Koleżanka życzliwa

Przez pierwsze 4 lata po urodzeniu syna byłam z nim prawie codziennie sama. W Niemczech.

Owszem była niania na godziny, mówiła po rosyjsku. Od czasu do czasu spotkanie z inną matką z dzieckiem, ze znajomą z przymusu, żeby nie być całkiem samej.

Ale nie mieliśmy rodziny, ani babci, ani dziadka, ani cotki, ani kuzynki itp. Ani przyjaciół.

Wszyscy byli w Warszawie lub w Polsce. Z płaczem powracaliśmy co pół roku do naszej czarnej dziury. Mama i Tata zostawali z płaczem w Warszawie.

Byłam w Warszawie u koleżanki na Ursynowie, która miała 2 dzieci, męża, nie pracowała, w Warszawie byli jej rodzice, teściowie i cała rodzina.

I ona mi mówi, że też jest prawie cały dzień sama…

Myślałam, że jest bardziej inteligentna.

Ale była tylko „życzliwa“.

Miała na myśli chyba: koleżeńska, pobłażliwa, uprzejma, łaskawa, dobroduszna, wyrozumiała, ludzka, wspaniałomyślna, pomocna, faktycznie trochę mi pomogła, łóżeczko pożyczyła i kilka książek dla dziecka.

No ja też byłam czasami życzliwa, zapierdalałam taksówką na ten Ursynów i z powrotem. Też z czekoladą, książką czy drobną zabawką, co pół roku, gdy byłam w Warszawie.

Jej mąż był łaskaw także życzliwie zapytać, kim jest ten dziadek? Kiedy ujrzał na fotce mojego o 30 lat starszego męża. Czyżby mu nie mówiła, za kogo wyszłam za mąż? Czy to ona mu tak opisała małżonka mego. A ja go wtedy jeszcze kochałam. Nie mogłam wtedy tłumaczyć różnych powodów do tej miłości i tej ucieczki do Niemiec od rodziny pełnej osób, którym żadna psychoterapia by pomóc nie mogła oraz Witka, w podobnym kontekście plus alkohol. On by się NIGDY ode mnie nie odczepił w Warszawie.

3 lata po rozwodzie mówił o mnie: „moja żona“, przy innych facetach.

Michnik starszy o 20 lat, ale przynajmniej nie będzie trzeba tłumaczyć, co to za dziadek! BOGU DUCHA WINNY. Chociaż pani Ela mówiła o nim, że to diabeł! Teraz rozumiem, co miała na myśli.

Gerd miał wtedy ok. 59 lat, czyli mniej więcej tyle co my teraz.

Michnik ma 77! Jak ja się z nim teraz pokażę?

No ale sama życzliwie mi BOGATEGO MĘŻA życzyła!

Nie przypominam sobie, by mówiła: Idź do diabła. Ale mam szansę tam wylądować. Na dodatek u starego Diabła!

A wiadomo, trafiają się także starsi milionerzy… W Michnika w 2008 uwierzyć nie bardzo chciała… Może nie wierząca?

Ale może o Michniku nie słyszęli, bo raczej z opozycją za młodu nic wspólnego nie mięli. Raczej wręcz przeciwnie.

Ja się chociaż otarłam… o Mateusza i mojego Tatę.

Ja byłam życzliwa kilka lat wcześniej i ganiałam po Koblenz, w celu wywołania jakichś slajdów dla jej męża, nie wiem, czy to nie było możliwe w Warszawie w 1995 roku?

Wydaje mi się, że Gerd za nie zapłacił i nie chciał forsy. Dziadek taki, też był życzliwy!

Piszę to, bo nie lubię fałszu, zakłamania i braku szacunku. Znałyśmy się od 4 roku życia. Z przerwami, ale w kontakcie.

Nawet nie zapytała w 2008, jak sobie poradzę sama z dzieckiem, bez pracy. Z domu katoliczka.

Ona grała jako 5, 6 -latka śliczną Marusię, a ja psa Szarika. Może to rzuciło cień na nasz układ. Wiadomo było, kto był gwiazdą, a kto czworonogiem.

Chyba ja się bardziej o ten kontakt starałam. Od dziecka ją lubiłam i kochałam, jak gdyby siostrę, którą mieć chciałam.

Raz w wieku lat ok. 10 – 11 chciałam Agnieszce P. podarować lalkę, ale jej mama nie pozwoliła tej lalki przyjąć.

Może się narzucałam, spragniona przyjaźni i fajnej koleżanki. Tak, za bardzo się narzucałam. Ale jakoś tolerowała to życzliwie i z uśmiechem. Może znajoma w Niemczech była w tamtych czasach jakąś ewentualną atrakcją.

Raz poprosiłam, żeby dała mi znać, jak będzie sprzedawać mieszkanie, to ewentualnie bym kupiła. Mogłam sprzedać jedno, dołożyć ok. 10.000 € i pewnie by wystarczyło.

Łatwiej sprzedać mieszkanie będąc zagranicą niż znaleźć i kupić odpowiednie. Ale się nie odezwała, a sprzedała, rok ok. 1998?

Chodziłyśmy razem na religię (aż do 8 klasy?), razem do komunii, razem aż do 4 klasy, potem ona zmieniła szkołę.

A potem byłyśmy w tym samym liceum 47. w Warszawie. Ona w mat-fiz.

Grzesiek Kawulak (z mojej klasy) chciał z nią chodzić, ale mu odmówiła, to od niej przyszedł do mnie i mnie zapytał o to samo. Też mu odmówiłam, szczególnie urażona, że najpierw ją zapytał.

Ja w biol-chem. Ale był jakiś kontakt. Ten sam rocznik, matura.

Ja nie lubiłam tracić osób mi bliskich z otoczenia.

Inaczej było chyba z tymi osobami, które straty mojej osoby nie zauważały nazbyt mocno.

Okazało się, że nawet wcale.

Do Niemiec zapraszałam, ale nie było to atrakcyjną ofertą dla Agnieszki P.

Nie ona jedna.

Może nawet odetchnęły z ulgą, że w ich ułożonym perfekcyjnie życiu nie będzie mojej osoby, z kilku powodów jakby „nie typowej“. W liceum (2 klasa) lubiłam rzucać się czasami w oczy dziwnym strojem i wyglądem. I pewnie zbyt wiele gadałam, na przykład o chorej siostrze. Pod wpływem natłoku emocji za dużo gadam. A gdy miałam 16, 17 lat byłam wulkanem emocji i jak zawsze w stresie.

Koleżanka widziała i oceniała świat ze swojego punktu widzenia, ale po matfizie może nie trzeba się dziwić.

Ania też się odcięła (w 2006), obie znały się wcześniej ze szkoły.

Ania też raczej lepiej liczy niż interpretuje. Przydało jej się to liczenie w księgowości. A ja ją kochałam jak siostrę.

A od pewnego czasu (2007?) postanowiła liczyć na moją siostrę, nie na mnie. To dowód na błąd w interpretacji. Ale w Niemczech była u mnie razem ze swoją siostrą (1996?).

Ula olała mnie od dawna, ale ja byłam z tym pogodzona dłużej. Była w 1995 w Koblenz z pierwszym mężem.

W 2008 tłumaczyła mi znudzona, że nic się nie wyjaśni, i raczej żyję fantazjami. Mój wiersz posłała jednak swemu drugiemu niemieckiemu mężowi.

Przez 17 lat miała rację.

Chociaż też było trochę przykro. Ale forsę w potrzebie pożyczyła. Oddałam po sprzedaży mieszkania.

Agnieszka Sur. pragnęła przyjąć nową osobowość matki Niemki i nie wspominać ze mną starych czasów, jak to się zbierało butelki po piwie w Magdburgu (1986?) i wpierdalało chudy serek z cebulą, by zaoszczędzić.

Jako żona zamożnego Niemca starała się wejść na nową bogatą i niemiecką drogę życia bez zbytecznych ogonów, z czasów biedy i PRL. Tym bardziej, iż nie wyłam z zachwytu nad jej narcystycznymi pomysłami.

Wolała Tupper Partys z niemieckimi sąsiadkami i znajomymi. Raz mnie zaprosiła. To takie party na którym się podziwia plastikowe pudełka i się je kupuje.

Tak ogólnie to muszę stwierdzić i potwierdzić, że bez męża czy faceta i nie na bogato, wszyscy cię oleją.

Albo z mężem ale bez dziecka.

Albo z dzieckiem w biedzie.

Kobiety raczej tworzą kółka wspólnej doli i niedoli, lecz rzadko prawdziwe przyjaźnie.

Oglądając serial „Przyjaciółki“ trudno mi uwierzyć, że takie przyjaźnie są możliwe.

Przez jakiś czas starałam się coś podobnego stworzyć (Ula K., Agnieszka P. Ania G., ja…)

A może tylko ja nie pasuję do nikogo?

Albo Michnik sterroryzował wszystkich…

Bo Agnieszka z miasta Łodzi też mało widoczna, a bardzo fajna. Odwiedziła mnie w Koblenz w 2004 roku.

Ja to mam szczęście do Agnieszek.

….

W sumie dobrze wyszło.

Bo gdyby Michnik pojawił się w 2008, to wtedy okazałoby się zapewne, iż miałam liczne grono NAJLEPSZYCH PRZYJACIÓŁEK

oraz kochająca siostrę! A może i życzliwego siostrzeńca. Spędzał on u mnie chętnie kilka razy 2 tygodnie wakacji (1995 – 1997, 2000, 2002?). Ale jako młody dorosły olał całkiem. Chrześniak!

Michnik dodał Jurka na lepszy postrach, tak że nawet Kasia R. musiała się wypowiedzieć, goszcząc u mnie, że lepszy taki niż żaden.

To i tak był komplement, bo inne koleżanki musiały chyba nawet myśleć, że nie lepszy…

W Niemczech od wielu lat trudno mi było znaleźć przyjaciółkę. Najpierw ze starym mężem bez dziecka, potem sama z dzieckiem…

Ktoś tak nietypowy, na dodatek z Polski jest w Niemczech kategorii B. Można czasami się spotkać, ale na dystans. Miałam znajome, znajomych wśród moich uczniów z kursów jęz. niemieckiego, głównie z byłego ZSRR. Poduczyłam się przy nich rosyjskiego.

Ale w języku obcym nie jest tak jak w ojczystym.

Nasze sytuacje osobiste i rodzinne były bardzo różne.

Na szczęście poznałam kilka fajnych osób w Warszawie, Kasię R. (po lstach znów), jej corkę Anię R., Agnieszkę z Łodzi, panią Martę z przedszkola, Kasię – mamę Dominika. Bardzo mi pomogły, za co jestem niezwykle wdzięczna.

Kompetentne i życzliwe osoby (jak pani Bogusława i jej szefowa) z biura nieruchomości „Drągowski“ na Saskiej Kępie przy ul. Waszyngtona.

Sprzedaż mieszkań w Warszawie z zagranicy jest możliwa, ale niełatwa. Tyle załatwiania i dla mnie (wtedy w depresji i z małym dzieckiem) było to bardzo dużym wyzwaniem. Likwidacja mieszkania to ogromny stres. Zwłaszcza gdy ma się na to tydzień czy dwa i dziecko u boku.

A siostra nasłała komornika! Nie umiała się odezwać, porozmawiać, tylko adwokat i komornik!

A przecież widziała mnie i Adasia w sądzie, na sprawie spadkowej. Udała, że nas nie zna i nie widzi. Pani adwokat jej chyba poradziła, bo sobie zarobiła! Gdybyśmy się dogadały, nie miała by co robić ani zarobić.

Mój syn (lat ok. 9) mówi: ciocia! A ciocia nas nie widzi. Ani mnie, ani jego.

I po to z nią do psychiatry chodziłam, i kilka razy się nią i jej synem opiekowałam, gdy spała przez 2 tygodnie po tabletkach psychotropowych, aby dojść do siebie…