Pożyczka

Kiedy jest się w kłopotach, nie ma się pracy, a pieniądze kończą się i basta, nie wiesz, co robić. Opowiadasz to znajomym i ludziom, których uważasz za przyjaciół. Reagują różnie.
Początek zmartwień jest słabo przez nich rejestrowany, a ty robisz dobrą minę do złej gry, przegrywając wszystko.
Na pewno sobie poradzisz, mówią. Masz wykształcenie, znasz języki. Ty, na pewno znajdziesz pracę. A tam już pytałaś, tu poszukaj, itp. Jest wiele możliwości. Dziwne, że ciebie nie dotyczą akurat. Pech. Los. Cios. Egzamin dla ciebie i innych.

Nikt nie pyta, czy może ci jakoś pomóc. A ty na początku pomocy jeszcze nie potrzebujesz na już. Koleżanka opowie ci, że wybiera się na urlop. Bo od 12 lat w domu siedzi z dziećmi i co roku na urlopie w „ciepłych krajach” i to siedzenie w domu ją właśnie bardzo zmęczyło. Musi odpocząć na Majorce. A ty się zastanawiasz, jak opłacisz wszystko przez następne miesiące… Koleżanka wychodzi, i życzy ci powodzenia, bogatego męża, itp. A ty stoisz jak dureń i szlak cię trafia na taki brak wyczucia.

Kiedy pieniądze kończą się jeszcze bardziej, zaczynasz być nerwowa. Najpierw dowalasz chłopu, co to też groszem nie śmierdzi, a karmić się pozwala od miesięcy.
Żalisz się koleżance, która pracę ma, ale ona nie może ci pomóc, słyszysz, chociaż jeszcze o pomoc nawet nie prosiłaś.
Potem jedziesz, gdzie przeżyć się daje. W obce kraje.

Za resztkę pieniędzy kupujesz bilet na samolot. Ale dwa dni przed odlotem choruje dziecko. Straszna grypa, 40 stopni gorączki. A zaraz potem ty. Bilety za kilkaset euro przepadają… A ty za kilkaset euro, które miały być jako rezerwa, musisz kupić nowe bilety na później…

Jak pech, to pech, na całej linii.

Wyjeżdżasz więc 2 tygodnie później, prawie bez forsy…

Zasiłek dla bezrobotnych w Niemczech, jest wystarczający, by jeść i pić od pierwszego do pierwszego. Masz szczęście, że ci się należy, bo w Warszawie mogłabyś się wraz z potomstwem i mamą staruszką powiesić.
Wyjeżdżasz w depresji i pozostawiasz mamę staruszkę w domu opieki. Mama smutna. Ty też. Ale przecież za dwa miesiące się zobaczycie. Aby do ferii. Obie nie przypuszczałyśmy, że widzimy się po raz ostatni.
W Niemczech składasz wnioski i dostajesz minimum na życie. Dziecko potrzebuje książki i przybory do szkoły, nowy tornister i piórnik.

Mama upada, łamie kość łonową, źle się czuje. Nikt nie sprawdza, co się mamie stało. Siostra, zamiast posłać ją na prześwietlenie, namawia mamę na spacery… Czy to pomaga?

Za kilka dni mama dostaje martwicy jelit, operacja, po kilku następnych dniach mama umiera. A ty rozpaczasz daleko od niej, że nie byłaś blisko i nie trzymałaś jej za rękę w tych ostatnich chwilach. Ale mama miała przecież jeszcze jedną córkę. Jest jeszcze telefon.
Ale siostra nie chce podać mamie słuchawki, kiedy jest przy niej. Mówi mi, że mama nie może rozmawiać. Ale może słuchać, mówię wściekła w rozpaczy. W końcu podaje mamie „komórkę”, a ja mówię do niej. Mama: „Żegnam cię Asiu!” Ja w płacz.
Błagasz, pytasz, w końcu ktoś pożycza ci 200,- €. Tyle da się jeszcze pożyczyć… na bilet dla ciebie i dziecka!
Więc przylatujesz z synem za resztkę pieniędzy na pogrzeb. Ciemne okulary oddzielają cię od ciekawskich spojrzeń i kuzynek, które nie mają pojęcia, jak ci smutno i ciężko. Ale nikogo to nie interesuje. Nikt nie zapytał przez ostatnie lata, jak sobie radzisz, sama z dzieckiem, z pracą, a potem bez pracy, za granicą. Z umierającym ojcem i mamą, potrzebującą pomocy. Nikt się nie zainteresował. W czasie ferii nikt i w czasie Świąt nikt. Ani starsza siostra, która pracę miała, ani kuzynki…

Na pogrzeb przyszło kilka osób. Mówią, jaka podobna do mamy.
Po powrocie lekarz przepisuje ci pigułki antydepresyjne i żyjesz, chociaż wszystko doprowadza cię do łez i łatwo wyprowadza z równowagi. Powoli, pogrążona w smutku, zastanawiasz się, jak ma być dalej. Nadal nikogo nie obchodzisz. Nikt nie pyta. Nikogo nie prosisz, bo nigdy nie prosiłaś, i bo jakoś jeszcze ciągniesz resztką sił i pieniędzy. Dziecko chce rower. Ale odziedziczyłaś mieszkanie i jedyny kłopot to to, że jesteś daleko i nie możesz nic załatwić. Nie możesz pojechać do Warszawy i nie możesz załatwić nic, bo nie masz forsy. Na pracę nie masz siły. Bo leżysz i smucisz się lub płaczesz.

Dziecko chodzi do szkoły. Ale krótko przed wakacjami musisz zebrać resztkę sił i pieniędzy, żeby sobie pomóc i sprzedać, co możesz. Nie masz na bilet i pobyt w mieście, do którego musisz polecieć, nie sama, ale z synem. To nie jest taniej. Przecież go nie zostawię samego.

Pytasz znajomych i ludzi, których uważasz za przyjaciół, czy mogą ci pomóc. Bo inaczej się nie da. Nie lubisz pożyczać od kogoś pieniędzy i rzadko kiedy to robiłaś. Nie było potrzeby, nie byłaś w potrzebie.
Sama nie lubiłaś pożyczać innym, ale nie odmówiłaś, jeżeli ktoś zapytał i prosił, na przykład raz Ula z mężem. Siostra nigdy nie pożyczała, ona dostawała w prezencie…

Jak się okazuje, ludzie też nie lubią pożyczać znajomym. Zwłaszcza rodzona siostra, która czeka na zachowek, nie ma pieniędzy, żeby ci pożyczyć na początek załatwienia spraw, związanych ze sprzedażą mieszkania. Chociaż wiem, że ma około 30 000 zł na kocie i stałe zarobki. Jej syn sam zarabia. Do mamy nie dopłacała ani grosza.

A przecież wtedy ten zachowek może otrzymać. Gówno ją to obchodzi. Jej można było pomagać, dawać podarki i ratować życie jej i jej dziecka w przeszłości…

Kilka osób rozumie twoją sytuację. Kilka osób nie zadaje zbędnych i nieprzyjemnych pytań. Kilka osób mówi po prostu ile może dać i kiedy chciałoby z powrotem. Kilka osób ratuje ci życie, bo sytuacja jest w zasadzie przejściowam ,myślisz. Kilka osób pożycza po 200,- €.
Masz mieszkanie, którego nie zamienisz na gotówkę w ciągu kilku dni. A tym bardziej będąc 1200 kilometrów od miasta, w którym jest.

Oddasz później z naliczonym małym podziękowaniem.

Twoja rodzona siostra, która wie, że ma prawo dostać część pieniędzy za mieszkanie, nie ma żeby ci pożyczyć. Ma natomiast, by wynająć prawnika, który będzie żądał pieniędzy za mieszkanie, którego nie możesz sprzedać bez pieniędzy na przylot i pobyt.
Siostra zawsze brała i dostawała, także od ciebie. Ale teraz nie ma, żeby pożyczać. Byle komu.
Pytasz matkę chrzestną dziecka. Mężatka, dwoje dzieci. Mąż nauczyciel, ona nauczycielka, domek, dwa samochody. Stała praca, bez obaw kryzysowych. Ich rodzice też samodzielni finansowo, rodzeństwo męża pracujące.
Pytasz, czy może ci pożyczyć na wyjazd. Nie zdążyłaś powiedzieć ile, na jak długo i dlaczego. A matka chrzestna twojego syna i żona jego ojca chrzestnego, i tak zwana „dobra“ znajoma i dobra katoliczka, która nie opuszcza mszy w niedzielę, daje ci w pysk:
Pożyczyć to można raz! Jak sobie sama nie pomożesz, to nikt ci nie pomoże! A w ogóle na co ci te pieniądze??? Pyta, znając moją sytuację od lat. My też właśnie pożyczyliśmy od teściowej, mówi dalej. No proszę, to im jednak ktoś pomaga. Musi się naradzić z mężem, bo sama nie może podjąć decyzji. Na temat 100 – 200,- euro?
Ale ja nie mam ochoty słuchać jej komentarzy. Niech sobie odstoją w kościele swoje dobre uczynki w ramach miłości bliźniego do siebie samego. Właśnie chcę sobie też pomóc sama. A kilkaset złotych dla niej i jej męża to małe ryzyko. Zwłaszcza, że oddam za kilka tygodni, może 2, 3 miesiące. Bo będę miała z czego. Ale nie dziś!!! Nie mówię nic. Przyjaciół poznaje się w biedzie. Odkładam słuchawkę.
Nie oddzwania.

To, że siostra nie pożyczy, wiedziałam. Znam siostrę od dziecka. Nawet czekoladę mi wyjadła, jak swoją skończyła. Chociaż 13 lat starsza.
Ale że Anka się tak zachowa, nie przypuszczałam. Właśnie ona wydawała mi się osobą, która bez problemu będzie mogła i będzie chciała pomóc. Odstawia wzór cnót i jest nauczycielką, humanistką, germanistką, koleżanką po fachu.

Kiedy powiedziałam jej, że chcę zniknąć z jej życia, bo czuję, że traktuje mnie, jak zło konieczne, które jakoś trzeba tolerować, powiedziała: no skoro tak czujesz, to tak czujesz.
Zakończyłyśmy znajomość.
A moje dziecko nie ma już rodziców chrzestnych, ani cioci, ani dziadków.
Oczywiście to moja wina. Ja nie umiem z ludźmi rozmawiać. Nie potrafię twierdzić, że deszcz pada, jak mi w oczy plują.

Za to mam mieszkanie do sprzedania, minus zachowek dla mojej siostry, która wywalczy go przed sądem. Na adwokata jej forsy nie zabraknie. A jej syn wszystko wkrótce przebaluje.

Po to ją leczyłam i do lekarzy woziłam i jej dziecko na wakacje do Niemiec zapraszałam, kiedy byłam ustawioną żoną, ustawionego męża.
Teraz jestem samotną matką, która może sobie o ludziach i o życiu popisać.
Trzy siostry już były. Dwie siostry są. Będę pisać.
Czy ktoś chce kupić mieszkanie???

Mieszkanie sprzedane. Komornik też zarobił.

Dziękuję Bogu, że wszystko jakoś się ułożyło, że mimo wszystko dałam radę i że nauczyłam się, jak to jest być w biedzie, w sytuacji prawie bez wyjścia, o ile nikt ci nie pomoże.

Dziękuję wszystkim, którzy mi pomogli. A było kilka takich osób!

Sama wcześniej nie rozumiałam tego tak dobrze. Nauczyłam się pokory. Nigdy nie myślałam, że ja mogę znaleźć się w takiej sytuacji, osoby w depresji, proszącej o pomoc.

Hinterlasse einen Kommentar