Szpital w Warszawie

8.09.2008

Drogi Czytelniku,

właśnie dochodzę do siebie po nagłej potrzebie udania się do państwowego szpitala dziecięcego w Warszawie i spędzeniu tam dwóch nocy i trochę więcej niż dwóch dni.

Mój syn (lat 7) zachorował w niedzielę, miał lekkie bóle w okolicy podbrzusza, które nie ustępowały. Wcześniej dużo jeździł na rowerze.
W środę udałam się na prywatną wizytę do lekarza, gdzie okazało się, że dolegliwość się wzmogła i może być na tyle poważna, że mój siedmioletni syn powinien być jeszcze tego samego dnia operowany.
Uzyskałam jaśniejszy obraz po prywatnej konsultacji dwóch lekarzy (100 zł + 120 zł) oraz zrobieniu badania USG (105 zł) w Centrum Medycznym.
I popędziłam z wynikami i opisem do szpitala na ul. Niekłańską, gdzie po zgłoszeniu się do rejestracji okazało się, że muszę jechać gdzie indziej, gdyż chirurgia dziecięca w tym szpitalu do soboty jest nieczynna.
W szpitalu dziecięcym przy ul. Kopernika czekało ok. 20 dzieci z różnymi uszkodzeniami ciała oraz zaniepokojeni i nerwowi rodzice. Pani w rejestracji ledwo żyła od nadmiaru pracy, lekarz dyżurny dwoił się i troił, a dzieci i rodzice byli zmęczeni czekaniem i pełni obaw, czy w ogóle zostaną zbadani albo przyjęci na oddział, w razie potrzeby. Na szczęście udało mi się przez panią w rejestracji przekazać (warty 325 zł) opis stanu mojego dziecka lekarzowi i liczyłam na to, że zdąży nas przyjąć, zanim będzie za późno na ratowanie go. Dzięki Bogu, że miałam ten opis. Bo bez niego, nie wiadomo byłoby, że jest to bardzo poważna sprawa! Czasami trzeba najpierw prywatnie do lekarza!
Czekaliśmy więc wśród chorych i potrzebujących na swoją kolejkę, wysłuchując i przyłączając się do żalów i wyrazów oburzenia osób z sąsiednich krzeseł.

Po kilkunastu minutach lekarz ogłosił nagle, że musi iść na salę operacyjną i opuścił gabinet, wzywając mnie i syna do przygotowania się na zabieg. Na szczęście przyjęto nas po ok. 20 minutach na oddział chirurgii dziecięcej i wszystko poszło dość szybko i sprawnie, pewnie dzięki wręczonym wcześniej opisom stanu dziecka.
Pan doktor przyjmujący nas na górze, uspokajał panie, które dzwoniły z rejestracji, że nie mają się czego bać i tłum na dole nie zdąży ich zlinczować, ponieważ lekarz ten wezwie w razie potrzeby na pomoc policję.
Załatwił nas w rzeczowej rozmowie w 2 minuty, i chyba popędził na dół, żeby ratować resztę czekających, a panie w rejestracji przed zrozpaczonym i nerwowym tłumem. Wspaniały człowiek, myślę, że pracuje minimum za dwóch lekarzy, podobnie jak inni doktorzy, którzy nie nadążali z operacjami.

Przyjęto nas. W dużej sali na końcu korytarza było siedem normalnych dużych łóżek i trzy dla dzieci mniejszych. Sześć mam doglądało swoich pociech, siedząc pomiędzy łóżkami czy też „w nogach” albo u ich stóp. Pomaszerowaliśmy z synem do toalety, która okazała się być koedukacyjną. Panowie na prawo, panie na lewo…, czy na odwrót. Ale na prawo zamek w drzwiach był zepsuty, więc w pojedynkę to lepiej było na lewo, ale razem to wszystko jedno, bo ten drugi pilnował.
Po skorzystaniu z toalety chciało się w pierwszym odruchu umyć ręce nad małym zlewem, przystosowanym do wzrostu dzieci. Ktoś zadał sobie trud i pomyślał, żeby było wygodnie. Zmyła. Zlew był. Ale nie było nad nim kranu. Nie wiem, kto to wymyślił i dlaczego.
I po co ten zlew bez kranu??? Nie było jednak tak źle, bo w części wspólnej i najbardziej koedukacyjnej na środku kiblołazienki znajdowały się umywalka i (o dziwo!) kran, z którego ciekła woda zimna lub ciepła, a obok na ścianie środki mydląco-dezynfekujące, czyli wszystko czego do mycia rąk było nam trzeba.

W sali leżały maluchy po nieszczęśliwych wypadkach, a także czekające na operacje dzieci, których życie nie było bezpośrednio zagrożone, lub dla których zagrożenie takie po zabiegu minęło.
Najbardziej poruszył mnie los pięcioletniej dziewczynki, która na wsi włożyła nóżkę pod kosiarkę do trawy i straciła chyba palec albo kilka. Podczas obchodu lekarzy słyszałam: amputacja. Dziecko jechało kilka godzin do Warszawy, bo inny szpital w pobliżu nie potrafił jej pomóc. Rodzice mieli w domu jeszcze dwoje małych dzieci, i zmieniali się nawzajem i z ciocią, czuwając przy jej łóżeczku, dzień i noc. Na szczęście. Dziewczynka nie była sama i znosiła dzielnie swój ból i brak możliwości poruszania się. Śliczna mała, bystra, łapiąca każde słowo podczas czytania książeczki, „pani, uczycielka, czyta siążke, ma zielony sweterek, a ten ma niebieski…”. Szkoda, że tak mało było tam książeczek.
Tata dziewczynki, powiedział, że był w pracy jak się to stało, inaczej by do tego nie doszło, mama karmiła pięciomiesięczną siostrę. A kto był wtedy przy Klaudii?
Czy pięcioletnie dziecko może biegać bez opieki i przypilnuje się samo? Ile palców, nóg, rąk musi stracić, żeby rodzice zauważyli jego istnienie, i to że trzeba się nim zająć, mimo tego, że jest najstarsze, i dlatego, że ma dopiero 5 lat. Czy i dlaczego brakuje na wsi przedszkola, w którym dzieci mogłyby bawić się z rówieśnikami, uczyć się i rozwijać. Dlaczego pięcioletnie dziecko w takim przedszkolu nie jest?

Inny chłopiec został potrącony przez samochód na ulicy, na terenie strzeżonym. Kierowca był podobno pod wpływem alkoholu, przekroczył prędkość i odjechał z miejsca wypadku, nie udzielając dziecku pomocy. Teraz on chce wytoczyć matce dziecka sprawę o niedopilnowanie dziewięcioletniego chłopca. Czy dzieci nie mają prawa poruszać się już poza domem? Ja w tym wieku biegałam po podwórkach i chodnikach, przechodziłam przez ulicę.
Niektóre siedmiolatki mogą wracać same ze szkoły za zgodą rodziców. Co będzie, jak spowodują przypadkiem własne zderzenie z rozpędzonym autem, którego kierowca wypił o jedno piwo za wiele i nie zdążył zahamować, a tym bardziej zatrzymać się by udzielić dziecku pomocy?

Wszyscy się spieszą. Nie mamy czasu by uważać na innych, na własne, a tym bardziej na cudze dzieci, chociaż mówi się, że wszystkie dzieci są nasze…

Moje dziecko zostało zoperowane i wszystko poszło zgodnie z planem. Nie zostawiałam synka samego, ani w dzień, ani w nocy, byłam przy nim ja albo jego tata, albo opiekunka przez dwie godziny, kiedy musiałam wyjść na krótko. Podobnie działały mamy niektórych innych dzieci.
Spałyśmy ułożone między łóżkami dzieci, na podłodze, na jakimś materacu, czy leżance. Byłam wdzięczna, że mogę tam być blisko mojego syna!
Bez mam, dzieci nie miałyby odpowiedniej opieki, niestety. Panie pielęgniarki nie miały czasu, by dać pić i jeść każdemu na czas… i wg. jego potrzeb.
Mamy upominały się o to i owo, przypominały, że trzeba zmienić opatrunek, czy zawołać lekarza. Lekarzowi trzeba było przypomnieć, by przyszedł i obejrzał.

Jedno dziecko czekało godzinami na czczo i bez picia (chyba) na operację, na którą nikt nie miał czasu. Mama dziecka błagała, żeby coś zrobić, albo dać jej córce jeść i pić, albo wreszcie operować…

Wszyscy byli tam przepracowani i w ogromnym stresie.

Wszystkim dziękuję, zwłaszcza za to, że można było tam przy dziecku być całą dobę!

Hinterlasse einen Kommentar