Warszawa, 28.07.08
Szanowny Panie Redaktorze,
wykorzystując moment Pana nieuwagi, spowodowany zapewne przejedzeniem się chłodnikiem z jakiejś wybornej podwarszawskiej restauracji obfotografowanej ostatnio na łamach czasopisma, które zakupiłam, pozwalam sobie dać upust mojemu natręctwu oraz stresowi, który powoduje dziś u mnie parowanie mózgu i lęk przed przyszłością, którą malowałam naiwnie w swej wyobraźni gdzieś w podróży poślubnej z Adamem M., dawnym opozycjonistą, a teraźniejszym wrogiem wszystkich sprawiedliwych i wierzących wiarą jedyną i nieomylną, prawie jak system mojego dzieciństwa, który to pan Michnik brutalnie mi przed nosem obalił, nie pytając nawet o zgodę wszystkich czynnych i biernych budowniczych tej świetlanej przyszłości, o której śpiewaliśmy od przedszkola….
Z braku otoczenia welonami, suknią ślubną, gromadką wielbicieli i z braku Adama M. w moim otoczeniu, zastanawiam się jak zainteresować Pana wpływową osobę mną, i to wcale nie w celach matrymonialnych, a w celach zdobycia miejsca pracy i zarobkowania innego niż żebry, popularne także w stolicy, aczkolwiek przepełnione zainteresowanymi, którzy nie posiadają komputera, internetu albo nie zakupili nigdy żadnej z gazet, i nie mają tyle tupetu co ja. A na ten tupet pracuję już prawie 42 lata i nareszcie go trochę uzbierałam.
No ja mogę się przynajmniej powołać na Adama M. Ale w zasadzie każdy może.
Pogoda więc dziś ładna, gorąco, a ja czytam w cieniu, nie pod lipą, a na tyłach wieżowca Saskiej Kępy, o tym, ile niebezpieczeństw czyha na człowieka, który pragnąc ochraniać środowisko, albo z braku biletu autobusowego, ewentualnie zostawszy bez auta po kilku minutach jazdy po polskich drogach i totalnej jego kasacji, wybrał się po napój orzeźwiający lub warzywa na rowerze.
I znowu krew we mnie zawrzała i jednocześnie żal mi się zrobiło człowieka, bo sama nie wiem, czego mam się bać bardziej na ulicach i chodnikach, rowerów czy samochodów, i których pojazdów, w którym miejscu bardziej. Nie zorientowałam się bowiem, czym, gdzie, zezwala się jeździć i parkować, albo czy są co do tego jakiekolwiek przepisy, i czy ktoś z moich rodaków o nich słyszał lub zapoznał się z nimi.
Sama o mało nie zostałam dziś rozjechana przez szczęśliwą matkę z maleństwem ulokowanym w okolicach kierownicy roweru, jadącą wprost na mnie z przeciwka na pasach dla pieszych. W ostatniej chwili udało mi się zawołać: „Jezus Maria!”, to taki odruch bezwarunkowy, i usłyszeć jej zmieszane: Przepraszam! Dzieciątko nie zauważyło, że o mały włos, a całe i zdrowe by nie przeżyło.
Nie raz udało mi się szczęśliwie uniknąć zderzenia z pędzącym po chodniku rowerem, ale też udało mi się żadnego nie rozjechać autem, co nie jest jak się dowiaduję z prasy i obserwacji, oczywiste.
To co się dzieje na polskich drogach i ulicach jest w moim odczuciu straszne. Uważam, że jednym z ważniejszych tematów, jakie należy poruszać na co dzień, jest edukacja społeczeństwa, co do ruchu na drogach i chodnikach. Jest strasznie i mam odczucie, że jeszcze długo nie będziemy na drogach czuli się w miarę bezpiecznie. Tak jak można się czuć na przykład w Niemczech. Mieszkając tam przez ponad 10 lat, nie widziałam na własne oczy tylu wypadków i miejsc po nich, co w Warszawie w ciągu tygodnia. Obserwując zachowanie naszych rodaków na drogach i chodnikach, boję się, ogarnia mnie smutek i oburzenie.
Chciałabym wielu obserwowanym zachowaniom powiedzieć „NIE”.
Z poważaniem
Joanna Krupińska
Warszawa, 20.01.09
Szanowny Panie Redaktorze Urban,
Z głębokim żalem donoszę, że podejrzany, a nawet oskarżony w tej sprawie red. Michnik mnie nie chce. Jego zaloty muszę uznać raczej za wymysł czyjejś chorej wyobraźni na jaźni.
Jednak mgr Michnik doniósł mi, iż Pan poszukuje narzeczonej, kogoś, kto odwiedziłby Pana w domu starców i przyniósł jabłko, a nawet obrał, czy utarł oraz potrzymał w gorączce przy rączce.
Więc ja się ubiegam niniejszym o to stanowisko. Tym bardziej, że przeczytałam wczoraj w pewnym brukowcu o Pana całym życiu płciowym (bardzo smutne), które, jak wynika z opisu, przeleżał Pan pijany w hotelach, albo wyśmiewany przez prostytutki. Żal mi się Pana zrobiło. Żony dostawały bólu głowy zaraz po ślubie na Pana widok i wybrały grę w piłkę nożną z Felą. A Olejnik wyparła się Pana po przejażdżce samochodem mimochodem. Mało się nie popłakałam. Z kim Pan miał do czynienia, Panie Jerzy? Czy nie poznał Pan na swojej drodze porządnej kobiety z syndromem Matki (Teresy)? Takiej opiekunki biednych i bogatych, dającej z siebie pociechę, uciechę tudzież nie gardzącej grzechem rozpusty?
Oto ja. Piszę do Pana, ponieważ gdyż szukam bogatego faceta, w celu umilenia mu tych paru chwil za pieniądze. Mogę także sprzątać nago (w okresie letnim), prowadzić (bardzo dobrze) samochód i podwozić panią Olejnik, nie wystraszając jej.
Mogę chodzić po zakupy. Uszczęśliwię Pana od nocy do rana. A z portfela wyjmę jak uczciwa kobieta, parająca się najstarszym zawodem świata, tylko kwotę wcześniej z Panem ustaloną, czyli wszystko. Na jabłka i zakupy Pan dołoży.
Umiem także 3 języki obce i jeden po rodzicach, oraz jeszcze jeden po tatusiu. Więc zabawię Pana rozmową. Piszę wiersze, bardzo ładne. Śpiewam, szydełkuję, umiem wszystko (matematykę na 3+, a fizykę na 3=), tylko roboty nie mogę znaleźć, więc szukam.
Błagam Pana o pomoc! Może się do czego przydam? Aby nie na mrozie. To już wolę wole pod pierzyną. Albo długie spacery po Pańskiej bezludnej wyspie. Może się sobie spodobamy.
Mam dziecko, które wykarmić muszę. A mleka już nie daję! Co ja zrobię?
Pozdrawiam,
Joanna K.
W okolicach Świat Bożego Narodzenia próbowałam się dodzwonić do dwóch panów,
których nazwiska kojarzą mi się ze Stanem Wojennym, Solidarnością, bohaterstwem, kłamstwem i zdradą oraz milionami…, bo właśnie te słowa występują na przemian we wszystkich wypracowaniach, związanych z nimi, które udało mi się przeczytać.
Dzień dobry, mówi…, czy mogłabym rozmawiać z panem redaktorem….?
„Szefa nie ma”, usłyszałam od sekretarki, czyli pierwszej damy po szefie w firmie i biorąc pod uwagę sposób wyrażania się pani na tym vice ważnym stanowisku chyba co najmniej w Państwie lub na świecie.
„Ale w jakiej sprawie? Może ja mogłabym pani pomóc?”, zaskoczyła mnie pani przy telefonie swą rezolutnością. Przecież ja do tej pani nie dzwonię, lecz do szefa. Zadzwonię później.
Później szefa też nie było, i dowiedziałam się, że nie ma zamiaru być być może przez dzień cały! Pani zagadnęła znowu coś o pomocy, i naciskała na mnie grzecznie w celu wydobycia jakichś zeznań na temat tego, po co dzwonię, tym bardziej, że wysyłałam także
e-maile, co pani sekretarka odnotowała z lekkim zarzutem…!
Zastanawiam się, czy w kraju demokratycznym obywatel X ma prawo zadzwonić do jakiejkolwiek osoby na stanowisku zwanym: SZEF-em. I dlaczego panie sekretarki nazywają Redaktora Naczelnego zwykle nie n.p. pan/redaktor Michnik czy pan/redaktor Urban.
Nie. Taki pan to szef. A one bronią jak lwice dostępu do szefa, dobra powierzonego w ich ręce na dobre i na złe… telefony oraz e-maile…., których częstotliwość i treść najchętniej kontrolowałyby same, albo ostatecznie ograniczyłyby do oczekiwanego przez nich minimum.
„Pani dzwoni co kilka minut…” Godziny mylą się paniom z minutami, a ich praca czasami z własnym widzimisię… Widać czas im nawet bez szefów na robocie szybko zlatuje…
No, bo kto to słyszał, żeby sobie tak do SZEFA dzwonić i pisać, kiedy komu dusza zapragnie. Na szczęście szefów, każdy z nich ma odpowiednik królewskiego Smoka Wawelskiego w postaci uroczej pani, ostatniej wojowniczki o wolność szefa. I nie łatwo znaleźć odpowiednią owieczkę, którą połkną, by do szefa dopuścić….
W Niemczech nie słyszy się słów: Der Chef ist nicht da…., czyli: Szefa nie ma. A co najwyżej Herr – Pan X, Y, Z ist nicht da, czyli nieobecny. Nie słyszałam także po angielsku: The boss is not here. A raczej, że Mr XYZ… jeszcze nie dotarł lub będzie później….
Szef w Polsce to słowo prawie święte. Szef – drugi po Bogu, a za nim zaraz pani sekretarka, jego prawa i lewa ręka, która zrobi i załatwia dla niego prawie wszystko! Nawet jego sprawy prywatne. I powinna wiedzieć wszystko, nawet o jego sprawach prywatnych, które to nawet tak wielcy ludzie jak szefowie miewają…
Zastanawiam się w jakim strachu muszą żyć szefowie, będąc szefami, kiedy wchodzą do biura i słyszą głos swoich sekretarek głoszący, że ich nie ma i nie będzie….