Znowu do Niemiec

12.08.2010

Wczoraj znowu do Niemiec.

Pakowanie, wszystkiego za dużo. Ale na każdą okazję… Walizki pełne, nie tylko wrażeń, zdarzeń, marzeń…

Na lotnisku kontrola bagażu i osobista. Dzwonię w bramce. Proszę szeroko ręce! Pani strażnik sprawdza, co mi dzwoni… Przy okazji miły masaż prawie całego ciała. To biustonosz, no i może guzik przy spodniach. Dziękuję.

Gate B 21. Siadamy. Po prawej duże okna pokazują płytę lotniska, samoloty, przygotowywane do odlotu i ludzi pracujących wokół nich. Bagaże wjeżdżają po taśmie do brzucha samolotu.

Nagle Jurek woła: zobaczcie togo komandosa w czarnej kominiarce. Mój syn wstaje i woła mamę. Podchodzę. Moje zainteresowanie obrazkiem za szybą wzrasta w miarę napięcia sytuacji. Trzy wozy policyjne, jeden do przewozu więźniów. Nagle pojawia się kilku uzbrojonych snajperów. Rozglądają się bacznie, każdy z pistoletem maszynowym, jeden mierzy w nas, widzów tego widowiska, na wszelki wypadek. Cholera, żeby nie stracił nerwów. Dlaczego tak groźnie, kogo oni przewożą?

Mężczyzna w granatowej kurtce z kapturem, który osłania twarz, w kajdankach wsiada do wozu, eskortowany przez policjantów i snajperów. Kto to? Mafiozo? Morderca? Terrorysta? Ktoś strasznie ważny chyba i niebezpieczny skoro około dziesięciu uzbrojonych ludzi wyjechało po niego na lotnisko. Samochód odjeżdża, panowie w kominiarkach znikają.

Jakiś bardzo drogocenny okaz bandyty skoro przewozi się go samolotem, a  odbiera go 10 – ciu uzbrojonych komandosów i policja… Ile to kosztuje?

Mój syn zachwycony pyta, co by było, gdyby takiemu snajperowi z karabinem pokazał język? Odradzam mu pokazywanie języka snajperowi z karabinem maszynowym wymierzonym w jego kierunku. Na wszelki wypadek.

Siedzimy i czekamy. Miejsce na przeciwko mnie jest co chwila zajęte i puste, na zmianę. A to Jurek siada i wstaje. A jak on wstaje, siada tam ktoś inny. Po chwili znowu ktoś wstaje i pojawia się nowa osoba. Starsza pani usiadła jako kolejna, po młodej dziewczynie obskubującej paznkocie, podobnie jak ja. Słyszę rozmowę starszej pani z telefonu komórkowego. Pani trochę zaniepokojona, trochę licząc na rozgrzeszenie rozmówcy, oznajmia z przykrością w głosie, że  nie wyłączy podczas lotu telefonu komórkowego, który wiezie dla siostry, żali się komuś na lini. Bo po pierwsze, niestety nie wie, jak się go wyłącza, a po drugie nie zna PIN-u, więc nie będzie umiała włączyć… Fajnie, myślę sobie, lepiej się rozbijmy, żeby pani nie musiała się przejmować telefonem, którego nie dowiezie…

Rozmawiam z panią o tym, że podsłuchałam, chcąc nie chcąc, jej rozmowę, i że szkoda byłoby narażać bezpieczeństwo całego samolotu …. Okazuje się, że łatwo wyłaczyć telefon, a nawet włączyć daje się bez problemu, bo PIN-u nie potrzeba. Czuję się lepiej. Nie ryzykujemy życia kilkudziesięciu osób oraz katastrofy lotniczej. Przy bramce do wejścia na pokład okazuje się, że właśnie ta pani powinna lecieć do Szwecji, gdzie czeka siostra na telefon, a nie razem z nami do Niemiec… Pani ma bilet nie na ten rejs, powiadamia panią steward.  No i pani się wycofuje…

W Kolonii rozpoznajemy nasze walizki, sprytnie oznakowane sznurkami. Niektórzy łapią cudzy bagaż i z zażenowaniem oddają go zadziwionemu właścielowi, który też go ledwo rozpoznaje, bo ten znaczek odpadł….

Musimy kupić bilet na pociąg.

Pani przede mną jest skrupulatnie i uprzejmie informowana przez urzędnika państwowego w mundurze kolei niemieckiej. Pochyla się w stronę bagażu. Podchodzę, myśląc, że już kupiła bilet. Byłoby miło, gdyby pozwoliła pani dokończyć transakcję, słyszę rugający głos urzędnika. Cofam się, myślałam, że ta pani już skończyła.

Dzień dobry, słucham. Kupuję bilet. Pan jak minister rozmawia ze mną zza lady niezadowolony, iż nie mogę znaleźć mojej karty na zniżkę na bilet, chociaż w zasadzie nie muszę mu jej okazywać, jak sam dodaje. Pan drukuje bilet bez zniżki, nie dowierzając mojej wymowie z polskim akcentem, iż takową kartę Bahn Card 25 posiadam. Ja znajduję moją Bahn Card 25, której nie muszę okazywać.

Pięknie, to możemy zaczynać od początku, mówi obrażony pan urzędnik państwowy z miną ministra do spraw komunikacji. Miło mi, że nie chciał mi pan uwierzyć na słowo. Sam pan mówił, że nie muszę tej karty okazać panu, tylko kontrolerowi w pociągu.

Pan wkłada wydrukowany bilet w formacie A 4  do specjalnej okładki na bilety, których używa się tak masowo i bezsensownie, jak gdyby ich wydrukowanie nie miało żanego związku z otaczającym nas środowiskiem. Poproszę bez tej koperty, szkoda papieru.

Wychodzimy na zewnątrz. Jurek musi zapalić.

Pociąg przyjeżdża punktualnie, ale dość zatłoczony. Nigdy nie jechałam z lotniska o tej porze. Wsiadamy z dzieckiem, trzema walizkami, plecakiem, torbą i laptopem na ramieniu. Gdzieniegdzie są wolne miejsca, ale leży na nich plecak lub torba. Żaden z ich właścicieli nie zauważa, że zajmuje dwa miejsca, a ktoś inny stoi.  Nikt na nikogo nie patrzy. Nikt nikogo nie obchodzi.

Pytam, czy to miejsce jest wolne. Tak, pan zabiera plecak. Mój dziewięcioletni syn siada. Facet obok nie reaguje. Jego laptop wygodnie spoczywa na wolnym siedzeniu. Młodego człowieka nie obchodzi to, że to miejsce jest dla innego pasażera. Nawet mu do głowy nie przyjdzie, żeby je zwolnić, albo zapytać, czy zwolnić.

Chcę włożyć mój plecak na półkę nad pasażerami siedzącymi obok syna. Żaden się nawet nie poruszy, żebym mogła podejść bliżej do półki. Przepraszam, mówię, chciałabym położyć plecak. Panowie robią trochę miejsca. Żaden nawet na mnie nie spojrzy.  Nikt nie zapyta, czy nie pomóc. Dwóch zdrowych facetów w sile wieku. Jeden ze słuchawkami na uszach.

W Polsce jest (?) albo było kiedyś zwykle inaczej. W Polsce robi(ło) się miejsce dla innych. W Polsce faceci często zrywają się, żeby pomóc przy walizce, czy plecaku. Tu jest chłód i obcość. Pełno nas, a jakby nikogo nie było. Samotność między uprzejmymi, ułożonymi osobnikami o wysokiej kulturze na codzień. Tu się nie unosi głosu. Tu się nie kłóci. Tu się nie przeklina. Tu się nie odzywa po prostu. Tu się maszeruje razem z innymi w takcie tupotu ich butów lub milczy jak wszyscy.

Tu się co najwyżej pisze na piśmie lub angażuje adwokata. Tu się idzie do sądu w sprawie drzewa, które rośnie przy płocie i ma czelność rosnąć, jak mu Pan Bóg przykazał, a nawet bezkarnie zrzucać liście na teren sąsiada. Tu się sądzi o wysokość choinek i długość gałęzi… Tu się nie rozmawia.  Tu każdy ma rację, a kto ma rację ważniejszą, o tym roztrzyga sąd. Sąd roztrzyga, w jakich godzinach dzieci mogą bawić się na podwórku, grać w piłkę, pies ma prawo szczekać, a człowiek grać na pianinie w wynajętym lub własnym mieszkaniu.

Czasami to dobrze, ale czasami to już przesada, zawracać sądom głowę sprawami, które można załatwić między sobą. Nie można właśnie!

Więc siedzę tu na tym zesłaniu do mojej najnowszej ojczyzny z przeznaczenia i piszę i tęsknię po trochu…

„do tych pól malowanych zbożem rozmaitem,
Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem;
Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała,
Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała,
A wszystko przepasane jakby wstęgą, miedzą
Zieloną, na niej z rzadka ciche grusze siedzą…” (Adam Mickiewicz)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Hinterlasse einen Kommentar