EMPIK

EMPIK to fajne miejsce w Warszawie. Nie trzeba już siedzieć na trawie czy na ławce w dzień deszczowy. Empik to książki, filmy, gazety, gry i nawet sprzęt do nich. Bardzo elektroniczny i nie bezcenny. EMPIK jest dla zamożnych, głównie. Ceny nie byle jakie. EMPIK to kawiarnia ze stolikami i małym bufetem, kawa 8 zł, cappucino 9zł, …. Też dla pracujących raczej… te ceny.
Usiadłam przy stoliku. Kartka na nim zapraszała mnie, bo piłam cappucino. Pijesz kawę? Ten stolik jest dla ciebie. Cudnie. Wzięłam książkę z półki i zaczęłam czytać. Z przerwami. Za oknem fajny widok.
Pałac Kultury i Nauki zerka na nas, my na niego. Ludzie jak w miniaturze, samochody. Ruch za oknem i spokój. Jak w domu. Jak u siebie. Cappucino pyszne, książka fajna.
Przy stoliku obok jacyś ludzie przeglądają książki. Kupić, nie kupić? Zajżeć można. Jak w bibliotece. Rozsiedli się nad kilkoma wydaniami na tematy historyczne. Nie piją kawy.
Ktoś inny stuka w klawiaturę laptopa. Chyba coś pije.
Czytam, jak to być emigrantem asymilowanym i mniej asymilowanym. Sama to znam. Zaliczam się raczej do grupy pośredniej. Znam obyczaje, ale są mi obce. Mówienie w języku obcym sprawia mi przyjemność, ale nie jestem sobą. Mam conajmniej dwa życia w jednym. Na zmianę, trochę tu, trochę tam. Warszawa – Halle – Warszawa – Magdeburg – Warszawa – Koblenz – Warszawa. I tak od ponad dwudziestu lat.
Dwa języki. Każdy językiem wroga. Każdy nielubiany. Każdy piękny na swój sposób. W jednej głowie. Na jednym kontynencie, w jednym domu. W Warszawie chyba bardziej lubiany niż nad Renem.
Nad Renem rzuca mu się pogardliwe spojrzenia, zadziera nos na jego widok. W Warszawie już sie zaprzyjaźniliśmy z jego dźwiękiem i się nie boimy. Czytamy tłumaczenia. Podziwiamy.
Jak przetłumaczyć „Pana Tadeusza”? Czy wiersze Mickiewicza? Tego się nie da zrobić. Nie przetłumaczysz dzieła genialnego na inny język. Zwłaszcza pisanego rymem. Zwłaszcza o treści tak polskiej. Na niemiecki??? Prusa pewnie by się dało. Wyspiańskiego już nie. Są języki skazane na samotność. Są skazane na świat.
Ja znam oba. Szczęściara ze mnie. Ale tylko w jednym czuję się w domu na prawdę.
Facet obok udaje, że czyta. Wziął książkę, żeby posiedzieć sobie. Mżawka na zewnątrz. Sok postawił obok stolika, bo nie pije kawy. Spogląda na życiorys Jana Pawła II. I zerka dookoła, trochę niepewny, czy pozwolą mu tu tak siedzieć bez kawy, za to z własnym sokiem w kartonie u nogi. Pozwalają. Po chwili zaczął czytać na prawdę, z dużym skupieniem i lekkim trudem. Porusza ustami, jak w modlitwie. Tak chyba łatwiej się mu skupić, teraz, kiedy może tu zostać przez długą chwilę nad książką. Fajnie. Jak w domu. Jak biznesmen jakiś, albo naukowiec. Nad książką, chociaż bez pracy, ze starym plecakiem i sokiem w kartonie. Jak w bibliotece albo salonie jakimś.
Czytam dalej, o rodzinie niemieckich żydów – emigrantów w Anglii w czasie II wojny światowej. Rozpoznaję własne rozterki. Częściowo. 70 lat po wojnie. Polak – wieczny wędrowiec???
Pora wracać do domu. Nad ruchomymi schodami stolik. Przy nim trzech Warszawiaków bez książek. Nie trzeba nic kupować, a można posiedzieć. Gazeta „Metro”. My też sobie czytamy. A co. I pogadamy, jak to było bez EMPIKU. Czasy przy budkach z piwem przechodzą w zapomnienie?
„Lista pana Rosenbluma” zmienia właściciela. Moje 35,90 też.
Czasy nad książką i laptopem walą potopem…
Szkoda by było, gdyby nas zatopiło. A deszcze ulewne. Upał straszny. Wszystko się zmienia.

6. November 2012 um 09:42 ·

Hinterlasse einen Kommentar