczęście znaleźć się w jej grupie! Co to była za radość i jakie fajne lata. Pani Marta była i jest cudowną wychowawczynią dzieci, kochającą i wyrozumiałą dla nich i rodziców, osobą wierzącą.

Jest piękną, wspaniałą kobietą, mamą i żoną, nieustannie się doszkala i podwyższa swoje pedagogiczne kwalifikacje! 🙂 Jestem pełna podziwu! Dojeżdża latami spod Warszawy do stolicy…. I na wszystko ma siłę i dobry humor. Kobieta pełna pozytywnej energii, serca, ciepła, radości, jasności. Kiedy byłam w potrzebie, bardzo mi pomogła. Czuję wdzięczność i miłość. Pisujemy do siebie, spotykamy się na kawie, jeżeli jest okazja.

W Warszawie poznałam także mamę chłopca z przedszkola na Saskiej Kępie. Nasze dzieci lubiły się i my poznałyśmy się i polubiły na jakiś czas, gdyż ja wkrótce (rok później, 2009) musiałam wyjechać z Warszawy do Niemiec. Kasia jest prawnikiem, wspaniałą mamą, kobietą piękną, zapracowaną i radzącą sobie w każdej sytuacji, wierząca. Zawsze w dobrym humorze, zawsze pozytywna i zorganizowana, cudowna i serdeczna kobieta. Kasia pomogła mi bardzo w sytuacji bardzo dla mnie trudnej. Jestem jej dozgonnie wdzięczna i zakochana (platonicznie) oraz pełna podziwu.

W moich miejscach pracy, głównie w szkołach, spotkałam wspaniałe koleżanki: Joannę, Cathy, Monikę, Małgosię i inne – nauczycielki, które podziwiałam i szanowałam. Były wspaniałymi pedagogami, mamami i żonami. Małgosia H. była i jest dla mnie wzorem kobiety, nauczycielki, szefowej, bardzo podziwiam, szanuję i pozdrawiam!

Specjalnie piszę o tym, czy ktoś wierzy w Boga, czy nie, ponieważ wiąże się z tym fakt, że raczej takie osoby pomogły mi w trudnych momentach, nie porzuciły w potrzebie. Zachowały się z sercem. Przynajmniej ja mam takie spostrzeżenia.

Kilka także odwróciło się ode mnie, zupełnie wbrew temu, w co podobno wierzą. Ja wątpię, czy one wierzą, po prostu chodzą do kościoła, ponieważ tak się robi. Najbardziej dziwiło mnie to, że właśnie im powodziło się zawsze bardzo dobrze. Nie były same w kłopotach czy po uszy w problemach, wręcz przeciwnie.

Podziwiam wiele kobiet, których nie poznałam bliżej czy osobiście, aktorki, lekarki, sportsmenki, polityków, pisarki, poetki, żony i matki, osoby serdeczne, dobre i mądre, które spotykam na codzień w różnych miejscach, gdzie pracują, czy spędzają czas wolny… Jest ich tak wiele, że trudno mi je teraz wymienić, zwłaszcza, że znam je z widzenia i kilku miłych słów wymienionych w drodze dalej. Panie z apteki, z pralni, ze sklepu spożywczego, z piekarni, panie sprzątające – ze szkoły, panie kierujące taksówką czy autobusem i wiele innych. Pozdrawiam serdecznie.

Jako nauczycielka (ok. 20 lat pracy) poznałam wiele dziewczynek, młodych dziewczyn i kobiet, które były lub są moimi uczennicami. Wśród nich było i jest tyle wspaniałych, mądrych, dobrych i kochanych osób! Są super uczennicami, wspaniałymi żonami i mami. Łączą pracę zawodową czy naukę z macierzyństwem. Podziwiam i kocham!

Znam wiele kobiet, zbliżonych do ideału. Nie trzeba w tym celu być twarzą telewizji, internetu, czy gwiazdorzyć wyłącznie dla sławy i pieniędzy.

 

 

 

 

Hinterlasse einen Kommentar