Zosia

Zosię poznałam w piątej klasie. Przeprowadziła się z rodzicami z Woli do większego mieszkania na Grochów i trafiła do naszej klasy. Niska, drobna, zachukana. Miała blond włosy, związane w warkoczyk. Do szkoły nosiła prawie codziennie fartuszek podobny do mundurka. Przynajmniej przez pierwszych kilka miesięcy, czy rok. Inny od naszych. U nas wszyscy mieli niebieskie albo granatowe. Jej był ciemno beżowy.
Zosia była cicha, ładna i miła. Pisała piórem wiecznym, a nie jak prawie wszyscy – długopisem. Pisała wolno skośnymi, drobnymi literami. Nie było w nich rozmachu, czy poczucia wolności. Litery były skulone i zamknięte w sobie, tak jak Zosia, która nie wiele mówiła. Nie zgłaszała się do odpowiedzi. Była dobrą, ale nie wybijającą się uczennicą. Do naszej szkoły przyszła z mamą. Zaopiekowałam się nią, polubiłam ją. Było mi jej trochę żal, bo nie łatwo być „nową” w obcej klasie. Często siedziałyśmy w jednej ławce. Czasami jednak nie. W zasadzie ja już miałam koleżankę, Agnieszkę, kolegowałam się też z Kasią. Ale Kasia nie zapraszała do siebie, bo mieszkała w starym, przedwojennym domu i nie miała warunków. Miała też siostrę.
Agnieszka mieszkała w willi. Jej tata miał własny zakład zegarmistrzowski przy Wileńskim. Podobno montował nawet zegar na Zamku Królewskim. Agnieszka miała własny ładny pokój na poddaszu. Ale to była tajemnica, bo ten pokój był nielegalny. Tak na prawdę to miał być strych. Nie rozumiałam tej tajemnicy i nie wiedziałam, komu niby ja mam to powiedzieć i po co?
Lubiłyśmy tam rozmawiać, słuchać radia, czy muzyki z kaset. Jej tata miał na pierszym piętrze prawdziwe biuro z wielkim eleganckim biurkiem. Jak biznesmeni na filmach amerkańskich. Bardzo mi ten pokój imponował. Agnieszka miała też rodzinę w Ameryce, a na Boże Narodzenie stawała u nich w domu ogromna, sztuczna i piękna choinka z USA. Babcia Agnieszki była dość groźna i pilnowała nas, żebyśmy nie robiły głupot. Kiedyś byłam u Agnieszki z Marzeną i chciałyśmy wszystkie spróbować, jak smakuje papieros. Na tarasie domu nakryła nas babcia i nakrzyczała na nas. Ja właściwie nie chciałam palić papierosów, ale jak tu nie spróbować raz, jak to smakuje. Było nam wszystkim głupio. Właściwie to tylko Marzena zaczynała palić. Wszystkie bałyśmy się babci Agnieszki.
Zosia mieszkała z rodzicami i ze starszym o 7 lat bratem. Jej rodzice pochodzili ze wsi, podobnie jak mój tata. Nie mieli jednak wykształcenia, mieli jakiś zawód: krawcowa, mechanik. U Zosi nie było w domu żadnych książek, nawet do ozdoby regału. Na regale stały wazon i talerze, kieliszki i kryształ. Jej rodzice ciężko pracowali. Na ścianie nie wisiał żaden obraz. W przedpokoju było ogromne lustro. Tata reperował autobusy w MZK. Mama szyła futra u kuśnierza. Raz uszyła także Zosi futro z kawałków skór nutrii. Wyglądała elegancko. Brat Zosi chodził do technikum, ale po szkole został, tak jak jej mama, krawcem u kuśnierza. Pewnie mama załatwiła mu pracę po znajomości. Mówił, że szycie futer to bardzo fajne zajęcie, bo każda skóra jest inna. Mnie wszystkie futra wydawały się raczej bardzo podobne. Wtedy na szyciu tego eleganckiego odzienia można było dobrze zarobić. Kuśnierze byli prywaciarzami i zarabiali dużo, pewnie jeszcze więcej na czarno. Na drogie i piękne futra stać było najbogatszych. Sylwek był energiczny i arogancki. Nie lubiłam go, ale starałam się być miła, chociaż wydawał mi się dość ograniczony. Chyba też nigdy niczego nie czytał, a jeśli nawet, to raczej niewiele mu to dało.
Ja, Zosia i Agnieszka przyjaźniłyśmy się razem. Chodziłyśmy razem na zbiórki harcerzy, wyjechałyśmy razem na obóz. Razem chodziłyśmy z całą drużyną i druhem na pochód pierwszomajowy, wystrojone w pionierki, mundury harcerskie, chusty z frędzelkami i berety. Jednak we trójkę, któraś z nas zawsze była trochę na boku, albo tak się czuła. Nie rywalizowałyśmy jednak ze sobą. Trzymałyśmy się razem. Dopiero po jakimś czasie Zosia stała się naszym pępkiem świata. Robiła się coraz bardziej pewna siebie. Była wysportowana, dobrze biegała. Podobała się chłopcom, lubiłyśmy ją i ja, i Agnieszka. Z czasem zaprzyjaźniłam się bardziej z Zosią. Miałam do niej bliżej od Agnieszki, którą rodzice chyba bardziej pilnowali i nie mogła chodzić wszędzie tam, gdzie my, i kiedy chciała. My byłyśmy bardziej swobodne. Bywałyśmy razem w kościele, o ile moja koleżanka nie zaspała, nie zapomniała i przyszła na umówioną godzinę. To nie było nigdy do końca pewne, czy przyjdzie. Można było jednak zawsze założyć, że się spóźni. Nie wolno było jej zwrócić uwagi, bo by się obraziła. Zaciskałam więc zęby zawsze punktualna i pierwsza w miejscu spotkania. Raz po zmianie czasu znowu czekałam przed naszym kościołem na placu Szembeka. Byłam sama na mszy, bo Zosia przyszła o godzinę później.

Mogłam wpadać do Zosi częściej niż do Agnieszki. Jej rodzice wracali późno z pracy i miałyśmy swobodę. Czasami uczyłyśmy się razem. Na obiad były u niej nieraz gotowane jajka, posiekane i podsmażone z cebulą. Ja tego wcześniej nie znałam. Ale Zosia podgrzewała je sama na patelni. Ja raczej nie zajmowałam się nigdy kuchnią, ale jadłam chętnie, co podano. Czasami Zosia była u mnie, ale rzadziej, niż ja u niej. Nie miałam wtedy własnego pokoju. Miałam kąt we wnęce za zasłonami, właściwie tylko tapczan. Lekcje odrabiałam, siedząc na podłodze, przy regale. Nie lubiłam przy stole. No i u mnie straszyła wszystkie koleżanki moja siostra, której z kolei one się bały i nie lubiły. Kiedy była w domu nie mogłyśmy czuć się swobodnie.
Ja, Agnieszka i Zosia trenowałyśmy w ósmej klasie przez kilka miesięcy razem biegi i lekką atletykę w technikum łączności na Saskiej Kępie. Dziewczyny były lepsze na 100 m, ale ja lepiej skakałam przez płotki w biegu na 100 m z przeszkodami. Podobał mi się nasz trener, więc mu dokuczałam, jak umiałam, mówiąc na przykład, że wpadł pod kosiarkę, kiedy obciął włosy. Jeździłyśmy na łyżwach razem z całą klasą na Torwarze.
W ósmej klasie chyba już bardziej przyjaźniłam się z Zosią. Byłam w niej prawie zakochana. Była moją najlepszą przyjaciółką. Jedyną osobą, z którą mogłam czuć się dobrze i porozmawiać o wszystkim, o rodzicach, o chłopakach i o szkole. Mogłam do niej pojechać, u niej posiedzieć i z nią się uczyć. Zakuwałyśmy nudy z historii i geografii. Była ładna i fajna, zawsze spokojna i miła, jak siostra, jak najbliższa rodzina. Kochałam ją. Lubiłam z nią przebywać i żartować. Ale mnie zależało na niej chyba bardziej niż jej na mnie. Nie dzwoniła do mnie tak często, jak ja do niej. Lepiej ode mnie potrafiła być sama. Ja czekałam na telefon od Zosi i cierpiałam, jeśli nie odzywała się do mnie długo. Głupio mi było dzwonić do niej codziennie, ale miałam ochotę rozmawiać z nią po szkole. Ja byłam straszną gadułą, a w domu nie było do kogo gęby otworzyć.
Kiedyś wybrałam się na Zamieniecką z moim psem. Zosia miała kanarka, czy chomika. Ale po mojej wizycie z Karatem mogła temu zwierzątku urządzić pogrzeb, bo mój pies go złapał i zagryzł. Głupio mi było strasznie.
Nasza przyjaciółka zaczynała się pewnie orientować, że staje w centrum naszych młodych uczuć – między mną i Agnieszką. Zresztą nie wiem, co myślała Agnieszka, bo też była dość skryta. Nie okazywała, tego co myśli i czuje. Była zawsze trochę na dystans. Tylko raz miała strasznie zły dzień. Pamiętam, jak mówiła, że nie ma ochoty już żyć. Zdziwiło mnie to i zszokowało. Ja miałam wtedy dużo chęci do życia i masę dobrego humoru. Miałyśmy 14 lat. Agnieszka miała piękny dom, ogródek, rodzinę, była ładna i dobrze się uczyła. Skąd nagle takie myśli??? Nie mogłam zrozumieć.
Zosia spędzała wakacje i letnie weekendy na wsi, na działce, jak mówiła. Rodzice Zosi mieli tam kawałek ziemi i domek oraz całą rodzinę mamy i taty. Raz zostałam do nich zaproszona na weekend. Miałyśmy wtedy chyba 15 lat. Wieczorem byłyśmy na dyskotece w towarzystwie jakiegoś kuzyna i wróciłyśmy zbyt późno. Zawiózł nas tam na motorze chyba. Zosi mama nakrzykczała na nas strasznie, a właściwie głównie na nią. Tłukła ją kapciem, gdzie popadło. Bałam się, że i ja dostanę. Chyba się o nas martwiła. Ale zdążyłyśmy wrócić, zanim chłopcy ze wsi pijani rzucili się na siebie ze sztachetami z płotu. Na szczęście już nas tam nie było. Wtedy wiele dyskotek na wsi tak się właśnie kończyło – bijatyką.

Spałam z Zosią wtedy w jednym łóżku i byłam w niej trochę zakochana. Była śliczna. Było mi głupio, że stałam się świadkiem, jak mama ją okłada, a może nawet i przeze mnie. Bo martwiła się o nas obie przecież. Pewnego razu jakiś chłopak ze wsi wywiózł Zosię do lasu i chciał się tam na nią rzucić. Nie wiem dokładnie, bo mnie tam wtedy nie było. Strasznie się chłopakom podobała.
Jej mama była bardzo nerwowa. Tata mało mówił. Był cichy, spokojny i miły. Jąkał się trochę. Później dowiedziałam się, że mama biła Zosię częściej, czasami kablem od żelazka. Nie lubiłam tej kobiety, ale starałam się być dla niej miła i dopasować się do niej. Ona mnie też jakoś specjalnie nie lubiła, bo byłam najlepszą uczennicą w klasie. Uważała chyba, że jej córka nie powinna chodzić do tych inteligentów, za których uważała chyba moją rodzinę??? Sama bym na to nie wpadła wtedy. Ktoś mi tak później mówił. Mnie okazywała swoją wyższość i pouczała mnie, o ile miała do tego okazję. Kobieta może i prosta, ale pewna siebie i swoich racji. Ja się jej podlizywałam, strzelając głupa, by zyskać jej sympatię i móc bez problemów spotykać się z moją przyjaciółką.
Każda z nas trzech wybierała się po ósmej klasie do innego liceum. Ja do Wyspiańskiego, Agnieszka do Władysława Czwartego a Zosia do Skłodowskiej – Curie. Było nam do każdej z tych szkół najbardziej po drodze i najwygodniej. Poza tym rolę grały też egzaminy wstępne lub ich brak, znajomości u dyrekcji lub ich brak…, no i szansa dostania się do wybranej szkoły. Mnie do Wyspiańskiego było po prostu najbliżej. Moja siostra tam chodziła, a Witek, dobry kolega z klasy, też się tam wybierał. Szkoła miała dobrą opinię. Do Skłodowskiej było można się wtedy najłatwiej dostać. Liceum było dość „daleko od szosy”, czyli na zadupiu i nie miało żadnej opinii. Potem przeniósł się tam trzecioroczny Grzesio. Było mi trochę żal, że nie będę już w tej samej klasie z moją przyjaciółką, ale mieszkałyśmy niedaleko siebie i chciałyśmy nadal utrzymywać bliski kontakt.
W szkole średniej nie znalazłam nowej przyjaciółki. Miałam kilka koleżanek, ale nie spotykałam się z nimi po lekcjach, albo bardzo rzadko. Moim najlepszym przyjacielem stał się Witek. Był w tej samej klasie i znałam go tyle lat. Poza tym kochał się we mnie.
Po lekcjach i w weekendy spotykałam się z Zosią. Często spędzaliśmy czas razem, ja Witek i ona. Ale moja przyjaciółka poznała w nowej szkole Gośkę. Spotykałyśmy się w trójkę, albo we czwórkę z jeszcze jedną dziewczyną z ich klasy. Raz pożyczyła ode mnie buty na dyskotekę. Witek nie lubił tych dziwczyn, a ze „złotych myśli” Gośki podśmiewał się razem ze mną. Zosia przyjaźniła się poza tym nadal ze swoją dobrą przyjaciółką z Woli. Zapraszała starych znajomych ze szkoły z Woli na Grochów. Po prostu wszyscy ją latami kochali, a ona raczyła nas łaskami swojej przyjaźni. Nie wolno było tylko nic skrytykować, czy zwrócić jej uwagę, albo być innego zdania. Nie zawsze mogłam być więc z nią do końca szczera, zwłaszcza na jej i Gosi temat.
Chodziłyśmy razem z dziewczynami ze Skłodowskiej na dyskoteki, gadałyśmy o chłopakach. Ja nawet jednego poznałam. Nie był jakiś wyjątkowy, ale miałam 15 lat i ochotę, a nawet plan, by pocałować się wreszcie z jakimś chłopcem na poważnie. Po prostu chciałam wiedzieć, jak to jest. Zaczęłam chodzić z Jarkiem. Nie byłam w nim zakochana. Uznałam, że pora mieć chłopca i już. Właściwie nic do niego nie czułam oprócz zawstydzenia, ale chciałam mu się podobać.
Raz umówiliśmy się na dyskotekę na przystanku, ale ja przyszłam o godzinę za wcześnie. Zmienili czas wtedy, czy ja pomyliłam godziny. Jak głupia czekałam na niego. W liceum miałam już własny pokój, bo siostra wyszła za mąż i się wyprowadziła. Mogłam zaprosić znajomych do siebie. Jarek był raz u mnie w domu, raz ja u niego. Całowaliśmy się na tapczanie, ale nie było w tym nic szczególnego. Mieszkał niedaleko Gośki, za Universamem. I po kilku tygodniach już nie chodził ze mną, ale z nią. Nie było mi jakoś bardzo żal, ale nie wpadłam w zachwyt, że woli nową przyjaciółkę Zosi ode mnie. Było mi trochę głupio po tej przegranej. Musiałam go w końcu widywać u mnie w szkole na przerwach. Ta ich znajomość też nie trwała długo. On był dla nas za młody. Chociaż był o rok starszy. Może też chciał się z kimś pocałować?
Nie lubiłam Gośki. Wydawała mi się mało inteligentna i zbyt zachwycona sobą. I nie dość, że moja przyjaciółka spędzała z nią więcej czasu niż ze mną, to na dodatek odbiła mi chłopaka. Byłam jednak bardziej zazdrosna o Zosię niż o Jarka. On był nudny i nijaki.
Musiałam tolerować Gośkę jako nową przyjaciółkę mojej przyjaciółki. A ona jakoś tolerwała mnie. Z czasem one zbliżyły się do siebie bardziej, a ja wypadłam z tej trójki. Chodziły razem do tej samej szkoły, spędzały ze sobą więcej czasu. Wkrótce było mi przykro, nawet trochę cierpiałam. Straciłam bliską mi osobę i nie znosiłam Gośki. Zosia i Gosia pasowały do siebie lepiej. Miały ten sam gust, były w tym samym typie. Dwie seksowne blondynki podobne do Marylin Monroe. Obie czekały na główną rolę w filmie albo księcia na srebrnym rumaku. Obie nie rozumiały do końca mnie i Witka, a my ich. Zosia zagrała kilka lat później na prawdę – w reklamie proszku do prania. Niestety żaden wielki reżyser jej nie zauważył, chociaż mógł być to krok do wielkiej kariery.
Ja do nich nie pasowałam. Zośka miała inne poglądy na to, jak powinno się traktować chłopców. Uważała, że ja latam za Mateuszem. Chociaż on chyba o tym nie wiedział. A to przecież facet musi starać się o dziewczynę, a ona powinna robić wszystko, żeby padł do jej nóg z bukietem kwiatów. I tak się zachowywała. Tym bardziej, że Zosia nie kochała nikogo oprócz siebie, a z czasem wszyscy koledzy oprócz Witka i Grzesia kochali się w niej. Mateusz się nie wypowiadał. Bo nawet dla mnie nie miał zbyt wiele czasu, roznosząc ulotki. Także kilku kolegów z klasy Zosi ze Skłodowskiej roznosiło ulotki.
Najbardziej szalał za nią kolega Grzesia i Mateusza, Leszek. W sumie to dzięki mnie, albo przeze mnie się poznali. Leszek bywał u Zosi, był zakochany i zaczęli ze sobą chodzić, bo widocznie padł u jej stóp na kolana z mydełkiem z „Pewexu”. Miał dostęp do takich argumentów. Pewnie był podobnego zdania, co jego wybranka, co do własnej roli w tym romantycznym związku. Leszek i brat Zosi nie lubili się zbytnio. Ale miłość naszego kolegi do naszej Miss Grochowa, a zapewne wkrótce i świata była warta wielu poświęceń z Leszka strony. Zosia – prawdziwa królewna znalazła swojego królewicza, na razie jeździł autobusem, ale kto wie… Mógł później zostać rzecznikiem liniii lotniczych albo redaktorem radiowym! (I tak się stało!)
W 1982 roku mieli po szesnaście i osiemnaście lat. Leszek miał pieniądze od rodziców i pewnie fundował to i owo. Miał nawet zamiar zabrać swą ukochaną na urlop do Hiszpanii, co było nie byle jaką gratką w tamtych czasach. Na to nie pozwoliła jednak mama Zosi. Bo niby dlaczego ma puszczać córkę z przybłąkanym (na linii J lub 182) z Saskiej Kępy królewiczem tak daleko, skoro sama jeszcze nigdy nigdzie nie była. Nie sprzeda córki tak łatwo byle bogatemu Leszkowi… Zwłaszcza, że chłopak był taki sobie, nie wysoki i nie wybitnie przystojny, za to przemiły, inteligentny i grzeczny. Ja go lubiłam. Ale w oczach mamy Zosi to były pewnie tylko same minusy. Leszek wpadł jak śliwka w kompot. I wyleciał z niego po kilku czy kilkunastu miesięcach z powodu różnic charakterów i światopoglądów między pokoleniami Polaków. No i pewnie dlatego, że Zosia go nigdy nie kochała, jak wszystkich innych facetów swego życia zresztą. A jej brat go też nie znosił, bo sam odbył właśnie w socjalistycznej armii zasadniczą służbę wojskową i nie miał zamiaru tolerować pod dachem swoich rodziców, a więc także własnym, jakiegoś maturzysty, a tym bardziej studenta z ojcem w USA. Tego dobrobytu oraz braku punktów za pochodzenie Leszka było dla rodziny Zosi w tamtych czasach chyba zbyt wiele. Tylko jedna Zosia na tym straciła, ale Leszkowi darowano życie!
Spotykałam się z moją koleżanką coraz rzadziej. Często towarzyszyli mi Witek albo Grzesiek. Zosia zaprosiła mnie na swoje osiemnaste urodziny. Jej urodziny wypadały w dniu moich imienin. Nigdy nie zadzwoniła do mnie pierwsza z życzeniami. Także na moje urodziny nie dzwoniła pierwsza. To ja mogłam pamiętać o niej. A jej imieniny wypadały kilka dni przed moimi urodzinami, więc musiałam być pierwsza. W końcu to on była centrum świata i kosmosu oraz naszego wspólnego chwilowo losu. Ja byłam najwyżej jej damą dworu. Udawałam, że nią jestem. Bo nie było sensu dyskutować, jeśli chciałam utrzymywać z nią kontakt.
Osiemnaste urodziny urządziła w mieszkaniu rodziców. Zaprosiła swoich bliskich i mnie, Witka chyba i jednego chłopaka, który mi się podobał. To był znajomy Kasi z Saskiej Kępy. Siedziałam koło niego jak zauroczona. Rozmawialiśmy i byliśmy od zakochania „jeden krok”. Potem poleciałam na jakiś koncert reggae, żeby go spotkać, ale nie rozmawialiśmy już ze sobą, bo go nie spotkałam. Już nigdy więcej go nie widziałam. Nie pamiętam jak miał na imię. Chyba Bartek.
To że siedziałam obok tego chłopca cały wieczór nie podobało się Zosi, więc obraziła się na mnie i zerwała ze mną kontakt na rok. Nie wiem, co jej było do mnie i do niego, i co ją obchodziło, kto mi się ma podobać i dlaczego. Nie dzwoniłyśmy do siebie przez dobry rok, aż ja po tej pauzie oczywiście odezwałam się pierwsza, wyciągając rękę na zgodę i licząc na wybaczenie – sama nie wiem czego. Nie mam pojęcia, co ją wtedy ugryzło, nigdy mi tego nie wyjaśniła, zwyczajnie się ode mnie odwróciła. Niektóre koleżanki lubią się po prostu obrażać na inne i bez słowa albo po kłótni zrywać znajomość. Między nami nie było kłótni. Była cisza. Już nigdy później nie byłyśmy ze sobą na prawdę blisko. Utrzymywałyśmy co prawda kontakt, jaki ma się z kimś jak z rodziny w latach dzieciństwa, ale nie rozumiałyśmy się wzajemnie. No ale trzeba z kimś czasami porozmawiać. Zresztą ona miała Gośkę, a ja Witka, Leszka, Artura, Grześka jako przyjaciół i adoratorów oraz Mateusza w sercu.
Po jakimś czasie okazało się, że Leszek zakochał się także we mnie – całkiem platonicznie. Może na moim ślubie z Witkiem? Robił nam zdjęcia i ładnie wyszły, pewnie pozazdrościł. Mamy nawet dzisiaj dziecko – In Vitro zaocznie. Niestety nie znam osobiście. Strasznie to dziwne, ale moje życie składa się z zaskakujących zwrotów i niespodziewanych Happy Endów.
Leszek był u mnie po moim rozstaniu z Witkiem. Miałam 26 lat. Wrócił wtedy z USA i przywiózł mi koszulę nocną z napisem: „Heartbreaker”. No miłe to było, ale nie wiedziałam, że on na poważnie. Robił jakieś dwuznaczne uwagi, ale nie skorzystałam. Przecież on miał narzeczoną, którą też przywiózł z USA. Ale ona była z Grochowa. Widocznie nie był całkiem zdecydowany. Ja byłam i go grzecznie „zmyłam”. Koszulkę sobie zostawiłam. Nie chwaliłam się tym Zosi, bo po co? I tak by mi nie uwierzyła, a tylko się na mnie obraziła, że sobie miłość Leszka do niej przywłaszczam po latach. A może on chodził z nią, by widywać mnie przy okazji? Wtedy u mnie miał szanse tylko Mateusz. A Witek wkoczył jakoś na jego miejsce.
W sumie zawsze Leszka bardzo lubiłam, ale raczej jak brata.
c.d.n

Hinterlasse einen Kommentar