Mariola była ładna i podobała się chłopcom i facetom.
Wiedziała, że oczarowuje wielu swoim dziewczęcym głosem, słodkimi minami, blond włosami i zgrabną figurą. Była sexy.
Miałam z nią coraz rzadziej kontakt, bo nasze drogi rozeszły się już w liceum. Ona dostała się na inną uczelnię niż ja, miała inne koleżanki i przyjaciółki. Chodziła z nimi na dyskoteki, czy na spotkania towarzyskie.
Spotykałyśmy się od czasu do czasu, chyba z przyzwyczajenia. Obie pielęgnowałyśmy kontakty ze znajomymi, więc także ze sobą. Lubiłyśmy razem pogadać, poplotkować i pożartować. Chodziłyśmy do kina i na kawę. Mariola umiała słuchać, a ja lubiłam gadać. Sama była bardziej tajemnicza i skryta ode mnie. Zawsze za dużo gadałam, a teraz piszę.
W kinie spotkałyśmy w 2007 roku Jerzego Urbana. Nie uwierzyła mi, że on ma coś wspólnego ze mną. W ogóle po 2007 roku nie chciała mi wierzyć w moje przedziwne wynurzenia i przeżycia. W to, że dzwonił do mnie Adam Michnik i przedstawił mi się jak kolega: „Tu Adam”. Traktowała mnie jak nieco szaloną, ale nieszkodliwą osobę, której nie brała na poważnie. Zresztą nie tylko ona. Nie mogłam z nikim porozmawiać o tym, co dzieje się w moim życiu nieoficjalnie, ale bardzo realnie, powiedzmy słowami Leonarda Cohena: „in my secret life”… A to, co się działo, roznosiło mnie emocjonalnie…
W 1986 roku ja chodziłam z Witkiem, ona miała swoje towarzystwo z uczelni i z liceum. W roku ok. 1986-7 Mariola na dyskotece poznała fajnego faceta. Był wysoki, przystojny i sympatyczny. Spotykali się kilka miesięcy, po czym Mariola oznajmiła mi pewnego dnia, że niedługo wyjdzie za niego za mąż. Zdziwił mnie trochę ten pośpiech. Oboje studiowali, Mariola była na pierwszym roku, mieszkała z rodzicami i z bratem. Jej narzeczony był o kilka lat starszy, ale też jeszcze mieszkał u rodziców i nie pracował.
Okazało się, że moja znajoma zaszła w ciążę. Zorientowała się o tym dość późno, bo nic nie wskazywało na jej błogosławiony stan, a fizjologia podobno nawaliła. Dopiero w trzecim, czy w czwartym miesiącu zauważyła, że jest w ciąży. Nie wiem, jak to możliwe, ale jak widać, zdarza się. Mariola mało przytyła, a jej brzuch niewiele się powiększył.
Było za późno, żeby usunąć nieplanowaną ciążę. W każdym razie nie było takich planów. Za dwa miesiące odbyło się wesele i panna młoda nie wyglądała nawet na ciężarną, drobna i lekko zaokrąglona. Byłam na weselu, poznałam sympatycznego pana młodego. Na ich weselu grał w orkiestrze nasz pan od muzyki ze szkoły podstawowej.
Nie wiem, jak układało się ich życie, bo miałyśmy sporadyczny kontakt z moją byłą przyjaciółką. Mieszkała z mężem chyba u jej rodziców. W każdym razie tam zobaczyłam jej malutkiego synka, który urodził się na prawdę drobny, bo Marioli brzuch nie urósł jakoś bardzo a ona sama była także raczej niska.
Synek był słodki, ale ja nie chciałam w tym wieku mieć dziecka. Później tak. Wtedy były studia i nauka, plany, żeby wyjechać, zarobić na mieszkanie i życie bez rodziców.
Młoda mama zmuszona była do przerwania studiów, do zostania w domu z małym dzieckiem i do zrezygnowania ze spotkań ze studentami, znajomymi i wielbicielami. Nie mogła już chodzić na imprezy. Miała synka, męża i mało pieniędzy do dyspozycji. Czasy były ciężkie, a kupienie dla dziecka wielu rzeczy też było nie łatwe.
Wiedziałam to, bo miałam siostrzeńca, którym zajmowałam się dość często. Ale własne dziecko byłoby dla mnie w wieku 21 lat wydarzeniem raczej nieszczęśliwym. Chociaż bardzo lubiłam i kochałam dzieci, a one mnie. Po prostu nie wyobrażałam sobie, by być mamą na cały etat aż tak wcześnie. Mariola nie skarżyła się, ale też nie zachwycała się głośno swoją sytuacją. Mogłam tylko ocenić, że nie wyglądała na bardzo szczęśliwą mamę, czy żonę. Była raczej udupiona w domu razem z rodzicam i teśćmi na przemian. Rzadko ją jednak widywałam, bo studia zajmowały mi wiele czasu, wyjazdy za granicę do pracy też, pomagałam siostrze przy siostrzeńcu. Miałam inne życie i dziękowałam Bogu, że nie zaszłam w ciążę tak wcześnie. Zapobiegałam ciąży w sposób naturalny, wg kalendarzyka, ale dość skutecznie. A może Pan Bóg miał wobec mnie inne plany i dlatego w ciążę nie zaszłam. Pani ginekolog była oburzona, że nie zapobiegam skuteczniej. Byłam jednak już wtedy pewna, że kiedyś będę chciała mieć dzieci. Jak skończę studia i będą na nie warunki, tzn.: mieszkanie, praca i pieniądze. Tak około trzydziestki.
Pewnego razu wydawało mi się, że powinnam już dostać okres i spanikowałam, że może to już ciąża. Poszłam do lekarza, który stwierdził jej brak i kamień spadł mi wtedy z serca w wieku 23 lat… Miałam już męża, ale nie chciałam mieć jeszcze dziecka, a na szczęście nie musiałam żadnego faceta na ciążę łapać, ani nigdy nie chciałabym tego zrobić. Wiele dziewczyn realizowało jednak wtedy taki plan, żeby uwiązać ukochanego do siebie na zawsze, jak myślały. Dziewczynie Artura się to udało. Zaszła w ciążę akurat wtedy, kiedy miał zamiar zakończyć związek z nią, bo chciał pracować za granicą i się usamodzielnić, zanim założy rodzinę. Nie miał mieszkania, ani pieniędzy, ona też nie.
Jej pierwsze dziecko urodziło się niepełnosprawne. Mhm, czyżby Pan Bóg nie ułatwiał nam naszych wszystkich planów i pułapek na innych? Dwoje następnych dzieci urodziło się zdrowych. I już go miała na wieki wieków, amen!
Może ja też mam z nim dziecko in vitro, o którym nie wiem? Ucieszyłabym się, bo bardzo go lubiłam, przez chwilę byłam w nim zakochana. On też mnie lubił. Łaziliśmy razem z Witkiem często we trójkę. Wyjechaliśmy we trójkę pod namiot. No ale ja byłam dziewczyną, a później żoną jego przyjaciela. Bardzo fajny facet. Jego żona mnie nie znosiła. Była chorobliwie o niego zazdrosna.
Miłości szukają także faceci…
A może ja to wszystko talko wymyślam?
Ja w latach studiów nie byłam na dziecko gotowa. Bycie mamą i studentką przerastało moje możliwości, zwłaszcza w zaciasnym mieszkaniu i z rodzicami na karku. Najpierw chciałam skończyć studia, wyjechać za granicę, zwiedzić świat, popracować i zarobić, przeżyć coś jako młoda wolna kobieta. Podziwiam wszystkich, którym udało się pogodzić posiadanie dzieci i naukę. Mamą chciałam zostać po trzydziestce. No ale wtedy okazało się, że będzie mi bardzo trudno zrealizować ten plan z własnym mężem. A chęć urodzenia i wychowania dziecka rosła z każdą nieudaną próbą zajścia w ciążę. Zaczynałam zazdrościć tym, którzy mieli już własne potomstwo, nacieszyli się nim i odchowali je.
Mariola musiała chować synka, mimo iż podobnie jak ja, miała w wieku 21 lat inne plany na swoje młode życie. Synek był zdrowy i fajny, energiczny i kochany. Widywałam ich rzadko, ale zawsze się dziwiłam, że moja koleżanka nie szaleje na punkcie swojego malucha. Kiedy nocowałam raz u niej, nie mogła się obudzić, mimo, że mały płakał i darł się w niebogłosy. Wreszcie ja ją obudziłam, nakarmiła i przewinęła synka. Jak ona mogła spać przy tym płaczu??? Kiedy podrósł, krytykowała jego rysunki, malowane pięcioletnią rączką, że takie kulfony bazgroli, a ja mówłam, że ładne. Dziwiłam się, dlaczego go raczej dołuje zamiast chwalić. Według mnie Mariola nie cieszyła się zbytnio swoim synkiem. No ale ja nie byłam wtedy w jej sytuacji. Z drugiej strony, ja bardzo kocham dzieci.
Jej mąż wyjechał za granicę, żeby zarobić pieniądze na wynajęcie mieszkania.
Została sama z małym dzieckiem, rodzicami, z którymi nie było o czym gadać i teściami, których nie znosiła z wzajemnością. Mieszkała u nich przez jakiś czas, ale nie wytrzymali wszyscy razem. Pieniędzy brakowało, przeprowadzać trzeba się było wtedy co pół roku, albo co rok, i szukać nowego mieszkania do wynajęcia. Aż jej małżonek odziedziczył jakiś kąt po babci.
Kiedy jej synek miał ok. 6-ciu lat mogła wreszcie iść do pracy. Była nadal młoda i bardzo ładna. Jej mąż próbował założyć własną firmę i zarobić na ich rodzinę. Ale pieniędzy w ich sytuacji było zawsze mało. Nie łatwo było wtedy utrzymać się z dzieckiem bez pomocy rodziców, albo bez czasowej pracy za granicą, gdzie zarabiało się dziesięć razy więcej niż u nas, a za dniówkę w Niemczech można było żyć przez miesiąc w Polsce. No mniej więcej tak było, aż do połowy lat 90-tych.
Mariola znalazła w 1995 roku pracę w nowo powstałym kasynie. Miała dyżury wieczorami i nocami, jak to w kasynie. Zarabiała pewnie nieźle. Nadal podobała się mężczyznom, a jednemu nawet bardzo. Ale kto przychodził wtedy do kasyna? W tamtych czasach bywali tam turyści zagraniczni, jacyś bogacze, których nie było wielu i mafia, która rozkręcała w Trzeciej Rzeczpospolitej wiele interesów i walczyła o wpływy na nowym rynku. Kilku ważnych szefów mafii bywało w kasynie w sprawach biznesowych lub prywatnych, żeby przetrwonić kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy złotych w jeden wieczór. Taka forsa była wtedy jeszcze bardziej niesamowita niż dzisiaj. To wtedy były niewyobrażalne dla normalnego śmiertelnika pieniądze.
Mariola patrzyła na te kwoty, rozdawała karty i uśmiechy przy ruletce, no i zakochał się w niej jeden z takich ważnych mafiozów, Radosław. Podobała mu się bardzo, a u nas wszyscy wychowali się nie tylko na Czterech Pancernych, ale także na filmach amerykańskich o Dzikim Zachodzie. U nas panował wtedy Dziki Wschód, ale sprawy miłosne dotyczyły wszystkich. Pan Radek odwiózł być może Mariolę własnym BMW lub czymś tam do domu, albo dał na taksówkę. Zresztą nie był pierwszym, któremu pozwoliła się podwieźć… Był zakochany i miał zamiar jak prawdziwy kowboj walczyć o damę swego serca, mimo iż była mężatką. No to może zostać wdową, powiedział jej podobno przy jakiejś okazji. Poprosił więc grzecznie by rozstała się z mężem i wprowadziła się do wynajętego dla niej przez niego mieszkania razem ze swym ośmioletnim synkiem.
Mariola nie miała być może wyjścia, bo mimo, iż brakowało forsy w jej małżeństwie, to przecież jej mąż był fajnym facetem i dobrym ojcem. Psuło się między nimi trochę, bo jej mąż orientował się już, iż nie jest jedyną, pierwszą i ostatnią miłością swej żony po ich wspólnym ślubie. Był nawet o krok od zostania ślubnym ojcem nieślubnego dziecka swojej żony z jakimś jej wielbicielem. No ale usunęła wbrew jego woli i namowom. Chyba jednak myślał, że to jego.
Szkoda byłoby jednak sprzątnąć dziecku ojca aż tak wcześnie, myślała Mariola. A może wolała pana Radka i forsę oraz własny samochód do dyspozycji, który jej wkrótce podarował. Nie wiem dokładnie, bo nie miałam zamiaru poznawać tej pary osobiście, a kontaktu z panem Radkiem unikałam jak ognia, bojąc się takich znajomych. Co chwila słyszało się wtedy, jak to przedstawiciel kogoś z Pruszkowa załatwił kogoś z Wołomina, czy na odwrót. Nie bardzo ciągnęło mnie w żadną z tych stron, bo nie lubię się narażać dla pieniędzy. Mariola chciała wynająć moje mieszkanie, ale ja się nie zgodziłam, by odwiedzał moje cztery kąty ktoś z mafii. Chyba mi to miała za złe.
Ja trochę się dziwiłam, że wszyscy wiedzą w kasynie, kto jest szefem mafii oraz gdzie przebywa, ale nikogo ze stróżów prawa to nie obchodziło. No ja się nie wtrącałam. Czasy to były dziwne.
Moja koleżanka mieszkała z synkiem w mieszkaniu pana Radka i czekała na niego jak królewna, będąc szczęśliwą wybranką jednego z szefów tego postkomunistycznego biznesu, jakim były: szantaże, wymuszenia, płatne zabóstwa na zlecenie, przemyt, itp.
Synek nienawidził nowego przyjaciela mamusi i kopał w opony samochodu oraz pluł, zanim wsiadł do niego, by udać się do szkoły. Dziecko cierpiało po rozstaniu z ojcem, jego ojciec też cierpiał. Był przez kilka lat sam, aż zakochała się w nim koleżanka z pracy.
Ja też byłam z nim raz w teatrze, raz albo dwa na kawie. Lubiliśmy się i zakochalibyśmy się w sobie prawie, ale nie wypadało mi, bo chociaż był po Marioli z odzysku, to nie chciałam dostać od niej po pysku. Odwiózł mnie raz wieczorem do domu i miał ochotę wejść ze mną na górę, a ja miałam ochotę go do siebie zaprosić. Ale nie odważyłam się. On też nie. Patrzyliśmy sobie w oczy, po czym pożegnaliśmy się na zawsze. Trochę mi było szkoda. Wolny był i samotny. Ja na rozstajach, ale jedną nogą w obcych krajach… Nie mogłam. W końcu to był mąż koleżanki, a nawet tzw. „przyjaciółki” – nie do spółki.
Mariola nasyciwszy się dobrobytem, samochodem i dostępem do gotówki, zorientowała się, w co wpadła u boku swojego sponsora i partnera Radosława. A mianowicie w oko mafijnego cyklonu. Nasłuchała się rozmów pana Radka przez telefon. Poznała kilku jego znajomych i włos jej dęba stawał, w miarę mimowolnego dostępu do mafijnych informacji. Jej zakochany przyjaciel kontrolował swą pełną życia przyjaciółkę na każdym kroku. Najchętniej widział ją ładnie ubraną i umalowaną, czekającą na niego przy dziecku, w domu i przy garach, aż on wpadnie na kilka romantycznych godzin w celu udania się do sypialni. Mariola lubiła wyjść z koleżankami i znajomymi do kina i do knajpy. Radosław kazał ją więc śledzić, by mieć dokładny obraz tego, co porabia wybranka jego serca, zanim zacięgnie ją ewentualnie (po dobroci lub z pistoletem w ręku) do ślubnego kobierca. Z czasem przestała się Marioli jej rola niewolnicy w złotej klatce podobać, bo wolnością w życiu się nie nacieszyła a taką obok pieniędzy lubiła. Zwierzała mi się, że ma już takiego życia dosyć, ale nie wie jak z tego wybrnąć – żywa – domyślałam się. Zaglądała przez jakiś czas częściej do butelki i nie była grzeczną dziewczynką. Miała nadzieję, że jej tymczasowy partner życiowy będzie miał jej dość, bo w końcu strzeli jej niedługo trzydziecha, a on może znajdzie sobie młodszą!
Mariola zapragnęła wrócić do męża, który był rok, czy dwa lata sam i może nawet czekał na to. Ale koleżanka z pracy poprosiła go o rękę, zabroniła kontaktów z byłą rodziną i rozwiodła go, by go własnoręcznie wkrótce poślubić. Facet został jakimś dyrektorem, zarabiał nieźle i był fajny.
Mariola była rozczarowana, że jej pierwszy mąż nie czekał na nią do usranej śmierci i znalazł sobie inną żonę, a nawet doczekał się z nią potomstwa. Podły taki był, jak się okazało po latach, że ją porzucił.
I wszyscy w to mieli uwierzyć.
Z jakiegoś powodu udało się Marioli zerwać z Radosławem, a on pozwolił jej odejść, być może zawiedziony tym, iż nie była kobietą, którą mógł zamknąć w złotej klatce i trzymać jak ozdobę i radość swego niełatwego życia, pełnego stresów, morderców i złodziei. Niestety miał ochotę ją zabić, ale kochał ją pewnie bardziej od tych zamiarów, no i dziecka mu szkoda było małego. W końcu sam kiedyś dzieckiem był. A zawód niebezpieczny wybrał sobie z przyczyn losowych i nie tylko od niego zależnych. W Wołominie czy Pruszkowie zrobił karierę w sumie, każdy mu się kłaniał i go szanował, a on samochodem jeździł najlepszym i największym. No i wszyscy się go bali. Bossem był, a nie bosy prawie chodził, jak 40 lat wcześniej…
Wolna i zaopatrzona w samochód oraz sprzęt elektroniczny Mariola zaczęła nowe życie bez pierwszego męża oraz wolna od pana Radka. Dziecko pytało pewnie, dlaczego nie mieszkają znowu z tatusiem, ale Mariola tłumaczyła, że podły tata ich porzucił dla innej kobiety niestety. Mhm. I taka wersja wydarzeń stała się w jej życiu wersją oficjalną. Nie mogłam się nadziwić, jak można to sobie wszystko tak ładnie wytłumaczyć i wierzyć, w co się mówi…, nawet przy świadkach. Ale siedziałam sobie cicho z moją zasraną prawdą, bo nikomu nie była potrzebna wtedy.
Wkrótce ktoś włamał się do mieszkania Marioli i wyniósł zakupiony przez pana Radka sprzęt. Być może on sam sobie go zwrócił, jak się narzeczoną nacieszył i ją porzucił. Samochód też chyba wkrótce ktoś ukradł. W każdym razie go niedługo nie było.
I tak koleżanka Mariola wylądowała znowu na lodzie jako samotna matka z dzieckiem.
Ciężko jej było, pracowała tu i ówdzie, zarabiała na waciki. Nie wiem jak sobie radziła, bo byłam za granicą. Pewnie jej coś Radosław zostawił w gotówce, albo pomagał czasami. Powiedziała mi, że pomógł jej kupić mieszkanie i meble. No bo miała wybór: siedzieć na kartonach, albo znowu się z nim spotykać i dostać nową, elegancką kuchnię, tudzież wannę z masażem, jaką każdy chyba mieć powinien w bloku, skoro już nie ma ładnego na park, czy góry widoku. Resztę dołożyli rodzice i były mąż po rozwodzie.
Raptem dowiedziałam się, że kuzyn Marioli został zamordowany. Jeździł na wschód w interesach. Odnaleziono go na terenie Ukrainy wiszącego pod sufitem w stroju Adama. Nie wiadomo, czy to przez kobitę, czy przez mafijne porachunki, ktoś go zabił. A może odwdzięczył mu się ktoś za coś całkiem innego? Nie wiem tego. Mógł donosić wcześniej na ludzi z „Solidarności”, więc mu być może po latach za połamane kości – połamano kości. No a jak nie jemu, to komu innemu. Bo takich ludzi też było kilkoro albo i sporo. Nie żył i urządzono mu pogrzeb i kilku innym też. Pan Radosław miał co zlecać swoim ludziom. No ale może tego kuzyna, to nie on.
Mariola znalazła jakąś pracę w sekretariacie. Znowu jej szef się do niej zalecał. Ona normalnie się ogonić od tych chłopów nie mogła, a nawet nie chciała tak bardzo w sumie. Bo co chłopu po rozumie? Jak który Mariolę zobaczył, zaraz rozum tracił. A Mariola cieszyła się tym powodzeniem i uwodzeniem. I miała się za ósmy cud świata, patrząc w oczy tym zauroczonym chłopom. Miałam wrażenie, że także jej koleżanki były miło widziane jako osoby ją podziwiające. Taką rolę grałam sama, by pogadać z nią od czasu do czasu o życiu swoim lub jej. Mariola kochała zawsze tylko siebie, lubiła jednak znajomych i przyjaciół w ramach rycerzy i dam jej dworu. No a może tylko ja byłam jedną z takich dam, bo jej prawdziwą przyjaciółkę przecież znam. Mimo wszystko lubiłam ją zawsze, bo miło z nią było.
Swemu chyba ostatniemu mężowi, a wtedy narzeczonemu przedstawiała mnie po angielsku: „my best friend“. Bo miła była, jak wspomniałam. Mąż z zagranicy przyjechał, trafił się poważny, zamożny i ważny, który miał zamiar a potem porzucił żonę.
Moja koleżanka nie zaprosiła mnie jednak nawet na swoje ostatnie wesele (2007?), bo chciała ugościć tylko najbliższe osoby. Na ślub mogłam jednak przyjść i dostałam ładną kartkę z tą szczęśliwą o nim informacją.
Mniej więcej w 1999 Mariola poznała na kursach jakiegoś narzeczonego z innego miasta niestety. I tu zaczęły się problemy z dojazdem, itp. Mariola zakochała się jak zwykle szczerze w tym nowym kawalerze, który rozstał się z pierwszą żoną.
Nie zważając na wszelkie trudności, Mariola spakowała manatki i przeprowadziła się z dwunastoletnim synem do innego miasta. Miał jechać i basta. Tam postanowiła otworzyć z nowym partnerem własny biznes, czyli butik. Starała się tam osobiście coś sprzedać, ale raz przyszła do butiku była żona teraźniejszego jej chłopa i ją zwymyślała i nalała. Może i tamta od Marioli dostała? Taki własny biznes to ciężki kawałek chleba jednak.
Biznes przyniósł same straty, także moralne, więc Mariola wróciła po roku z powrotem do Warszawy. W międzyczasie jej nowy narzeczony kupił samochód na raty, a kredyt wzięła na własne nazwisko bo go kochała i była z nim blisko. Rozstali się wkrótce, ale raty musiała spłacać sama, ponieważ się na nią obraził. Samochód sobie jednak zostawił. A może to nawet on ją rzucił dla odmiany? No bo wtedy to już była sporo po trzydziestce. Jednak ją też życie pokarało, bo trafiła na lepszego cwaniaka niż ona sama. Mhm. To była kiedyś wielka dama!
Cierpiała rozczarowana przez kilka miesięcy, aż doszła do siebie. Znalazła pracę w nowym zawodzie po odbytych kursach szkoleniowych.
W międzyczasie podjęła studia na Prywatnej Wyższej Uczelni Płatnej. Wspomniała mi kiedyś, że jej znajomy Radosław chciał zakupić jej Dyplom takowej uczelni, bo miał możliwość i pieniądze. Oraz nadal darzył swoją ukochaną uczuciem lub żądzą. Mariola na uczelnię się zapisała i się tam pokręciła, oraz może to i owo zaliczyła, praktyki odbyła i dyplom dostała dość szybko. Chyba w dwa lata magistrem została i z takim dyplomem ukończenia sobie pracy szukała i znalazła. Była ważną panią, zatrudniała i zwalniała innych oraz reprezentowała jako pani magister siebie i firmę. I nie miała z tym żadnego problemu, a wręcz przeciwnie. Czuła się pewnie i uwierzyła chyba, że tyle potrafi, co na dyplomie miała napisane.
Skąd ona forsę na te studia miała, sama nie tak wiele zarabiała..? I czas, żeby się uczyć, pracując i dziecko chowając? Okazała się po latach geniuszem. Więcej tłumaczyć nie chcę i chyba nie muszę… Wcześniej była raczej zawsze dobra lub przeciętna w nauce, a język obcy znała jeden i to raczej słabo.
No ale to tylko ja złapałam królewicza, który okazał się żabą…
Jej układało się od chwili otrzymania dyplomu coraz lepiej, przynajmniej zawodowo. No i umiała w sumie to i owo, przynajmniej robić dobre wrażenie. Jak się nie wiele umie, trzeba przynajmniej ładnie wyglądać, powiedziała raz nawet sama rozumnie.
I wtedy ujrzał ją jej ostatni mąż i pomyślał o niej: „Ta kobieta to moje marzenie”. A ponieważ miał już za granicą dość swej żony, to się z nią rozwiódł dla swego nowego szczęścia. „Ta kobieta może zmienić moje życie”, powiedział zachwycony do swojej przyszłej żony (o niej). No i się pobrali. I właśnie na to ich wesele po ślubie mnie nie zapraszali, jako „best friend” of bride (2007?). Bo tak mnie Mariola swemu narzeczonemu przedstawiła, chyba chciała być dla mnie miła. Mnie tam było za jedno w sumie, ale fakt jest faktem, no i tego się nie zapomina, jak nas uczą bajki nawet drogie dzieci. Ale Mariola żyła sobie we własnej bajce i miała swój ciasny ale własny scenariusz. Po cholerę jej literatura piękna, czy nawet ponura? Przecież nawet nie czytając zbyt wiele i tak wiedziała wszystko lepiej od innych. Z Bajki oczekiwała jako urodziwa królewna tylko królewicza, a nie żadnej nauki.
Pobrali się państwo już nie tacy młodzi, ale atrakcyjni jeszcze. I wyjechali na placówkę zagraniczną, gdzie Mariola po raz pierwszy wystąpiła w wymarzonej roli pierwszej damy, żony dyrektora i bogatego oraz szanowanego męża na właściwym stanowisku. Ale było jej chyba trochę nudno. No bo nie będzie się przecież uczyć języka tego obcego kraju na skraju Europy i Azji. Nie chciało się jej także uczyć języka męża z obcego kraju zachodniego, do którego nie miała talentu już w szkole. Ona już ma dyplom, a język obcy niestety trzeba wykuć i zrozumieć, żeby znać. Po angielsku wystarczało w sumie do szczęśliwego pożycia małżeńskiego: „yes, please, no” oraz „I love you” i kilka innych zwrotów. Bo o czym w sumie z mężem rozmawiać i po co? Nie lubiła syna swojego męża, bo nawet jej własny syn był w sumie fajniejszy. Ale co ją czyjś syn obchodzi. Sama się nareszcie syna pozbyła, bo miał 21 lat i wyruszył w świat.
Ja byłam w dość zapłakanej sytuacji po utracie pracy, rodziców i resztek wiary w ludzi. Mimo tak niesprzyjających okoliczności łagodzących, Mariola jako jedna z niewielu osób pożyczyła mi pieniądze na kilka miesięcy. Było mi wstyd prosić o pożyczkę, ale nie miałam wyjścia. Uratowała mi tym życie i jestem jej bardzo wdzięczna. Jak będę miała forsę, to też jej pożyczę. Zresztą ja jej i jej mężowi też pożyczałam w 1992, a później jak miałam to ja ją do Niemiec z mężem zapraszałam.
Marioli mąż mieszkał w Niemczech i odwiedziła mnie z nim, będąc w mojej okolicy (rok 2010?). Wpadli do nas w niedzielę i zaprosili mnie na kawę, a mojego synka na lody. Miała jak zwykle buty na obcasie dla wygody. Mówiłam, że mi ciężko, ale Mariola nie przysłuchiwała mi się zbyt dokładnie, bo wyglądała ładnie i powiedziała, że w Niemczech ludzie biedni nie mieszkają, a przecież ona zna świat i wie wszystko najlepiej.
Informacja, że w Niemczech około 3 miliony ludzi jest bezrobotnych i pobiera zasiłek od Urzędu Pracy, a ok. 8 milionów ludzi żyje z zapomogi społecznej, z tego 40% to samotne matki, a duża liczba, to cudzoziemcy, nie dotarła do niej nigdy, bo mieszkała sobie tu tylko rok przy mężu, który był dyrektorem, a języka kraju przecież znać nie musi. Jej główną kwestią w życiu było zawsze: „pusi, pusi…”
Czytać gazet czy książek też nie lubi, bo już wie sama wszystko od dziecka i tym się chlubi. Zapisała się za to do fitnessklubu, gdyż w życiu najważniejsza jest zgrabna figura i biust po prostu.
Zapomoga w Niemczech wystarcza ledwo do końca miesiąca, albo i nie, jeśli wypadnie płatny problem ekstra, jak złamany ząb, zepsuta pralka czy lodówka. Nikt nie pożyczy ci tu forsy i nikt nie chce się z tobą przyjaźnić by uniknąć kłopotu, jeśli nie masz forsy, zwłaszcza jeżeli jesteś z Polski albo innego kraju dzikiego – czyli wschodniego, a męża Niemca już albo jeszcze nie masz.
Właściwie to ja tę Mariolę całe życie kochałam jak siostrę i przyjaciółkę, przemilczając jej brak wiedzy i głupie teksty, a nawet jej brak zrozumienia dla tego, co mówię i przeżywam. Mimo iż często miałam inne od niej poglądy na wiele spraw. Po prostu udawałam, że jestem taka jak mnie widzi, albo i głupsza… Ona widziała, co chciała, a więcej zrozumieć nie umiała. Za to zawsze ślicznie wyglądała, nawet mnie się podobała, chociaż gust mam całkiem odmienny. Mimo wszystko coś nas łączyło, mogłyśmy na siebie liczyć w sytuacjach z nożem na gardle, o ile ja byłam pokorna i grałam jej grę. Ale mnie z niej w sumie sama wykopała, kiedy jej się powiodło – a mnie widocznie nie.
Szkoda, że nie brała mnie na poważnie, zwłaszcza w ostatnich latach naszej znajomości, którą uznaję za zakończoną brakiem sensu jej kontynuowania z powodów oczywistych.
Teraz wszystkie panie powiedzą, że ja jestem złośliwa, bo każda z nich była dla mnie życzliwa. Czyli tolerowały to co mówię i przeżywam, mimo iż było to z innego od nich świata, i jednak samą prawdą, jak się okazuje czy okaże po latach.
No ale mędrcom tego świata i Panu Bogu ja się spodobałam bardziej. Dlatego mogę sobie żyć w samotności wśród tych „życzliwych” ludzi, którzy odwrócili się ode mnie w chwilach dla mnie trudnych i przykrych.
Oni się za mnie być może w kościele pomodlą.