napisane w roku 2012
Z opiekunkami do dziecka było różnie.
Jako samotna matka, bez rodziny i przyjaciół w pobliżu, potrzebowałam jakiejkolwiek pomocy. Kiedy mój synek miał 6 miesięcy wróciłam na kilka godzin do pracy jako nauczycielka. Lekcje odbywały się po południu, dwa razy w tygodniu i potrzebowałam opiekę do dziecka między godz. 15 a 17.30. Dało się to zorganizować i wytrzymać. Nadal karmiłam syna piersią i było mi trudno rozstawać się z maluchem, ale potrzebowałam pieniędzy. Praca była dobrze płatna, w pobliżu i lubiłam ją. Poszukałam niani do dziecka. Znajoma poleciła mi ją, jako osobę godną zaufania, która odchowała własnych troje dzieci i zajmowała się dziećmi, ponieważ jej własne już dorosły. Pani S. mieszkała w pobliżu. Raz przyszła do naszego ciasnego mieszkania na poddaszu, ale powiedziała, że boi się jeździć windą, i wolałaby opiekować się Adasiem u siebie w domu. Nie było to dla mnie najwygodniejsze, ale cóż, trzeba się dostosować, bo opiekunka była miła i robiła dobre wrażenie. Jej mieszkanie było przestronne i leżało po drodze do mojej pracy, więc nie było tak źle. Na początku przestraszyłam się, że w mieszkaniu jest piesek. Ale pani zapewniła mnie, że jest bardzo grzeczny i nie ma kontaktu z dzieckiem. Mąż pani S. także nie pracował i zwykle był w domu.
Karmiłam synka, ubierałam i prowadziłam do opiekunki, kilka bloków dalej. Wręczałam jej kaszkę na wszelki wypadek, pieluchy , i co było potrzeba i szłam do szkoły na lekcje niemieckiego dla dzieci cudzoziemców w Niemczech. W razie czego – miałam komórkę. Ale nie musiałam się nie pokoić, bo mały miał dopiero kilka miesięcy, i najwyraźniej nie przeszkadzało mu przebywanie te 2,5 godziny u niani, której zaufałam. Przecież to nie pierwsze dziecko, jakim się opiekuje.
Adaś był tam kilka razy. Pewnego dnia odebrałam go jak zwykle po pracy. Kiedy weszłam, pani S. zaprosiła mnie do kuchni, skąd zwykle zabierałam synka. Zbaraniałam.
Tym razem moje półroczne dziecko trzymał na rękach mąż niani. Właściwie nie powinien, bo to nie jemu powierzyłam opiekę nad dzieckiem. Nie znałam go bliżej. Ale przecież to też ojciec trojga dzieci, pomyślałam. Nagle ten pan podniósł Adama, posadził go na prawej dłoni, i tak trzymał przez chwilę na wysokości swoich ramion i głowy. Serce mi zamarło. „Proszę zobaczyć, co on potrafi!” – zawołał żonglujący moim synkiem, wydawałoby się dojrzały facet. Mój sześciomiesięczny Adaś siedział jak mały skulony i bezbronny szkrab na dłoni tego faceta. O Boże! Co on robi?
Natychmiast poprosiłam o dziecko, któremu nic się nie stało. Pan opuścił je ostrożnie, a mały jakimś cudem nie upadł na podłogę. Czy on wie, co on robi??? Byłam w szoku, ale nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Nie chciałam krzyczeć i stracić opiekunki, bo nie miałam nikogo, kto mógłby pomóc, i nie wiedziałam, komu mogę zaufać. Ubrałam dziecko i wyszłam.
W domu zdenerwowana przemyślałam wszystko raz jeszcze i strasznie się wystraszyłam. Jak on mógł tak bawić się dzieckiem, popisywać się własną zręcznością – używając mojego syna za coś w rodzaju hantli do ćwiczeń sportowych. Poczułam się okropnie i nie wiedziałam co zrobić. Przecież nie mogę tam dziecka znowu zaprowadzić. Zadzwoniłam do niani i powiedziałam jej o moim oburzeniu. Jak mogła oddać mojego synka pod opiekę mężowi? „Przecież nic się nie stało!”, odpowiedziała. „Mąż nie chciał nic złego zrobić, tylko się z dzieckiem pobawić”. Niestety – nie z dzieckiem – a dzieckiem. Ale nie dyskutowałam z nią, tylko oznajmiłam, że Adaś już się u nich nie pojawi. I tak straciłam opiekunkę nr. 1.
Adam był ok. dwóch godzin u jednej pani opiekunki, mamy własnych córek, ale mu się tam nie podobało. Pani powiedziała, że przez całe 2 godziny płakał i krzyczał tak głośno, jak żadne dziecko, które dotąd słyszała. Zadzwoniła po mnie. Wybiegłam wcześniej z lekcji, żeby go odebrać.
Ponieważ – mimo braku opiekunki do dziecka – musiałam za kilka dni znowu pojawić się w pracy, szybko znalazłam wśród znajomych panią, która przyjechała 2 lata wcześniej z byłego ZSRR do Niemiec. Mimo pobytu na kursie językowym, nie znała niemieckiego i nie mogła znaleźć innej pracy, więc opieka nad moim dzieckiem była dla niej świetnym zajęciem, nawet za za dość małe pieniądze, bo pani Galina bardzo lubiła dzieci. Ja musiałam dogadywać się z nią po rosyjsku, co też nie było dla mnie ułatwieniem. Pani Galina przychodziła prawie punktualnie i nie bała się jeździć windą na 6-te piętro. Szybko przekazywałam jej Adasia i szłam do pracy.
Galina odnajdywała się w opiece nad moim synem. Pewnego razu zastałam ją przy tym, że masowała mojemu półrocznemu dziecku nóżki i prostowała je na siłę… Co pani robi? Proszę go zostawić! Zawołałam przerażona i zła. Galina pouczała mnie po rosyjsku, że masuje mu nóżki, żeby miał ładne i proste, jak urośnie. Zdecydowanie zabroniłam jej masowania nóżek, bo moje dziecko miało zdrowe, normalne i jak na swój wiek – bardzo dobre nóżki, czego żaden lekarz nie kwestionował. Galina zmarkotniała. Innym razem Adam miał katar. Wracam do domu, a tu Galina trzyma mojego bobasa nad pokrojoną cebulą czy czosnkiem i zmusza go do wdychania tych zapachów, bo to zdrowo i mu pomoże. Adaś się darł. Podziękowałam jej za troskę, ponieważ byliśmy u lekarza, który nie zalecał nic podobnego. Katar sam przejdzie. A dziecka w wieku niemowlęcym nie chciałam stresować domowymi sposobami podpatrzonymi i sprawdzonymi na Syberii w poprzednim stuleciu.
Galina lubiła opowiadać mi o swoich dzieciach, kiedy były małe. Sasza przykładowo spadł raz ze stołu na beton jako niemowlę, ale mu się nic nie stało…, jak uważała Galina. Super! I z nią mam zostawić moje ukochane i wyczekane dziecko…, no ale nie miałam wyjścia, a Adaś już ją polubił, a ja widziałam, że ona na prawdę kocha mojego synka i stara się jak umie. Wszystko w rękach Boga! Czasami starała się aż tak bardzo, że nie chciała mi dać synka na ręce, jak wracałam z pracy. Mały chciał być karmiony, a ona do mnie, że on wcale nie chce do mamy, i dawaj go tulić mocniej do siebie… Na szczęście dzieci w tym wieku dają głośno znać, czago chcą lub nie chcą. Adaś przekrzyczał ciocię Galę i dorwał się do matczynej piersi, na którą była pora po 3 godzinach… Galina zmarkotniała.
Gala lubiła chodzić z Adasiem na spacer. Raz wyszła na pół godziny, a wróciła po dwóch. Byłam zaniepokojona, gdzie się podziała niania z moim dzieckiem i dlaczego nawet nie zadzwoni. Okazało się, że po drodze stał Sperrmüll, czyli stare graty, które ktoś wystawił na ulicę w ich drodze na śmietnik. Tam Galina odkryła skarb: drukarkę komputerową, którą załadowała na wózek z Adasiem i powiozła do domu. A co tam, że ja czekam i się martwię, że dziecko nie wzięło picia na 2 godziny, tylko na pół… Wychodziłam zdenerwowana na ulicę, wypatrując ich niecierpliwie. Na szczęście wrócili cali i zdrowi. Wtedy postanowiłam kupić Gali telefon komórkowy, z czego się ucieszyła.
Gala lubiła u nas gotować. Czy trzeba było, czy nie, przyrządzała w małej i ciasnej kuchni jakieś dania dla Adasia. Mimo, że prosiłam i tłumaczyłam, że wcale nie trzeba, bo jej zadaniem jest się bawić i opiekować maluchem, który zaczął się przemieszczać po mieszkaniu, Gala pichciła pod moją nieobecność, zamiast pilnować go jak oka w głowie. I tak nikt oprócz niej nie chciał tego jeść, a mnie szlak trafiał. Ja zmarkotniałam…
Dzięki Gali Adaś stracił piękne mobile, wiszące nad jego łóżkiem, bo ciocia dała mu je do rąk własnych, kiedy miał 5 miesięcy i poplątał je na dobre. Już się do niczego nie nadawało. Innym razem Gala zapomniała, że nie jest dzieckiem, i siadła na drewnianym stopniu krzesła dziecięcego Adasia. Decha pękła. Musiałam kupić nowy stołek. Gala ważyła jakieś 20 razy więcej niż dwulatek. Znowu mi mina zrzedła.
Ale cóż, trzeba było robić dobrą minę i nie przejmować się takimi drobiazgami.
Gala została wezwana przez rodzinne sprawy na kilka miesięcy na tereny byłego ZSRR. I pojechała.
Adam był w małej prywatnej grupie z innymi dziećmi u niemieckiej opiekunki, ale nie czuł się tam dobrze i po trzech razach już go tam nie prowadziłam. Był tam zawsze smutny i nie chciał tam zostawać. Wiem, że innym dzieciom się bardzo podobało… Najważniesze dla mnie było to, by się czuł dobrze i był zadowolony.
Kiedy Gala odeszła, nową opiekunką dwuletniego Adasia została pani Natasza. Natasza była od ok. roku w Niemczech i nie znała jeszcze dobrze języka Germanów Zachodnich. Po kilku słowach w języku niemieckim zorientowałam się, że Natasza nie wie o co chodzi, ale myśli, że wszystko rozumie. Było to jeszcze gorsze od sytuacji, kiedy ktoś wie, że nie rozumie i stara się pojąć, albo mówi, że nie pojął.
Natasza myliła po niemiecku dni tygodnia i godziny, nie wiedziała dokładnie o czym mówię do niej w tym obcym języku i czego oczekuję. Ale uśmiechała się zadowolona i potakiwała, jakby wszystko grało, po czym na koniec po rosyjsku mówiła zupełnie co innego, niż ja miałam na myśli.
Rozmawiałam z nią więc po rosyjsku i męczyłam się, by się dogadać, ponieważ nie władałam płynnie tym językiem wyuczonym w szkole i przy okazji słuchania uczniów na moich kursach języka niemieckiego. Uczyłam się przy okazji Rosyjskiego. Najważniejsze było jednak dogadanie tego, kiedy ma przyjść i co zrobić z dzieckiem w tym czasie, oraz kiedy być z powrotem, itp.
Na początku Natasza była miła i dobrze radziła sobie z moim synkiem. Miała mnóstwo pozytywnej energii i dzieliła się nią z nami. Bo mnie zaczęło jej po dwóch nieprzespanych latach brakować. Adaś ją bardzo polubił. Była jak babcia, ciocia i matka. Jego ciocia Natasza przychodziła punktualnie i chętnie, była prawie na każde wezwanie jej do odpłatnej pomocy. Obraziła raz, kiedy ja powiedziałam do niej ciocia. Ciocia wy to ili tamto… Był to problem związany z tym, że ciocia to stara babcia po rosyjsku, a po polsku – bliska rodzina. Za to ona mówiła do mnie „Mama”. Mama wy to, ili tamto…
Nie wiedziałyśmy jak do siebie mówić w tych trzech językach. No i powstał zgrzyt. Ustaliłyśmy więc po wyjaśnieniu tych różnic językowych, że zwracamy się do siebie po imieniu i per „wy”.
Nie płaciłam jej dużo za godzinę, ale potrzebowałam jej pomocy prawie codziennie i przez kilka godzin. Natasza nie znalazłaby wtedy, bez znajomości języka, lepszej pracy i była zadowolona, tym bardziej, że uwielbiała Adasia. Nie miałam nikogo innego do pomocy, ani żadnej rodziny. Natasza była dla mnie prawdziwym i nieocenionym skarbem! Mogłam na nią liczyć, kiedy szłam do pracy, w czasie choroby i kiedy chciałam wyjść do miasta. Natasza nie miała własnych wnucząt i bardzo lubiła Adasia. Także z nim rozmawiała po rosyjsku. Pierwsze zdania jakie Adam zaczął formułować składały się z wyrazów w trzech językach: polskim, niemieckim i rosyjskim. „Pajezd jedzie Bahnhof.”
Adam i jego niania lubili chodzić razem nad Ren na plac zabaw, na dworzec i do niej do domu.
Na dworcu wsiadali czasami do pociągu i patrzyli przez okno, dopóki „pajezd” nie ruszył. U Nataszy bawili się w ogródku przy bloku, podlewali posadzone przez ciocię kwiatki i ogórki, siedzieli na kocu. Raz Adaś nocował u Nataszy. Był u niej chętnie i jak u najbliższej rodziny, którą mu zastępowali ona w towarzystwie swojego męża. Za tym panem nie przepadałam, ponieważ od razu zaczął do mnie mówić na ty, pouczał mnie i uważał, że wie wszystko najlepiej, ponieważ był inżynierem w ZSRR. A był 15 lat ode mnie starszy. Natasza też. Niania Adasia po krótkim czasie zadomowiła się u nas na dobre i też zaczęła wiedzieć wszystko lepiej ode mnie. Także, co i jak powinnam robić u siebie w domu, gdzie powinnam powiesić coś w kuchni i jaką wkręcić żarówkę. W końcu Natasza też była inżynierem elektrykiem z ZSRR. Tłumaczyła mi w moim własnym domu po rosyjsku, co i jak powinnam zrobić, a czego nie nada. Co jest zdrowe i smaczne, a co nie. Nie raz przynosiła Adasiowi blinczyki i robiła mu płatki owsiane na mleku, nazwane przeze mnie później określeniem: „Kaszka jak Nataszka”. Natasza obcięła raz bez porozumienia się ze mną Adasiowi włosy, bo uznała, że ma za długie. Miałam coraz mniej do powiedzenia we własnym domu i w sprawie mojego dziecka. Mama mieszajet, mawiała Natasza, i prosiła mnie, żebym już sobie szła, gdzie mam iść, skoro ona jest już na swym stanowisku pracy, czyli u siebie – u mnie? Ja miałam tylko wyłożyć na koniec umówioną kwotę w gotówce i się nie wtrącać. Nie czułam się dobrze w tej sytuacji, ale nie miałam sił dyskutować z Nataszą i byłam szczęśliwa, że mam taką pomoc, a Adam ukochaną osobę, która go też lubi i kocha. Adam nie akceptował każdego, a jeśli opiekunka mu się nie podobała, mówił, że śmierdzi i ma sobie iść! Po takim tekście mojego syna, jednorazowa niania też już go nie lubiła i nie miałaby ochoty się więcej pokazać.
Ciocia Natasza przyjeżdżała do nas na rowerze, czy słońce, czy deszcz, latem i zimą. Była nieustraszoną kobietą gierojem w powietrzu, na morzu i na lądzie. I miała na potwierdzenie tego różne odznaki z St. Petersburga, o których wspomniała. U siebie na „zawodzie” była „szefiną” i wszyscy się jej tam słuchali.
Natasza postanowiła pewnego razu popatrzeć przez balkon na ulicę. Posadziła moje dwuipółroczne dziecko na balustradzie balkonu, nóżkami na zewnątrz. Trzymała go mocno, aby nie spadł z jej ramion sześć pięter w dół i nie pomyślała nawet, że to może być niebezpieczne, jeśli ona zasłabie, albo dziecko się zacznie szarpać. Na szczęście nic złego się nie stało, ale poprosiłam, by nie podziwiała nigdy więcej z Adasiem widoków z okna w podobny sposób. Innym razem mały Adaś zamknął Nataszę na balkonie. Zatrzasnął przesuwane drzwi, kiedy wyszła, ale dał się jej namówić do ich otwarcia i umiał to już zrobić. Na całe szczęście!
A więc także Natasza nie przewidywała wszystkiego i nie widziała w takich sytuacjach nic szczególnego, oprócz powodu do śmiechu. Natasza nie bała się burzy z gradobiciem pod drzewami nad Renem i pomaszerowałaby z dzieckiem na spacer w najgorszą pogodę i na przekór przeszkodom. Błagałam, by nie wychodziła, bo już nie jedna odłamana gałąź drzewa zabiła kogoś nad Renem w czasie wiatru i burzy. Niczewo!!!!!! Nie nada!!! I wsjo w paradkje, odpowiadała Natasza.
Natasza i jej mąż wyjechali po nas, kiedy przyjechałam do Koblenz z Warszawy. Wyszli po nas na lotnisko w Köln/Bonn i jechali razem pociągiem. Dzięki nim nie byliśmy tak samotni i smutni. Adam cieszył się Nataszą. Tylko jej mąż był zawsze trochę zazdrosny o miłość własnej żony do tego obcego i polskiego dziecka. Mam wrażenie, że Rosjanie czują pewną wyższość wobec Polaków. Bo jak to się mówi: Kurica nie ptica, Polsza nie zagranica (żenszczina nie czeławiek)… Chyba jednak zakodowano niektórym z nich w umysłach, że Polacy to taki kraj związkowy (lub nawet wieś), który chciał być niepodległy. Ale i tak nie ma to jak matka Rassija. Bo co my Polacy mamy za osiągnięcia w ogóle w porównaniu do Rosjan?
I co ja: samotna matka, rozwiedziona, bez męża i bez pieniędzy mogę wiedzieć???
Od kiedy wyjechałam do pracy do Warszawy, kontakty z Nataszą urwały się. Adam miał cztery, pięć i sześć lat. Przychodziła do nas jeszcze czasami, kiedy byliśmy w Koblenz podczas ferii, ale mniej chętnie. Adaś nie chciał się jej już tak słuchać, jak wcześniej. Nie chciał uprawiać z nią gimnastyki, czyli zarjadki, mimo iż Natasza stwierdzała braki w jego wysportowaniu. Nie rozumiał, kiedy mówiła do niego po rosyjsku, ani po niemiecku.
Pozdrawiam i bardzo dziękuję!
Na szczęście wakacje letnie (2002 – 2005) spędzaliśmy w Warszawie. Pociągiem, samolotem i znowu z powrotem – w domu! Ale także w Warszawie trzeba było szukać opiekunki, bo nie dałabym rady chodzić z rocznym dzieckiem na ręku na zakupy i wnosić synka o wadze dwulatka, wózek – coby nikt nie ukradł, oraz artykuły spożywcze i pierwszej potrzeby na czwarte piętro… I tak codziennie. Poza tym trzeba było załatwić kilka spraw w urzędach, kupić jakieś meble, bo stare się rozpadały, zameldować, itp… Ani siostra, ani jej syn nie raczyli ruszyć mi z pomocą, bo woleli spędzać wakacje na własną rękę i możliwie bez nas, skoro już przyjechaliśmy, by kierować uwagę rodziców nie na nich, a na nas. Nie pomogli mi wcale. To co, że ja byłam nianią mojego siostrzeńca, kiedy był mały? To co, że u mnie spędzał wakacje, kiedy siostra zwiedzała obce kraje? Nic.
Rodzice owszem trochę mogli pomóc. Ale byli już zchorowani i starzy i nie mogłam powierzyć im pod opiekę ruchliwego i bardzo energicznego malucha, który miał swoje zdanie na każdym kroku, zamiast cicho siedzieć w kojcu, czy łóżeczku i patrzeć się grzecznie na grzechotki. On nie wysiedział minuty spokojnie, zwłaszcza bez towarzystwa do zabawy.
Bałam się posyłać chorego na raka tatę na spacery z dzieckiem. A mama już sama ledwo chodziła. To im potrzebna była pomoc, a nie ich pomoc mnie. Spotykaliśmy się razem, ale dziecka nie zostawiałam u rodziców, bo nie poradziliby sobie z nim w ich wieku, znacznie po 70-tce i z jego temperamentem po własnym dziadku.
Na szczęście mama znała parę pań z Ukrainy i Białorusi, które przyjeżdżały do Warszawy do pracy. Zajmowały się głównie sprzątaniem, ale pani Marysia chętnie podjęła się opieki nad Adasiem. Pani Marysia była kochana i bardzo miła. Adaś ją lubił, ja też, chyba z wzajemnością. Siedziałyśmy sobie nieraz „po godzinach” i gadały o naszym nie łatwym losie. Pani Marysia sprzątała także mieszkania, ale zapewniała: nadejdzie taki dzień, kiedy się wszystko zmieni… No i czekałyśmy tak przy lodach, butelce soku, a czasami przy kieliszku wina. Adaś kręcił się po mieszkaniu, czas mijał, rok, dwa, trzy,… Zawsze w czasie wakacji Marysia przychodziła do Adasia. Podczas spacerów lubiła z nim chodzić do kościoła, który był zaraz obok naszego bloku. Zaglądali tam codziennie na chwilę, bo mały nie wytrzymałby długo w ciszy modlitwy i pobożnym bezruchu. Trzyletni Adaś miał zamiar ożenić się kiedyś z Marysią! Świetnie się razem bawili, a ja byłam szczęśliwa i miałam wolne chwile dla siebie, albo nie siedziałam z nim w domu sama i samotna. Tylko raz Marysia wpadła na pomysł spaceru nad Wisłą w upalny letni dzień i sforsowania Wisłostrady z Adasiem – nie na światłach. To co, że tam były pasy… Jednak przeżyli.
Pani Marysia była fajna i stała się członkiem naszej rodziny, i teraz, kiedy Adaś ma 10 lat rzeczywiście wiele się dla niej zmieniło. Ma swojego trzyletniego synka i męża oraz dom pod Kołobrzegiem. Tylko my jeszcze czekamy, aż nam się polepszy… No, ale na szczęście – nie jest tak źle, mogłoby być gorzej…
Kiedy Adaś miał cztery lata, udało mi się wrócić z Niemiec do Warszawy. Prawdziwym cudem znalazłam pracę w Szkole Amerykańskiej w Konstancinie, i byłam w stanie sfinansować mój powrót do domu. Zrezygnowałam z pracy w Niemczech, zabrałam synka i najbardziej potrzebne nam rzeczy, wróciłam do mojego mieszkania na Powiślu.
Byłam szczęśliwa i wielkim stresie. Nowa praca była wymagająca. Czteroletnie dziecko też. Powrót po latach do Warszawy był jak lądowanie na innej planecie. Wiele rzeczy się zmieniło. Sklepów, które znałam sprzed lat, nie było, nie wiedziałam, gdzie mam iść, żeby załatwić różne sprawy i zrobić zakupy dla siebie i dziecka, do samochodu, i.t.p. No i nie miałam stałej pomocy do dziecka. Musiałam szukać nowej opiekunki, która będzie chciała przychodzić do mnie i Adasia na czwarte piętro w bloku bez windy, do mieszkania, które było niemodne i nieeleganckie.
Dałam ogłoszenie do „Gazety”. Telefon dzwonił. Musiałam prowadzić lekcje w szkole, rozmawiać przez telefon z kandydatkami na przerwach między lekcjami, zorientować się wstępnie, z kim rozmawiam i spotykać się z wybranymi osobami po lekcjach oraz mieć w tym czasie opiekę do dziecka. Tata Adasia raczył pokazać się od czasu do czasu. W zależności od własnych planów, układów ze swoją przyjaciółką i jej wolnego czasu.
Umawiałam się z kandydatkami na opiekunki w kawiarni, zwykle przy Placu Trzech Krzyży, bo mam tam niedaleko. Jedna pani nie zrobiła dobrego wrażenia, byłam pewna, że nie nadaje się do opieki nad moim dzieckiem. Kilka pań było miłych. Zaprosiłam cztery panie do domu. Jedna nie nawiązała żadnego kontaktu z moim synkiem. Innej nie spodobało się moje mieszkanie i widok z okna, oraz mój czterolatek, który nie był wtedy grzecznym „aniołkiem”, a zajmował panią cały czas zabawą i rozmową, zamiast siedzieć cicho.
Kolejna pani opowiadała na spacerze zapoznawczym tylko o innym dziecku i nawet nie spojrzała na Adasia.
Następna pani miała ochotę opiekować się moim synkiem tylko u siebie w domu. Nie było jej do nas po drodze, bo mieszkała niedaleko. Kiedy zorientowała się, że nie jestem milionerką, nie była zainteresowana pracą u mnie. Krytykowała, że Adaś nie ma książeczek i tylu zabawek, co jej inny podopieczny z Żoliborza, syn adwokata i jego także dobrze usytuowanej małżonki… Cudowny chłopczyk! słuchałam. No ale myprzyjechaliśmy dopiero z Niemiec, gdzie zostały zabawki i książki Adasia. Pani próbowała mi za to wcisnąć na opiekuna swojego dwudziestoletniego syna, który skończył szkołę i nie miał chwilowo zajęcia. Przyszli raz do nas razem. Za tydzień okazało się, że syn już ma pracę i wcale nie chce, ani nie chciał niańczyć mojego dziecka. Jego mama w sumie też nie, zwłaszcza za takie marne pieniądze.
I znowu musiałam szukać kogoś następnego. W międzyczasie pomagała nam pani Marysia. Ale nie miała dla nas dużo wolnego czasu, bo w zasadzie opiekowała się całodobowo starszą panią na Mokotowie. Przyjeżdżała w weekendy, kiedy miała wolne w tamtej pracy.
Moja siostra nie raczyła zapytać, jak sobie radzę bez niani, rodziców na chodzie i bez żadnej pomocy. Zakupy same się nie wnosiły, mój synek nie chciał zawsze iść tam, gdzie ja chciałam, a ja byłam zmęczona walką z nim o moją pozycję w naszym dwuosobowym stadzie. Adaś od małego miał skłonności przywódcze i od kiedy zaczął chodzić i mówić na dobre, czuł się głową naszej rodziny. Niełatwo było ugodowo i polubownie przekonać go do tego, że to mnie ma się słuchać, a nie ja jego. Kiedy próbowałam mu to tłumaczyć w sposób bardziej ostry, stawał się wściekły i nie wiele można było tym osiągnąć. Na szczęście z wiekiem i dzięki moim pedagogicznym staraniom, stawał się bardziej łagodny. Ale nadal walczy o pozycję samca w domu lub ja o swoją… Nie łatwo wychowywać samotnej kobiecie syna, zwłaszcza takiego, który jest urodzonym szefem i ma zacięcie na despotę. W końcu to wnuk mojego ojca. Kiedy Adaś miał niecałe 4 lata, powiedział, żebym poszła do kuchni, bo tam jest miejsce kobiety. Jak on na to wpadł w tym wieku i nawet bez wzorców męskich na codzień?
W innych momentach Adaś był także małym, delikatnym i wrażliwym chłopcem, który potrzebował zrozumienia, dobrej i czułej opieki. Wyczuwał ludzi i nie lubił wszystkich. I znowu mówił, że ta pani ma nie przychodzić, bo n.p. śmierdzi (tak sobie wymyślał), albo że nie umie się bawić. To, że pani śmierdzi oznajmił od razu przy tej opiekunce, którą jakoś zniechęcił…
U fryzjera darł się w niebogłosy, że nie chce mieć obcinanych włosów. A fryzjerki były wdzięczne, o ile nie zostałam z nim u nich w salonie. Dla Adasia przeprowadzka do Warszawy też była stresująca. Nowi ludzie, język polski, do którego musiał lepiej i bardziej przywyknąć. Brak ukochanej niani Nataszy.
Przez kilka dni pomagała mi odpłatnie także kuzynka studentka. Ale szybko miała nas dość.
Na szczęście poznałam po kilku tygodniach poszukiwań dwie miłe panie, które dogadywały się ze mną, radziły sobie z moim synkiem i miały ochotę nas odwiedzać w ramach ich godzin pracy. Jedna była studentką, druga prowadziła dom i pracowała od lat jako opiekunka do dzieci.
Magda bawiła się z Adasiem w weekendy, także, kiedy byłam w domu i odpoczywałam. Nie mieliśmy cioci ani dziadków. Ani nawet zbyt wielu znajomych. Tata Adasia wpadał na kilka godzin w niedzielę.
Na panią Jolę mogłam liczyć. Odbierała Adasia z przedszkola i siedziała z nim, kiedy musiałam zostawać w szkole dłużej, na zebraniach i spotkaniach. Adam lubił bawić się z panią Jolą, a ona pogadała czasami ze mną, zostając trochę dłużej na kawie.
Pani Jola miała nie łatwe życie, które poświęciła wychowaniu swojego syna, wymagającego od dziecka dużo opieki i zabiegów, by rozwijać się tak jak inne dzieci w jego wieku. Urodził się z porażeniem mózgowym. Na szczęście miał kochanych rodziców!
Rodzice pani Joli i moi byli w podobnym wieku. Jej tata zmarł na kilka miesięcy przed moim. Mama wymagała opieki, tak jak moja. Mogłyśmy sobie często porozmawiać. Pani Jola nie wiedzieła tylko, ile ja mam spraw na głowie i jak ciężko było mi to wszystko ogarnąć. Nie traktowała mnie zbyt poważnie. Chyba dlatego, że nie miałam zamożnego męża i forsy bez liku, a mieszkanie raczej skromne.
Pani Jola bardzo nam pomogła. Opiekowała się także moją mamą, kiedy ja nie mogłam być u niej. Oczywiście była to jej praca, za którą otrzymywała wynagrodzenie. Niełatwo jest jednak spotkać takie osoby, na które na prawdę można liczyć, i którym można zaufać, nawet za pieniądze, i z którymi lubi się przebywać prawie codziennie pod własnym dachem. Byłam wdzięczna pani Joli za to, że była. Dzięki niej mogłam wyjechać na kilka dni, na szkolenie za granicę. Dzięki jej pomocy i obecności przeżyłam operację Adasia w szpitalu i poradziłam sobie z pracą, opieką nad dzieckiem i opieką nad rodzicami. Dzięki niej mogłam zrobić zakupy i wyjść z domu i zorganizować moje życie w Warszawie.
Nikt z rodziny nie interesował się nami. Nikt nam nie pomagał. Pani Jola była dla mnie wielkim skarbem.
Ale także z nią urwał się kontakt, kiedy wyjechałam z powrotem do Niemiec.
Dla pani Joli byliśmy tylko miejscem średnio płatnej pracy. Po naszym wyjeździe znalazła lepszą.
Pozdrawiam i bardzo dziękuję! Joanna