Kariera

Miałam 26 czy 27 lat (1992/93?). Pracowałam w banku i miałam tego zajęcia dość. Nie pasowałam do tego miejsca, ani do tej pracy. Ale zarabiałam nieźle. Wolałam wtedy być nauczycielką, ale w szkole marnie płacili.

Nagle zobaczyłam ogłoszenie o tym, że poszukują prezenterów do Telewizji Prywatnej. Wtedy właśnie powstawały nowe stacje radiowe i telewizyjne. Polski rynek otwierał się na stacje prywatne. Ale nie wiadomo było, czy i które z nich dostaną koncesję na nadawanie na stałe. Stacje zaczęły po prostu nadawać bez koncesji, ryzykując kapitałem początkowym.

Zamarzyła mi się wtedy kariera w telewizji, na wizji. Zawsze lubiłam zdjęcia, filmy, rozmowy z ludźmi. Poszłam. A co tam. Bałam się okrutnie, kiedy szłam na rozmowę kwalifikacyjną. Bałam się ośmieszenia mej „uroczej” osoby przed komisją… No ale pokusa kariery i ciekawego zajęcia wzięła górę.

Rozmowa kwalifikacyjna i test na znajomość polszczyzny oraz wiedzy o świecie odbywał się w budynku „Remontu”. Przyszło kilkadziesiąt osób. Założyłam białą bluzkę, trochę przezroczystą… Ze wskazaniem na mój biały biustonosz, obszyty koronką. Pomyślałam, jak to nie pomoże, to i nie zaszkodzi. 😀 Bluzka była elegancka i nie wulgarna, ale jednak trochę było widać, co pod nią. Denerwowałam się. Ja się zawsze denerwowałam i bardzo stresowałam przed każdym testem, egzaminem i spotkaniem z jakąkolwiek komisją egzaminycyjną, rozmową kwalifikacyjną, sprawdzianem, itp. Chociaż zawsze zaliczałam nieźle.

Z wiekiem mi to częściowo przeszło, ale dopiero niedawno i nie całkiem… Po studiach nauczyłam się oceniać lepiej moje szanse i moją wiedzę. Oraz moje oddziaływanie na innych. Zwłaszcza na facetów. Kiedyś się ich wszystkich bałam. Byłam niepewna siebie i swoich możliwości. Chyba mi tak po ojcu zostało… W domu żadna z kobiet nie miała prawa głosu. A ja o takie prawo z ojcem zawsze walczyłam.

Komisja składała się z kilku osób. Jednego readaktora (Szelewickiego) znałam z TV polskiej, z głosu szczególnie i z nazwiska. Jego żona była prezenterką na wizji. Prowadziła dziennik telewizyjny.

Pytali mnie o coś tam, między innymi o stan cywilny. Rozwiedziona, powiedziałam. O, współczuję, rzekł pan redaktor S. z komisji. A ja pomyślałam, że sobie akurat gratuluję tego właśnie stanu… Nareszcie wolna od męża nieudacznika, niezależna finansowo i rodzinnie. Zdałam testy z polskiego i wiedzy ogólnej. Potem miałam coś powiedzieć i zaśpiewać przed panem Januszem Zakrzeńskim, aktorem. Odśpiewałam mu „Kiedy rano jadę osiemnastką…” i pewnie coś powiedziałam. Pogratulował mi, życzył sukcesu. Dość pozytywnie. Podobało mu się chyba. Takie miałam wrażenie. Ale było tam pewnie kilka lepiej ode mnie przygotowanych do zawodu prezentera osób niż ja, myślałam, jakaś młoda aktorka po szkole teatralnej, i wiele innych osób. Dostałam się. Byłam zachwycona. Sobą, możliwościami i początkiem mojego sukcesu! Zauważyłam, że ten redaktor z telewizji wpatrzony we mnie jak w obrazek… Ktoś inny też to zauważył i mi to powiedział, że ja to raczej już się dostałam…

Pewnie miły taki, będzie chciał pomóc.., pomyślałam. 😀 Fajnie, cieszyłam się na moją nową pracę. Jednym z pierwszych reportaży, jakie robiłam, był spacer przedświąteczny po Warszawie. Nakręciłam choinki, ozdoby, Pałac Kultury, i coś tam. Miałam u boku faceta z kamerą. I tylko mówiłam, co mamy kręcić. Bo taka kamera ciężka jak cholera była. Do dyspozycji miałam własny samochód osobowy, na koszt własny i ryzyk fizyk, czy coś z tego będzie. Ale wypłacali jakieś tam grosze za kilka tygodni.

Przyglądałam się temu, jak sklejają do kupy cały ten materiał, nakręcony przez nas w jakimś prywatnym mieszkaniu, wynajętym na te cele. Całe biuro naszej redakcji też było w jakimś mieszkaniu w pobliżu Marszałkowskiej. Potem miałam zrobić tłumaczenie do filmu. To był film austriacki chyba, w każdym razie po niemiecku, ale bez muzyki? Tłumaczenie zrobiłam, ścieżkę dźwiękową na kasetach przyniosłam, Mozart, itp.

Przed świętami szykowała się prawdziwa audycja świąteczna z gwiazdami, z którymi miałam rozmawiać właśnie JA! Między innymi znowu z Zakrzeńskim. On się tam jakoś uporczywie kręcił… Audycja miała być nagrana w jakiejś dyskotece na Mokotowie. Zimno tam było jak w lodówce. Nie ogrzewali wcale, a trzeba było ładnie ubrać (nie w trzy swetry), ładnie usiąść i się nie pomylić przed kamerą. Zresztą nie żałowałam, bo kamerzysta był super przystojny, miły… I w moim wieku. Myliłam się kilka razy, aż wreszcie się udało. Marzłam tam jak cholera. Gdyby nie ten kamerzysta, to w ogóle nie chciałoby mi się tam siedzieć. 😀 „Zaciągnęłam” tego kamerzystę na kawę i herbatę, lekcje niemieckiego oraz pierogi domowe…, ale potem zniknął… Jak zwykle, kiedy mi się ktoś podobał. Książkę do niemieckiego pożyczył i nie oddał…

Aż Witek musiał po książkę jechać. Lekcje niemieckiego też miał za darmo. 😀

I tyle go widziałam. Trzeba też było kupić samemu filiżanki, talerze i przystrój na stół, przy którym zasiadłam wraz z gościem do rozmowy.

Filiżanki kupiłam w „Sezamie”. Nie były jakieś specjalne. Ale nie można było łatwo dostać wszystkiego, a forsę musiałam najpierw wyłożyć na to przedsięwzięcie. Nie wiedziałam nawet, czy mi kto zapłaci… Bo to wszystko na „gębę” było umawiane, płacone do ręki, nikt nie zwracał za wydatki, tylko jakąś kwotę płacicili na koniec i nikt się nie przejmował, czy ja na tym stracę.

Rozmowa jakoś tam została nagrana i puszczali to na wizji w okresie świąt. Wymyśliłam nazwę „Top Canal” dla naszej stacji. Podobała się. Kuzynki były zachwycone, bo widziały mnie w TV! Rodzina dumna. Ja czułam się niekomfortowo, myśląc o tym, że każdy może mnie rozpoznać na ulicy… wkrótce, o ile będę takie audycje „niby“ prowadzić…

Zaczynało mnie to niepokoić. Nie byłam pewna, czy ja się z tym będę dobrze czuła. Później redaktor S. z TV zaczął gustować we mnie coraz bardziej. Pomagał, jak mógł, zaczął robić „piękne oczy” i miał zamiar robić coś więcej. Nawet fajny był. Miał ładny głos. Ale był żonaty i miał dwoje dzieci. Nie interesował mnie jako kandydat na narzeczonego. Trzymałam go na stosowny dystans, który on pragnął jednak przekroczyć…

Nie byłam szczęśliwa w całej tej sytuacji i pracy w tych warunkach. Czułam się samotna, gadająca do kamery. „Obijałam” się o kilka osób, z którymi pracowałam, ale nie miałam nikogo bliskiego… Wizja bycia na wizji mnie nie uszczęśliwiała. Nakręciliśmy razem z prezenterem wywiad z ambasadorem Austrii w Warszawie. Było miło. Ambasador wysłał do mnie nawet list i mi podziękował.

Zrobiliśmym razem z tego audycję telewizyjną. Tłumaczyłam teksty na polski i wybierałam muzykę Mozarta jako podkład do filmu o Austrii. Kasety kupiłam sama. Potem znowu coś zapłacili. Ale w sumie to się prawie nie zarabiało na tym wszystkim. Wykorzystywali nas do robienia wszystkiego na własną rękę, z ewentualnością na późniejszy sukces. Trochę to było niepoważne. Ambasador zaprosił nas za kilka tygodni na przyjęcie, które odbyło się na Zamku Królewskim. Był tam też Prof. Bardini i Wojciech Jaruzelski. Widziałam go z daleka, tzn. na schodach. Jaruzelski schodził schodami na przeciwko mnie. Jego żonę widywałam na uczelni, na Browarnej.

Profesora Bardiniego zagadnęłam nawet „na siłę” na sali z głupia frant o coś, wypiwszy najpierw dla odwagi kieliszek szampana, albo nawet dwa. Nie pamiętam, co powiedziałam, po prostu chciałam z nim zamienić słowo, bo mi to imponowało, że do niego mówię. Powiedziałam: „Czy mogę Pana o coś zapytać?” A on odparł, że źle zaczynam rozmowę, bo co, jeśli on powie, że nie..? No i się czegoś nauczyłam. Już tak nie pytam. Zapytałam o coś, sama nie wiem, o co, bo nogi się pode mną uginały z wrażenia, że do niego w ogóle mówię, a on coś odpowiada. Wiadomo było z audycji telewizyjnych, że rozmowy z nim kończą się nieuchronną klęską. Nie zapomnę więc, co on odpowiedział. „Jest pani urocza i bardzo naiwna…” O kurczę, ale mi się wtedy głupio zrobiło. Ja, naiwna? Dzisiaj myślę, że miał rację.

Po balu czekał Gerd, bo akurat był przez tydzień w Warszawie. Na tym balu zauważył mnie pewien konsul hiszpański, któremu się najwyraźniej spodobałam. Wymieniliśmy się wizytówkami. Zadzwonił dwa tygodnie później i zaprosił na kolację. Byliśmy na Starówce, chyba u Gesllera. Była tam też akurat Agata Młynarska z kimś z telewizji. Na więcej się nie dałam zaprosić, chociaż dzwonił jeszcze dwa razy. Spotkałam się z nim dwa razy na kolacji i raz w stadninie koni. Jeździł mi tam przed nosem na jakimś rumaku. A ja siedziałam jak głupia, gapiąc się na tego „królewicza”. Ale nie miałam ochoty na nic więcej. Był rozwiedziony, miał dwoje dzieci i dzieci mieć nie zamierzał, jak mi się zwierzał, a małżonkę porzucił właśnie, bo drugiego dziecka nie chciał. A ja owszem, a ja tak. Dzieci chciałam mieć. Jego nie chciałam. Opowiadał o jakichś swoich milionach na koncie, i że powinnam najpierw spróbować, a potem decydować. Bo inne to same dzwonią, a ja nie dzwonię, i czy zadzwonię… Ale ja najpierw decyduję, a potem próbuję… Nie zadzwoniłam do niego nigdy. On po trzecim telefonie też przestał. Samą kolacją się najwyraźniej nie nasycił.

Raz kręciliśmy także reportaż na jakimś koncercie w Łazienkach. Innym razem byłam w jakimś teatrze, gdzie spotkałam Wojciecha Siemiona. Był bardzo miły i wydawał mi się bardzo stary. Zamieniliśmy dwa zdania. Mój znajomy redaktor zaproponował, że powinnam starać się o pracę w telewizji „POLSAT”, która wtedy powstawała, a on może mi pomóc… ??? Opowiadał o innych dziewczynach, jak to robią karierę przez łóżko… Niektóre znane i sławne są do dzisiaj. Czy mówił prawdę, nie wiem. Myślałam, że on jest inny. W końcu miał rodzinę. Znaną żonę, dzieci. Sam zaczął też pracować w nowo powstałej stacji radiowej, w radiu „Z“. Ale usłyszałam od pewnej koleżanki, że do niej próbował się „zalecać”.

Pewnego wieczoru zaprosił mnie do siebie. Mówił, że pomoże mi w przygotowaniu się do rozmowy kwalifikacyjnej czy tam czegoś. Mieliśmy jakiś projekt do omówienia. Jego żona była w pracy, w telewizji. Ufałam mu. Dwoje dzieci w domu, już spało, było po 20-ej. Wtedy to było normalne, że ludzie spotykali się w domach przy herbacie. Było taniej, a knajp czy kawiarni wtedy w zasadzie nie było. Zresztą musiał siedzieć z dziećmi. On mieszkał niedaleko mnie, jeden przystanek autobusowy, no problem.

Weszłam, zaprosił do dużego pokoju na prawo. Usiedliśmy na kanapie. Rozmawialiśmy o pracy, czytałam jakiś tekst. Nie pamiętam, ale minęło z pół godziny. Raptem, mimo obecności jego dzieci za ścianą oraz żony w pracy, zaczął się do mnie przytulać. Chciał mnie pocałować. Wstałam zaskoczona i oburzona. Nie jego działaniem nawet, bo on mi się nawet podobał w sumie, ale miejscem i tymi dziećmi w drugim pokoju. Jego żona w pracy. A on tu do mnie jak do kochanki! Wstałam i wyszłam do przedpokoju. Zaczął mnie prawie ciągnąć do sypialni. Na lewo, jak się wchodziło do mieszkania. Chociaż ja nie wyrażałam żadnych chęci, jak mi się wydawało. Przycisnął mnie do siebie i zauważyłam, że mu się bardzo śpieszy do tej sypialni… Zatkało mnie. Powiedziałam mu krótko i zdecydowanie: odpierdol się! On na to: że mam chyba jakieś kompleksy… On nie miał.

Założyłam kurtkę, wyszłam i tak się mniej więcej skończyła moja kariera telewizyjna. Chciał potem jeszcze iść ze mną do teatru („Kwadrat”?). Sama nie wiem, czemu zgodziłam się na ten teatr. Chyba nawet lubiłam tego faceta albo teatr. Albo w ogóle głupio mi było, za to odpierdol się no i byłam sama i samotna. W sumie to on był interesujący. I kontakty miał dobre w środowisku telewizji i w świecie kultury, jak mi się wydawało. Radio „ZET” to też była wtedy rewelacja. Ale akurat to przedstawienie odwołano. Zachorował główny aktor. Poszłam odebrać bliety, ale wydano mi forsę dla dwóch osób. No i musiałam lecieć do niego do radia „Zet”, żeby mu forsę za bilety oddać. Nie zastałam go, zostawiłam kopertę. Jeszcze raz rozmawialiśmy przez telefon, ale ja przemyślałam i powiedziałam, że będzie lepiej, jeżeli nie będziemy się spotykać… Znowu powiedziałam to dość obcesowo, żeby mu ułatwić…

Poszłam jeszcze do tego „POLSATU” na kwalifikacje, ale mnie nie przyjęli. Sama nie wiem, czy mi było przykro, czy lżej na duszy…. Po tym wszystkim? 😀

Nawet mnie namawiał, żebym poszła. Może po prostu się nie dostałam, albo nie spodobałam, komu trzeba… A do Telewizji Publicznej nie miałam już ochoty się pchać w łapy innych prezenterów czy redaktorów… Kwalifikacje były prawie w tym samym czasie.

Kolega, Leszek pracował wtedy w radiu, nie pamiętam, jaka rozgłośnia, ale powiedział, że potrzebują kogoś do tłumaczenia wiadomości z Reutera. Spróbowałam tej pracy przez kilka dni. Ale nie spodobało mi się. Nudne było to tłumaczenie na szybko najnowszych doniesień i nie takie łatwe. Przez pomieszczenia przechodziły gwiazdy radia i telewizji… A co ja tu robię?

Rzuciłam to. I znowu nici z kariery. Ja jakoś nie miałam wtedy cierpliwości, by usiedzieć w miejscu, nudząc się za pieniądze i czekać na cud. To było we mnie głupie. Nie umiałam zaplanować, przemyśleć, to była super praca, żeby wkręcić się do radia. Wszystko działo się wtedy pod wpływem impulsu, albo mi się podoba, albo nie podoba… Mogłam wtedy jeszcze wybierać.

Moja mama była zawiedziona, że nie starałam się o pracę w Telewizji publicznej. Koleżanka, która pracowała wtedy w Top Canal się do niej dostała… Mama wycięła sobie o nas obu fragment z gazety. Ją widywała później w TVP.

Zresztą w Niemczech czekał Gerd… I wyjechałam… P. S. Przeczytałam niedawno, że poznany przeze mnie redaktor zmarł. Był faktycznie człowiekiem interesującym, a nawet wiernym zasadom i ideałom, jak pisała o nim rodzina. Każdy ma pewnie inne zasady i inne ideały. Nasze się chyba różniły w pewnym wspólnym czasie w tej samej przestrzeni.

Hinterlasse einen Kommentar