Dzień pierwszy 05.01.09
Drogi Czytelniku,
z bólem serca zwierzam ci się z moich rozterek miłosnych, związanych z zalotami do mnie pewnego wrażliwego i znanego osobnika płci męskiej. Otóż obywatel ten postanowił wreszcie po dwóch latach esemesów i połączeń telefonicznych, wpaść do mnie na pierwszą randkę z kwiatami, szampanem i winem oraz wspólnym kolegą, ponieważ samemu to straszno tak jakoś do kobiety… jeszcze coś powie, albo herbatą poczęstuje i dopiero będzie…
Więc czekałam na nich wczoraj od rana, ściany dookoła włączników do światła odmalowałam, bo były czarne od obmacywania przez poszukujących drogi do jasności. Odkurzyłam kurze, zmyłam, co się dało i czekałam. Czas płynął. Muzyka z radia też.
Nagle buch! Nagle uch! Zawył młot pneumatyczny u sąsiadów, zaryczały piły do metalu i zawaliły młoty w ściany! Albo coś w tym stylu. Nowy rok, nowe przedsięwzięcia i od razu w realizacji! I to akurat dzisiaj, kiedy ja zaplanowałam pierwszą randkę z wrażliwym osobnikiem…, a może nawet by o rękę poprosił!? Ale jak on to przekrzyczy? Huk, cięcie, rżnięcie, walenie i zapach spalenizny wypełniły moje pokoje, zakłócając spokój ogniska domowego, chociaż czuło się zapach spalenizny….
Być może chłopcy poczuli na parterze pismo nosem, usłyszeli warkot pił i walenie młotów i nie odważyli się pokonać tej nawałnicy, rozpętanej na 3 piętrze, aby dotrzeć na piętro wyżej, czyli do mnie. Czekałam nasłuchując w rozpaczy…
Myślałam sobie: nic, tylko przerabiają kawalerkę na wymarzone dwupoziomowe M-4. Gaz się odetnie a kuchenkę zlikwiduje, zaoszczędzi się, bo kryzys, bezrobocie, a po co gotować, skoro i tak wszystko w proszku, tylko gorącą wodą zalać z czajnika i gotowe, niebo w gębie z gorącego kubka, w postaci kaszki, lub sproszkowanych ziemniaków.
Tam gdzie był gazomierz będzie sypialnia rodziców, planowałam w myślach. Balkon będzie przechodni, WC zrobi się w kuchni, zaoszczędzi się wodę ze zmywaka do spłuczki, a i drogi się nie nadłoży. Tam gdzie wanna będzie pokój dziecinny dla Bożenki, Stasia i Piotrusia. Dwupoziomowy przedpokój ze schodami utworzy miejsce dla większej ilości pawlaczy. Z czterech stopni się nie spadnie daleko. Szkoda tylko, że na kominek miejsca nie starczy. Kowalscy sobie wbudowali pod parapetem i mają taki elektryczny, a jak ładnie i przytulnie! Od razu inaczej!
Leżałam tak i zazdrościłam sąsiadom pomysłu, ale ubolewałam nad jego aktualnym wprowadzeniem w życie, akurat w dniu pierwszej ważnej randki z nim!!! Z nim!
Niech on już lepiej przyjdzie dzisiaj, powtarzałam w myślach, zanim rury popękają na tym mrozie, bo w zimnicy takiej, – 15 na zewnątrz, to dopiero będzie randka…, trzech pierzyn nie wyczaruję, a watę do uszu mam! Zresztą on już starszy, może by mu ten hałas nawet nie przeszkadzał tak bardzo…? Bo ja w zimnie to ani rusz, normalnie.
On nie nadchodził. Ani sam, ani z kolegą, ani, ani… Zima za oknem, mróz siarczysty, a on może marznie biedulek, wraz z kolegą i nasłuchuje, czy atmosfera już sprzyja…. Miałam nadzieję, że dadzą robotnikom kwiaty i budowlańcy zrobią jakaś dłuższą przerwę na papierosa, czy piwo, sklep, dzięki Bogu tuż, tuż…
Niestety! Walenie trwało jeszcze kilka godzin. Więc moi goście albo zamarzli, albo odeszli. Nie wiem, co z kwiatkami i szampanem!? Szkoda by było…
Następnego dnia okazało się, że to nie przebudowa mieszkania, a po prostu nowe drzwi stalowe oraz dźwiękochłonne były pośrednim powodem hałasu w całym domu. Sąsiadka zabezpieczyła się po 40 latach zamieszkiwania w naszym bloku za drewnianymi drzwiami przed włamaniem i odgłosami nadchodzących do mnie narzeczonych z kwiatami i szampanem…
Dzień drugi
Z ulgą stwierdzam, że dziś nic nie słyszę. To znaczy słyszę, ale w bloku jako takim – spokój, cisza, atmosfera ogólnie sprzyjająca odwiedzinom. Ale chyba z braku odwagi, chęci a może czasu, ze strony narzeczonego, zostanę pewnie bezrobotną pisarką pamiętników, które wysyłam pod postacią E-Mailo-butelek w świat, na znane mi adresy emailowe znalezione w stosach makulatury gazetowej…., nie?
A więc dzisiaj też czekam. Wyjrzałam sobie przez okno, zima, mróz jak wczoraj, na balkonie śnieg, a pod śniegiem, o rany, rower dziecka zamarznięty pod płachtą. Szkoda go w zasadzie, bo może tych – 17 stopni Celsjusza nie wytrzymać bez szwanku i uszczerbku na lakierze, gumie i na tym, co tam jeszcze ma. Bo to nie rower dla Eskimosów. Otworzyłam więc drzwi balkonowe z narażeniem zdrowia i wniosłam zmarznięty rower do pokoju. Buchnęło od niego zimnem jak z lodowego pieca. Postawiłam pojazd na gazetach i stoi. Stoi, a ja myślę, gdzie by go tu przechować przez zimę? Piwnica już zawalona. Zresztą tam się włamują czasami zdesperowani osobnicy, którzy nie mają jeszcze roweru na środku tzw. dużego pokoju, czyli 3,5 – 4,5m, zapełnionego regałami, sprzętem RTV, stołem, ławą, krzesłami i oczywiście sofą rozsuwaną, albo raczej rozsuniętą, bo przecież nie chce się z nią walczyć dwa razy dziennie, narażając kręgosłup i kości, tracąc siłę i miejsce do leżenia przed telewizorem oraz od dzisiaj także przed rowerem.
No ale jakie to polskie mieszkanie w bloku bez roweru? Znaczy, że albo ktoś dzieci nie ma, albo sam jeździć nie umie. Albo piwnicę ma dwupoziomową?
Tak więc w okresie zimowym zawsze będzie na co popatrzeć, jakby w telewizorze sama nuda leciała. Mamy rower.
A co, jak goście przyjdą? Ach, czasy się tak zmieniły, że teraz już goście nie przychodzą. Teraz goście, czy rodzina, co sobota i niedziela udają się do ulubionego Centrum Handlowego. Tam kupują sobie, albo oglądają, czego sobie kupić nie mogą. Obyczaj chodzenia w gości przemija.
No bo do kogo tu iść, kogo zaprosić, żeby sobie i innym wstydu nie narobić? Mamy mieszkania albo za małe i za biedne, albo za duże i za bogate. Biedniejszy kuzyn do bogatszego nie pójdzie, bo go zeżre normalnie… A po co i takiego zapraszać? Żeby zazdrościł i wyliczał nam te nasze raty co miesięczne, co nam z oczu sen spędzają? A bogaty do biednego nie pójdzie, bo co on tam zobaczy normalnie…?
Rower na środku pokoju, albo w wannie???
A i porozmawiać dziś nie ma o czym, jak jeden kuzyn bezrobotny…, a drugi dyrektorem w banku… na przykład.
No bo jak tu gadać? Na biednego żal patrzeć, ale jeszcze bardziej żal pomóc, bo może na piąte piwo w hotelu w Egipcie nie wystarczy, a po czterech pić się chce. To już lepiej nie patrzeć, jak się ten nasz bezrobotny kuzyn męczy. My w kościele na tacę dajemy.
Wieczór
Kiedyś ludzie się odwiedzali. Wyszykowani jak na bal sylwestrowy opuszczali swoje cztery ściany by po schodach lub windą dotrzeć do malucha i udać się nim w podróż na obiad do cioci albo bratanicy. Dzieci bawiły się w czwórkę w jednym pokoju, dorośli rozpracowywali pół litra oraz komunę przy dyskusjach o wszystkim i o niczym. Mieli zawsze dużo do powiedzenia, zwłaszcza o tym ostatnim. Dzieciom było z nimi zwykle nudno. Ale było rodzinnie. A jeśli to było lato, dzieciaki wisiały na trzepaku, który świetnie zastępował cały plac zabaw. Dzisiaj na placu zabaw mało kto się zna albo chce znać. A dzieci umawiają się na wspólne zabawy jak na randki czy konferencje. Nie można po prostu zadzwonić, czy wpaść do kogoś znajomego. Kiedy nie było telefonów komórkowych ani stacjonarnych w większości domów, kontakt osobisty był czymś naturalnym. Teraz nawet zadzwonić ludziom za drogo, i tylko po 18, albo w weekendy, bo wtedy w ramach abonamentu. Nie daj Boże pogadać, żeby kosztowało coś więcej.
Może to przez to, że bywałam tutaj przez wiele lat głównie na święta i w wakacje, chciałabym wrócić do bliskich w kraju, który pamiętam sprzed lat. Ale nie tylko kraj się zmienił, także ludzie i zapewne ja sama. Dziwię się, że jest bardziej obco. Widzę, że osoba, która powraca, nie zastaje nikogo, nawet tych, którzy nie wyjechali. Wylatujesz z obiegu. Kiedy wypływasz z jeziora do rzeki, z rzeki do oceanu, możesz powrócić najwyżej w inne miejsce. Nie zastaniesz już tych, co dawniej. Oni także odpłynęli, wyrośli, obrośli albo zaszyli się w szuwarach własnych spraw i problemów. Wracasz do innej bajki, w której większość ról obsadzono świetnie bez ciebie, chociaż miałaś szansę na jedną z głównych…
Kiedy szukasz nowych kontaktów, pojawia się oczywiście kwestia dopasowania pod względem finansowym. Ale jeżeli ta nie gra roli i proponujesz wyjście z dziećmi do kina, to możesz usłyszeć: „Ja już mam koleżankę, w Ursusie. Daleko, ale jeździmy tam co jakiś czas.” I to tyle. To samo mniej więcej odczuwałam za granicą, gdzie pojawiłam się jako osoba dorosła. Wszyscy mieli już koleżanki i kolegów i nowych nie potrzebowali, tym mniej zagranicznych. Teraz jestem wśród swoich rodaków, i czuję się też jak na księżycu.
Raz spotkaliśmy się jednak z innym kolegą z klasy, który też się nudził w domu, raz z ukochanym przyjacielem mojego syna z przedszkola. Jednak większość ferii spędziliśmy dość samotnie przed telewizorem i komputerem, które nazywam elektrycznymi pastuchami, choć ładniej brzmi: elektrycznymi nianiami.
Dzień trzeci
Rano straszny mróz. Mój syn nie chce założyć rajstop, mówi, że w szkole będzie mu za ciepło, a przebierać się w szatni to obciach. No może i obciach z własnego punktu widzenia. Też cierpiałam, kiedy zmuszona byłam jako dziewczynka prezentować ciepłe gacie bajowe do kolan w przebieralni przed lekcją WF-u. Trudno, może nie zamarznie w drodze do samochodu i do szkoły. Samochód cały oblodzony. Na szczęście silnik zapalił. Musieliśmy skrobać szyby od zewnątrz i od wewnątrz. Hu, hu, ha, nasza zima zła….
Miał być ślub, a jest cyrk. Zbankrutowałam przez te telefony i esemesy oraz brak stałego zatrudnienia. Przyszła zima, ale nie narzeczony. Najpierw przymuszał prawie poniekąd. Wolę nie wchodzić w szczegóły jak, bo i tak nikt nie uwierzy, a teraz siedzę tu sama i piszę pamiętniki. O co tu chodziło?
Dzień kolejny.
Wieczorem pojawił się ktoś z szampanem. Wino musujące, które wprowadza mnie w pozytywny stan podniecenia, nawet erotycznego…, pycha.
Nie ma porównania do pewnego trunku z tytułem z cyrylicy, który kupiłam za 6,- zł w Sylwestra, w celu umilenia sobie upojnej zabawy przy śpiącym dziecku i włączonym telewizorze, z pobudką gwarantowaną przez strzelaninę za oknem tuż po 24.00. Po otwarciu tego słynnego skądinąd trunku buchnęło gazowaną siarą i zapachem tanich perfum. Nawet za darmo już tego więcej nie spróbuję. Chociaż było jak w filmie. Ale w nim główny bohater pomylił mieszkania i umilał wieczór noworoczny Rylskiej. Tylko gadali i śpiewali po rosyjsku. Też ładnie.
Połowiczny sukces. Kwiaty nie dotarły.
Poranek, piątek, 09.01.09
Jako kobieta chwilowo bezrobotna, usiadłam w kuchni na krześle i zrobiłam moją ulubioną kawę rozpuszczalną, uważaną przez większą część moich znajomych w Niemczech za świństwo. Piję kawę, słucham radia. Z zaciekawieniem coraz większym. Zrobiłam głośniej. Wywiad, Monika Olejnik prowadzi rozmowę z kobietą konserwatywną, której nazwiska nie dosłyszałam, lecz głos i sposób wyrażania się skojarzyłam od razu za znaną żoną swego męża, który stał się dzięki swemu małżeństwu mniej znanym, za to może nawet bardziej lubianym. Współczucie budzi pozytywne uczucia, nawet w polityce.
Pani polityk, bo jako taka została zaproszona do studia na rozmowę, i jako taka ma nader często dostęp do mikrofonu, mówiła o kobietach.
Kobiety konserwatywne są aktywne i się sprawdzają. Kobiety liberalne są fenomenem politycznym, który się nie sprawdza. Dla polityka bardzo ważnym jest, aby w ogóle mieć w swojej najbliższej okolicy kobietę, słyszę, najlepiej żonę, przyjaciółkę, siostrę, albo chociaż mamę. Ponieważ kobiety wspierają mężczyzn. Tu były premier, a prężny przywódca swojej partii, był świetnym dowodem na wielki pozytywny wpływ kobiet, a zwłaszcza mam starych kawalerów na udane pożycie polityczne, czyli sprawowanie władzy w państwie.
Kobiety liberalne są do niczego, bo muszą się trzymać uchwalonego budżetu. Żona aktualnego premiera jest osobą skromną i godną podziwu. Domyślam się, że dlatego, iż nie zabiera miejsca przed kamerami i przed mikrofonem. Ale nie ma potrzeby takich osób prezentować w mediach, słyszę dalej (mniej więcej), gdyż liczą się właściwie tylko aktywne kobiety konserwatywne.
Bohaterka wywiadu, od dwóch lat bojowniczka po stronie kobiet konserwatywnych i na ich czele, wspinała się po szczeblach kariery politycznej przez pewnie ponad 10 lat jako kobieta liberalna, ale jako tak była skazana na fenomen klęski. Zręcznie zmieniła opcję i dostała swoją szansę na sukces, z pewnością medialny.
Prowadzący audycję, zapytał po zakończeniu wywiadu z panią polityk, czy teraz zawsze w piątki będzie tak wesoło?
A może to był kabaret polityczny?