Janka 1929, moja Mama

SZKIC opowieści o mojej Mamie Janinie Gadalińskiej, po ślubie Komar. Cytaty ze stron internetowych. Podane źródła. Tekst do korekty, z błędami!

Pracuję nad tym od 24.02.2023 Zrobiłam przerwę na ok. rok lub więcej.

Oczy Mamy były niebieskie, nie ciemne.

• Mama, Janina Aniela Gadalińska, urodziła się 6.05.1929 roku w Warszawie, w ubogiej dzielnicy na Pradze Północ przy ulicy Siedleckiej. Numeru nie pamiętam, ale to mógł być numer 45. Wydaje mi się, że rozpoznaję ten dom na zdjęciach, m. in. po wielu śladach od kul wystrzelonych podczas Drugiej Wojny Światowej. Odwiedzałam moją Babcię kilka razy w roku aż do jej śmierci w 1976 (?) roku. Babcia bywała u nas na Grenadierów.



• Blisko Janki domu stał duży kościół, Bazylika Najświętszego Serca Jezusowego w Warszawie.

Wanda Traczyk,
ur. 7.04.1927

https://pl.m.wikipedia.org/wiki/Wanda_Traczyk-Stawska

7.04.1927 roku w Warszawie urodziła się Wanda Traczyk. 17-letnia, o 2 lata starsza od mojej mamy Wanda walczyła w Powstaniu Warszawskim. Była w okresie okupacji niemieckiej członkiem „Szarych Szeregów“.

https://viva.pl/ludzie/wywiady-vivy/wanda-traczyk-stawska-o-dzieciach-byciu-mama-i-wnukach-130171-r1/

W podobnym wieku, co Janka i Danusia były także Elisabeth (1926 – 2022) i Margaret (1930 – 2002), które urodziły się w Rodzinie Królewskiej Windsor w Wielkiej Brytanii.

Elisabeth (1926 – 2022) i Margaret (1930 – 2002) Windsor.

W 1932 roku w Londynie urodziła się Elisabeth Taylor (1932 – 2011)

Elisabeth Taylor
(1932 – 2011)



W tym samym roku co Janka, 12.06.1929, urodziła się Anne Frank we Frankfurcie nad Menem, w zamożnej rodzinie Żydów niemieckich.

(1929 – 1945)
Margot Frank
(1926 – 1945)

Rodzina Anne Frank wyemigrowała w 1933/34 roku z Niemiec do Amsterdamu w Holandii, obawiając się prześladowania przez faszystów. Jej ojciec Otto Frank prowadził w Holandii firmę, która była dla niego może ważniejsza od losu własnej rodziny. Rodzina Frank mogła chyba wyjechać do Palestyny, czy do USA? A może na wschód do Uzbekistanu lub Kazachstanu. Nie byli biedni.

„Anne Frank died in the Holocaust after her father exhausted all legal means of escape, including being unable to get a visa to America.“

https://www.forbes.com/sites/stuartanderson/2018/05/09/would-the-justice-department-have-prosecuted-anne-franks-father/?sh=69259cfc3cb2

What about Norway, Sweden, Finland, Island, Palestina, Kasachstan, Usbekistan?. If I was Anne, Margot or his wife I wouldn’t had forgive him.

Po objęciu w Holandii władzy przez niemieckich faszystów w maju 1940 roku, także tam Żydzi byli prześladowani, wykluczeni, eliminowani z życia gospodarczego i społecznego.

„22 czerwca 1942 r. zapadła decyzja o deportacji 40 tys. Żydów z Holandii. Pierwsze transporty do obozów zagłady wyruszyły w połowie lipca 1942 roku. W sumie z Holandii deportowano 105 tys. Żydów, z tego m. in. do KL Auschwitz ok. 60 tys., a do obozu zagłady w Sobiborze – 34 300.“

(https://sprawiedliwi.org.pl/pl/o-sprawiedliwych/sprawiedliwi-na-swiecie/sprawiedliwi-w-holandii)

KZ Bergen-Belsen, DE, Mädchen (1943-1945)

Stolpersteine
Stolpersteine
Stolpersteine

4.05.1929 roku w Belgii przyszła na świat Audrey Hepburn, także rówieśniczka Janki.

Audrey Hepburn
(1929 – 1993)

1. czerwca 1926 roku w Los Angeles, USA, urodziła się Marylin Monroe.

(1926 – 1962)

Dziewczęta przyszły na świat w podobnym czasie 1926 – 1932 w różnych miejscach Europy i świata. Świata, który przygotowywał się do Drugiej Wojny Światowej. Będąc małymi dziewczynkami pewnie o tym nie wiedziały, nie spodziewały się, że za kilka lat świat zamieni się w koszmar wojny. Żadna nie przypuszczała, że ich życie może skończyć się, zanim dojrzeją, dorosną, zanim przeżyją pierwszą miłość, zostaną żonami, matkami.

Wszystkie miały marzenia, uczucia, plany na przyszłość. Każda z nich w innym miejscu cieszyła się dzieciństwem, młodością. Aż nastały lata grozy, faszyzmu, prześladowań, Holokaustu, biedy, strachu, chorób, zabijania i walki o przetrwanie.

Anna i Margot Frank zmarły jako nastolatki, najwcześniej z wymienionych przeze mnie dziewcząt.

Anna i Margot były Żydówkami.

Anna i Margot podzieliły tragiczny los ponad 60 MILIONÓW ludzi, dzieci, dorosłych, starców, którzy zginęli, umarli, zostali upodleni, zamordowani, zagazowani, rozstrzelani w czasie strasznej Drugiej Wojny Światowej w wielu miejscach w Europie i na Ziemi.


Janka Gadalińska i Anne Frank były rówieśniczkami. Janina miała o 2 lata młodszą siostrę Danutę. Anne miała o 3 lata starszą siostrę Margot.

Jakże inaczej potoczyło się ich życie i jak wielu tragicznych wydarzeń były świadkami.

🕕🕖🕡

Ulica Siedlecka powstała na terenie zwanym Szmulkami czy Szmulowizną lub Szmulowszczyzną. „Nazwa Szmulowizna pochodzi od imienia właściciela tych gruntów Szmula (Samuela) Jakubowicza Sonnenberga, żydowskiego kupca, bankiera, protegowanego Króla Augusta Poniatowskiego. Samuel Jakubowicz Sonnenberg (1727 lub 1756 – 1800/1801) był jednym z najbogatszych Żydów warszawskich“ (wg Wikipedia).
Niektórzy Żydzi mówili podobno: „Wasze są tylko ulice, nasze kamienice!“, usłyszałam to od pewnej pani w wieku mamy. Wśród Żydów warszawskich była grupa rodzin bardzo bogatych, dobrze wykształconych, ale było też dużo ludzi biednych, zamieszkujących w bardzo ubogich warunkach. Polscy Żydzi w większości nie starali się zasymilować, nauczyć się języka polskiego, żyli w swojej społeczności, pielęgnowali swoją tradycję i własne obyczaje, własne sądownictwo.
„W 1938 r. było w Warszawie ok. 368 000 Żydów, co stanowiło niemal 30% ludności miasta. Jedynie nieliczni warszawscy Żydzi przeżyli Zagładę (Holocaust). W 1946 r. w Warszawie przebywało ok. 18 tys. Żydów. Większość z nich nie powróciła do miasta, osiedlając się na tzw. Ziemiach Odzyskanych lub wyjeżdżając z Polski.“

 (https://www.ekai.pl/historia-spolecznosci-zydowskiej-w-warszawie/)

Liczba żydowskich ofiar Holocaustu jest szacowana na prawie 6 milionów ludzi.

Liczba polskich Żydów wśród ofiar zagłady szacowana jest według różnych źródeł od 2,6 mln do 3,3 mln osób[12].

 „Biuro Odszkodowań Wojennych działające przy Prezydium Rady Ministrów w „Sprawozdaniu w przedmiocie strat i szkód wojennych Polski w latach 1939–1945” oszacowało ogółem straty osobowe na 6,028 mln osób, w tym ponad połowę – 3,2 mln stanowili Żydzi.“ 

(Wikipedia)


Rodzice Janki nie byli zamożni, jej mama Stanisława pracowała przed wojną jako służąca w bogatej rodzinie, jej tata (?) malował napisy na warszawskich tramwajach.
Tyle usłyszałam od Mamy.

Moi dziadkowie rozstali się kilka lat po ślubie.
Babcia Stanisława zakochała się w swoim szwagrze, bracie męża. Była atrakcyjną kobietą, podobała się mężczyznom.



Mała Janka trafiła po rozstaniu rodziców na jakiś czas pod opiekę swojego taty, którego bardzo kochała.
Czasy były trudne, dlatego jej mama zajęła się swoją młodszą córką Danusią.

Janka zamieszkała ze swoim ojcem i jego nową partnerką, która miała córkę w podobnym do Janki wieku.
Kobieta preferowała swoje dziecko i zamykała się w pokoju z własną córką, kiedy było coś lepszego do jedzenia. Janka siedziała wtedy sama i domyślała się tylko, co dobrego jedzą jej współlokatorki. Było jej bardzo przykro i smutno.

Janeczka musiała od najmłodszych lat czuć się wykluczona, odrzucona, najpierw przez własną mamę, potem przez macochę.
Była spokojnym, grzecznym dzieckiem, które starało się dopasować do ubogich wymogów życia w latach trzydziestych w Warszawie oraz sytuacji rodzinnej, lub raczej braku rodziny, braku mamy, siostry, braku miłości.
Janka poskarżyła się wreszcie swojej mamie i ta zabrała ją z powrotem do siebie.


Kiedy Janka miała lat 10, a jej siostra Danusia lat 8, wybuchła Druga Wojna Światowa, 1.09.1939 roku.

„Pierwsze niemieckie bomby spadają na Warszawę w chwili wybuchu wojny. Naloty na stolicę trwają cały miesiąc. 17 września płonie Zamek Królewski.

Największy nalot ma miejsce 25 września 1939 r. W bombardowaniu bierze udział blisko 350 bombowców. Na Warszawę spada prawie 630 ton bomb burzących i zapalających. W mieście wybucha około 200 pożarów. W płomieniach stają gmachy publiczne, kościoły, budynki mieszkalne, szpitale pomimo oznaczenia ich znakami Czerwonego Krzyża. Podczas oblężenia we wrześniu 1939 zniszczeniu ulega 12 procent zabudowy Warszawy.“ (https://www.1944.pl/)


„Mieszkańcy Warszawy biorą masowy udział w obronie stolicy.
Warszawa kapituluje 28 września 1939 roku. 5 października do Warszawy przyjeżdża Adolf Hitler, by w Alejach Ujazdowskich odebrać defiladę zwycięskich wojsk.


Władze niemieckie likwidują polskie szkolnictwo wyższe i średnie. Zakazują nauczania historii Polski, dziejów literatury polskiej, geografii. Konfiskują książki wybitnych pisarzy polskich.
Nauczanie zabronionych przedmiotów staje się jedną z głównych form walki z okupantem. Podejmują ją spontanicznie nauczyciele, którzy w październiku 1939 tworzą Tajną Organizację Nauczycielską. Liczba uczniów „tajnych kompletów” rośnie przez całą okupację. W roku szkolnym 1943/44 w zajęciach prowadzonych przez ok. 5500 nauczycieli uczestniczy 90 tysięcy uczniów.
Od pierwszych dni mnożą się precyzyjnie zaplanowane deportacje, wysiedlenia, różnego rodzaju prześladowania i szykany administracyjne oraz egzekucje. Na porządku dziennym jest rekwizycja mienia. Pojawiają się dramatyczne trudności aprowizacyjne, które zagrażają biologicznej egzystencji narodu. Za najmniejsze przewinienia grozi kara śmierci, więzienie lub obóz koncentracyjny.

Od pierwszych dni okupacji ludność polska znajduje się w bardzo ciężkim położeniu materialnym. W wyniku wymiany pieniędzy traci większość przedwojennych oszczędności. Płace są bardzo niskie, nieproporcjonalne w stosunku do kosztów utrzymania. Rozwija się „czarny rynek”, gdzie ceny są jeszcze wyższe. Władze niemieckie wprowadzają racjonowanie żywności. Polityka okupanta powoduje stałe niedożywienie Polaków, skazanych na prawie trzykrotnie niższe od dotychczasowych normy kaloryczne. W konsekwencji spada liczba urodzeń i mnożą się choroby zakaźne.“ (https://www.1944.pl/)

• Warszawa, jako stolica i największe miasto (prawie 1.300 tysięcy mieszkańców w 1939), jest symbolem oporu i centrum konspiracji. Staje się obiektem głównego ataku niemieckiego. W mieście i okolicach mnożą się aresztowania, egzekucje i masowe mordy (Wawer 1939, Palmiry 1939 – 1940, Las Kabacki 1939, Las Sękociński 1942). Od końca 1943 do lata 1944 zabito ok. 4300 Polaków, głównie przedstawicieli elity narodu. Uliczne łapanki tworzą aurę zagrożenia życia. Od października 1941 pod karą śmierci ludności żydowskiej nie wolno opuszczać getta, a Polakom udzielać im pomocy. Od jesieni 1939 władze okupacyjne stosują szczególny terror wobec Żydów. Przydziały żywności w getcie są dużo niższe niż poza jego murami. Żydzi masowo umierają z głodu. Za pomoc Żydom Niemcy karzą śmiercią. Pomimo to niektórzy odważni Polacy starają się ratować Żydów, ukrywając ich i dostarczając żywność. Niestety, są też tacy, którzy szantażują Żydów lub wydają ich Niemcom.
• Na ulicach Warszawy częste są łapanki, grożące wywózką na roboty przymusowe do Niemiec.
• Okupanci radzieccy i niemieccy realizują politykę eksterminacji polskich elit. Od pierwszych dni mnożą się precyzyjnie zaplanowane deportacje, wysiedlenia, różnego rodzaju prześladowania i szykany administracyjne oraz egzekucje. Na porządku dziennym jest rekwizycja mienia. Pojawiają się dramatyczne trudności aprowizacyjne, które zagrażają biologicznej egzystencji narodu.

Mała Janka była świadkiem i uczestniczką tych wydarzeń.
Za pewne przeżyła naloty, chowając się do piwnicy, widziała pewnie zgliszcza domów i trupy na ulicach.

Musiała widzieć łapanki na warszawskich ulicach, prześladowanych, zabijanych Polaków i Żydów.
Widziała groźnych żołnierzy niemieckich z karabinami. Mama nie wiele opowiadała o tym, co przeżyła w czasie wojny i okupacji, ogólnie była małomówna i raczej poważna i smutna. Myślę, że była w spektrum autyzmu, czy od urodzenia, czy w wyniku przeżyć z dzieciństwa i młodości?



Janka uczęszczała do niemieckiej szkoły (1939 – 1944), w której otrzymała świadectwa w języku polskim i niemieckim, brała też udział w podziemnych kompletach, czyli lekcjach w jęz. polskim i o Polsce.


Latem 1944 roku mama Janki wysłała ją na wieś do rodziny. W zamian za opiekę nad jej córką przywiozła w prezencie belki z materiałami do uszycia ubrań czy pościeli. Belki materiału były może z Łodzi? Mieszkał tam jakiś kuzyn Babci, a po wojnie mamy. Nie utrzymywaliśmy kontaktu.
Czy Babcia wiedziała wtedy, że przygotowywane było Powstanie Warszawskie (1.08.44 – 2.10.44), tego nie wiem, ale była bardzo zaradną kobietą, która umiała walczyć o przetrwania i życie swoich córek.

Nie wiem też, czy siostra mamy, Danusia, pojechała z nią, czy została w Warszawie. Wydaje mi się, że Janka pojechała tam sama, ponieważ wspominała, że spała w łóżku ze starą babcią czy ciocią i jej się to nie podobało. Gdyby była z siostrą, może by spały razem? Nie wiem.

W 1944 roku, 4.08. rodzina Anne Frank została znaleziona przez niemieckich faszystów w swojej kryjówce w domu w Amsterdamie. Anne Frank spędziła tam ok. 2 lat, pisała wtedy swój pamiętnik, świadectwo jej przeżyć oraz tamtych czasów.


Anne Frank, jej siostra Margot oraz ich rodzice zostali aresztowani i wywiezieni w wagonach do transportu bydła do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu Brzezince na terenie Polski. Na początku listopada 1944 roku Anne i Margot zostały przetransportowane do obozu w Bergen Belsen, na terenie Niemiec.

Anne (15) i Margot (18) zmarły w Bergen Belsen w Lutym/Marcu 1945 roku w wyniku wycieńczenia, głodu i choroby. Otto Frank, ojciec Anne i Margot, przeżył wojnę, jego żona nie przeżyła. Po wojnie wydał pamiętnik swojej zmarłej córki Anne.

Mama mało, rzadko opowiadała o przeżyciach z czasów wojny. Była z natury raczej skryta, cicha i być może nie umiała, nie chciała wracać do przeżyć wojennych.

A może ja zbyt rzadko się tym tematem interesowałam.
Kiedy ja stawałam się dorosłą, mama była w NRD, u nas stan wojenny (1981-1983), własne problemy okresu dojrzewania …
Ojciec był członkiem „Solidarności“, o wojnie dużo nie mógł wtedy opowiadać, bo był w czasie wojny żołnierzem Armii Krajowej.

Janka wróciła do Warszawy chyba w 1944 roku we wrześniu. O tym świadczy jej świadectwo szkolne. Ale czy ono było prawdziwe?
Opowiadała mi, że dopiero po zakończeniu wojny dostała okres czyli miała ok. 16 lat. Może że stresu.
Może Pan Bóg chronił ją przed zajściem w ciążę, w razie gdyby została zgwałcona. Miała szczęście, że się to nie stało, mimo że wracała ze wsi do Warszawy, idąc do pociągu przez las i pola. Widziała w oddali żołnierzy. W 1944 (chyba) roku lub w 1945 roku udało jej się bezpiecznie wrócić ze wsi do Warszawy, na ul. Siedlecką.
Kamienica, w której mieszkała wcześniej, stała na swoim miejscu, była obstrzelana, trochę pogruchotana, obstrzępiona, ale prawie cała.
W wyniku bombardowań doznała niewielkiego uszczerbku, tak że można było tam znów zamieszkać.

Warszawa, ul. Siedlecka, 2023


„Do stycznia 1945 roku Niemcy zniszczyli 30 proc. zabudowań miejskich polskiej stolicy. Łącznie od początku II wojny światowej Warszawa została zniszczona w ponad 80 proc.


W 100 proc. zostały zniszczone dworce kolejowe, mosty, infrastruktura telefoniczna i lotnicza. W ponad 90 proc. Niemcy zdewastowali obiekty kultury, budynki zabytkowe, w tym sakralne, szpitale i ośrodki opieki zdrowotnej, budynki przemysłowe, infrastrukturę kolejową i nawet oświetlenie ulic stolicy (98,5 proc.)“ – czytamy w „Raporcie o stratach poniesionych przez Polskę w wyniku agresji i okupacji niemieckiej w czasie II wojny światowej 1939-1945“.

„Zagłada miasta“

Jeszcze straszniejsze od zniszczeń materialnych, był straty ludzkie, które poniosła Warszawa. W 1939 roku stolica była największym polskim miastem zamieszkałym przez niemal 1,3 mln ludzi. Większość z nich nie dożyła końca wojny. Zgodnie z najnowszymi wyliczeniami ekspertów, zawartymi w „Raporcie…“ do 1945 roku śmierć poniosło około 700 tys. warszawiaków, w tym ok. 350 000 Żydów. Zginął także mój Dziadek, ojciec mamy.

Podczas działań zbrojnych we wrześniu 1939 roku zginęło 20 tys. osób, ponad 30 tys. zginęło w egzekucjach, niemal 100 tys. zmarło w obozach zagłady lub podczas robót przymusowych.
Powstanie Warszawie kosztowało życie 16 tys. żołnierzy i 150 tys. zamordowanych przez hitlerowców cywilów. Niemcy zgładzili także niemal wszystkich spośród 400 tys. warszawskich Żydów.  
– To była zagłada miasta i zagłada narodu – stwierdził prof. Wojciech Fałkowski.“

(www.polskieradio.pl)

Mama otrzymała świadectwo gimnazjum za rok szkolny 1944/45.

Janka wróciła do swojego mieszkania, ale nie zastała w nim swojej mamy, poszła więc do sąsiadki. Czekała kilka dni czy tygodni, aż do mieszkania wróciła jej mama z siostrą.
Aby przeżyć robiła z sąsiadką pączki, które potem sprzedawały na Bazarze Różyckiego.



„Podczas okupacji Niemcy przeprowadzali na bazarze łapanki, które nasiliły się pod koniec wojny. W 1944, podczas powstania warszawskiego, bazar spłonął.

Rozwój targowiska nastąpił zaraz po wojnie (mimo działalności Komisji Specjalnej do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym). Można tam było kupić dosłownie wszystko.“ (Wikipedia)

Także pączki upieczone przez Janeczkę i jej sąsiadkę.

„Bazar Różyckiego był miejscem, gdzie zachowały się elementy dawnego folkloru warszawskiego i po 1945 można było usłyszeć gwarę warszawską.“

(Wikipedia)

Tata Janki, a mój dziadek, nie przeżył wojny. W czasie łapanki został schwytany przez Niemców i wywieziony do Niemiec w okolice Cottbus. Nikt nie mówił, czy Niemcy wywieźli go do obozu jako Polaka, czy jako Żyda. Mama nie mówiła nigdy o jego żydowskim, czy nie żydowskim pochodzeniu. Być może mieszkał lub przebywał w dzielnicy, zamieszkałej przez Żydów (Szmulki) i przy okazji Niemcy zgarnęli także jego. Przecież nie dyskutowali z każdym oddzielnie na temat jego pochodzenia. A może nazwisko Gadaliński nie było wcale typowo polskie? „Gadol“ po hebrajsku znaczy „wielki“. Zasymilowani Żydzi spolszczali nazwiska od kilkuset lat.


W obozie w Cottbus Dziadek został zabity. Janina nie dowiedziała się zbyt wielu faktów o tym, co stało się z jej ojcem. Kiedy pracowała w NRD (1981-1983) starała się zdobyć więcej informacji. Pomagał jej znajomy Niemiec, Pan Stawowy, którego poznała w Halle Saale / Halle Neustadt.

Druga Wojna Światowa zakończyła się w Europie 8.05.1945 roku kapitulacją Niemiec wobec sił aliantów.

Anne Frank i jej o 3 lata starsza siostra Margot nie żyły od ok. 3 miesięcy. Zagładę przeżył ich ojciec.
Dla szesnastoletniej Janki i jej o 2 lata młodszej siostry Danusi rozpoczął się nowy etap ich życia.

Po wojnie.

🕖🕕🕒

Wśród ruin Warszawy, ich miasta, które przed wojną tętniło życiem Polaków, Żydów, przyjezdnych.


Od 1946 roku (chyba) Janka uczęszczała do Liceum dla Drogistów.


W prawie doszczętnie zburzonej Warszawie Janka widziała zgliszcza, ruiny domów, potworną biedę, ale też ludzki wysiłek i zapał do uporządkowania i odbudowy stolicy. „Cały naród budował swoją stolicę“.



Po ukończeniu liceum i uzyskaniu tzw. „małej matury“ Janina pracowała w drogerii.
Na początku lat 50-tych podjęła próbę studiów w Wyższej Szkole Handlowej, ale nie udało jej się pogodzić pracy z nauką. Studia były trudne i trzeba było zakuwać na pamięć zbiory pism Marxa, Engelsa i Lenina, a talent Mamy do nauli był raczej dostateczny (jak wynikało ze świadectw), niż wybitny, była za to bardzo pilna i pracowita.

Moja mama mieszkała po wojnie nadal u swojej mamy na Siedleckiej w mieszkaniu o powierzchni ok. 40 m2. Był tam jeden duży pokój, ok. 20 m2, dość duża kuchnia, ok. 12 m2, przedpokój i mała toaleta, tylko z ubikacją, bez wanny czy prysznica. Może nawet bez umywalki.

W tym lokalu mieszkały także Danusia, no i moja babcia.

Babcia Stasia (secundo voto Boros) była kobietą o silnym charakterze, radzącą sobie w trudnych sytuacjach życia w Warszawie od lat dwudziestych do siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Zmarła w 1979 (?) roku, została pochowana na Cmentarzu Bródzieńskim w Warszawie.

Nie wiem, jakimi sposobami udało jej się przeżyć lata wojny. Wiem, że ocaliła siebie i swoje obie córki.
Babcia pracowała po wojnie jako barmanka w jakiejś knajpie czy restauracji.
Miała nowego przyjaciela, który pił zbyt wiele. Moja mama musiała to jakoś przeżywać, wstydziła się chyba tej sytuacji, chociaż ten pan był nawet sympatyczny, miał syna. Wszyscy spotykali się, czy mieszkali u Babci.
Babcia Stanisława (Szymczak chyba z domu) pochodziła z jakiejś wsi z okolic Warszawy.
Po wojnie chciała cieszyć się życiem. Pożyczała Janki ubrania i buty, co się Jance nie podobało. Ale od dziecka umiała się podporządkować.

Janina poznała w 1950 czy 1951 roku Wiktora Komara, mojego ojca.

Wiktor Komar,
1922 – 2006



Poznali się na terenie uczelni, na schodach. Wiktor zapytał Jankę, czy nie znają się przypadkiem ze wczasów. Nie znali się, ale umówili się na spotkanie, by zostać ze sobą na dobre i na złe, aż ich śmierć rozłączyła w roku 2006. Byli ze sobą ok 55 lat.

Janina miała kilku adoratorów, jak wynika z listów pisanych przez nich własnoręcznie. Do randki z jednym nie doszło, ponieważ czekali na siebie przy dwóch innych wejściach do Łazienek Warszawskich. Mama była rozczarowana. Inny adorator zachorował i trafił do szpitala.
Co za los?
Wiktor przynosił landrynki, a nie czekoladę, ale był na miejscu i nie dawał się spławić. Groszem nie śmierdział.

Może zapragnął ożenić się z mamą, w celu otrzymania meldunku w Warszawie i sprowadzenia do stolicy swoich bratanic z Bużysk koło Drohiczyna? 😁😁

Może był wysłannikiem mafii nadbużanskiej, która planowała przeniesienie rodzin z Bużysk do Warszawy??

😁😁

Myślę, że Janka mu się jednak spodobała, była ładna, cicha, miła. A on lubił stawiać na swoim.


Mojej mamie wydawało się w wieku lat 22, iż to najlepszy czas, aby zawrzeć związek małżeński.
Kilku kandydatów z jakichś obiektywnych powodów zrządzenia losu odpadło w drodze do zawarcia związku małżeńskiego z Panną Nineczką.
Wiktor Komar był bardzo wierzącym katolikiem, a jednak próbował namówić Jankę przed ślubem do sprawdzenia, czy aby na pewno zajdzie z nim w ciążę.

Mama mówiła mi, że młody Wiktor miał już wcześniej narzeczoną, z którą utrzymywał bliższe kontakty niż tylko „za raczkę“.
Wiktor bardzo chciał mieć potomstwo, nawet przed ślubem. Ciekawe jak godził swoją fanatyczną wiarę z podejściem do własnego życia erotycznego przed jakimkolwiek ślubem.

Janka była niewinną panną i wolała jednak poczekać do zalegalizowania planów na założenie rodziny przed ołtarzem.
W związku z powyższym kandytat Wiktor zapytał Jankę, czy zostanie jego żoną.
Na obrączki złote pieniędzy nie miał, dlatego mama przetopiła jakiś swój złoty medalik i tak załatwiła sobie obrączkę. Ojciec mógł co najwyżej dowieść ze wsi trochę ziemniaków i jajek.
Ślub kościelny zawarli prawdopodobnie w pobliskiej Bazylice Najświętszego Serca Jezusowego w Warszawie.

Janina i Wiktor, 1951

Dzięki temu Wiktor mógł dostać meldunek na miejsce zamieszkania w stolicy (u mojej Babci), co nie było wtedy łatwe do załatwienia.

Po kilkunastu latach (w latach 60tych) Wiktor pomógł sprowadzić się do Warszawy swoim bratanicom z Bużysk: Jadzi Omelańczuk i Wandzi Madziar (z domu Komar).
Po ślubie moi rodzice zamieszkali razem z moją Babcią w jej niedużym mieszkaniu. Mamy siostra Danuta także wkrótce wyszła za mąż i także zamieszkała wraz z mężem u Babci, po ślubie zmieniła nazwisko na Giziewicz. Danuta urodziła 2 córki, jedna z nich (Maria) zmarła w młodym wieku (ok. lat 28) na stwardnienie rozsiane, druga, Anna miała od czasu do czasu kontakt z nami.


W małym lokalu (ok. 40 m2) mieszkało po ślubach obu sióstr 5 osób, ktoś w pokoju, ktoś w kuchni.
Mama mówiła, że musiała przesuwać szafę, by się do czegoś dostać i poroniła jedną ciążę.
Wiktor Komar, mąż Janki był od zawsze waleczny i despotyczny. Prawdopodobnie te cechy charakteru doprowadzały do konfliktów z Babcią, która także nie dała sobie dmuchać w kaszę, była w końcu u siebie i miała swoje zdanie oraz silny charakter.
Między Wiktorem a Stanisławą powstał także konflikt na tle politycznym. Babcia była po stronie Zjednoczonej Partii Robotniczej, a Wiktor wręcz przeciwnie, był żołnierzem AK, w latach 50tych już raczej w stanie spoczynku, ale sercem nadal był żołnierzem.

Myślę, że wypowiadał się jednak na różne tematy i Stanisława groziła, że ewentualnie na niego doniesie. Może chciała, żeby przestał rządzić w jej mieszkaniu, albo czym prędzej się z Janką wyprowadził.
Babcia chciała żyć własnym życiem, miała przyjaciela. Gdzie miała się z nim spotykać? Przypuszczam, że Babcia, z myślą o przyszłych wnuczętach, jednak na swojego zięcia nie doniosła.
Nie musiała. Aparat państwa działał i tak sprawnie oraz brutalnie.

„Lata 1947-1956 to dla Polski okres odbudowy kraju po wojnie, ale i terroru państwowego oraz intensywnych zmian mających upodobnić Polskę do ZSRR pod rządami Stalina.“

(https://lekcjehistorii.pl/index.php/2020/10/18/stalinizm-w-polsce/)



W czasie Stalinizmu w Polsce Urząd Bezpieczeństwa wzywał pewne osoby, szczególnie podejrzane o związki z AK, na przesłuchania, podczas których wiele osób torturowano, a także mordowano. Zwłaszcza byłych żołnierzy AK oraz wrogów PZPR czy Stalina i Związku Radzieckiego.

Józef Stalin
(1878 – 1953)


Mój ojciec też był przesłuchiwany przez UB (Urząd Bezpieczeństwa). Wspominał, że przesłuchiwał go prawdopodobnie jakiś Żyd. Wielu Żydów było po 1945 na wysokich stanowiskach w polityce i w aparacie Urzędu Bezpieczeństwa, współpracowali z Rosjanami w celu zaprowadzenia socjalistycznego porządku oraz spokoju w Państwie umęczonym wojną. Wielu AK-owców pragnęło także po 1945 roku walczyć przeciwko Władzy Ludowej z ramienia ZSRR.

Nie opowiadał o tym, co przeżył, ale Janka zauważyła, że miał w tamtym okresie stany paniki, drżał w nocy, budził się zlany potem ze strachu. Musiał się bać o swoje życie. Jego znajomy wrócił po takim przesłuchaniu połamany, martwy w worku, z informacją, że spadł ze schodów i zmarł.

Janka pewnie też nie czuła się wtedy bezpiecznie.


W sprawie Wiktora został przesłuchany Sołtys w jego rodzinnej wsi (Bużyska koło Drohiczyna), który skłamał i zeznał, że Wiktor w AK nie był.
Ten Sołtys uratował życie Wiktora. Jestem mu bardzo wdzięczna, ale niestety nie wiem, jak się nazywał.
W czasach stalinowskich, jak zawsze i wszędzie, bywali ludzie życzliwi dla innych, bywali donosiciele, karierowicze, którzy dla swojej pozycji, dla władzy, pieniędzy i przywilejów zrobiliby lub robili wszystko. A przywilejem było otrzymanie lepszej pracy, lepszego stanowiska, lepszych zarobków, mieszkania.

Niektórzy młodzi ludzie wierzyli w ideę socjalizmu, zapisali się po wojnie do PZPR i brali udział w walce z wrogami tzw. Klasy Robotniczej. Może nie przypuszczali, jaki terror zapanuje w Polsce w imię Stalina, socjalizmu i wiecznej przyjaźni z ZSRR na czele. Może musieli być katami, by ratować własne młode życie lub życie ich rodzin, żon, dzieci, rodzeństwa. A może podobało im się sprawowanie władzy i jej nadużywanie. Okres Stalinizmu był okresem totalitarnej dyktatury i nie różnił się wiele od faszyzmu.

Niektórzy Żydzi, którzy przeżyli Drugą Wojnę Światową, obóz zagłady, i upodlenie przez lata, zobaczyli dla siebie nową szansę na lepsze życie i łączyli się z aparatem UB, SB i sowieckimi zwierzchnikami we wspólnej dla nich sprawie budowy nowego porządku, socjalizmu i dyktatury proletariatu, jak to nazywano.


Wiktor nigdy nie zapisał się do PZPR, co wiązało się z notorycznym brakiem przywilejów.

Polska Zjednoczona Partia Robotnicza (PZPR)
Towarzysz
Władysław Gomułka


Warszawa w 1945 roku była nieomal doszczętnie zniszczona, brakowało domów i mieszkań.
Mieszkańcy stolicy szybko zajęli się odbudową miasta. „Cały naród budował swoją stolicę“ oraz inne miasta, a z radia płynęła piosenka „Budujemy nowy dom!“

https://www.youtube.com/watch?v=K6kGLM9aj38


Jednak o mieszkanie było bardzo trudno.

🕒🕕🕖


Nie wiem jakim cudem Wiktorowi i Jance udało się wyprowadzić od Stanisławy. Z ulicy Siedleckiej przeprowadzili się do małego mieszkania na Pradze Południe, w pobliżu ulicy Grochowskiej i Międzyborskiej. Był tam chyba jeden pokój z kuchnią i opał na węgiel. Prawdopodobnie ojciec otrzymał mieszkanie z zakładu pracy (Biuro projektowe przemysłu mięsnego).
Wydaje mi się, że po przeprowadzce, w listopadzie 1953 roku, urodziła im się pierwsza córka, Alina.
Janeczka nie miała silnego instynktu macierzyńskiego. Cieszyła się z tego, że ma córkę, ale chowała ją raczej wg. poradników socjalistycznych dla młodych matek.
Poradnik zawierał wg. mnie wiele błędów.
Jej instynkt podpowiadał jej tylko tyle, że trzeba dziecko przewinąć, umyć, ubrać ciepło, nakarmić co kilka godzin, choćby płakało. Janka nie umiała okazać ciepła, czułości, miłości, których brakowało jej samej w dzieciństwie. Odgadywanie uczuć i emocjonalnych potrzeb innej osoby nie było jej mocną stroną.
Myślę, że była trochę autystyczna po wszystkich przejściach z jej dzieciństwa, a może miała inne zaburzenia osobowości.

Janka i Wiktor pracowali na cały etat. Przerwa w pracy na wychowanie dziecka była zapewne krótka.
Dlatego oddali Alinkę do żłobka, potem do przedszkola.

Alinka Komar

Myślę, że na cały dzień, od godziny ok. 8 – 17. Ani Janka, ani Wiktor nie potrafili dać córce miłości, ciepła, bliskości, tak potrzebnych do zdrowego rozwoju niemowlęcia, małego dziecka w pierwszych 3 – 6 latach jego rozwoju. Nie mieli wiedzy ani pojęcia, co jest najlepsze, co może zostawić urazy na delikatnej duszy wrażliwego dziecka, ich córki.

Kiedy pierwsza córka Janiny i Wiktora była mała, Janka zaszła kolejny raz w ciążę.
Na wychowanie drugiego dziecka nie było dobrych warunków. Mieszkanie było małe, pieniędzy nie wiele, pomocy brak.
Janina i Wiktor zdecydowali się na to, że Janka usunie ciążę. I tak się stało.
Janeczka przeżywała tę decyzję, tę utratę, czuła wstyd i lęk przed Bogiem i przed ludźmi.
Miała wyrzuty sumienia. Dopiero po wielu latach, kiedy byłam dorosła, zwierzyła mi się z żalem z tego, że usuneła ciążę za przyzwoleniem Wiktora. A może to Wiktor ją do tego nakłonił? Nigdy o tym nie wspomniał, jako gorąco wierzący katolik, który co niedziela był w kościele na mszy.
Janka musiała się zawsze podporządkować mężowi i jego decyzjom. W innym przypadku stawał się on agresywny, podły, wściekał się i wyżywał nad żoną psychicznie, a czasami także fizycznie. No i ograniczał dostęp do niby wspólnych, ale jego pieniędzy.
Kiedy Alinka miała ok. 3 – 4 lat Janka ponownie zaszła w ciążę i urodziła Ewę. Ewa cierpiała od urodzenia na wrodzoną wadę serca.
Co kilka godzin, czy co kilka dni się dusiła i Janka bała się, że Ewa umrze.
Nie wiem jak było, ale Janka musiała chyba przestać pracować, żeby zająć się ciężko chorą córką.
Opieka zdrowotna w latach 50tych nie była wysoko rozwinięta. Kiedy Ewa miała ok. roku, zmarła tuż przed Sylwestrem w wyniku niewydolności serca, tak mi mówiła mama. Tata w ogóle nie opowiadał o Ewie.
Domyślam się, że to było bardzo smutne przeżycie dla obojga rodziców, ale być może także pewna ulga. Rodzicom musiał przez rok towarzyszyć smutek, rozpacz i lęk, że ich córeczka będzie męczyć się latami, albo może w każdej chwili umrzeć.
To musi być straszne, patrzeć codziennie, jak męczy się własne dziecko, niemowlę, dusi się, ma konwulsje i nie można mu pomóc. Bywaliśmy, gdy byłam dzieckiem, co roku na cmentarzu. Ja mama, tata. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek poszła z nami Alina. Była 13 lat ode mnie starsza.

Pierwszy rok życia Ewy musiał być rokiem pełnym stresów dla Ewy, dla jej rodziców i dla jej kilkuletniej siostry Alinki, która tego okresu w swoim życiu pewnie nie pamięta.
Janina pracowała potem dalej na cały etat. Czasami wychodziła z Alinką na spacer do Łazienek czy na plac zabaw.

Przy jakiejś okazji poznała mężczyznę, który także chodził na spacer z córką. Dziewczynki bawiły się razem.
Po jakimś czasie mama i znajomy zakochali się w sobie trochę lub bardziej, platonicznie. Znam to wspomnienie mamy tylko z jej krótkiej opowieści.
Janka była piękną kobietą, dbała o swój wygląd. Myślę, że po czasach wojny było to odrobiną radości, móc kupić sobie ładną sukienkę, buty, iść do fryzjera.

Uważam, że Janka była trochę podobna do Jackie Kennedy, także urodzonej w 1929 roku w USA (1929 – 1994).

Jackie Kennedy
(1929 – 1994)
Janina Komar
(1929 – 2009)

Janka miała ok. 28 lat i męża, który nie okazywał jej miłości, czułości, który często wieczorami grał do późna w karty z kolegami. Tak mówił. Może tylko grał w karty, może zajmował się polityką, czego Jance powiedzieć nie mógł.
Mnie dziwiło to, że wśród graczy często był jakiś wojskowy czy partyjny kolega. A przecież mój ojciec partyjnych i wojskowych w zasadzie nie tolerował.
Być może ojciec zdobywał informacje, które chciał obrócić w plan obalenia dyktatury PZPR na własną rękę i choćby w pojedynkę, gdyby zaszła taka okazja. A może oni razem mieli takie plany.

Janka czuła się często osamotniona, mąż nie dawał jej miłości, czułości, szczęścia, nie darzył jej szacunkiem. Często był agresywny, porywczy, despotyczny, rzadko nazywał ją po imieniu, często słyszała tylko nakazy i rozkazy: chodź, idź, zrób … do jasnej cholery! Podobnie zachowywał się w stosunku do swoich córek: Aliny i Joanny.


Ja, córka obojga, nie przypominam sobie, żeby ojciec wypowiadał imię mamy. Mama za to mówiła do niego „Wiciu“, zapytując, czy nie podać mu herbaty, nawet zaraz po tym jak jej naubliżał lub zamachnął się na nią, tak jakby chciał ją uderzyć.
Janka starała się Wiktora udobruchać, a wieczorem jej mąż zapraszał ją na przeprosiny pod osłoną nocy i kocy, czy raczej kołdry. Mama zwierzyła mi się, że był skłonny przepraszać się z mamą dość często do późnej starości, uszczęśliwiając bardziej siebie samego niż ją. No może zajścia w ciążę też ją jakoś uszczęśliwiły.
Janka musiała mu wybaczać. A i on jej wybaczał na chwilę (na chwilę zapomnienia).

Wiktor pracował (ok. 25 – 30 lat) w Biurze Przemysłu Handlu Mięsnego przy ul . Chocimskiej w Warszawie. Był tam chyba lubiany i szanowany. Odwiedziłam go tam jako dziecko i odniosłam takie wrażenie, wszyscy byli bardzo mili.

🕝🕡🕒

W latach 60tych zakłady i przedsiębiorstwa budowały dla swoich pracowników budynki mieszkalne na terenie Warszawy.
I tak mój Tata zajął się tym tematem, wybrał miejsce na Pradze Południe przy ulicy Grenadierów, niedaleko ul. Białowieskiej.
Brał jakiś udział w planach na budowę domu, w którym w roku 1965 (?) otrzymał mieszkanie M3, czyli 2 pokoje z balkonem i widną kuchnią o łącznej powierzchni ok. 53 m2.
Janka i Wiktor zajęli duży pokój, ich 12 letnia córka Alinka dostała mniejszy pokój.
Wiktor wybrał, czy też otrzymał dla swojej rodziny mieszkanie na drugim piętrze, środkowe, dzięki czemu dość ciepłe zimą. Okna dużego pokoju otwierały widok na południowy zachód, czyli pole ze zbożem i mały domek z ogrodem oraz topole.

ul. Grenadierów, Warszawa

ul. Grenadierów, Warszawa

Z okna w kuchni i w małym pokoju Alinki widać było podwórko, mały plac zabaw z piaskownicą, inne bloki, bardzo podobne do siebie, topolę i krzewy.

Joasia na podwórku przed blokiem. 1969/70?


Jance i Wiktorowi razem z jedną córką nie przysługiwało większe mieszkanie. Na tym samym piętrze, na przeciwko, zamieszkali sąsiedzi w trzypokojowym mieszkaniu, z córką Ewą w wieku Alinki i dwuletnim niepełnosprawnym synkiem Bogdanem, nazywanym zdrobniale Dankiem.
Janina miała 36 lat i chciała mieć jeszcze jedno dziecko. Gdy zaszła w ciążę, jej córka Alina nie była tym faktem zachwycona. Gdy się o tym dowiedziała, wściekła się i prawie rzuciła się na swoją brzemienną mamę, chcąc ją pobić.
Nienawidziła jej za to, że ma się urodzić jeszcze jedno dziecko. Była zazdrosna i nieszczęśliwa, ponieważ już wtedy nie czuła się kochaną, a tu miała pojawić się konkurencja w postaci braciszka czy siotrzyczki.

W październiku 1966 roku urodziłam się ja, Joanna, czyli siostrzyczka.
Wiktor był nieco rozczarowany, że to po raz trzeci nie był syn.

Joanna, ur. 24.10.66


Ale żył wg zasady: „Wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba.“ (cytat z „Zemsty“, A. Fredro).
Janka urodziła trzecią córkę siłami natury w szpitalu w Warszawie.
Była szczęśliwa, że dziecko było zdrowe, chociaż podczas porodu ukazała się tzw. „smółka“, co mogło nie dobrze wróżyć.
Zajęła się przez jakiś krótki czas niemowlęciem, a po kilku tygodniach, czy kilku miejscach wróciła do pracy.
Dokładnie nie wiem, jak było i kto przejął nade mną opiekę. Czasami Babcia Stasia.

Babcia Stasia, Joasia, Krzysio C. w parku przy ul. Znicza, Grochów, Warszawa, 1968 (?)
Janina, Joasia, Wanda Komar (później Madziar), 1967
Wiktor, Joasia na kolanach Wandy, 1967
Ciocia Ala Zandek (Jedwabne), wujek Zbyszek Mańko (Drohiczyn), Joasia z rodzicami chrzestnymi, 1967

Joasia została ochrzczona w 1967 roku. Janka wybrała na matkę chrzestną Asi swoją przyjaciółkę z czasów szkolnych sprzed wojny, z którą utrzymywała rodzinne kontakty aż do jej śmierci. Cioci Ali także udało się przeżyć wojnę. Jej rodzice mieszkali w Warszawie, ciocia Ala Zandek przeniosła się do Jedwabnego (woj. Białystok), gdzie była dentystką, jej drugim mężem był nauczyciel polskiego w tamtejszym liceum, Henryk (?) Zandek.

Wiedziałam od mamy, że ciocia Alina miała, podobnie do mojej mamy i cioci Danusi, problemy emocjonalne, zapadała okresowo na depresję. Wojna odcisnęła piętno na psychice dziewcząt, które przeżyły ją jako dzieci i nastolatki.

Wiktor wybrał na ojca chrzestnego swojej córki brata stryjecznego z Drohiczyna (nad Bugiem), gdzie wujek Zbyszek Mańko był lekarzem, jego żona Genowefa także była lekarką.


Minął rok i mała Joasia zaczęła stawiać swoje pierwsze kroki.
Niestety skierowała je w stronę okna, na którym jej zaziębiony tata (?, albo Jadwiga)) postawił gorące mleko, aby wystygło.
Mała Asia sięgnęła po kubek z przegotowanym mlekiem, które wylało się na jej roczną główkę i ją mocno poparzyło.
Joasia strasznie płakała. Wiktorowi udało się ją uspokoić, tak że zasnęła. Jej tata nie wpadł na pomysł, aby zabrać ciężko poparzone dziecko do lekarza, nie powiadomił swojej żony, a przecież mógł do niej zadzwonić, bo jako jeden z niewielu mieszkańców bloku, miał w mieszkaniu telefon.
Także jego bratanica Jadwiga, lat wtedy 16, nie mieszała się do sprawy. Bała się pewnie Wiktora.
Mieszkała przez ok. rok (?) u Janki i Wiktora, chodziła do szkoły, podobno się mną opiekowała. Z marnym skutkiem, na szczęście przeżyłam.

Janka wróciła z pracy i ujrzała swoją ciężko poparzoną córkę.
Była w szoku, zrozpaczona i zła, że nikt nie ratował jej córki przez kilka godzin, ani jej o wypadku nie poinformował. A przecież był w domu telefon!
Co za idioci, myślała! Ale przy Wiktorze strach było się odezwać, jego 16-to letnia bratanica Jadzia też raczej nie miała wtedy nic do gadania. Kuzynka Jadzia mieszkała u Janki i Wiktora przez czas jakiś, chodziła do szkoły i pomagała trochę, opiekując się Joasią. Mama nigdy nie mówiła, czy jej się to podobało, czy nie. Ale gdzie było miejsce dla piątej osoby w dwupokojowym mieszkaniu? Chyba w kuchni. Myślę, że Jadzia była jak piąte koło u wozu. Janka nie miała nic do gadania! Wiktor pomógł sprowadzić się do Warszawy swoim bratanicom, Jadzi i Wandzi. Janina wspominała, że dzięki jej wstawiennictwu oraz pomocy pani Janiny Nagórko, wówczas nauczycielki oraz wieloletniej przyjaciółki mamy, Wanda skończyła szkołę (technikum, ?, dla elektryków), mimo iż jej zapał do nauki był niewielki. Tak opowiadała mama. Nie przypominam sobie, żeby dorosła Wanda kiedykolwiek odwiedziła moich rodziców, chyba że była raz na mojej Komunii i obiedzie po komunii. Nie pamiętam. To Wiktor i Janina odwiedzali Wandę razem ze mną.

Jadwiga skończyła dzięki pomocy jej stryjka Wiktora oraz stryjenki Janiny szkołę, a potem Wiktor pomógł jej dostać pracę w Przedsiębiorstwie Przemysłu Mięsnego, w którym był sam zatrudniony, a dzięki temu miejscu pracy mieszkanie w Ursusie.

Dla wszystkich w rodzinie Komar liczył się tylko Wiktor Komar. Janka była jakby z przymusu tolerowana. Jadwidze nie podobało się, że stryjenka się stroiła, czy dbała o wygląd. Myślę, że jej i Alinie zazdrościła.

Ale to dzięki pomocy moich rodziców urządziła się w Warszawie, dokąd sprowadziła męża z Bużysk.

Wiktor także uznawał tylko swoją rodzinę, przez co Janka utrzymywała rzadkie kontakty ze swoimi krewnymi, w zasadzie tylko ze swoimi siostrzenicami: Misią i Anną. Mama pomogła Annie dostać pracę w PHZ „Metronex“, gdzie była przez wiele lat księgową.

Jance było przykro, że po pogrzebie jej męża ani Jadwiga, ani Wanda nie odwiedziły jej w Konstancinie w bardzo dobrym i drogim domu opieki z pięknym ogrodem. Anna była u mamy razem z Aliną. Nie starała się o kontakty ze mną i moim synkiem. Samotna matka (ja) z dzieckiem nie była dla wielu ciekawym towarzystwem.

Myślę, że brak najazdów Jadzi z Gieńkiem (Omelańczuk) był dla Janki ulgą. Jadwiga szarogęsiła się w mieszkaniu i kuchni mamy oraz na jej działce, nie szanowała jej, Geniek trzymał stronę ojca. Z pewnością mu pomagał, ale Janki ani mnie nie pytał o zdanie, czy ta pomoc jest potrzebna. Nawet po śmierci Wiktora wpieprzał się w nasze rodzinne sprawy oraz oznajmił mi, że powinnam go za jego pomoc moim rodzicom całować po tyłku. Cham. Ciekawe, czy Alinę też poinformował, czy tylko ja zostałam wyróżniona do takiej czynności.

Oboje państwo Omelańczuk byli dość prymitywni, a nawet chamscy, co odczuła moja mama, a potem ja w kontaktach z nimi.

Mama mówiła, że Jadwiga obrugała ją na wsi (w Bużyskach) słowami: „Skoro już tu ciocia przyjechała, to niech siedzi na tyłku (albo dupie).“ Mama chciała w czymś pomóc.

Do Wandy (Madziar po mężu), bliższej jej sercu, bardziej sympatycznej i bardziej kulturalnej, Janka wysmarowała w 2008 roku list pełen smutku i goryczy, ponieważ Wanda nie raczyła się do niej przez ponad dwa lata wybrać (2006 – 2009) po śmierci Wiktora.

Ja przy pisaniu tego listu nie byłam, ale Wanda raczyła się obrazić na moją mamę i na mnie, chrzestną matkę jej córki, wybraną w wieku lat 14 (nonsens?) do tej roli w roku 1981? z powodów materialnych. Ja jej prawie nie znałam, ani ona mnie. Ale Janka przywoziła wtedy dary z NRD i przejęła moją funkcję finansowo.

Trzeba uważać, komu się w życiu pomaga i dobrze dobierać osoby, które cię później oleją.

Janka musiała (nie raz) wybaczyć mężowi jego głupotę, chociaż mało brakowało, aby przez nieuwagę Wiktora, ponownie straciła córkę Joannę.

Mama zabrała mnie do szpitala, w którym o moje życie zawalczyli lekarze oraz Pan Bóg, do którego modlili się zapewne moi rodzice, Babcia Stasia, a wtedy może i nawet Jadzia.
Alinka mogła się raczej wstrzymać od modlitwy za zdrowie Asi i liczyć na szczęśliwe dla niej zrządzenie okrutnego dla jej siostrzyczki losu. Bycie starszą siostrą było dla 14-to letniej Alinki raczej powodem do wielu frustracji. W szczególności nie chciała wychodzić z siostrą na spacer, ponieważ była wysoka i w wieku 14 lat nie chciała wyglądać na nieletnią mamusię, albo po prostu miała to gdzieś. Skoro rodzice zrobili jej takie świństwo, niech sami sobie radzą. Tylko imię „Joanna“ dla siostry wybrała Alinka. Przynajmniej na to miała wpływ w tym nieszczęściu, jakie spłynęło na nią w postaci siostrzyczki.
Za to głupia i naiwna Joasia od małego kochała swoją starszą siostrę, aż dorosła. Kiedy Asia miała ok. 10 lat jej siostra zachęciła ją w żartach: „Pocałuj mnie w du…!“ Na to Asia odparła: „To się nadstaw!“.


Joasia przebywała tydzień lub dwa w szpitalu i udało jej się przeżyć, trochę na złość siostrze, a ku radości rodziców, babci Stasi, dziadków w Bużyskach nad Bugiem, a może nawet kuzynki Jadzi.
Janina czyli mama, martwiła się o to, czy Joasia będzie miała później z czym chodzić do fryzjera, ponieważ uszkodzenia skóry na jej małej główce były poważne.
Asia uparła się jednak, aby wyzdrowieć na dobre i po pół roku okazało się, że łysa nie będzie.
Janka pracowała na cały etat i tylko Bóg jeden wie, kto zajmował się jej najmłodszą córką. Czasami Babcia Stasia.
Życie toczyło się dalej, córki Janeczki rosły, Alinka weszła w trudny okres dojrzewania.

🕝🕡🕖


Janka miała ochotę odpocząć od pracy i dzieci (lat 16 oraz 3). Wyjechała sama na wczasy, czy też do sanatorium. Mama lubiła odpoczywać sama.
Była nadal piękną kobietą, lat ok. 40.


Są tacy mężczyźni, którzy na wczasach starają się znaleźć jakąś kandydatkę na romans. Jeden z takich łowców przygód upatrzył sobie Janeczkę, którą niestety (dla niej) udało mu się uwieść.
Pokusa musiała być atrakcyjną, gdyż Janka z ciekawości życia, czy też korzystając z chwili wolności, pokusie uległa. Miała 40 lat i znała bliżej tylko Wiktora, z którym nie była szczęśliwa pod wieloma względami, także w nocy.

Po latach wcale jej się nie dziwię, raczej jej współczuję i ją rozumiem.
Szkoda tylko, że Janka nie przewidziała, że ciekawość to nie raz pierwszy stopień do piekła.
Tak było w jej przypadku. A także ja sama się o tym później przekonałam.
Janina zaczęła mieć ogromne wyrzuty sumienia, ponieważ zdradziła męża.
Nie mogła spać, zaczęły się lęki, koszmary senne, strach, żałowała tego, co się stało, wstydziła się i popadała w coraz większą rozpacz.
Nie mogła sobie poradzić ze swoimi uczuciami, z lękiem. Sama wiem, jakie to uczucia, ponieważ także mnie ciekawość życia oraz zauroczenie sprowadziły na nie przewidziane wcześniej tory i dały mi poznać całą skalę przeróżnych emocji. Ja też o mało nie zachorwałam psychicznie. Podobnie jak moja siostra, to u nas widocznie rodzinne. Anna Karenina pozdrawia.


Janka po powrocie z urlopu była załamana psychicznie i przyznała się mężowi do romansu i zdrady.
Wiktor się wściekł, był pełen rozpaczy i nienawiści. Jak ona mogła mu to zrobić? Jednocześnie był bezradny, nie mógł odszukać tamtego sukinsyna i chociażby nawymyślać mu, czy dać mu gębę.
Zauważył, że Janka zaczęła chorować psychicznie, zaczęła mieć straszne, paranoiczne stany lękowe. Bała się, że Wiktor ją porzuci, że zabierze jej dzieci.
Nie wiem, czy Mama trafiła wtedy do szpitala, czy tylko do psychiatry.
Dostała odpowiednie leki, dzięki którym stan jej zdrowia poprawił się po kliku tygodniach. Całe życie brała leki.
Nie poprawiły się już nigdy jej stosunki małżeńskie z Wiktorem, który żonie nigdy nie wybaczył. Tak po ludzku, czy po chrześcijańsku. Nie umiał wybaczyć, ani zapomnieć.
Na jego narcystycznej duszy powstała rysa, jak na szybie, pękniętej po uderzeniu kamieniem. Jak ona mogła mu to zrobić? Nie mógł się z tym pogodzić, nie potrafił sobie z tym poradzić, nie mógł też przecież nikomu o tym powiedzieć, ponieważ byłaby to rysa na jego narcystycznym idealnym wizerunku.
Swój smutek i swoją złość tłamsił w sobie, wybuchając co kilka dni przy każdej błachej okazji, wylewając swoją rozpacz, złość na Jankę i na córki.
Często krzyczał, że gdyby nie dzieci, to by ją wtedy zostawił! Ale się poświęcił! I tak przybrał rolę męczennika, co dawało mu jakiś sens życia w tej rodzinie, dla której sam był zbyt często okrutny.

Zresztą dokąd mógł wtedy odejść? O mieszkanie w Warszawie było bardzo trudno. Żony, chorej matki swoich dzieci, z domu nie mógł wyrzucić, była tam zameldowana. Rozwody i rozstania były w tamtych czasach bardzo trudne, ponieważ nie było mieszkań. Rodziny musiały mieszkać razem. Poza tym był katolikiem, dlatego rozwód był w jego rozumieniu grzechem większym niż pogodzenie się z żoną i zaistniałą sytuacją. A i on nie chciał być sam. Wiktor był bardzo monogamiczny i nie przepadał za większością kobiet.

Wiktor mógł pojść do psychologa po poradę, a może do księdza, ale wstyd mu na to nie pozwalał. Wstyd, jaki sprawiła mu żona, jemu!, bohaterowi z Bużysk!

Ale nie miał wg mnie prawa żalić się Jadzi czy Geńkowi Omelańczuk, prostym ludziom bez wykształcenia ani wyobraźni, osobom, którzy raczej nie przeczytali w swoim życiu prawie nic, oprócz napisów na sklepach i ulicach i nie mogły rozumieć, jak na prawdę wyglądało małżeństwo moich rodziców, ani jakimi emocjami są targane niektóre osoby ze spektrum cyklotymii i schizofrenii.


Myślę, że Wiktor na swój sposób kochał Jankę i czuł się przez całe życie zraniony i wściekły w swojej bezradności.
Tu wola nieba nie miała nic do gadania. Tak się stać nie miało i nie był w stanie tego zapomnieć.
Rozumiem jego gniew, ale uważam, że przesadzał z gnębieniem swojej żony przez całe życie.
Rozumiem też Jankę, która chciała poznać życie poza jednym mężczyzną, z którym nie była szczęśliwa, a po prostu związana jako jego ślubna żona, jako matka jego córek, kobieta do gotowania, sprzątania i nocnego „przepraszania“ się z małżonkiem. Na swój sposób pewnie też go kochała, doceniała, że nie pił, nie zdradzał jej, ale niestety zaniedbywał ją i nie szanował jej nawet jako matki swoich dzieci, osoby bardzo pracowitej, zaradnej, o dobrym sercu.
Między nimi nie było czułości, radości, szczęścia czy zrozumienia wzajemnych potrzeb emocjonalnych. Po prostu trwali przy sobie, jak dwoje ludzi, którzy nie chcieli być sami, chcieli mieć dzieci, wnuki i rodzinę i nie widzieli lepszego wyjścia. Mimo kich konfliktów i awantur między moimi rodzicami, wydawali mi się oni nierozłączną parą. Może to była trochę dziwna, ale jednak miłość.

Pomagali sobie w trudnych chwilach, w czasie choroby, dbali o wspólne dzieci. Janina musiała się zawsze podporządkować mężowi, nie miała nic do gadania.

Stand by your man, stand by your woman.

🕝🕖🕒

16, 17-to letnia Alinka przysparzała swoim rodzicom tzw. trudności wychowawczych.
Swojej mamy nie znosiła, nie szanowała, a może nawet nienawidziła, jak przeczytałam po latach ukradkiem w jej pamiętniku. Może wiedziała o tym, co się stało i obwiniała matkę za ciągłe wybuchy ze strony ojca, nie tylko wobec Janki, lecz także wobec niej.
Janka nie umiała poradzić sobie z wychowaniem nastoletniej córki. Myślę, że była bezradna, ustępliwa, coraz bardziej podporządkowana despotycznej córce Wiktora, z podobnym do niego charakterem.
Janka nie miała wiele do gadania.
Było jej trochę nieprzyjemnie, kiedy jej znajoma zapytała na głos w autobusie, czy to prawda,
że Alina bierze narkotyki.
Do dzisiaj nikt tego nie wie, a wtedy Janka o mało nie spadła z siedzenia.
To były raczej jakieś nieżyczliwe domysły i plotki (mam nadzieję).
W 1979 (?) roku zmarła Babcia Stanisława, mama Janki, która rozpoczęła wtedy, jak nakazywał zwyczaj, rok żałoby.
Janka codziennie była przez rok cały ubrana na czarno.
Po kilku tygodniach nie mogłam na tę czerń patrzeć. To było takie ponure, smętne i jak dla mnie (lat 13) nie zrozumiałe i nie potrzebne.

Moja mama nie miała czasu dla mnie, młodszej córki. Nie czytała mi książek, nie bawiła się ze mną. Nie interesowała sIę mną specjalnie. Była osobą, która krząta się po mieszkaniu, przynosi zakupy, gotuje, pierze, prasuje i w zasadzie się nie czepia, ale też nie pyta o nic.

W zasadzie nikt z mojej rodziny tego nie robił.

Pamiętam tylko, że Babcia Stasia bawiła się ze mną czasami, albo raczej ja z nią, gdy byłam mała.

Na spacer chodziliśmy z mamą i z tatą, na zakupy czasami tylko z mamą. Nie pamiętam spaceru tylko z mamą z dzieciństwa.

Rzadko byłam na zakupach z ojcem, na szczęście. Zakup butów z tatusiem zakończył się awanturą. Miałam (lat 10?) nie wybrzydzać, nie mierzyć, tylko wybrać jedne i kupić!


Janki instynkt macierzyński podpowiadał jej nadal tylko tyle, że trzeba dziecko nakarmić i ciepło ubrać oraz zabraniać jedzenia lodów, żeby nie dostało anginy.
Potrzeby emocjonalne dziecka były Jance obce i nie zrozumiałe. Była trochę autystyczna, wycofana, brakowało jej empatii w sensie zrozumienia innych, nie potrafiła okazywać uczuć, starała się ukrywać emocje (albo ich nie miała?), często nie rozumiała żartów, ironii czy przekazu. Była trochę dziwna, raczej cicha i smutna, zamknięta w sobie, dopasowana.

Jako dziecko sama nie doświadczyła nadmiaru miłości, ciepła, bliskości i nie wiedziała, jak łączyć się takimi uczuciami z własnymi córkami, a może i z mężem. Była emocjonalnie wycofana, nie rozumiała intuicyjnie męża ani córek, co prowadziło do małych sprzeczek bez wyjaśnienia problemu. Była dla córek tolerancyjna, dawała obu dużo swobody (w przeciwieństwie do Wiktora), starała się być dobrą mamą, na ile tylko umiała. Janka lubiła kupować córkom, co tylko było możliwe, zwłaszcza ubrania, buty, słodycze, rzadkie do zdobycia owoce: banany, pomarańcze. Lubiła obdarowywać córki i bliskie jej osoby, czasami kompletnie zbędnymi rzeczami. Tak starała się wyrazić swoją sympatię, wdzięczność i zdobyć sympatię dla siebie.

Ja bym się raczej wstydziła wciskać komuś takie byle „g“. Ale Janka nie miała tego typu zahamowań. Było mi czasami głupio na to patrzeć.

Obdarowywanie było w w czasach PRL-u bardzo mile widziane. Dzięki prezentom można było w urzędzie, u lekarza, w szpitalu, wszędzie praktycznie coś załatwić, otrzymać w zamian, zorganizować. Janka była świetną osobą do załatwienia spraw prawie niemożliwych. Umiała pójść do kogo trzeba, obdarować, czym należało, wybłagać, wyprosić i pięknie podziękować. Wiktor nie potrafił załatwić wielu spraw, o ile wymagało to proszenia i uniżania się przed obcymi. Dzięki Jance jej córki miały książeczki mieszkaniowe, a Alina otrzymała przydział na mieszkanie M-4 w roku 1981, kiedy graniczyło to prawie z cudem. A może nawet Janka pomogła dostać się córce na ASP, ponieważ zdany egzamin wcale wtedy (lata 70-te) nie gwarantował przyjęcia na studia, zwłaszcza na studia bardziej elitarne. Na Anglistykę Alina nie dostała się dwa razy, mimo iż dobrze władała językiem angielskim.

🕡🕖🕒

W 1968 roku w marcu odbyły się protesty studentów, którzy nie zgadzali się z polityką ówczesnej władzy i rządali przeprowadzenia zmian politycznych i społecznych.

„Władza krytykowała działalność tzw. komandosów, zarzucając jej członkom wysoki status materialny i żydowskie pochodzenie. W prasie nazywano studentów „bananową młodzieżą”[27]. Obok studentów swoje niezadowolenie wyrażali także intelektualiści, którzy protestowali przeciwko cenzurze, nasilającym się represjom wobec pisarzy oraz ograniczeniu nakładów na kulturę[27]. Do najbardziej zaangażowanych uczestników należeli: Jacek Kuroń, Adam MichnikHenryk SzlajferSeweryn BlumsztajnJan LityńskiIrena Lasota, Karol Modzelewski, Barbara ToruńczykTeresa BoguckaWiktor HolsztyńskiAleksander Perski) (Internet).

8 marca 1968 roku na dziedzińcu UW rozpoczęła się akcja pacyfikacyjna. Milicjanci atakowali zarówno studentów, jak i pracowników naukowych[27]. Po akcji na terenie UW do końca dnia milicja toczyła walki uliczne. Według informacji MSW 9 marca do walki na ulicach Warszawy ze studentami użyto 1335 funkcjonariuszy umundurowanych, 510 cywilnych oraz 400 ormowców[33].

Po rozprawieniu się przez partię ze studentami i naukowcami zajęto się dalszymi prześladowaniami osób pochodzenia żydowskiego. Z PZPR wyrzucono ponad 8 tysięcy członków, zwolnienia dotknęły także SBMO, a także urzędy centralne i terenowe, administrację państwową, wojsko, media, oświatę, służbę zdrowia i środowiska naukowe.

Kampania antyżydowska wywołała falę przymusowej emigracji osób pochodzenia żydowskiego, a także ludzi kultury i naukowców. Według różnych źródeł w 1968 roku z Polski wyjechało od 13 do 20 tys. osób[15]. Symbolicznym miejscem stał się Dworzec Gdański, z którego wielu emigrantów marcowych wyjechało do państw zachodnich, do Kandy i do Izraela. Symbolicznej wymowy nabrał fakt, iż podczas II wojny światowej z Dworca Gdańskiego odchodziły transporty do obozu zagłady w Treblince[15].

Antysemicka kampania zaczęła się kończyć w połowie 1968 roku. “ (Wikipedia)

Wiktor Komar przypominał urodą Żyda. Miał ciemnobrązowe oczy, długi, nieco „garbaty“ nos. Ktoś w pracy zapytał go w 1968 roku, kiedy wyjeżdża z Polski. Wiktor był zaskoczony tym pytaniem, ponieważ Żydem nie był i się nie czuł, a z Polski nigdy na stałę wyjeżdżać nie chciał i nie zamierzał.

Trudno mi w to samej uwierzyć, ale wydaje mi się, że pamiętam z wczesnego dzieciństwa rozmowę rodziców o tym, żeby Alina nie wychodziła na miasto, ponieważ są tam jakieś rozruchy. A może to było później? Czy tak małe dziecko może coś pamiętać (niecałe 2 lata)?

Mama przyjaźniła się z pewną panią psycholog i jej mężem, spotykali się rzadko, ale utrzymywali kontakt przez wiele lat. O mężu swojej znajomej mówiła trochę ciszej i w taki sposób, jakby wypowiadała coś, co było zabronione, a mianowicie to, że on jest pochodzenia żydowskiego. Nie wiem, jakie pochodzenie miał Pan Wranicz, ale był bardzo miły, przystojny, miał wygląd bardziej podobny do włocha czy hiszpana, ze swoją żoną miał dwóch synów.

Jednego z synów zobaczyłam raz u nas w gościach i o mało nie zakochałam się (w wieku lat ok. 12) od pierwszego wejrzenia w tym niezwykle przystojnym młodym mężczyźnie. Jeden lub obaj synowie wyjechali pod koniec lat 70-tych lub na początku lat 80-tych do Skandynawii (Szwecji, Norwegii?), gdzie jeden był lekarzem (a może obaj byli lekarzami?).

Janka zwierzała się znajomej pani psycholog z tego, jak traktował ją Wiktor. Mówiła jej o jego napadach agresji i liczyła na jakąś pomoc czy poradę. Pani Wranicz nie mogła się jednak prywatnie mieszać w sprawy małżeńskie jej znajomych. Być może nawet trudno było jej zrozumieć, o czym Janka mówiła. Wiktor był w oczach dalszej rodziny, znajomych i obcych ludzi zawsze miły, grzeczny, uprzejmy, chętny do pomocy.

Faktycznie taki był. Ale w domu potrafił często zamienić się w agresywnego sadystę. Stawał się taki nie tylko dla żony, ale i dla córek.

Z równowagi wyprowadzało go każde nieposłuszeństwo, wyraz własnej woli, sprzeciw, a nawet zbyt powolne zrozumienie matematyki, której nie potrafił dobrze wytłumaczyć i szybko tracił cierpliwość, kiedy dziewięcioletnia Joasia była zbyt dociekliwa i szczera, domagając się objaśnienia i twierdząc, że nadal nie rozumie, o co chodzi. Na przykład przy odejmowaniu od liczby 100 liczbę 89 na piśmie. Gdzie tu są te dziesiątki, skoro widzi dwa zera.

Wiktor bardzo rzadko pił alkohol, ale pamiętam, że stawał się wtedy bardziej wesoły.

Janka nie pomagała Joasi w nauce, ponieważ wracała późno z pracy, robiła zakupy, zajmowała się gotowaniem, praniem, prasowaniem i sprzątaniem. Mama robiła na mnie wrażenie ciągle zajętej.

Zdarzało się, że poprosiła swoją dobrą znajomą polonistkę, Panią Nagórko, o sprawdzenie Asi wypracowania z języka polskiego (w klasie 5 czy 6).

Mama nie chodziła w każdą niedzielę do kościoła, ale tylko czasami. Wiktor miał jej to nie raz za złe, zwłaszcza wtedy, gdy w niedzielę robiła jakieś porządki. Wtedy wściekał się na Jankę i darł się na nią. Nie chciał pomóc zdjąć walizki z pawlacza, wolałby chyba, tak po chrześcijańsku, aby ta walizka mamę przygniotła, ponieważ to on sam i we własnej osobie starał się reprezentować gniew Boży. Taka rola bardzo mu odpowiadała, zwłaszcza przy niedzieli.

Wiktor był w oczach swojej rodziny z Bużysk kimś podobnym do dobroczyńcy, miał na wsi pozycję gwiazdy, kogoś wyjątkowo mądrego i dobrego. Znali go głównie z tej jednej strony. Mama, ja i Alina znałyśmy go także z tej innej strony, jako agresywnego despotę, sadystę, skąpca, fanatyka religijnego i politycznego.

Mimo to kochałyśmy Wiktora. Był czasami fajny, dowcipny, dla Aliny szczodry w pomocy, ponieważ dała mu w 1984 roku wnuka Tomasza. Dla mnie stał się milszy od kiedy i ja urodziłam syna Adama. Nareszcie pojawili się chłopcy! Wnuk Tomasz został jednak niejako „zdetronizowany“, przez co nie mogła na nas patrzeć przychylnie moja narcystyczna siostra, ani prawie dorosły wtedy (2001) Tomasz, z tej samej rodziny.

Wykonywane przez Janeczkę niedzielne porządki były jej widocznie do czegoś potrzebne, a czas miała głównie w niedzielę. Wolne od pracy soboty wprowadzono dopiero w lipcu 1973 roku, ale mama i tak wolała robić porządki w niedzielę. Może nawet na złość swojemu mężowi?

Dla mnie robienie porządków w walizkach przez mamę było przez całe lata pewną atrakcją.

Mogłam zobaczyć stary szlafrok Babci, jej gorset, ubranko do chrztu Ewy i inne ciuchy i ciuszki.

Może mama w pewien sposób łączyła się wspomnieniami z jej zmarłą córką i ze swoją mamą.

🕡🕝🕖

Janka i Wiktor wysyłali swoją najmłodszą córkę na kolonie i zimowiska. Rodzice uznali w 1974 roku, iż

ich prawie ośmioletnia córka świetnie poradzi sobie na koloniach. Ani Janka, ani Wiktor nie martwili się specjalnie tym, że ich dziecko na koloniach tęskniło i płakało. Raz więc córkę odwiedzili.

Janka nie umiała się zajmować dziećmi, dlatego była swojemu mężowi wdzięczna, gdy on przejmował pewne obowiązki, wynikające z założenia oraz powiększenia rodziny o najmłodszą latorośl, Asię.

Janka pozostawała w Warszawie, podczas gdy Wiktor zabierał Asię na 2 tygodnie na wieś. Zdarzało się, że jechali tam też z Janką, ale chyba rzadziej. Alina była już dorosła i miała wszystkich swoich bliskich w nosie. Na wsi nikt za Janką nie przepadał, a i ona sama wolała pewnie łazienkę z bieżącą wodą od wychodka za stodołą.

Jeżeli Janka jechała na wieś i do Drohiczyna, mówiła, żeby Wiktor bardzo uważał, ponieważ wiezie swój największy skarb, czyli mnie.

Od kiedy pamiętam, mama pracowała w Przedsiębiorstwie Handlu Zagranicznego „Metronex“, z siedzibą w samym centrum Warszawy, tuż obok Rotundy.

W dniu 15 lutego 1979 w Rotundzie wybuchł gaz, a moja mama była w pracy w wieżowcu obok, uwieńczonym napisem „UNIVERSAL“.

Ja też bywałam w tym wieżowcu, kiedy byłam zaziębiona, na zwolnieniu, a mama nie miała mnie z kim zostawić. Atrakcją był wjazd windą na górne piętro, a potem stemplowanie jakichś formularzy, tak dla zabawy i do pomocy.

Mama jeździła do pracy oraz wracała z niej autobusem, głównie 158, później czasami może Jotką (autobusem pośpiesznym). I tak przez około 20 lat. Autobusy były wtedy bardzo przepełnione, ale Janka umiała sobie często znaleźć miejsce siedzące, również dlatego, że jechało się do domu z zakupami. W centrum łatwiej było coś ciekawego „upolować“ niż u nas na Grochowie. W Śródmieściu były domy towarowe i delikatesy oraz EWedel czyli 22 Lipca.

Pamiętam, jak stałam razem z mamą w kolejce do sklepu 22lipca (dawniej E.Wedel). Kolejka była długa, ludzi było dużo, ale warto było. Sklep był ładnie urządzony i kupiłyśmy moje ulubione „Ptasie Mleczko“, delicje, torcik wedlowski, a może nawet czekoladę mleczną. To były rarytasy. Czasami byłyśmy na zakupach w sklepie fabrycznym Wedla przy ulicy Grochowskiej. Z wyglądu słodycze dostępne tutaj były mniej eleganckie, ale smakowały tak samo pysznie.

Mama wiedziała, gdzie można kupić coś dobrego! Lubiła słodycze, czekoladę, ciastka, w zasadzie lubiła jeść prawie wszystko, podobnie do mnie. Dzisiaj sama się dziwię, że z wiekiem stałam się do mamy coraz bardziej podobna. Genetycznie odziedziczył am po niej także kilka chorób. Pod piętą boli ostroga, w oczach glaucoma (jaskra). Psychika siada w stresie i zamienia się w depresję na jakiś czas.

Uwielbiam słodycze wedlowskie do dzisiaj (2023). Można je od kilku lat kupić także w Niemczech, na przykład w sklepie Edeka czy zamówić online w Amazon, albo w internecie.

🕖🕝🕡

Kiedy Joasia miała lat 9, przyjęła Pierwszą Komunię Świętą.

Janka kupiła Asi białą sukienkę, chyba na Bazarze Różyckiego. Postarała się o odpowiednie do tej uroczystości buty i o termin u fryzjera.

Po Komunii Janka i Wiktor zaprosili zaproszoną rodzinę do swojego mieszkania na poczęstunek.

Janka musiała chyba głównie sama wszystko przygotować. Ciasta może kupili w cukierni.

W 1978 (?) roku Janina z Wiktorem zaplanowali wyjazd autem do Grecji razem ze mną i z przyjaciółką Janki ciocią Aliną Zandek wraz z jej mężem Henrykiem.

Nie jestem pewna, czy ich córka Elżbieta też z nami pojechała. Nie pamiętam, ale chyba tak.

Janka kupiła przed wyjazdem perfumy konwaliowe, prezerwatywy i kryształ albo kryształy.

Jechaliśmy dużym Fiatem 125p przez ZSRR, (obecnie Ukrainę), Rumunię, Bułgarię, aż do Aten, stolicy Grecji.

Na terenie ZSRR mama sprzedała perfumy i jakieś drobiazgi. Ludzie chcieli też kupić parasol, co mnie zdziwiło. Dlaczego sobie u siebie w sklepie nie kupią?

W Rumunii Janka i Wiktor dali się nabrać cingciarzom i zamienili ok. 100 $ na kilogram pomidorów. Oboje byli naiwni i dali się oszukać, chociaż w tej sytuacji nawalił bardziej Wiktor, bo to on ubił ten „złoty“ interes.

Janka się załamała, dowiedziawszy się od męża, co zrobił z ich majątkiem, uciułanym przez lata. Obserwowałam ją i nie rozumiałam, co dokładnie się stało. Ale czułam, że było beznadziejnie.

Janka zamilkła, nie odzywała się i była jak sparaliżowana smutkiem, strachem, zmartwieniem. Wiktor próbował wszystko obrócić w żart, kiepski żart, ponieważ staliśmy się w ciągu jednego dnia dużo biedniejsi niż już nawet byliśmy. Janka się załamała. Ja byłam trochę zaniepokojona jej stanem oraz tym, że nie mamy tyle pieniędzy, ile powinniśmy mieć, by dojechać do Aten i wrócić do Warszawy. Szczegółów nie znałam, ale stan mojej mamy był przez dzień lub dwa niepokojący. Przypuszczam, że wujek i ciocia Zandek pożyczyli im jakieś pieniądze, byli od nas znacznie bardziej zamożni. Oboje dorabiali prywatnie w dentystyce.

Mimo to forsy było mało. Janka odpoczęła dzień czy dwa w Bułgarii nad morzem i do Aten dotarła w lepszej już kondycji psychicznej. Mężowi musiała też wybaczyć. Pieniędzy potrzeba było jednak nadal więcej. Janeczka ruszyła więc do akcji opylenia prezerwatyw w kioskach, co zakończyło się jej handlowym sukcesem. Wiktor może jej towarzyszył, ale był bardziej wstydliwy od swojej małżonki. Mama starała się wcisnąć Grekom nasze kryształy, ale popyt był mniejszy niż na kondomy (nowe!).

Janka starała się przekonać sprzedawcę, tłumacząc mu po polsku, że nie będziemy mieli za co wrócić, jeśli się nad nią nie zlituje i nie kupi kryształu. Zaczęłam się trochę martwić, bo po powrocie miałam w planach, jak co roku, wyjazd na kolonie. Janeczce udało się wreszcie sprzedać kryształ. Pan sprzedawca musiał się chyba zorientować, że inaczej się Janki ze sklepu ani z Aten nie pozbędzie. 😉

Rodzina Zandek wyruszyła dalej do Turcji. Tam też się wiozło różnego rodzaju fajne rzeczy, a przywoziło na przykład karakuły, by te sprzedać, najlepiej z zyskiem, na bazarze w Polsce.

Moi rodzice oraz ich córka Joasia nie otrzymali wizy do Turcji, udali się więc w podróż powrotną do Warszawy.

Jak teraz o tym myślę, to nie pojmuję, jak oni mogli się wtedy wybrać na takie wakacje!? Brak wyobraźni.

🕖🕝🕡

Janina nie chodziła do kina ani do teatru. Bo Wiktor też nie chodził. Mieli zresztą mało czasu i spędzali wieczory i weekendy w domu przed telewizorem, albo na spacerze.

Telewizor pojawił się w naszym domu na początku lat 70-tych. Zwykle Wiktor decydował, co wszyscy oglądaliśmy, chyba że go nie było, bo grał w karty.

Janka zakładała okulary do oglądania telewizji, inne od tych, których używała do czytania. Czytała raczej tylko ulotki przy lekach. 😁

Janina lubiła mieć na regale książki, ale nie miała zbyt wiele czasu ani spokoju, by je czytać. Zamawiała jednak na subskrypcję jakieś zbiory literatury polskiej i dekorowała nimi regał. Kupiła m. in. dzieła Bolesława Prusa i Adama Mickiewicza.

Jeśli Janina mogła, oglądała takie seriale jak „Chłopi“, „Noce i dnie“, „Dom“, teatr telewizji. Często oglądała telewizję i prasowała przy tym w dużym pokoju na stole.

Nie raz rozciągałyśmy pomiętą po praniu pościel, trzymając za rogi poszewki, Mama z jednej, ja z drugiej strony. Pranie robiło się do połowy lat 70-tych w pralce „Frani“, która stała w łazience.

Przed świętami mama gotowała warzywa na sałatkę, potem je z mamą, albo sama kroiłam. Rodzice razem robili pierogi, mama piekła szarlotkę, a tata ciasto drożdżowe. Sernik raczej kupowali w cukierni.

Mama robiła pyszne naleśniki z serem, dobre kotlety mielone, zupę pomidorową z ryżem, kotlety schabowe, zupy jarzynowe, rosół z kury, barszcz czerwony, buraczki zasmażane na patelni, czasami domowy makaron.

Wiktor też lubił gotować. Robił babę kartoflaną, placki ziemniaczane, kopytka, kotlety.

Ani Janka, ani Wiktor nie pijali na codzień kawy. Janka rzadko od święta, Wiktor nie lubił kawy. Codziennie była u nas zwykła herbata. Rodzice parzyli mocny wywar z herbaty w małym czajniczku, potem rozcięczali ten wywar gorąca wodą.

W latach mojego dzieciństwa nie piło się różnych soków, co najwyżej sok malinowy. Czasami była w domu oranżada, często był kompot z różnych polskich owoców. Od czasu do czasu kupowało się wodę sodową w specjalnym syfonie.

Pod koniec lat 70-tych, na początku lat 80-tych pogarszała się coraz bardziej sytuacja gospodarcza w PRL. Inflacja była wysoka, pieniądze miały małą wartość, coraz trudniej było kupić w zwykłym sklepie coś ciekawego, raczej tylko na bazarach, gdzie ceny były bardzo wysokie.

W 1981 roku Janka otrzymała w pracy propozycję wyjazdu do NRD na ok. rok. To była bardzo atrakcyjna oferta, ponieważ w Polsce było bardzo biednie, zaopatrzenie w sklepach było strasznie marne, albo go raczej nie było.

Janina zapytała mnie, co myślę o jej ewentualnym wyjeździe. Uważałam to za super pomysł. Ucieszyłam się, że wreszcie skończą się ciągłe awantury między rodzicami, a poza tym mama przywiezie różne fajne rzeczy z NRD, a ja będę mogła ją tam odwiedzić. Ojciec z pewnością sam wyraził zgodę na wyjazd mamy, ponieważ ona nie miała prawa nigdy o niczym decydować wbrew jego woli. Inaczej odciął by ją od pieniędzy, albo użył siły fizycznej, o czym się niejednokrotnie przekonała, a ja i moja siostra byłyśmy tego świadkami.

Janina widziała w wyjeździe do NRD spore zalety finansowe, ale także odpoczynek od bycia na codzień niewolnicą agresywnego Wiktora. Mogła przyjeżdżać co ok. 2 miesiące, a my mogliśmy mamę odwiedzać. To nie był koniec świata, tylko odległość do pokonania w cięgu ok. 12- 14 godzin pociągiem z kuszetkami lub sypialnym. W całej podróży najwięcej czasu zabierało stanie i czekanie na granicy, ok 1 – 2 godzin. Wtedy straż graniczna kontrolowała pociąg, paszporty pasażerów, zezwolenia na wjazd oraz bagaże.

Jadwiga oraz Geniek wypomnieli mi z goryczą, że Janka zostawiła Wiktora samego z nastoletnią córką (mną) i pojechała sobie do NRD! Jak mogła! Wiktor musiał im się znowu wyżalić…, odstawiając ofiarę swej żony i rodziny. Był zakłamany, oszukiwał sam siebie i innych, jeżeli pomagało mu to czuć się lepiej.

Nie informował ich tylko, że to nastoletnia córka została pozostawiona z szalonym ojcem, który każdą swoją frustrację wyżywał na niej z braku Janeczki. Tego Joasia wcześniej nie przewidziała.

Joasia wchodziła w trudny okres dojrzewania i niesubordynacji wobec być może troskliwego, ale despotycznego i ponad miarę agresywnego starzejącego się ojca. Gdy ja miałam lat 15, on miał lat prawie 60, był z innej epoki, z innych realiów, nie rozumiał swojej nastoletniej córki. Joasia także nie rozumiała ojca. Był starym zgredem, który przynudzał, zaganiał ją do kościoła, nie pozwalał chodzić na dyskoteki i wracać późno (po godz. 22-iej) do domu. Nie podobało mu się, że Joasia wolała spędzać czas z przyjaciółmi, u nich w domu, czy poza jej domem, aby tylko nie z ojcem. Albo czuł się samotnie, albo był zazdrosny o to, co Joasia robiła bez jego kontroli. Starsza córka, Alina, wyszła za mąż, nie miała jeszcze dzieci, więc jej też wtedy nie był potrzebny.

Janina rzadko dzwoniła do domu (to było dość kosztowne) i cieszyła się pewnie swego rodzaju wolnością oraz innym życiem w Halle Neustadt, w pracy Buna/Leuna, między robotnikami z Polski a znajomymi z NRD, do których należeli pan Stawowy i Vera Thomas. Mama uczyła się także niemieckiego na kursie dla przybyłych tam do pracy polaków, wydelegowanych przez „PHZ Metronex“ w ramach budowania socjalistycznej przyjaźni między socjalistycznym narodem polskim i niemieckim w NRD.

W jednym z tych wieżowców (drugi lub trzeci), mieszkała moja mama między 1981 – 1983. Tam ją odwiedzałam.

20.02.24, po ok. roku przerwy w pisaniu

Do NRD jeździłam chyba dwa, trzy razy w roku. Wyjazd był wielką atrakcją, ciekawą przygodą, okazją do poznania Niemiec, Niemców i języka niemieckiego. Spotkanie z mamą było drugorzędowe, ale było ok. Od kiedy skończyłam lat 16 coraz lepiej rozumiałam się z mamą. Była kochana, ponieważ lubiła mi kupować buty w dobrych sklepach, ubranie, słodycze. Zaczęłyśmy się przyjaźnić. Nadal uważałam, że jest trochę dziwna, ale była w porządku. Podziwiałam ją, że tak sobie świetnie radzi sama w NRD, robi zakupy dla całej rodziny plus kuzynek… oraz pani Dyrektor Pustołowej i dla innych. Mama przywoziła wiele prezentów z NRD. Nie pamiętam, żeby Tata był tam z nami i nie wiem, czy ją kiedykolwiek odwiedził w NRD.

Tata był chyba trochę zazdrosny o to, że mam nagle zaczęła tak dobrze zarabiać i może sobie pozwolić na wiele rzeczy, wcale nie pytając go o zdanie. Kiedy Mama raz zapowiedziała, że kupi sobie kolorowy telewizor w Pewexie, Tata oznajmił wściekły, że nie ma prawa i wywali ten telewizor przez okno! Jednak go nie wywalił, tylko przychodził do pokoju Mamy oglądać mecze piłki nożnej w czasie mistrzostw. Tego Mama nie przewidziała!

Janka pracowała w NRD w okresie od 1981 – 1983 roku (?), i później poraz drugi od 1989 – 1991 (?). Dzięki temu jej oszczędności w Markach (NRD) zostały przewaluowane na DM (RFN), 2 Marki = 1 DM, co dało jej spory zysk, ponieważ przelicznik na DM w Polsce w 1990 r. był w wysoki.

Mama stała się osobą dość zamożną jak na polskie warunki, przynajmniej w porównaniu do tego, co miała wcześniej. Ojciec był chyba zazdrosny, że mama raptem finansowo go przegoniła.

W pewnym momencie nakazał mamie płacić za wszystkie rachunki po połowie!

Mama kupiła za własne oszczędności prawo do użytkowania działki w Łomiankach, koło Warszawy. Byłam przy tym zakupie, mama zapłaciła ok. 1000 USD, a może 3000 USD? Nie pamiętam.

Ojciec nie dołożył się do tego zakupu ani groszem, ale uznał działkę za swoją własność i mama nie miała tam też nic do gadania. Nie mogła się z ojcem kłócić, bo on mógł ją na działkę zawieźć samochodem lub nie! A autobusem jechało się ok. 2 godziny z przesiadką. Czasami tata jeździł tam sam i być może robił coś z pomocą Geńka Omelańczuka, reperowali pompę wodną, wstawili stare odrapane drzwi, wyrzucone ze szpitala, w jakim Geniek pracował przy instalacjach wodnych. Rewelacja! Tanio i ochydnie. I ja za to potem miałam być Geńkowi wdzięczna… Przecież ja go o tę pomoc nie prosiłam.

02.08.2025

Omelańczukowie szarogęsili się przy boku Wiktora zarówno w mieszkaniu Janki, jak i na jej działce…

Ja byłam w tym czasie (1994 – 2005) w Niemczech, gdyż pechowo wyszłam sobie po raz drugi za mąż i nie zaraz wróciłam.

Janka musiała się dostosować, dopasować, jak całe jej życie.

Na moje nieszczęście Mama lubiła mi się wyżalać, a ja przeżywałam to bardzo jako jej córka i córka jej męża. Doprowadziło to do tego, że ingerowałam w jej sprawie u ojca, co kończyło się awanturą. Rodzice godzili się w ramach pożycia małżeńskiego, a ja pozostawałam w konflikcie z Ojcem. Wiktor miał jednak wiernych powierników: Jadwigę i Eugeniusza, którzy wysłuchiwali tylko jego wersji wydarzeń. Dlaczego ta wersja miałaby być nie całkiem prawdziwa??? Bo Wiktor był narcystycznym manipulantem o dwóch lub więcej twarzach i osobowościach. Kiedy powiedziałam Geńkowi (po śmierci Ojca) w trzech zdaniach, jaki Ojciec bywał wobec nas, ten nie wierzył i odpowiedział, że to do Wiktora nie podobne! A co on mógł wiedzieć????

Janka prawdopodobnie przesadzała czasami i dostawała napadów paniki, kiedy była sama z 12 letnim wnukiem, podczas gdy Alina bawiła na wyjazdach bez syna. Mama zadzwoniła raz do mnie ok. godziny 22-ej do Niemiec, krzycząc do telefonu, że zaraz umrze na atak serca, a jest w mieszkaniu Aliny sama z Tomkiem. Ja zadzwoniłam do Ojca, który nie miał zamiaru ruszyć obojgu na pomoc i pokłóciliśmy się. I tak zostałam podłą córką, która nawyzywała Ojca, też w panice. Talko siostra gdzieś się dobrze bawiła bez własnego syna.

Mama pomagała Alinie w opiece nad Tomkiem, Wiktor też pomagał, ale chyba bardziej finansowo.

Kiedy Mama wyjechała na wczasy z wnukiem, musiała być mocno zmęczona, a Tomasz pewnie mocno znudzony. Mama pisała o tym w liście. Co to obchodziło Alinę? Chyba nie wiele. Cała rodzina była sterroryzowana toksyczną, narcystyczną egoistką, „samotnie“ wychowującą syna przy dużej pomocy swoich rodziców, a nawet przy pewnej pomocy siostry w Niemczech.

W latach 1995 – 1999 Janka często się do mnie żaliła. Najbardziej na Wiktora. Kiedy jednak proponowałam, aby wyprowadziła się od niego do mojego mieszkania na Solce, nie chciała o tym słyszeć. Trudno było z nim, ale rozstać oboje się nie potrafili.

I tak wytrwali ze sobą aż do śmierci Wiktora w 2006 roku. To było dla Janki z jednej strony bardzo smutne przeżycie, a z drugiej strony chyba pewnego rodzaju uwolnienie. Niestety Mama była już stara i zchorowana, miała ok. 77 lat. Około półtora roku mieszkała sama na Grenadierów, potem zamieszkała, na własne życzenie w Konstancinie, w Domu Opieki „Tabita“. Mama nie mogła sama chodzić po schodach, upadła w mieszkaniu i nie była w stanie się podnieść. Dom opieki był niezbędny i sama go wybrała, jako jeden z piękniejszych i najlepszych w okolicach Warszawy.

Janina zmarła 7.03.2009 roku. 6.05.2009 skończyłaby 80 lat. Bardzo za Mamą tęsknię. Łączyła nas miłość, przyjaźń, łączyło nas niewidzialne braterstwo dusz, porozumienie bez słów. Mama żyje w moim sercu na zawsze. A jednak jest mi jej brak. Najbardziej kochałam ją, gdy była starsza.

2007 lub 2008, Łomianki koło Warszawy