„Die Welt gehört in Kinderhände!“
Und die Welt bietet den Kindern wirklich viel. Liebende Luxuseltern kaufen dem geliebten Luxuskind
das beliebte Smartphone! Es muss sein! Jedes Kind hat eins, sagt der 12-Jährige zu Hause und die Eltern glauben das. Unser Kind soll doch nicht hinterher bleiben. Wir sind modern und können uns das leisten. Mit dem Smartphone kann das Kind schöne Sachen machen, wie ich in den letzten Wochen erfahren habe. Was das für Sachen sind, interessiert die Eltern wohl nicht so sehr… Unser Kind, weiß schon, was richtig ist.
Also nahm ein Junge seinen Schulkameraden mit dem Smartphone auf, wie er Kreide isst. Der Junge sollte dafür paar Euro bekommen, aber die hat man ihm nur versprochen – nicht ausgezahlt. So hat der freiwillige angehende Superstar die Kreide vor laufender Kamera gegessen. Der Film wurde dann in der Schule vielen begeisterten Kindern gezeigt und auch weitergegeben.
Mein Sohn meint, was für ein Dummkopf. Ich frage, was für ein Film kommt demnächst.
Die Kinder durften natürlich auch ihre Handys und Smartphones auf die Klassenfahrt mitnehmen, um die geliebten Eltern erreichen zu können. Zwar hat der Lehrer die Mobiltelephone nur nach 18.30 Uhr zum Telefonieren freigegeben, aber auch das hat gereicht.
Die Zeit hat auch gereicht, um „interessante“ Filme auf dem Smartphone den Mitschülern zu präsentieren. Interessant wohl mehr für die Polizei.
Ein 12 – 13 jähriger Junge hat im Internet oder auf seinem Smartphone ein Video gezeigt. Das Video zeigte eine Frau in sexuellen Handlungen … mit einem Hund!
Als mein Sohn mir das so nebenbei erzählt hat, war ich geschockt. Er weniger. Ein Junge hat gestaunt, wie gut der Hund trainiert sein musste, wenn er so was mitgemacht hat…
Der Besitzer des Smartphones erklärte den Kindern: jetzt kommt eine echt perverse Szene……., eine?
Ich weiß nicht, was ich tun soll.
Habe meinem Sohn erklärt, warum er sich so was nicht anschauen soll und was das Schlimme daran ist. Er bat mich jedoch, nicht wieder offiziell einzugreifen.
Autor: @66joanna @joanna66 #66joanna
Sajens fikszon
Sajens fikszon:
Tażykiston Duszanpe
Zastępca Burmistrza: Baby, przebierajta się! Delegacja przyjeżdża! Księżniczka was odwiedzi!
Baby: Jaka księżniczka?
Zastępca: Duńska!
Baby: A skąd ona? Dzie ta Dunia?
Zastępca: Nie Dunia, DANIA! Państwo takie w Europie jest.
Baby: A ta Europa dzie?
Zastępca: Tam dzie było NRD kiedyś to trochę dalej…., tylko na północ.
Baby: A co my założym na siebie, jak ta księżniczka tu zajedzie?
Zastępca: Z Domu Kultury weźta ludowe stroje, co to na występy szykują…
Baby: A ta księżniczka do nas wedle czego?
Zastępca: To nie ważne jest, ją w telewizji pokażą razem z wami, jak was odwiedza i wasze dzieci ogląda.
Baby: A co dzieci mają do tej księżniczki?
Zastępca: Ona się troszczy o nie i potem inne delegacje jeszcze bedom.
Baby: To w chustkach czy bez?
Zastępca: A włosy myły?
Baby: No wody u nas ciepłej nie ma, a u nich w ogóle nie ma w tym tygodniu.
Zastępca: No to w chustkach!
Baby: No to w chustkach!
eine Fliege
Heute war eine Fliege im Klassenraum. Sie saß auf dem Tisch neben an. Wir übten Sätze mit: „Ich möchte…“. Ich sah die Fliege an und sagte: Ich möchte die Fliege.
In diesem Augenblick flog die Fliege hoch und landete auf meinem Tisch. Sie lief ein paar Fliegenschritte auf dem Tisch herum. Ich schaute sie an.
Dann streckte ich meine geöffnete Hand aus und sagte: Komm! (ich meinte die Fliege, die ich einlud, auf meiner Hand zu landen).
In diesem Augenblick flog die Fliege auf meine ausgestreckte Hand, setzte sich auf sie. Sie lief ein paar Fliegenschritte und flog weiter….
Syn na wycieczce
Pojechałeś we wtorek. Pakowanie było nieco trudne. Ciągle się kłócisz, że tego nie chcesz, tamtego nie potrzebujesz. A ja wiem, że może ci się przydać. Wiem, bo wyjeżdżałam kilkadziesiąt razy częściej od ciebie i o 35 lat dłużej…
Wreszcie spakowany, zanosisz walizkę do samochodu. Możesz ją ciągnąć, mówię. Ruszamy, po 5 minutach przypominasz sobie, że czegoś zapomniałeś. Wracamy, by wziąć ten drobiazg, który jednak jest taki ważny, a zapomnieliśmy go spakować. Dezodorant!
Jadę dość prędko, bo chcę zdążyć do dentystki. Po drodze rugasz mnie, że za szybko jadę, że tu wolno maximum 50 km na godzinę. Denerwujesz się, że mogłam odmówić termin u dentystki. Jesteśmy trochę wcześniej niż inni. Wysiadasz, zabierasz walizkę i nawet się nie obejrzysz. Pewnie też trochę przejęty wyjazdem, jak tam będzie. Odchodzisz z walizką bez słowa.
Wołam, Adam, nie pożegnałeś się. Odwracasz się. I nawet nie wiem, czy coś mówisz. Może chcesz być już tam sam. Koledzy pewnie za chwilę się pojawią.
Zapamiętuję, jak idziesz z walizką do budynku, szybkim krokiem, już nie jak dziecko. Nie oglądasz się. Niesiesz tą walizkę, którą można by ciągnąć. Ale tak pewnie nie robią chłopcy w twoim wieku. 15 lat, 188 cm, to już nie małe dziecko. I tak chciałeś dużą torbę, ale jej akurat nie mamy. Mamy kilka walizek. One lepiej sprawdzają się w podróżach samolotem.
Kim jest matka?
Wsiadam do samochodu i odjeżdżam do dentystki. Nie wiem, czy smutna, czy zmartwiona, a może z lekką ulgą, po prostu się spieszę.
Teraz, kiedy to piszę: Łzy same cisną mi się do oczu. Sama nie wiem, dlaczego. To pewnie przez tę lampkę wina. To rozstanie zaczyna mi doskwierać. I to, że nie odezwiesz się, bo wszystko pewnie jest w porządku.
Zdążyłam na termin u dentystki. Kiedy boruje w moim zębie, myślę o tobie, mam przed oczami twój obraz, odchodzącego z walizką. Nie ciągniesz jej, niesiesz ją. A ja myślę, że się nawet nie pożegnałeś, że odchodzisz na kilka dni.
W domu cisza i spokój. Nikt nie każe mi robić budyniu, nie kłóci się o drobiazgi, nie denerwuje o byle co.
Cisza i spokój i pustka bez ciebie synu. Taka pustka, którą matka stara się wypełnić czymś innym.
Uprałam firanki, przestawiłam regał, pojechałam na zakupy, także dla ciebie. Ale i dla siebie. Nareszcie trochę czasu dla siebie. I pustka w domu. Cisza, spokój. Jak grób. Nie ma życia bez ciebie. Tylko czekanie.
Ale nie wolno wam zadzwonić, albo też nie chcesz dzwonić. Uważano by cię za maminsynka.
A kim jest matka?
Mógłbyś wysłać chociaż jednego SMS-a, że wszystko jest ok. Ale taka cisza, jakby cię wcale nie było, albo mnie by nie było. A ja tu czekam.
Jutro mogę cię znowu odebrać. Dostanę pewnie ochrzan za tą walizkę, bo inni mieli pewnie torby, albo ochrzan za cokolwiek… Ty ostatnio ciągle się złościsz.
Wiek dojrzewania…, trudny… od lat…
A kim jest matka?
Albo musi wszystko wytrzymać, usłużyć, kupić, zawieść, przywieść, albo zniknąć na kilka dni…., jakby jej wcale nie było.
Pusto bez ciebie.
Kim jest matka?
dobry na bóle…
Jurek, Po co apap kupileś?
Jurek czyta ulotkę
Dobry na ból głowy, bóle masturbacyjne
……
MENSTRUACYJNE! Jurek
Warum nicht?
Warum nicht?
Warum lernen die Deutschen kein Polnisch? Die Antwort der meisten Betroffenen würde sicherlich lauten: WARUM SOLLTEN SIE??????
Warum sollten sie?
Es gibt keinen vernünftigen Grund, diese Sprache der Engel zu sprechen. Polnisch ist wunderschön, vermittelt so viele Gefühle und Nuancen der Seele und der Gefühle…
Polnisch ist auch nicht einfach. Es ist eine komplizierte Sprache, die die meisten Polen nicht 100% grammatikalisch richtig beherrschen… Die Grammatik ist mit Latein oder Französisch vergleichbar, nur noch schwieriger…., und es gibt auch Dialekte!
Die Aussprache ist für den Deutschen schwierig – schwieriger – am schwierigsten.
Warum versuchen es doch manche Ehemänner der polnischen Ehefrauen, oder vielleicht auch Ehefrauen der polnischen Ehemänner? Aus Liebe zu seiner Frau/ ihrem Mann, zu gemeinsamen Kindern, zu dem Land und den Menschen, die eine/einer dort kennengelernt hat? Man kann Polnisch lernen, es ist möglich! Ich kenne einige, die das mit Erfolg gemacht haben. Ihre Aussprache wird nicht perfekt sein, ähnlich wie die meine auf Deutsch. Wenn man aber etwas von Sprachen versteht, weiß man, dass die Aussprache nach ca. dem 12. Lebensjahr eines Menschen sehr schwer erlernbar ist… Der Deutsche kann oft kaum Englisch oder Niederländisch, Sprachen, die dem Deutschen so nah verwandt sind…
Polnisch ist so toll, dass man die genialen Werke der polnischen Dichter und Denker kaum in andere Sprachen übersetzen kann, insbesondere die gereimte Poesie, und davon gibt es im Polnischen jede Menge! So liegt es nicht an Mangel oder Qualität der polnischen Werke, dass sie auf dem deutschen Boden unbekannt sind. Leider bemüht sich kaum ein Deutscher, sie zu entdecken, geschweige denn zu übersetzen… Es wäre eine Aufgabe für einige Jahrzehnte…, und einer schafft es wohl nicht…
Wie kann man die genialen Werke von Adam Mickiewicz oder Stanislaw Wyspianski ins Deutsche übersetzen? Oder das Polnisch – Absurde der Sprache und der Unform von Witold Gombrowicz?
Wie findet man die Reime in einer anderen Sprache, die so anders ist, die viel einfacher konstruiert und viel weniger Nuancen der Seele wiedergibt?
Deutsch ist toll, exakt, praktisch und genau und ganz bestimmt nicht rechtswidrig. Vielleicht deshalb wird so oft und gern in deutschen Gerichten wegen jeder Kleinigkeit gestritten, die man in Polen unter 4 Augen klärt?
Polnisch ist unendlich schön…. Kann man eine Unendlichkeit auf ein Minimum von praktischen Gedankengängen reduzieren?
Warum sollte ein Deutscher Polnisch lernen??? Eigentlich braucht er das wirklich nicht, denn Polen lernen Fremdsprachen: Englisch, Russisch, Deutsch, Französisch, Spanisch, Italienisch…
So können solche Imperien wie „Media Markt“, „LIDL“, „C&A“, „H&M“, „Real“, „Deichmann“, „Bosch“ und „Siemens“ sowie Autoverkäufer von Mercedes, BMW, VW und viele andere gemütlich in ihren Sprachen ihr Imperium auch in Polen aufbauen und erweitern…. Und auch wenn viele es in Deutschland nicht wissen oder nicht glauben, haben die Menschen in Polen inzwischen Geld um diese Produkte zu kaufen! Denn sie werden ganz bestimmt nicht verschenkt, was auch keiner erwartet! Man würde sich aber über ein „Dzień dobry! oder „Dziękuję!” in der Heimatsprache der Polen schon sehr freuen!
Leider kommt es sogar dazu, dass der ausländische Chef in Polen, die Benutzung der Heimatsprache auf dem polnischen Firmenboden sogar für unangemessen hält!
Hallo!!!???
Pöstchen
Im Land D ist es schön ein Pöstchen zu haben, wenn auch ein so ganz kleines, lieber noch ein Größeres…. Ob im Sportverein oder Musikverein, in der Elternvertretung oder Firma, Kirchenvorstand oder noch höher…, das heißt vielleicht sogar im Himmel, wo man doch den eigenen Papst schon im Vatikan hat???
Unsere Elternsprecherin in der Schule S, Klasse B- hat sich wohl Folgendes gedacht: das wäre ganz nett auch mal die Elternsprecherin zu werden. Sie hat sich nicht weiter darüber informiert, welche Rechte und Pflichten sie auf ihre zarte Schulter nimmt.
Elternsprecher, hat sie gedacht, das ist so eine Art Ministerposter in der kleinen Regierung der Klassenlehrerin, auch gerne Klassenleiterin in eigenen Briefen an die Eltern, genannt. Der Ministerposten im Bereich: Eltern über den Unmut der Regierungskoalition und über das falsche Verhalten der Eltern zu informieren, und entsprechende Hinweise in Bezug auf das richtige Verhalten der Eltern seitens der Regierungsseite an die Untertanen, auch Eltern in dieser erfundenen Geschichte genannt, weiterzugeben, hat es der Frau Minister im Amt, gut gefallen. Nun kam es aber zu Pflichtveranstaltungen auf der Schulebene, sowie einer kleinen Revolte seitens der Untertanen. Das hat man als Regierung und Mitglied nicht erwartet.
Der eine Minister meinte, es gibt keinen Grund zu handeln, denn das eigene Kind ist stets zufrieden. Die Frau Minister meinte, man muss schnellstens die Regierungspräsidentin informieren, bevor man als Elternsprecherin eingesetzt wird, und noch was gegen die eigene Regierung sagen muss! Wo man auch noch das Pech hatte, die einzige Zeugin der kleinen Ungerechtigkeiten seitens der Klassenleiterin zu sein.
Tja, ein Pöstchen ist schon sehr stressig, also, wird man sich nächstes Jahr nicht mehr so blauäugig mehr dafür melden. Ein Pöstchen ist nämlich nicht immer zum Sitzen da! Oft wird man ganz schön herumgeschüttelt, erschüttert und überrascht, was man so alles machen muss und nicht kann!
Fast alle Beteiligten hatten viel Stress und viel Spaß!
Was wir auch Ihnen, sehr verehrter Leser nicht vorenthalten möchten!
Fortsetzung folgt bestimmt!
Weihnachten ohne
In Deutschland ist die Krise eingebrochen. Jeder merkt, dass es ihm schlechter geht, ob reich oder arm, keiner hat genug.
Der Reiche und der Vertreter des Mittelstandes hat nicht mehr genug Geld, um zweimal im Jahr nach Mallorka oder nach Tunesien in Urlaub zu fliegen. Obwohl man sich doch sonst nichts gönnt.
Man kann sich kein so großes Auto mehr leisten, und ins Restaurant gehen ist auch nicht mehr so oft drin, wie früher. Die Stammkneipe, die bis vor kurzem als zweites Wohnzimmer diente, besucht man nur noch am Wochenende, nur noch auf ein Bierchen.
Ja, aber früher war eben alles viel früher, wie jemand gesagt hat.
Der deutsche Reiche und der Wohlhabende können seltener zum Friseur, denn Waschen, Schneiden, Legen, Fönen gibt es ab ca. 26,- Euro. Von den Strähnchen oder der Dauerwelle ganz abgesehen!
Also fönt man wenigstens selbst, oder geht zu einer Bekannten, die das zu Hause für die Hälfte macht.
Auch solche Sellbstverständlichkeiten wie Haarverlängerung von 100,- bis 900,- Euro gehören nicht mehr zum Alltag der verarmten deutschen Frau.
Sie kann sich die Wimpernverlängerung für ca. 50,- Euro und für besondere Fälle wie Hochzeit, Geburtstag, Jubiläum, Weihnachten, Silvester und Feste kaum noch leisten.
Und hat man schon mal Weihnachten ohne verlängerte Wimpern erlebt???
Na bitte, dann brauche ich ja nichts mehr hinzuzufügen.
Auch die Maniküre für 15,- Euro oder die Neumodelage der Nägel in Olga’s Nageldesignstudio, für Schüler ab 25,- Euro, sonst 35,- Euro, sind zu teuer. Dennoch haben viele Mädchen total ausgeflippte und toll bemalte Fingernägel. Hab ich selbst gesehen! Wer bezahlt das jetzt, wo die Eltern arbeitslos geworden sind? Oder die Tatoos? Die, die den ganzen Rücken bedecken, können um die 8000,- Euro kosten! Oder Piercing? Das braucht man doch unbedingt als Schüler. Und es reicht höchstens nur noch für einen Nasenflügel rechts oder links, ab 14,- Euro.
Und da hört man die rechtsradikalen Vertreter einiger Parteien rufen: unsere Großeltern haben den Wohlstand ja aufgebaut. Und wie? So einfach – nach dem zweiten Weltkrieg. Und es hat bloß einige Millionen Menschen im Krieg das Leben gekostet.
Den Wohlstand lassen wir uns nicht nehmen. Die Gastarbeiter haben ihren Job gemacht und sind leider hier geblieben! Interessant. Ohne diese Gastarbeiter hätte man diesen Wohlstand nicht aufbauen können, denn es gab vor allem Witwen mit Kindern, ältere Menschen und Kriegsinvaliden, als alle Großeltern angefangen haben den Wohlstand in Deutschland aufzubauen.
Wie viele Männer kamen stark und gesund aus dem Krieg 1945 zurück??? Wie viele Jahre später? Wie viele kamen leider überhaupt nicht zurück?
In vielen Ländern ist man froh, wenn man am Tag einfach satt wird und genug zu trinken hat, und dass die Kinder eine Schule besuchen können. Und das ist schon oft Luxus.
Hier will man den Luxus selbstverständlich, auf immer und ewig, abonniert haben. Die NPD schreibt im Wahlflugblatt, dass die Krise im Osten nicht so stark zu spüren ist…, denn: „Wo nichts ist, kann auch nichts verschwinden oder einbrechen.“
Vielleicht sieht man es hier ein, dass es einfach im Westen Jahre lang zu viel gab und es kamen Zeiten, da muss man sich auf das Wesentliche einschränken. Den Luxus, wie ihn das Westeuropa seit Jahren kennt, kennen die allerwenigsten woanders in der Welt.
Weihnachten in Deutschland in Zeiten der Krise: ohne Wimpern- oder Haarverlängerung und zu Hause, und nicht in Thailand oder in Florida, nicht im 5-Sterne-Hotel.
„Hier ist schon lange kein Krieg gewesen“, sagte ein Schauspieler im Prolog zu Bertolt Brecht’s „Mutter Courage“ im Koblenzer Theater. Hoffentlich bleibt es so.
Einige scheinen es nicht zu begreifen, dass sie dankbar sein können, den Krieg nicht vor und in dem eigenen Haus, sondern weit weg führen zu müssen, auch wenn leider Gottes, einige hunderte Menschen mit ihrem Leben dafür bezahlen.
So können Millionen am Leben und in ihren Häusern vor dem Fernsehen bleiben. Und nicht umgekehrt. So können Millionen irgendwo auf der Welt irgendwann auf eine Bessere Zukunft hoffen, ohne dass ein Weltkrieg über ihr Land und andere Länder rollt und wieder zerstört, was ihre Großeltern auf demselben Wege früher aufgebaut haben.
14.03.2012
Arbeitslos
Zu den Pflichten gehört, sich im Arbeitsamt zu melden. Zuerst arbeitssuchend. Natürlich innerhalb der gesetzlich vorgeschriebener Frist, wird man erfahren, wenn man zu spät kam. Man wird ja schließlich nicht alle paar Tage arbeitslos. Nein, wenn schon, dann richtig.Es macht den Angestellten im Arbeitsamt Schwierigkeiten einen einzuordnen, wenn so ein Arbeitssuchender aus den entfernsten Gegenden Europas ankommt.
Warschau???? Ist das Tschechei? Nein. Tschechien?
Polen. Immer noch, denkst du, in Gedanken, leicht erschrocken, dass in der EU womöglich Warschau nach Prag umgezogen wurde. Dabei bist du erst paar Tage weg! Wer weiß das heute noch so genau? Man kann nicht alles wissen. Wenn man alle Formulare ausgefüllt, unterschrieben und beisammen hat, kann man sich im Arbeitsamt arbeitslos melden. Man stellt sich an. Scheinbar sind noch einige andere Leute auf dieselbe Idee gekommen. Man wird registriert.
Haben Sie Ihren Ausweis oder Ihren Reisepaß dabei? Der Nächste bitte! Nein, er muss schon persönlich kommen. Sie dürfen Ihren Sohn nicht arbeitslos melden! Nein, das geht nicht! Der Nächste bitte!
Dann kann man im Wartebereich C Platz nehmen und man wird aufgerufen. Dauert es lange?
Das kann schon eine Weile dauern! Nein, Sie müssen in den Wartebereich C, habe ich gesagt!
Aber ich muss vorher noch auf…. Dann müssen Sie sich schon beeilen!Guten Morgen! Morgen…. Begrüßen und schnell wegschauen. Man kennt sich ja von irgendwoher. Ob sie mich auch erkannt hat? Mist. Sitzt die auch hier, ausgerechnet im Bereich C! Gerade heute! Vielleicht ist sie das gar nicht, sonst würde sie ja was sagen. Aber sie kennt mich auch nicht.
Ein Kind läuft hin und her… Fröhlich und lustig. Nur das Kind.
Möchtest du dich arbeitslos melden??? Ha, ha! Oder soll ich dir eine Arbeit suchen? Und die Mama bleibt zu Hause??? Ha, ha!!!
Das Kind weiß nicht, wie die Frau vom Amt das meint. Die Mama ist schon zu Hause. Und wir können deshalb einen Ausflug in die Spielecke des Arbeitsamtes machen! Schnell verstecken. Ich bin erst 4 und möchte noch nicht arbeiten…
Herr Maier bitte… Guten Morgen, kommen Sie bitte mit….
Frau Krupinska! Guten Morgen! Bitte, kommen Sie mit…
Das Herz schlägt schneller, wenn man den eigenen Namen hört. Dennoch: eine Erleichterung.
Der Sachbearbeiter ist ganz nett. Er lächelt freundlich und erklärt einem, wo man was falsch angekreuzt hat, und wo was fehlt… Überstanden. Sie bekommen von uns einen Bescheid!
Eine Tablette, Schluck Wasser! Nach 3 Stunden sind die Übelkeit und die Kopschmerzen vorbei…. Irgendwann kommt eine Einladung nach §309 Drittes Sozialgesetzbuch (SGB III)i. V. m. §144 SGB III. Der Anfang klingt gut: Einladung.
Man hat sich immer schon auf Einladungen gefreut.
Na bitte, wo einen sonst keiner mehr einlädt, wird man vom Arbeitsamt eingeladen!
Sehr geehrte Frau… schreiben sie! Und man braucht gar nicht viel mitzunehmen. Bewerbungsunterlagen, Lebenslauf. Das hat man doch!
Man sollte unbedingt die Rechtsfolgebelehrung und die weiteren Hinweise auf der Rückseite beachten…. Schon beim Durchlesen bekommt man graue Haare und Angst, etwas verbrochen zu haben: Wenn Sie ohne wichtigen Grund…., Voraussetzungen…, Sperrzeit…, Leistungen werden nicht gezahlt…, Anspruchsdauer mindert sich…, Absenkung gemäß § 31 Abs. 4 Nr. 3 Zweites Buch Sozialgesetzbuch…., Pflicht…, Rechtsbehelfsbelehrung…., Widerspruch….
Ob man damit zum Anwalt muss? So vorsichtshalber?
Mit freundlichen Grüßen.
Meine Agentur für Arbeit!
Mit dem wenigen Geld lernt man umzugehen und verlernt auszugehen.
Man bleibt am liebsten zu Hause, isst belegte Butterbrote, Pfannekuchen und Gemüsesuppen.
Ab und zu auch Gehacktes oder Wurst. So ist es auch wieder nicht.
Es reicht gerade noch, um zu zweit über die Runden zu kommen. Es bleibt aber echt nichts übrig.Man ist leider gezwungen, einige Zutaten einzukaufen. Denn nur stilles Wasser fließt aus dem Wasserhahn, und auch nicht ganz kostenlos, wie man nach der Pro-Kopf-Abrechnung bei der Nebenkostennachzahlung feststellen muss. Die Nachbarn haben scheinbar auch getrunken, gespült, gekocht und gebadet. So viel Wasser konnte man selbst gar nicht verbrauchen! Wo man doch die meiste Zeit nicht da war! Aber gerecht ist gerecht. Meine Lieblingsmarke ist seit einigen Monaten “GUT UND BILLIG”. Denn die Ware hält, was der Name verspricht. Ich schwöre auf den “GUT UND BILLIG” – Apfelsaft und mein Sohn will keinen anderen Traubensaft zu sich nehmen. Das Eis dieser Marke schmeckt lecker, Marmelade fruchtig und der Kaffee aromatisch. Tee schmeckt nach Tee und Wasser nach Wasser. Auch alle anderen Lebensmittel, die ich probiert und Produkte, die ich ausprobiert habe, waren nicht schlechter als ihre teureren Entsprechungen in schöneren oder bunteren Verpackungen, die ich aus besseren Zeiten und aus der Werbung kenne, und die bei den nicht arbeitslosen Bekannten anzutreffen sind, falls man diese und ihre A-13 Haushalte zu Gesicht bekommt.
Denn die Leute laden einen ungern ein und kommen gar nicht mehr gern in meine Küche.
In diese Küche???
Sie ist irgendwie zu klein, zu eng und zu arbeitslos geworden. Und mit den “GUT UND BILLIG” Sachen sind alte Bekannte nicht mehr zu beeindrucken, und schon gar nicht zu einer Freundschaft zu bewegen. Wenn man schon keine Arbeit hat, sollte man wenigstens Geschmack haben.
Ich lasse mich von den günstigen Preis nicht abschrecken und genieße den günstig erworbenen Genuss mit Genuss.
Zu meinem Ensetzen scheint die “GUT UND BILLIG” Ware in einigen deutschen Haushalten immer beliebter zu werden. Denn, wenn etwas gerade ausverkauft ist, und im Regal fehlt, dann war es eben “GUT UND BILLIG” zu erwerben. Der Zettel unter dem leeren Platz im Regal bestätigt das schwarz auf weiß.
Ich stehe dann da, ganz allein und hilflos, den teureren Produkten ausgeliefert.
Und da fasse ich den Entschluss, trotz der Entfernung und unbeachtet der Wetterverhältnisse, mich auf den Weg zum “ALL-DIE” zu machen. Denn dort findet man erst richtig was für alleinerziehende arbeitslose Mütter, die gerade über wenig oder keine Ersparnisse verfügen.
Ein Warenparadies und nicht teuer. Man spart, indem man einkauft. Und je mehr man kauft, um so mehr spart man. Also spart man letztendlich mehr als man überhaupt im Portemonnaie hatte, dafür hat man jede Menge günstige Ware, die man gar nicht vorhatte zu kaufen. Und einen Toaster obendrauf!
Zahlen Sie bar oder mit der Karte? Bitte geben Sie die PIN ein. So ein Überziehungskredit ist eine wunderbare Dienstleistung der Bank. Ob die das noch lange mitmachen, bevor die Bank selbst bankrott geht???
Und so hofft man nach dem günstigen Großeinkauf, dass die paar Euro, die man noch in der Tasche hat, bis zur Zahlung des Kindergeldes ausreichen.
Wenn man Kleidung braucht, findet man die letzte Rettung in dem Kleiderladen von Caritas.
Viele Leute scheinen die noch gar nicht oder kaum gebrauchten Sachen nicht mehr zu brauchen. Ein Glück für die anderen. Auch hier trifft man ungern Bekannte. Aber man grüßt einander freundlich und tröstet sich damit, dass sie eine andere Kleidergröße haben.
Ich wohne, für eine alleinerziehende arbeitslose Mutter, wirklich sehr günstig.
Na ja, für ca. 220,- Euro kalt, da kann ich kaum ein Einzimmerappartement in Koblenz finden.
Das wäre auch etwas eng mit dem Kind. Aber viele wohnen so, natürlich. Viele wohnen auch anders.
Und schon jetzt finden viele meiner Bekannten meine Wohnung nicht gut genug, um mir mit ihren Kindern einen Besuch zu erstatten.
Meine 3 Zimmer, Küche, Bad und Flur, verteilt auf 76m², können, verglichen mit ihren Wohnungen, Häusern und Villen mit Vor-, Winter- und dem richtigen Garten, kaum das richtige Ambiente für eine Begegnung bieten.
Zumal der Ausblick aus der Küche dem aus einem Gefängnis ähnelt.
Und die Leute mögen schöne Aussichten haben. Auch wenn sie durchaus auch schon mal im EKIA-Katalog geblättert haben. Beim Arzt natürlich, weil die da so rumliegen. Überdies kann ich einen Umzug gar nicht finanzieren. Und ich frage mich, wer an mich noch eine Wohnnung vermieten würde…? Die Vermieter reißen sich bestimmt um arbeitslose alleinerziehende Mütter, die in Kürze eine Aussicht darauf haben, Hartz 4 zu beziehen.
Billige, kleine Wohnung. Wie klein denn noch? Kleinere Wohnungen sind im Verhältnis teurer und meistens in den Neubauten, also wieder teurer, und meistens für Singels – Haushalte geignet. Die Politiker sagen, Armut sollte keine Postleitzahl bekommen….
Die braucht sie nicht, die Postleitzahl gibt es an vielen Orten schon. Nur nicht alle Politiker scheinen es mitbekommen zu haben. Und was ist mit meinem Sohn? Muss er die Schule wechseln? Was ist mit seinem Umfeld? Mit seinen Freunden? Wer wird ihn noch unter der neuen Postleitzahl besuchen wollen?
Und was, wenn ich noch ein Kind bekomme? Oder Zwillinge? Darf man das, wenn man arbeitslos ist oder Hartz 4 bezieht, das kaum zum Leben reicht??? Die Doppelverdiener haben aber oft gar keine Lust und schon gar keine Zeit dazu, ein Kind zu bekommen!
Oder wenn ich doch noch in den nächsten Monaten durch ein Wunder, Gottes Fügung oder einen anderen Zufall Arbeit finde? Ich habe schließlich gelernt, studiert und einen Beruf habe ich auch… Vielleicht kann man so jemanden doch noch brauchen??? Auch alleinerziehend?
Dann kann ich wieder umziehen??? Und wer bezahlt das? Vielleicht stecke ich in dieser Misere nur vorübergehend?
Aber es steht mir noch wenigstens noch Wohngeld zu. Um dieses zu beantragen habe ich entsprechende Formulare ausgefüllt und Anträge abgegeben. Einmal wurde ich zwar von meinem Sachbearbeiter weggeschickt, obwohl ich schön in der Reihe gewartet habe. Als ich dran war, hatte er plötzlich keine Zeit mehr für mich, denn er musste sich mit einem komplizierten Fall beschäftigen.
Ich wollte nur Formulare abholen. Die durfte ich gerade noch mitnehmen. Ich kam wieder. Paar Wochen später kam der Bewilligungbescheid. Leider konnte ich nirgendwo das Zahldatum entdecken. Ich kann zwar sonst ganz gut lesen, aber das Datum konnte ich nicht finden. Es steckte ganz ungünstig unter einer Büroklammer eingeklemmt.
So habe ich einfach mal am frühen Morgen im Amt angerufen und ganz blöd gefragt (wie mir der Sachbearbeiter zu verstehen gab), wann das Geld gezahlt wird. Ich hatte nämlich kaum noch Geld. Der Beamte der Stadtverwaltung informierte mich, dass es eine Unverschämtheit ist, dass die Leute die von ihm abgeschickten Unterlagen nicht sorgfältig lesen, wo er sich doch so viel Mühe gibt, diese zu verfassen! Ich war enstetzt!
Muss es denn die Menschen im Amt so viel Mühe kosten!? Ich fühlte mich ganz schuld daran, dass mein Sachbearbeiter sich dort für mich abrackert, während ich ganz unverschämt zu dämmlich bin, das Zahldatum zu finden, und dazu noch die Frechheit habe, bei ihm anzurufen und ihn während der Arbeitszeit zu stören!
Und ich bemühe mich auch wirklich, wieder Arbeit zu finden, um die entsprechenden Anträge nicht stellen zu müssen!
Leider gefällt den meisten arbeitenden Menschen ganz offensichtlich, dass sie sich auf ihren Arbeitsplätzen so viel Mühe geben müssen, denn ich habe noch keinen getroffen, der seine Stelle frei machen und mit mir tauschen wollte! Oder möchte jemand tauschen?Als Arbeitsloser hat man, wie man leicht nach der Lektüre dieses Textes feststellen kann, auch Zeit, um in Ruhe über die Lage einer Arbeitslosen zu berichten. Denn so eine Arbeitslose liegt natürlich nur noch! Sie braucht überhaupt nicht mehr aufzustehen! So gut haben es die Arbeitslosen! Dass sie oft am Boden zerstört liegen, das merkt keiner. Denn kein Mensch ist mehr für einen da. Ein Segen, dass das Arbeitsamt ab und zu anruft oder eine Einladung schickt!
Ganz im Ernst!
Mariola
Mariola była ładna i podobała się chłopcom i facetom.
Wiedziała, że oczarowuje wielu swoim dziewczęcym głosem, słodkimi minami, blond włosami i zgrabną figurą. Była sexy.
Miałam z nią coraz rzadziej kontakt, bo nasze drogi rozeszły się już w liceum. Ona dostała się na inną uczelnię niż ja, miała inne koleżanki i przyjaciółki. Chodziła z nimi na dyskoteki, czy na spotkania towarzyskie.
Spotykałyśmy się od czasu do czasu, chyba z przyzwyczajenia. Obie pielęgnowałyśmy kontakty ze znajomymi, więc także ze sobą. Lubiłyśmy razem pogadać, poplotkować i pożartować. Chodziłyśmy do kina i na kawę. Mariola umiała słuchać, a ja lubiłam gadać. Sama była bardziej tajemnicza i skryta ode mnie. Zawsze za dużo gadałam, a teraz piszę.
W kinie spotkałyśmy w 2007 roku Jerzego Urbana. Nie uwierzyła mi, że on ma coś wspólnego ze mną. W ogóle po 2007 roku nie chciała mi wierzyć w moje przedziwne wynurzenia i przeżycia. W to, że dzwonił do mnie Adam Michnik i przedstawił mi się jak kolega: „Tu Adam”. Traktowała mnie jak nieco szaloną, ale nieszkodliwą osobę, której nie brała na poważnie. Zresztą nie tylko ona. Nie mogłam z nikim porozmawiać o tym, co dzieje się w moim życiu nieoficjalnie, ale bardzo realnie, powiedzmy słowami Leonarda Cohena: „in my secret life”… A to, co się działo, roznosiło mnie emocjonalnie…
W 1986 roku ja chodziłam z Witkiem, ona miała swoje towarzystwo z uczelni i z liceum. W roku ok. 1986-7 Mariola na dyskotece poznała fajnego faceta. Był wysoki, przystojny i sympatyczny. Spotykali się kilka miesięcy, po czym Mariola oznajmiła mi pewnego dnia, że niedługo wyjdzie za niego za mąż. Zdziwił mnie trochę ten pośpiech. Oboje studiowali, Mariola była na pierwszym roku, mieszkała z rodzicami i z bratem. Jej narzeczony był o kilka lat starszy, ale też jeszcze mieszkał u rodziców i nie pracował.
Okazało się, że moja znajoma zaszła w ciążę. Zorientowała się o tym dość późno, bo nic nie wskazywało na jej błogosławiony stan, a fizjologia podobno nawaliła. Dopiero w trzecim, czy w czwartym miesiącu zauważyła, że jest w ciąży. Nie wiem, jak to możliwe, ale jak widać, zdarza się. Mariola mało przytyła, a jej brzuch niewiele się powiększył.
Było za późno, żeby usunąć nieplanowaną ciążę. W każdym razie nie było takich planów. Za dwa miesiące odbyło się wesele i panna młoda nie wyglądała nawet na ciężarną, drobna i lekko zaokrąglona. Byłam na weselu, poznałam sympatycznego pana młodego. Na ich weselu grał w orkiestrze nasz pan od muzyki ze szkoły podstawowej.
Nie wiem, jak układało się ich życie, bo miałyśmy sporadyczny kontakt z moją byłą przyjaciółką. Mieszkała z mężem chyba u jej rodziców. W każdym razie tam zobaczyłam jej malutkiego synka, który urodził się na prawdę drobny, bo Marioli brzuch nie urósł jakoś bardzo a ona sama była także raczej niska.
Synek był słodki, ale ja nie chciałam w tym wieku mieć dziecka. Później tak. Wtedy były studia i nauka, plany, żeby wyjechać, zarobić na mieszkanie i życie bez rodziców.
Młoda mama zmuszona była do przerwania studiów, do zostania w domu z małym dzieckiem i do zrezygnowania ze spotkań ze studentami, znajomymi i wielbicielami. Nie mogła już chodzić na imprezy. Miała synka, męża i mało pieniędzy do dyspozycji. Czasy były ciężkie, a kupienie dla dziecka wielu rzeczy też było nie łatwe.
Wiedziałam to, bo miałam siostrzeńca, którym zajmowałam się dość często. Ale własne dziecko byłoby dla mnie w wieku 21 lat wydarzeniem raczej nieszczęśliwym. Chociaż bardzo lubiłam i kochałam dzieci, a one mnie. Po prostu nie wyobrażałam sobie, by być mamą na cały etat aż tak wcześnie. Mariola nie skarżyła się, ale też nie zachwycała się głośno swoją sytuacją. Mogłam tylko ocenić, że nie wyglądała na bardzo szczęśliwą mamę, czy żonę. Była raczej udupiona w domu razem z rodzicam i teśćmi na przemian. Rzadko ją jednak widywałam, bo studia zajmowały mi wiele czasu, wyjazdy za granicę do pracy też, pomagałam siostrze przy siostrzeńcu. Miałam inne życie i dziękowałam Bogu, że nie zaszłam w ciążę tak wcześnie. Zapobiegałam ciąży w sposób naturalny, wg kalendarzyka, ale dość skutecznie. A może Pan Bóg miał wobec mnie inne plany i dlatego w ciążę nie zaszłam. Pani ginekolog była oburzona, że nie zapobiegam skuteczniej. Byłam jednak już wtedy pewna, że kiedyś będę chciała mieć dzieci. Jak skończę studia i będą na nie warunki, tzn.: mieszkanie, praca i pieniądze. Tak około trzydziestki.
Pewnego razu wydawało mi się, że powinnam już dostać okres i spanikowałam, że może to już ciąża. Poszłam do lekarza, który stwierdził jej brak i kamień spadł mi wtedy z serca w wieku 23 lat… Miałam już męża, ale nie chciałam mieć jeszcze dziecka, a na szczęście nie musiałam żadnego faceta na ciążę łapać, ani nigdy nie chciałabym tego zrobić. Wiele dziewczyn realizowało jednak wtedy taki plan, żeby uwiązać ukochanego do siebie na zawsze, jak myślały. Dziewczynie Artura się to udało. Zaszła w ciążę akurat wtedy, kiedy miał zamiar zakończyć związek z nią, bo chciał pracować za granicą i się usamodzielnić, zanim założy rodzinę. Nie miał mieszkania, ani pieniędzy, ona też nie.
Jej pierwsze dziecko urodziło się niepełnosprawne. Mhm, czyżby Pan Bóg nie ułatwiał nam naszych wszystkich planów i pułapek na innych? Dwoje następnych dzieci urodziło się zdrowych. I już go miała na wieki wieków, amen!
Może ja też mam z nim dziecko in vitro, o którym nie wiem? Ucieszyłabym się, bo bardzo go lubiłam, przez chwilę byłam w nim zakochana. On też mnie lubił. Łaziliśmy razem z Witkiem często we trójkę. Wyjechaliśmy we trójkę pod namiot. No ale ja byłam dziewczyną, a później żoną jego przyjaciela. Bardzo fajny facet. Jego żona mnie nie znosiła. Była chorobliwie o niego zazdrosna.
Miłości szukają także faceci…
A może ja to wszystko talko wymyślam?
Ja w latach studiów nie byłam na dziecko gotowa. Bycie mamą i studentką przerastało moje możliwości, zwłaszcza w zaciasnym mieszkaniu i z rodzicami na karku. Najpierw chciałam skończyć studia, wyjechać za granicę, zwiedzić świat, popracować i zarobić, przeżyć coś jako młoda wolna kobieta. Podziwiam wszystkich, którym udało się pogodzić posiadanie dzieci i naukę. Mamą chciałam zostać po trzydziestce. No ale wtedy okazało się, że będzie mi bardzo trudno zrealizować ten plan z własnym mężem. A chęć urodzenia i wychowania dziecka rosła z każdą nieudaną próbą zajścia w ciążę. Zaczynałam zazdrościć tym, którzy mieli już własne potomstwo, nacieszyli się nim i odchowali je.
Mariola musiała chować synka, mimo iż podobnie jak ja, miała w wieku 21 lat inne plany na swoje młode życie. Synek był zdrowy i fajny, energiczny i kochany. Widywałam ich rzadko, ale zawsze się dziwiłam, że moja koleżanka nie szaleje na punkcie swojego malucha. Kiedy nocowałam raz u niej, nie mogła się obudzić, mimo, że mały płakał i darł się w niebogłosy. Wreszcie ja ją obudziłam, nakarmiła i przewinęła synka. Jak ona mogła spać przy tym płaczu??? Kiedy podrósł, krytykowała jego rysunki, malowane pięcioletnią rączką, że takie kulfony bazgroli, a ja mówłam, że ładne. Dziwiłam się, dlaczego go raczej dołuje zamiast chwalić. Według mnie Mariola nie cieszyła się zbytnio swoim synkiem. No ale ja nie byłam wtedy w jej sytuacji. Z drugiej strony, ja bardzo kocham dzieci.
Jej mąż wyjechał za granicę, żeby zarobić pieniądze na wynajęcie mieszkania.
Została sama z małym dzieckiem, rodzicami, z którymi nie było o czym gadać i teściami, których nie znosiła z wzajemnością. Mieszkała u nich przez jakiś czas, ale nie wytrzymali wszyscy razem. Pieniędzy brakowało, przeprowadzać trzeba się było wtedy co pół roku, albo co rok, i szukać nowego mieszkania do wynajęcia. Aż jej małżonek odziedziczył jakiś kąt po babci.
Kiedy jej synek miał ok. 6-ciu lat mogła wreszcie iść do pracy. Była nadal młoda i bardzo ładna. Jej mąż próbował założyć własną firmę i zarobić na ich rodzinę. Ale pieniędzy w ich sytuacji było zawsze mało. Nie łatwo było wtedy utrzymać się z dzieckiem bez pomocy rodziców, albo bez czasowej pracy za granicą, gdzie zarabiało się dziesięć razy więcej niż u nas, a za dniówkę w Niemczech można było żyć przez miesiąc w Polsce. No mniej więcej tak było, aż do połowy lat 90-tych.
Mariola znalazła w 1995 roku pracę w nowo powstałym kasynie. Miała dyżury wieczorami i nocami, jak to w kasynie. Zarabiała pewnie nieźle. Nadal podobała się mężczyznom, a jednemu nawet bardzo. Ale kto przychodził wtedy do kasyna? W tamtych czasach bywali tam turyści zagraniczni, jacyś bogacze, których nie było wielu i mafia, która rozkręcała w Trzeciej Rzeczpospolitej wiele interesów i walczyła o wpływy na nowym rynku. Kilku ważnych szefów mafii bywało w kasynie w sprawach biznesowych lub prywatnych, żeby przetrwonić kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy złotych w jeden wieczór. Taka forsa była wtedy jeszcze bardziej niesamowita niż dzisiaj. To wtedy były niewyobrażalne dla normalnego śmiertelnika pieniądze.
Mariola patrzyła na te kwoty, rozdawała karty i uśmiechy przy ruletce, no i zakochał się w niej jeden z takich ważnych mafiozów, Radosław. Podobała mu się bardzo, a u nas wszyscy wychowali się nie tylko na Czterech Pancernych, ale także na filmach amerykańskich o Dzikim Zachodzie. U nas panował wtedy Dziki Wschód, ale sprawy miłosne dotyczyły wszystkich. Pan Radek odwiózł być może Mariolę własnym BMW lub czymś tam do domu, albo dał na taksówkę. Zresztą nie był pierwszym, któremu pozwoliła się podwieźć… Był zakochany i miał zamiar jak prawdziwy kowboj walczyć o damę swego serca, mimo iż była mężatką. No to może zostać wdową, powiedział jej podobno przy jakiejś okazji. Poprosił więc grzecznie by rozstała się z mężem i wprowadziła się do wynajętego dla niej przez niego mieszkania razem ze swym ośmioletnim synkiem.
Mariola nie miała być może wyjścia, bo mimo, iż brakowało forsy w jej małżeństwie, to przecież jej mąż był fajnym facetem i dobrym ojcem. Psuło się między nimi trochę, bo jej mąż orientował się już, iż nie jest jedyną, pierwszą i ostatnią miłością swej żony po ich wspólnym ślubie. Był nawet o krok od zostania ślubnym ojcem nieślubnego dziecka swojej żony z jakimś jej wielbicielem. No ale usunęła wbrew jego woli i namowom. Chyba jednak myślał, że to jego.
Szkoda byłoby jednak sprzątnąć dziecku ojca aż tak wcześnie, myślała Mariola. A może wolała pana Radka i forsę oraz własny samochód do dyspozycji, który jej wkrótce podarował. Nie wiem dokładnie, bo nie miałam zamiaru poznawać tej pary osobiście, a kontaktu z panem Radkiem unikałam jak ognia, bojąc się takich znajomych. Co chwila słyszało się wtedy, jak to przedstawiciel kogoś z Pruszkowa załatwił kogoś z Wołomina, czy na odwrót. Nie bardzo ciągnęło mnie w żadną z tych stron, bo nie lubię się narażać dla pieniędzy. Mariola chciała wynająć moje mieszkanie, ale ja się nie zgodziłam, by odwiedzał moje cztery kąty ktoś z mafii. Chyba mi to miała za złe.
Ja trochę się dziwiłam, że wszyscy wiedzą w kasynie, kto jest szefem mafii oraz gdzie przebywa, ale nikogo ze stróżów prawa to nie obchodziło. No ja się nie wtrącałam. Czasy to były dziwne.
Moja koleżanka mieszkała z synkiem w mieszkaniu pana Radka i czekała na niego jak królewna, będąc szczęśliwą wybranką jednego z szefów tego postkomunistycznego biznesu, jakim były: szantaże, wymuszenia, płatne zabóstwa na zlecenie, przemyt, itp.
Synek nienawidził nowego przyjaciela mamusi i kopał w opony samochodu oraz pluł, zanim wsiadł do niego, by udać się do szkoły. Dziecko cierpiało po rozstaniu z ojcem, jego ojciec też cierpiał. Był przez kilka lat sam, aż zakochała się w nim koleżanka z pracy.
Ja też byłam z nim raz w teatrze, raz albo dwa na kawie. Lubiliśmy się i zakochalibyśmy się w sobie prawie, ale nie wypadało mi, bo chociaż był po Marioli z odzysku, to nie chciałam dostać od niej po pysku. Odwiózł mnie raz wieczorem do domu i miał ochotę wejść ze mną na górę, a ja miałam ochotę go do siebie zaprosić. Ale nie odważyłam się. On też nie. Patrzyliśmy sobie w oczy, po czym pożegnaliśmy się na zawsze. Trochę mi było szkoda. Wolny był i samotny. Ja na rozstajach, ale jedną nogą w obcych krajach… Nie mogłam. W końcu to był mąż koleżanki, a nawet tzw. „przyjaciółki” – nie do spółki.
Mariola nasyciwszy się dobrobytem, samochodem i dostępem do gotówki, zorientowała się, w co wpadła u boku swojego sponsora i partnera Radosława. A mianowicie w oko mafijnego cyklonu. Nasłuchała się rozmów pana Radka przez telefon. Poznała kilku jego znajomych i włos jej dęba stawał, w miarę mimowolnego dostępu do mafijnych informacji. Jej zakochany przyjaciel kontrolował swą pełną życia przyjaciółkę na każdym kroku. Najchętniej widział ją ładnie ubraną i umalowaną, czekającą na niego przy dziecku, w domu i przy garach, aż on wpadnie na kilka romantycznych godzin w celu udania się do sypialni. Mariola lubiła wyjść z koleżankami i znajomymi do kina i do knajpy. Radosław kazał ją więc śledzić, by mieć dokładny obraz tego, co porabia wybranka jego serca, zanim zacięgnie ją ewentualnie (po dobroci lub z pistoletem w ręku) do ślubnego kobierca. Z czasem przestała się Marioli jej rola niewolnicy w złotej klatce podobać, bo wolnością w życiu się nie nacieszyła a taką obok pieniędzy lubiła. Zwierzała mi się, że ma już takiego życia dosyć, ale nie wie jak z tego wybrnąć – żywa – domyślałam się. Zaglądała przez jakiś czas częściej do butelki i nie była grzeczną dziewczynką. Miała nadzieję, że jej tymczasowy partner życiowy będzie miał jej dość, bo w końcu strzeli jej niedługo trzydziecha, a on może znajdzie sobie młodszą!
Mariola zapragnęła wrócić do męża, który był rok, czy dwa lata sam i może nawet czekał na to. Ale koleżanka z pracy poprosiła go o rękę, zabroniła kontaktów z byłą rodziną i rozwiodła go, by go własnoręcznie wkrótce poślubić. Facet został jakimś dyrektorem, zarabiał nieźle i był fajny.
Mariola była rozczarowana, że jej pierwszy mąż nie czekał na nią do usranej śmierci i znalazł sobie inną żonę, a nawet doczekał się z nią potomstwa. Podły taki był, jak się okazało po latach, że ją porzucił.
I wszyscy w to mieli uwierzyć.
Z jakiegoś powodu udało się Marioli zerwać z Radosławem, a on pozwolił jej odejść, być może zawiedziony tym, iż nie była kobietą, którą mógł zamknąć w złotej klatce i trzymać jak ozdobę i radość swego niełatwego życia, pełnego stresów, morderców i złodziei. Niestety miał ochotę ją zabić, ale kochał ją pewnie bardziej od tych zamiarów, no i dziecka mu szkoda było małego. W końcu sam kiedyś dzieckiem był. A zawód niebezpieczny wybrał sobie z przyczyn losowych i nie tylko od niego zależnych. W Wołominie czy Pruszkowie zrobił karierę w sumie, każdy mu się kłaniał i go szanował, a on samochodem jeździł najlepszym i największym. No i wszyscy się go bali. Bossem był, a nie bosy prawie chodził, jak 40 lat wcześniej…
Wolna i zaopatrzona w samochód oraz sprzęt elektroniczny Mariola zaczęła nowe życie bez pierwszego męża oraz wolna od pana Radka. Dziecko pytało pewnie, dlaczego nie mieszkają znowu z tatusiem, ale Mariola tłumaczyła, że podły tata ich porzucił dla innej kobiety niestety. Mhm. I taka wersja wydarzeń stała się w jej życiu wersją oficjalną. Nie mogłam się nadziwić, jak można to sobie wszystko tak ładnie wytłumaczyć i wierzyć, w co się mówi…, nawet przy świadkach. Ale siedziałam sobie cicho z moją zasraną prawdą, bo nikomu nie była potrzebna wtedy.
Wkrótce ktoś włamał się do mieszkania Marioli i wyniósł zakupiony przez pana Radka sprzęt. Być może on sam sobie go zwrócił, jak się narzeczoną nacieszył i ją porzucił. Samochód też chyba wkrótce ktoś ukradł. W każdym razie go niedługo nie było.
I tak koleżanka Mariola wylądowała znowu na lodzie jako samotna matka z dzieckiem.
Ciężko jej było, pracowała tu i ówdzie, zarabiała na waciki. Nie wiem jak sobie radziła, bo byłam za granicą. Pewnie jej coś Radosław zostawił w gotówce, albo pomagał czasami. Powiedziała mi, że pomógł jej kupić mieszkanie i meble. No bo miała wybór: siedzieć na kartonach, albo znowu się z nim spotykać i dostać nową, elegancką kuchnię, tudzież wannę z masażem, jaką każdy chyba mieć powinien w bloku, skoro już nie ma ładnego na park, czy góry widoku. Resztę dołożyli rodzice i były mąż po rozwodzie.
Raptem dowiedziałam się, że kuzyn Marioli został zamordowany. Jeździł na wschód w interesach. Odnaleziono go na terenie Ukrainy wiszącego pod sufitem w stroju Adama. Nie wiadomo, czy to przez kobitę, czy przez mafijne porachunki, ktoś go zabił. A może odwdzięczył mu się ktoś za coś całkiem innego? Nie wiem tego. Mógł donosić wcześniej na ludzi z „Solidarności”, więc mu być może po latach za połamane kości – połamano kości. No a jak nie jemu, to komu innemu. Bo takich ludzi też było kilkoro albo i sporo. Nie żył i urządzono mu pogrzeb i kilku innym też. Pan Radosław miał co zlecać swoim ludziom. No ale może tego kuzyna, to nie on.
Mariola znalazła jakąś pracę w sekretariacie. Znowu jej szef się do niej zalecał. Ona normalnie się ogonić od tych chłopów nie mogła, a nawet nie chciała tak bardzo w sumie. Bo co chłopu po rozumie? Jak który Mariolę zobaczył, zaraz rozum tracił. A Mariola cieszyła się tym powodzeniem i uwodzeniem. I miała się za ósmy cud świata, patrząc w oczy tym zauroczonym chłopom. Miałam wrażenie, że także jej koleżanki były miło widziane jako osoby ją podziwiające. Taką rolę grałam sama, by pogadać z nią od czasu do czasu o życiu swoim lub jej. Mariola kochała zawsze tylko siebie, lubiła jednak znajomych i przyjaciół w ramach rycerzy i dam jej dworu. No a może tylko ja byłam jedną z takich dam, bo jej prawdziwą przyjaciółkę przecież znam. Mimo wszystko lubiłam ją zawsze, bo miło z nią było.
Swemu chyba ostatniemu mężowi, a wtedy narzeczonemu przedstawiała mnie po angielsku: „my best friend“. Bo miła była, jak wspomniałam. Mąż z zagranicy przyjechał, trafił się poważny, zamożny i ważny, który miał zamiar a potem porzucił żonę.
Moja koleżanka nie zaprosiła mnie jednak nawet na swoje ostatnie wesele (2007?), bo chciała ugościć tylko najbliższe osoby. Na ślub mogłam jednak przyjść i dostałam ładną kartkę z tą szczęśliwą o nim informacją.
Mniej więcej w 1999 Mariola poznała na kursach jakiegoś narzeczonego z innego miasta niestety. I tu zaczęły się problemy z dojazdem, itp. Mariola zakochała się jak zwykle szczerze w tym nowym kawalerze, który rozstał się z pierwszą żoną.
Nie zważając na wszelkie trudności, Mariola spakowała manatki i przeprowadziła się z dwunastoletnim synem do innego miasta. Miał jechać i basta. Tam postanowiła otworzyć z nowym partnerem własny biznes, czyli butik. Starała się tam osobiście coś sprzedać, ale raz przyszła do butiku była żona teraźniejszego jej chłopa i ją zwymyślała i nalała. Może i tamta od Marioli dostała? Taki własny biznes to ciężki kawałek chleba jednak.
Biznes przyniósł same straty, także moralne, więc Mariola wróciła po roku z powrotem do Warszawy. W międzyczasie jej nowy narzeczony kupił samochód na raty, a kredyt wzięła na własne nazwisko bo go kochała i była z nim blisko. Rozstali się wkrótce, ale raty musiała spłacać sama, ponieważ się na nią obraził. Samochód sobie jednak zostawił. A może to nawet on ją rzucił dla odmiany? No bo wtedy to już była sporo po trzydziestce. Jednak ją też życie pokarało, bo trafiła na lepszego cwaniaka niż ona sama. Mhm. To była kiedyś wielka dama!
Cierpiała rozczarowana przez kilka miesięcy, aż doszła do siebie. Znalazła pracę w nowym zawodzie po odbytych kursach szkoleniowych.
W międzyczasie podjęła studia na Prywatnej Wyższej Uczelni Płatnej. Wspomniała mi kiedyś, że jej znajomy Radosław chciał zakupić jej Dyplom takowej uczelni, bo miał możliwość i pieniądze. Oraz nadal darzył swoją ukochaną uczuciem lub żądzą. Mariola na uczelnię się zapisała i się tam pokręciła, oraz może to i owo zaliczyła, praktyki odbyła i dyplom dostała dość szybko. Chyba w dwa lata magistrem została i z takim dyplomem ukończenia sobie pracy szukała i znalazła. Była ważną panią, zatrudniała i zwalniała innych oraz reprezentowała jako pani magister siebie i firmę. I nie miała z tym żadnego problemu, a wręcz przeciwnie. Czuła się pewnie i uwierzyła chyba, że tyle potrafi, co na dyplomie miała napisane.
Skąd ona forsę na te studia miała, sama nie tak wiele zarabiała..? I czas, żeby się uczyć, pracując i dziecko chowając? Okazała się po latach geniuszem. Więcej tłumaczyć nie chcę i chyba nie muszę… Wcześniej była raczej zawsze dobra lub przeciętna w nauce, a język obcy znała jeden i to raczej słabo.
No ale to tylko ja złapałam królewicza, który okazał się żabą…
Jej układało się od chwili otrzymania dyplomu coraz lepiej, przynajmniej zawodowo. No i umiała w sumie to i owo, przynajmniej robić dobre wrażenie. Jak się nie wiele umie, trzeba przynajmniej ładnie wyglądać, powiedziała raz nawet sama rozumnie.
I wtedy ujrzał ją jej ostatni mąż i pomyślał o niej: „Ta kobieta to moje marzenie”. A ponieważ miał już za granicą dość swej żony, to się z nią rozwiódł dla swego nowego szczęścia. „Ta kobieta może zmienić moje życie”, powiedział zachwycony do swojej przyszłej żony (o niej). No i się pobrali. I właśnie na to ich wesele po ślubie mnie nie zapraszali, jako „best friend” of bride (2007?). Bo tak mnie Mariola swemu narzeczonemu przedstawiła, chyba chciała być dla mnie miła. Mnie tam było za jedno w sumie, ale fakt jest faktem, no i tego się nie zapomina, jak nas uczą bajki nawet drogie dzieci. Ale Mariola żyła sobie we własnej bajce i miała swój ciasny ale własny scenariusz. Po cholerę jej literatura piękna, czy nawet ponura? Przecież nawet nie czytając zbyt wiele i tak wiedziała wszystko lepiej od innych. Z Bajki oczekiwała jako urodziwa królewna tylko królewicza, a nie żadnej nauki.
Pobrali się państwo już nie tacy młodzi, ale atrakcyjni jeszcze. I wyjechali na placówkę zagraniczną, gdzie Mariola po raz pierwszy wystąpiła w wymarzonej roli pierwszej damy, żony dyrektora i bogatego oraz szanowanego męża na właściwym stanowisku. Ale było jej chyba trochę nudno. No bo nie będzie się przecież uczyć języka tego obcego kraju na skraju Europy i Azji. Nie chciało się jej także uczyć języka męża z obcego kraju zachodniego, do którego nie miała talentu już w szkole. Ona już ma dyplom, a język obcy niestety trzeba wykuć i zrozumieć, żeby znać. Po angielsku wystarczało w sumie do szczęśliwego pożycia małżeńskiego: „yes, please, no” oraz „I love you” i kilka innych zwrotów. Bo o czym w sumie z mężem rozmawiać i po co? Nie lubiła syna swojego męża, bo nawet jej własny syn był w sumie fajniejszy. Ale co ją czyjś syn obchodzi. Sama się nareszcie syna pozbyła, bo miał 21 lat i wyruszył w świat.
Ja byłam w dość zapłakanej sytuacji po utracie pracy, rodziców i resztek wiary w ludzi. Mimo tak niesprzyjających okoliczności łagodzących, Mariola jako jedna z niewielu osób pożyczyła mi pieniądze na kilka miesięcy. Było mi wstyd prosić o pożyczkę, ale nie miałam wyjścia. Uratowała mi tym życie i jestem jej bardzo wdzięczna. Jak będę miała forsę, to też jej pożyczę. Zresztą ja jej i jej mężowi też pożyczałam w 1992, a później jak miałam to ja ją do Niemiec z mężem zapraszałam.
Marioli mąż mieszkał w Niemczech i odwiedziła mnie z nim, będąc w mojej okolicy (rok 2010?). Wpadli do nas w niedzielę i zaprosili mnie na kawę, a mojego synka na lody. Miała jak zwykle buty na obcasie dla wygody. Mówiłam, że mi ciężko, ale Mariola nie przysłuchiwała mi się zbyt dokładnie, bo wyglądała ładnie i powiedziała, że w Niemczech ludzie biedni nie mieszkają, a przecież ona zna świat i wie wszystko najlepiej.
Informacja, że w Niemczech około 3 miliony ludzi jest bezrobotnych i pobiera zasiłek od Urzędu Pracy, a ok. 8 milionów ludzi żyje z zapomogi społecznej, z tego 40% to samotne matki, a duża liczba, to cudzoziemcy, nie dotarła do niej nigdy, bo mieszkała sobie tu tylko rok przy mężu, który był dyrektorem, a języka kraju przecież znać nie musi. Jej główną kwestią w życiu było zawsze: „pusi, pusi…”
Czytać gazet czy książek też nie lubi, bo już wie sama wszystko od dziecka i tym się chlubi. Zapisała się za to do fitnessklubu, gdyż w życiu najważniejsza jest zgrabna figura i biust po prostu.
Zapomoga w Niemczech wystarcza ledwo do końca miesiąca, albo i nie, jeśli wypadnie płatny problem ekstra, jak złamany ząb, zepsuta pralka czy lodówka. Nikt nie pożyczy ci tu forsy i nikt nie chce się z tobą przyjaźnić by uniknąć kłopotu, jeśli nie masz forsy, zwłaszcza jeżeli jesteś z Polski albo innego kraju dzikiego – czyli wschodniego, a męża Niemca już albo jeszcze nie masz.
Właściwie to ja tę Mariolę całe życie kochałam jak siostrę i przyjaciółkę, przemilczając jej brak wiedzy i głupie teksty, a nawet jej brak zrozumienia dla tego, co mówię i przeżywam. Mimo iż często miałam inne od niej poglądy na wiele spraw. Po prostu udawałam, że jestem taka jak mnie widzi, albo i głupsza… Ona widziała, co chciała, a więcej zrozumieć nie umiała. Za to zawsze ślicznie wyglądała, nawet mnie się podobała, chociaż gust mam całkiem odmienny. Mimo wszystko coś nas łączyło, mogłyśmy na siebie liczyć w sytuacjach z nożem na gardle, o ile ja byłam pokorna i grałam jej grę. Ale mnie z niej w sumie sama wykopała, kiedy jej się powiodło – a mnie widocznie nie.
Szkoda, że nie brała mnie na poważnie, zwłaszcza w ostatnich latach naszej znajomości, którą uznaję za zakończoną brakiem sensu jej kontynuowania z powodów oczywistych.
Teraz wszystkie panie powiedzą, że ja jestem złośliwa, bo każda z nich była dla mnie życzliwa. Czyli tolerowały to co mówię i przeżywam, mimo iż było to z innego od nich świata, i jednak samą prawdą, jak się okazuje czy okaże po latach.
No ale mędrcom tego świata i Panu Bogu ja się spodobałam bardziej. Dlatego mogę sobie żyć w samotności wśród tych „życzliwych” ludzi, którzy odwrócili się ode mnie w chwilach dla mnie trudnych i przykrych.
Oni się za mnie być może w kościele pomodlą.