Zdrowa rywalizacja, będąca siłą napędową postępu społeczeństw odbywa się dzisiaj między proletariuszami wszystkich krajów, którzy według zapamiętanych przeze ze mnie haseł
ze ścian świetlicy szkolnej, mieli się łączyć, już od najmłodszych lat w najróżniejszy sposób, dzieląc proletariuszy, i nie tylko, na mniej i bardziej zamożnych. W przedszkolu młodzi proletariusze zaczynają rywalizację na modele przybyszów z kosmosu, zwanych z angielska Transformersami, Power Rangersami, lalkami Barbie (amerykańskimi odpowiednikami sierotki Marysi), Pet Shopami (które wygryzły Reksia i Szarika) czy najróżniejszymi formami dzielnego Bena Ten-a (Bolek czy Lolek to przy nim mięczaki), wojownika o wolność i demokrację.
W szkole, do której dzieci zabawek zabierają mniej, a ciuchami się jeszcze nie interesują, przyszłość narodu zaczyna w klasie pierwszej rywalizować na batony i słodycze. Niektóre dzieci próbują nawet pozyskać nowych przyjaciół na podbijanym przez siebie terenie pierwszej klasy szkoły podstawowej, przekupywaniem co smaczniejszymi kąskami upatrzonych kolegów, którzy mają stać się najlepszymi.
Jednak mój syn z wielką radością kupił sobie wczoraj wafelek, w innym celu, a mianowicie, jak mi oznajmił, aby skonsumować go przed nosem koledze, ponieważ kolega za takim wafelkiem przepada. Powiedziałam mu, że mógłby go poczęstować, zamiast drażnić. Ale moje dziecko szykowało pewną akcję odwetową, spowodowaną, podobnym do przez siebie planowanego zachowaniem kolegi w dniu poprzednim, kiedy to tamten zjadł mu przed nosem i ze smakiem ulubioną czekoladkę mojego dziecka. Tak to rywalizację można uznać za otwartą, a ja serdecznie gratuluję sklepom spożywczym, kioskom i producentom słodyczy… oraz dentystom… Dziś kupujemy następne kąski, wspierając rozwój ekonomiczny kraju i motywację do zdrowej rywalizacji w warunkach gospodarki wolnorynkowej.
P. S.
Za moich czasów szkolnych mieliśmy tylko „Prince polo”, o ile fabryka wykonała plan, kierowcy mimo braku benzyny dowieźli, a dzieci sprzedawczyń nie przepadały za słodyczami. Ale to tylko żart…
Obok dzieci rywalizują między sobą także rodzice, którzy podpatrzyli te biologicznie naturalne wzorce zachowań zapewne u swoich pociech, bo raczej nie u ich, wychowanych w duchu haseł socjalistycznych, dziadków, autorów takich myśli jak: „Razem młodzi przyjaciele!” (a nie wygryzać się z pracy), „Cały naród buduje swoją stolicę” (a nie tylko własne domki w Wilanowie).
Zdrowa rywalizacja pomiędzy przedstawicielami pokolenia rodziców dzisiejszych uczniów szkół i uczelni państwowych, a tym bardziej prywatnych, nie ogranicza się już do konsumpcji większego kawałka pizzy z podwójnym serem, albo jak jeszcze przed kilkoma laty, wsunięciem Bic Maca a nie hamburgera na przerwie obiadowej.
Nie wystarczy dziś już wypiąć arogancko siedzenia z napisem Levi’s czy Wrangler
na osobę noszącą tyłek w spodniach dżinsopodobnych typu „Odra”.
Dziś walka między lepszym a gorszym, czytaj: między bogatszym a biedniejszym, toczy się na mieszkania, domy, samochody, urlopy i firmowe „Christmas party” w zależności od tego, gdzie takowe uda się zaliczyć .
Samochody najlepsze są największe i najdroższe, choćby ich zaparkowanie przed miejscem zatrudnienia miało spędzać co wieczór sen z powiek ich dumnych posiadaczy, spłacających kredyt 30-to letni w celu nabycia do swych aut wszelkich praw majątkowych, a nie tylko prawa szpanowania na co dzień i od święta.
Najdroższe domy dzisiejszej klasy robotniczej i inteligenckiej przypominają dworki staropolskie, pałace z baśni, zasłyszanych w dzieciństwie, albo zamki, czy warownie.
Kiedyś marzyło się o pustostanach i zapomnianych strychach, czy piwnicach, dziś mieszkaniem trudno nawet zaimponować, bo prawie każdy zatrudniony ma szansę otrzymać od Banku wyraz jego zaufania, i stać się niewypłacalnym w razie utraty pracy.
Na urlopy nie jeździ się już do cioci na wsi, ewentualnie domu wypoczynkowego FWP w Zakopanem. Ludzie sukcesu spędzają dziś wczasy w Egipcie i to pod wodą, strasząc ryby, w Tunezji oganiając się wieczorami od najstarszych mieszkańców tego regionu – karaluchów, we Włoszech w miejscach świętych, bo to nadal jest w dobrym tonie, czy w Grecji, czując się jak Bogowie, którzy wydeptali im ścieżkę na Olimp. Najodważniejsi z możnych udają się nawet do Afryki, by na Safari podejrzeć jak to robią słonie czy lwy, albo do Meksyku czy Peru, bo tam był premier i dostał fajną czapkę.
Tylko najstarsi dziadkowie spędzają dzisiaj wakacje (z braku środków lub sił, albo z powodu nasycenia się wolnością i tęsknotą za latami młodości) na swoich odziedziczonych po praprzodkach, a założonych przez socjalistyczne zakłady pracy, ogródkach działkowych pod miastem, olewając zdrową rywalizację szlauchem pod drzewka.