Lessie na stepach

Właśnie oglądam western amerykański, naukowo przyrodniczy horror: Lessie na stepach.
W poprzednim odcinku Lessie zauważyła gniazdko zajęcy, granych przez króliki, które dostały w Holiłood te role na podstawie sfałszowanych dokumentow wjazdowych do USA poprzez Meksyk.
W pobliżu granicy wybudowały sobie małą norkę, zagrożoną napływem cywilizacji pod postacią buldożerów – ktore – gdyby nie śmiała i godna podziwu interwencja Lessie, zostałaby zrównana z ziemią lub puszczona z dymem.
Lessie pogoniła mieszkańców norki – zajączki, grane przez króliki – aby uniknęły grillowania żywcem.
No cóż, widać ciężki los zająca na stepie amerykańskim, dym mu w oczy i uciekł! Odważna Lessie zauważyła brak maleństwa i podążyła mu na ratunek. Pierwszą dzielną walkę o jego życie stoczyła z orłem czy sokołem, który na królika miał apetyt. Królik nie pojął chyba, o co chodzi, bo udał się podczas tej walki prosto w szpony kota pustynnego, czyli pumy chyba..?
Kot pustynny miał ochotę na maleństwo królika jako zagrychę czyli aperitif. Dzielna Lessie uratowała jednak życie zajączkowi, płynąc żabką przez sadzawkę.
Swoją drogą pies Lessie oraz króliczek powinni otrzymać Oskara za role pierwszoplanowe w tym horrorze naukowo przyrodniczym o życiu zwierząt i ludzi na stepach Ameryki Północnej w środku lata. No ale może tam zawsze jest taka pora roku.
W następnym odcinku na dwóch dzielnych myśliwych napadł na stepach USA misiu! Cdn.

Znowu do Niemiec

12.08.2010

Wczoraj znowu do Niemiec.

Pakowanie, wszystkiego za dużo. Ale na każdą okazję… Walizki pełne, nie tylko wrażeń, zdarzeń, marzeń…

Na lotnisku kontrola bagażu i osobista. Dzwonię w bramce. Proszę szeroko ręce! Pani strażnik sprawdza, co mi dzwoni… Przy okazji miły masaż prawie całego ciała. To biustonosz, no i może guzik przy spodniach. Dziękuję.

Gate B 21. Siadamy. Po prawej duże okna pokazują płytę lotniska, samoloty, przygotowywane do odlotu i ludzi pracujących wokół nich. Bagaże wjeżdżają po taśmie do brzucha samolotu.

Nagle Jurek woła: zobaczcie togo komandosa w czarnej kominiarce. Mój syn wstaje i woła mamę. Podchodzę. Moje zainteresowanie obrazkiem za szybą wzrasta w miarę napięcia sytuacji. Trzy wozy policyjne, jeden do przewozu więźniów. Nagle pojawia się kilku uzbrojonych snajperów. Rozglądają się bacznie, każdy z pistoletem maszynowym, jeden mierzy w nas, widzów tego widowiska, na wszelki wypadek. Cholera, żeby nie stracił nerwów. Dlaczego tak groźnie, kogo oni przewożą?

Mężczyzna w granatowej kurtce z kapturem, który osłania twarz, w kajdankach wsiada do wozu, eskortowany przez policjantów i snajperów. Kto to? Mafiozo? Morderca? Terrorysta? Ktoś strasznie ważny chyba i niebezpieczny skoro około dziesięciu uzbrojonych ludzi wyjechało po niego na lotnisko. Samochód odjeżdża, panowie w kominiarkach znikają.

Jakiś bardzo drogocenny okaz bandyty skoro przewozi się go samolotem, a  odbiera go 10 – ciu uzbrojonych komandosów i policja… Ile to kosztuje?

Mój syn zachwycony pyta, co by było, gdyby takiemu snajperowi z karabinem pokazał język? Odradzam mu pokazywanie języka snajperowi z karabinem maszynowym wymierzonym w jego kierunku. Na wszelki wypadek.

Siedzimy i czekamy. Miejsce na przeciwko mnie jest co chwila zajęte i puste, na zmianę. A to Jurek siada i wstaje. A jak on wstaje, siada tam ktoś inny. Po chwili znowu ktoś wstaje i pojawia się nowa osoba. Starsza pani usiadła jako kolejna, po młodej dziewczynie obskubującej paznkocie, podobnie jak ja. Słyszę rozmowę starszej pani z telefonu komórkowego. Pani trochę zaniepokojona, trochę licząc na rozgrzeszenie rozmówcy, oznajmia z przykrością w głosie, że  nie wyłączy podczas lotu telefonu komórkowego, który wiezie dla siostry, żali się komuś na lini. Bo po pierwsze, niestety nie wie, jak się go wyłącza, a po drugie nie zna PIN-u, więc nie będzie umiała włączyć… Fajnie, myślę sobie, lepiej się rozbijmy, żeby pani nie musiała się przejmować telefonem, którego nie dowiezie…

Rozmawiam z panią o tym, że podsłuchałam, chcąc nie chcąc, jej rozmowę, i że szkoda byłoby narażać bezpieczeństwo całego samolotu …. Okazuje się, że łatwo wyłaczyć telefon, a nawet włączyć daje się bez problemu, bo PIN-u nie potrzeba. Czuję się lepiej. Nie ryzykujemy życia kilkudziesięciu osób oraz katastrofy lotniczej. Przy bramce do wejścia na pokład okazuje się, że właśnie ta pani powinna lecieć do Szwecji, gdzie czeka siostra na telefon, a nie razem z nami do Niemiec… Pani ma bilet nie na ten rejs, powiadamia panią steward.  No i pani się wycofuje…

W Kolonii rozpoznajemy nasze walizki, sprytnie oznakowane sznurkami. Niektórzy łapią cudzy bagaż i z zażenowaniem oddają go zadziwionemu właścielowi, który też go ledwo rozpoznaje, bo ten znaczek odpadł….

Musimy kupić bilet na pociąg.

Pani przede mną jest skrupulatnie i uprzejmie informowana przez urzędnika państwowego w mundurze kolei niemieckiej. Pochyla się w stronę bagażu. Podchodzę, myśląc, że już kupiła bilet. Byłoby miło, gdyby pozwoliła pani dokończyć transakcję, słyszę rugający głos urzędnika. Cofam się, myślałam, że ta pani już skończyła.

Dzień dobry, słucham. Kupuję bilet. Pan jak minister rozmawia ze mną zza lady niezadowolony, iż nie mogę znaleźć mojej karty na zniżkę na bilet, chociaż w zasadzie nie muszę mu jej okazywać, jak sam dodaje. Pan drukuje bilet bez zniżki, nie dowierzając mojej wymowie z polskim akcentem, iż takową kartę Bahn Card 25 posiadam. Ja znajduję moją Bahn Card 25, której nie muszę okazywać.

Pięknie, to możemy zaczynać od początku, mówi obrażony pan urzędnik państwowy z miną ministra do spraw komunikacji. Miło mi, że nie chciał mi pan uwierzyć na słowo. Sam pan mówił, że nie muszę tej karty okazać panu, tylko kontrolerowi w pociągu.

Pan wkłada wydrukowany bilet w formacie A 4  do specjalnej okładki na bilety, których używa się tak masowo i bezsensownie, jak gdyby ich wydrukowanie nie miało żanego związku z otaczającym nas środowiskiem. Poproszę bez tej koperty, szkoda papieru.

Wychodzimy na zewnątrz. Jurek musi zapalić.

Pociąg przyjeżdża punktualnie, ale dość zatłoczony. Nigdy nie jechałam z lotniska o tej porze. Wsiadamy z dzieckiem, trzema walizkami, plecakiem, torbą i laptopem na ramieniu. Gdzieniegdzie są wolne miejsca, ale leży na nich plecak lub torba. Żaden z ich właścicieli nie zauważa, że zajmuje dwa miejsca, a ktoś inny stoi.  Nikt na nikogo nie patrzy. Nikt nikogo nie obchodzi.

Pytam, czy to miejsce jest wolne. Tak, pan zabiera plecak. Mój dziewięcioletni syn siada. Facet obok nie reaguje. Jego laptop wygodnie spoczywa na wolnym siedzeniu. Młodego człowieka nie obchodzi to, że to miejsce jest dla innego pasażera. Nawet mu do głowy nie przyjdzie, żeby je zwolnić, albo zapytać, czy zwolnić.

Chcę włożyć mój plecak na półkę nad pasażerami siedzącymi obok syna. Żaden się nawet nie poruszy, żebym mogła podejść bliżej do półki. Przepraszam, mówię, chciałabym położyć plecak. Panowie robią trochę miejsca. Żaden nawet na mnie nie spojrzy.  Nikt nie zapyta, czy nie pomóc. Dwóch zdrowych facetów w sile wieku. Jeden ze słuchawkami na uszach.

W Polsce jest (?) albo było kiedyś zwykle inaczej. W Polsce robi(ło) się miejsce dla innych. W Polsce faceci często zrywają się, żeby pomóc przy walizce, czy plecaku. Tu jest chłód i obcość. Pełno nas, a jakby nikogo nie było. Samotność między uprzejmymi, ułożonymi osobnikami o wysokiej kulturze na codzień. Tu się nie unosi głosu. Tu się nie kłóci. Tu się nie przeklina. Tu się nie odzywa po prostu. Tu się maszeruje razem z innymi w takcie tupotu ich butów lub milczy jak wszyscy.

Tu się co najwyżej pisze na piśmie lub angażuje adwokata. Tu się idzie do sądu w sprawie drzewa, które rośnie przy płocie i ma czelność rosnąć, jak mu Pan Bóg przykazał, a nawet bezkarnie zrzucać liście na teren sąsiada. Tu się sądzi o wysokość choinek i długość gałęzi… Tu się nie rozmawia.  Tu każdy ma rację, a kto ma rację ważniejszą, o tym roztrzyga sąd. Sąd roztrzyga, w jakich godzinach dzieci mogą bawić się na podwórku, grać w piłkę, pies ma prawo szczekać, a człowiek grać na pianinie w wynajętym lub własnym mieszkaniu.

Czasami to dobrze, ale czasami to już przesada, zawracać sądom głowę sprawami, które można załatwić między sobą. Nie można właśnie!

Więc siedzę tu na tym zesłaniu do mojej najnowszej ojczyzny z przeznaczenia i piszę i tęsknię po trochu…

„do tych pól malowanych zbożem rozmaitem,
Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem;
Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała,
Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała,
A wszystko przepasane jakby wstęgą, miedzą
Zieloną, na niej z rzadka ciche grusze siedzą…” (Adam Mickiewicz)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Religionsunterricht im Land D (am ausgewählten Beispiel)

Im Land D herrschen interessante Sitten und Gebräuche. Es gibt Zeiten, sog. schlechte Zeiten, in denen manche Bevölkerungsgruppen nicht besonders beliebt sind. In solchen Zeiten werden solche Menschen durch entsprechende Abzeichen gekennzeichnet, mit großem Enthusiasmus weggefahren und gerne für immer verabschiedet.
60 Jahre später entdeckt man im Land D, dass die Sitten und Bräuche der abgeschafften Volksgruppe sehr interessant waren, insbesondere die, die vor 2000 Jahren auf dem afrikanischen oder dem asiatischen Kontinent gepflegt wurden.
So beschließt die Schulbehörde oder der Lehrer selbst, dass zu den wichtigsten Themen, die ein Kind im katholischen Religionsunterricht erfahren sollte, die wertvolle Information gehört, dass die Frauen in Afrika oder Asien vor 2000 Jahren als erstes, gleich nach dem Aufstehen, eine steinerne Handmühle bedient haben. Diese bedeutende Information wird auch im katholischen Religionstest in der 3. Klasse abgefragt, wobei ein besonderer Wert darauf gelegt wird, dass die Kinder das Wort: „steinern“ nicht vergessen. Auch „Bar Mizwa“ gehört zu einem Grundwissen aus dem Bereich „katholische Religion“ für 8 bis 9 – Jährige. Die katholischen Kinder brauchen keine Informationen über die 10 Gebote und deren Aussage. Die steinerne Handmühle und „Bar Mizwa“ ersetzen die 10 Gebote viel sinnvoller in dem katholischen Religionsunterricht. 
Ganz besonders wichtig ist im katholischen Religionsunterricht auch die Information, dass sich die Familien vor 2000 Jahren insbesondere über die Geburt eines Jungen freuten. Auch dieses Wissen wird bei den kleinen Jungen und Mädchen im Test abgefragt. Die Mädchen sollen wohl schon von klein an Bescheid wissen, was richtige Freude in der Familie ist.
Wer diese grundlegenden Informationen aus dem katholischen Unterricht durcheinander gebracht oder vergessen hat, sollte vielleicht den Glauben für einige Zeit lang wechseln, bevor er sich zum katholischen Unterricht an der Schule im Land D anmeldet.

Osiemnastolatek

 

Seite gefällt dir · 12. November 2012 ·

 

 

Młodzi ludzie w wieku produkcyjnym, ci, którzy zaledwie wkroczyli na drogę dorosłości, udowadniając ten fakt rodzicomi i znajomym, oraz w szczególności sąsiadom, wyprawieniem hucznej osiemnastki, niejednokrotnie są przekonani o tym, iż sam fakt zaistnienia ich wspaniałej osoby na tej planecie, predysponuje ich do tzw. celów wyższych, bo tylko do takich Pan Bóg ich stworzył w czasie wolnym od innych zajęć.

Osiemnastolatek dorastając zorientował się, o co chodzi na tym świecie i wie, że najważaniejsze są: forsa, super pozycja zawodowa, sława, i sukces zapewniony. Patrzy więc na swoje świadectwo po ukończeniu klas dziesięciu ze średnią ocen 3=, i myśli sobie, zawojuję świat, który właśnie na mnie czeka! Zostanę sobie prezesem jakiejś spółki, zarobię dużo, pójdę do polityki lub do telewizji i będę sławny! No i się uda!

Młody człowiek wysyła więc listy motywacyjne, w których pisze, jakie ma wymagania i potrzeby i oczekuje, że właśnie zostaną one spełnione. W końcu, po co się wysilał przez 10 lat w szkole! A matematykę wyciągnął nawet na poprawce! Nawet zainteresowania ma, jakby się kto zapytał, lubi słuchać muzyki i oglądać mecze w telewizji. Czasami sam nawet gra, jak akurat nic w telewizji nie leci ciekawego. Poza tym, to nic go jakoś szczególnie nie interesuje, nuda.

Nie każda praca jest dla niego odpowiednia. Został bowiem stworzony do robienia czegoś interesującego, ciekawego, wyjątkowego i dobrze płatnego, otwierającego drogę do sławy.
I młody dorosły się dziwuje, że biorą tylko tych z maturą i średnią ocen minimum 4 z plusem, ze znajomością przynajmniej jednego języka obcego, najlepiej angielskiego. A on najlepiej włada łaciną podwórkową, której znaczenie na rynku pracy przecenił.

I tu osiemnastolatek zaczyna się martwić. Przecież on chciał zostać kimś, mieć super pracę i płacę, a tu mu najwyżej pracę pomocnika magazyniera albo mało płatne stanowisko sprzedawcy hamburgerów proponują za grosze, a w telewizji to owszem, ale tylko nazwa firmy się ukazuje i Heidi Klum, a nie on, który ma być u podstaw filarem takiego koncernu.

I myśli sobie osiemnastolatek, że życie niesprawiedliwym jest i zaczyna gorzknieć od maleńkiego dorosłego w oczach i przed lustrem, które wciąż pokazuje Królwnę Śnieżkę, a nie jego, jako tego naj… Nie tak miało być, zupełnie nie tak…, zanuci więc na przerwie w kaciapce, a nie na biznes lanczu w Mariotcie.

A rodzice zmartwieni powtarzają: Nie chciało się chodzić do szkoły, trzeba teraz dźwigać toboły…

In vitro

29.12.2008

Szanowny Czytelniku,

coraz więcej dyskusji w mediach na temat bardzo delikatnej sprawy zapłodnienia in vitro.

Pozwalam sobie zabrać głos w tej sprawie, ponieważ wiem z własnego doświadczenia, co to znaczy nie mieć przez wiele lat dzieci, pragnąc być mamą. Wiem, co znaczy zdecydować się na metodę in vitro, co znaczy zajść w ciążę tą drogą i poronić oraz oczekiwać na moment następnej próby, zastanawiając się, co z moimi dziećmi, a dla innych zygotami, zamrożonymi w „bycie – niebycie”.

Wiem, jak cierpią i co przechodzą pary, a zwłaszcza kobiety, które próbują metodą in vitro doczekać się własnego potomstwa. I wiem, jakie to szczęście doczekać się dziecka, przeżyć cud narodzin i zostać mamą, drogą naturalną. Znam też kilka kobiet, które mają podobne do moich doświadczenia.

Kiedy zdecydowałam się na próby zajścia w ciążę metodą sztucznego zapłodnienia, byłam zdrową kobietą w sile wieku, miałam 29 lat. To mój ówczesny mąż, o wiele starszy ode mnie, nie mógł spłodzić potomstwa w sposób naturalny, ponieważ miał zbyt mało odpowiednich, zdrowych plemników. Dziś mając 42 lata myślę, że może chcieliśmy działać wbrew naturze, wbrew Bogu, wbrew sile, która decyduje o istnieniu lub nie?

Ja myślałam o adopcji dziecka albo o zapłodnieniu, dzięki dawcy spermy, co jest metodą dużo tańszą, łatwiejszą i mniej ryzykowną dla zdrowia kobiety, a może i płodu. Tacy dawcy to mężczyźni zdrowi, sprawdzeni pod względem biologicznym, a myślę, że także charakterologicznym, często ojcowie własnych zdrowych dzieci.

Mój niepłodny mąż nie chciał słyszeć ani o adopcji, na którą jak mówił, był za stary, ani o dziecku, które nie powstałoby w 50% z jego genów. Bo przecież drugie 50% pochodziłoby ode mnie w każdym przypadku urodzenia przeze mnie dziecka, od jego ukochanej żony, kobiety jego marzeń, jak zapewniał. Ale to się nie liczyło. Dziecko, w połowie nie jego, nie byłoby jego wcale. Ale to ja miałam przejść serię badań, stymulacji i eksperymentów, oraz przez kilkuletnią dolinę rozpaczy, aby udowodnić naukowo, że on nie może zostać ojcem moich dzieci.

Pełna wiary w siebie, własną siłę i zdrowie poddałam się próbie prokreacji własnej oraz męża osoby w szpitalu Uniwersyteckim w Niemczech, gdzie mieszkaliśmy. Nie chcąc przedłużać mojej historii powiem, że pierwszym szokiem była dla mnie lista możliwych uszkodzeń moich narządów wewnętrznych podczas pobierania komórek jajowych z moich jajników. Nie byłam także zachwycona możliwym działaniem ubocznym nadmiernej dawki (potwornie drogich) hormonów (zagrożenie rakiem), które musiałam wstrzykiwać sobie przez wiele dni o określonej porze. Bo skoro już zapładniać, to najlepiej wyprodukować 15 jajeczek, a nie jak zwykle jedno, czy rzadziej dwa, lub może trzy… O dziwo mój organizm znosił to wszystko lepiej niż moja psychika. Bo każda nieudana próba zapłodnienia równała się ze świadomością i pewnością śmierci każdego nienarodzonego dziecka, o którego istnieniu wiedziałam od pierwszej chwili jego zaistnienia jako komórki jajowej, którą mogłam oglądać na ekranie komputera co kilka dni.

Wiadomość o rozmrożonych, obumarłych zarodkach wybijała także we mnie chęć do życia.

Ale wreszcie – informacja o zaistnieniu ciąży, widok zagnieżdżonego pęcherzyka, który oglądałam prawie codziennie na ekranie komputera wprowadzał mnie w stan euforii i szczęścia. Udało się. Aż do dnia, w którym serce płodu, a dla mnie serce mojego dziecka, nie zabiło, albo przestało bić. A płód, obumarły, ale podtrzymywany hormonami w moim brzuchu, musiał być usunięty. Wielka rozpacz. Skrobanka i od nowa to samo. Ponowne próby na próżno.

Zastanawiałam się, czy nie zachoruję od tylu nadliczbowych hormonów, i czy nie ogłupieję od tylu zabiegów pod narkozą co kilka miesięcy… Ale najgorszy do wytrzymania był stres i ciągłe rozczarowanie. Poczucie bycia przedmiotem eksperymentu na stole chirurgicznym i moja ciągła klęska jako kobiety. Co prawda z własnego wyboru, albo pod presją męża. Wyboru, który wieńczyła w moim przypadku tylko wielka rozpacz i samotność. Przecież nie mówiliśmy nikomu o naszych staraniach zbyt dokładnie.

I mało kto, kto nie przeszedł tej drogi, jest w stanie zrozumieć, jak wielki wysiłek psychiczny i stres towarzyszy metodzie in vitro. Jak bardzo partnerzy oddalają się od siebie przy każdej próbie uzyskania nasienia i zapładniania w określonym dniu i o danej godzinie, przy każdej porażce, czyli nie udanej próbie, przy poronieniu, w wyniku rozdzielenia osób i ich płodności i pozostawienia tej najintymniejszej sfery własnego życia i życia własnych dzieci w rękach obcych ludzi. Lekarzy i pielęgniarek, których też się przecież w jakimś stopniu wstydzimy. Mężczyzna ma za złe żonie, że się nie udaje, kobieta wini męża, jeśli to z jego powodu musi znosić to wszystko.

Miałam zaufanie do osób, które zajmowały się in vitro. Uważałam, że w Niemczech nie może dojść do zamierzonych błędów, czy niedopatrzeń. Naiwnie ufałam lekarzom i być może miałam w pełni rację. Mam nadzieję, że nie zawiedli mojego zaufania.

Ale dziś myślę, że wiele spraw nie było do końca wyjaśnionych. Czy ja w ogóle mogłam mieć dziecko z moim mężem? Może nie pasowaliśmy do siebie genetycznie? Czy ktoś to sprawdził? Dopiero dzisiaj, w wyniku dyskusji o zarodkach, zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno wszystkie moje dzieci wróciły do mnie i umarły (niestety) w moim łonie? Co jeżeli, ktoś urodził moje dziecko, a ja nawet nie wiem o tym? Albo, co stałoby się z zarodkami, gdybym urodziła za pierwszym razem trojaczki? Czy chciałabym ryzykować i czy mogłabym finansowo pozwolić sobie na ponowną próbę zajścia w ciążę z trójką dzieci? Co stałoby się wtedy z moimi zamrożonymi dziećmi? A było ich minimum 9- 12. Czy chciałabym aby je po prostu rozmrożono i wyrzucono? Czy pozwoliłabym je adoptować? I czy ktoś chciałby takie zarodki? Co stałoby się z nimi, gdybym tragicznie lub nagle zmarła?

Co byłoby, jeżeli znajdą się kiedyś bogate pary, które zechcą kupować zarodki zamrożone lub niewykorzystane? Co, jeśli ich matka i ojciec usłyszą, że obumarły, a ich dzieci urodzi inna kobieta? Co, jeżeli ktoś pomyli zarodki? Co, jeśli takie dzieci dowiedzą się kiedyś, kto był ich rodzicami? Co z dziedziczeniem majątku w takich nieprzewidzianych przypadkach?

Jest tyle pytań, nad którymi każdy, kto decyduje się na metodę in vitro powinien się zastanowić.

Wiem, że bardzo często, to zła jakość plemników mężczyzny uniemożliwia kobiecie zajście w ciążę. Kuracja hormonalna pomaga wielu kobietom zostać mamą. Uważam, że dobrze jest rozważyć inną możliwość zostania rodzicami.

Kobiety, które pragną przeżyć cud ciąży i jej ciężar, mogą dać się sztucznie zapłodnić spermą anonimowego dawcy. Jest to metoda często stosowana w Niemczech. W renomowanych klinikach odbywa się zapładnianie zdrowym, sprawdzonym nasieniem. Można też wybrać dawcę spośród przyjaciół, czy rodziny. Uważam, że mężczyźni powinni zrozumieć, że stosunek do dziecka rośnie razem z nim, wraz z jego narodzinami, wraz z opieką nad nim.

Czy tak ważne jest, aby przekazać tych własnych 50%? Jak często własne dzieci stają się rozczarowaniem dla rodziców, jak często kochamy innych, obcych ludzi i ich dzieci? Dziecko jest cudem, ale nie ma gwarancji, że tylko biologicznie własne dziecko będzie cudem największym. Nauczmy się wreszcie kochać wszystkie dzieci, a nie tylko siebie w nich, dążąc do stworzenia swej własnej kopii, ideału który nie zawsze udał się bez skazy już w oryginale.

Jeżeli jednak dwoje ludzi zdecyduje się na zapłodnienie in vitro, powinno także przejąć wysokie koszty takich prób, skazanych często na niepowodzenie. In vitro nie jest metodą leczenia bezpłodności, a metodą stworzenia życia, które w naturze by nie powstało, bo słaby plemnik nie zapłodniłby komórki jajowej.

Czy dzieci z probówki, będą miały szanse na posiadanie także tylko takich dzieci? Przecież pewne cechy są dziedziczne. Dlaczego całe społeczeństwo ma ponosić koszty sztucznego zapładniania osób, które mogłyby n.p. mieć dzieci drogą naturalna z innym partnerem biologicznym, albo osób, które zdecydowały się na dziecko w późnym wieku, kiedy ich naturalna płodność zamienia się w niepłodność? Dlaczego społeczeństwo ma płacić za to, że być może mężczyzna nadużywał papierosów czy alkoholu, albo co tydzień grzał się w solarium, a jego plemniki stały się przez to wraz z wiekiem mniej sprawne?

Może powinniśmy się po prostu decydować na dzieci wcześniej. Albo samemu ponosić koszty i konsekwencje naszych działań i decyzji. Ja poddałam się sztucznemu zapładnianiu pod presją męża. A za nasze starania w klinice oraz leki płaciła klika razy kilka tysięcy marek niemiecka kasa chorych. Ja byłam całkiem zdrowa i płodna. I mogłam mieć dzieci, bo takowe mam, także całkiem tradycyjnym sposobem. J

2012

Dzisiaj w 2012 roku wiem, że się myliłam, mając zaufanie do kliniki i lekarzy. Moje komórki jajowe zostały sprzedane, czy ukradzione, nie wiem. Okazuje się, że mam dzieci, których nie znam. Dzieci spłodzone przez różnych ojców, urodzone przez inne kobiety. Jak to było możliwe bez mojej wiedzy? Na początku byłam w szoku, byłam zła, że nie znam tych dzieci. Po krótkim czasie, cieszyłam się, że są, że żyją zdrowe i szczęśliwe. Chciałabym je poznać.

Wiem, że z moich komórek jajowych urodziły się dzieci – klony swoich ojców, ałbo inaczej – ich bracia bliźniacy.

Przypuszczam, że drogą in vitro można płodzić dzieci z połączenia genów dwóch mężczyzn, czy dwóch kobiet. Jak określić takie pokrewieństwo?

Mam jeszcze wiele pytań.

GOOGLE ÜBERSETZUNG:

NICHT KORRIGIERT

29.12.2008

Sehr geehrter Leser,

es gibt immer mehr Diskussionen in den Medien über die sehr heikle Frage der In-vitro-Fertilisation.

Ich erlaube mir, zu diesem Thema zu sprechen, weil ich aus eigener Erfahrung weiß, was es bedeutet, viele Jahre lang keine Kinder zu haben und Mutter sein zu wollen. Ich weiß, was es bedeutet, sich für eine In-vitro-Methode zu entscheiden, was es bedeutet, auf diese Weise schwanger zu werden und eine Fehlgeburt zu bekommen, und warte auf den nächsten Test. Ich frage mich, was ist mit meinen Kindern und der anderen Zygote, die in „Sein – Sein“ gefroren ist.

Ich weiß, wie Paare leiden, insbesondere Frauen, die in vitro versuchen, auf ihre Nachkommen zu warten. Und ich weiß, wie glücklich es ist, auf ein Kind zu warten, das Wunder der Geburt zu erleben und auf natürliche Weise Mutter zu werden. Ich kenne auch einige Frauen, die ähnliche Erfahrungen wie ich gemacht haben.

Als ich mich entschied, durch künstliche Befruchtung schwanger zu werden, war ich eine gesunde Frau in ihrer Blütezeit, ich war 29 Jahre alt. Dies war zu der Zeit mein Mann, viel älter als ich, er konnte keine natürlichen Nachkommen bekommen, weil er zu wenig gesundes Sperma hatte. Heute, mit 42, denke ich, dass wir vielleicht gegen die Natur, gegen Gott, gegen die Kraft handeln wollten, die entscheidet, ob wir existieren oder nicht?

Ich dachte darüber nach, ein Kind zu adoptieren oder zu befruchten, dank eines Samenspenders, der eine viel billigere, einfachere und weniger riskante Methode für die Gesundheit einer Frau oder vielleicht eines Fötus darstellt. Solche Spender sind gesunde Männer, biologisch getestet und ich denke auch charakterologisch, oft Väter ihrer eigenen gesunden Kinder.

Mein unfruchtbarer Ehemann wollte nichts von der Adoption hören, von der er sprach, er war zu alt oder von einem Kind, das nicht zu 50% aus seinen Genen bestehen würde. Immerhin würden die anderen 50% in jedem Fall von mir kommen, wenn mein Baby geboren wird, von seiner geliebten Frau, der Frau seiner Träume, versicherte er. Aber es war egal. Das Kind, halb nicht sein, würde überhaupt nicht sein. Aber ich sollte mehrere Jahre lang eine Reihe von Studien, Anregungen und Experimenten durchlaufen und durch das Tal der Verzweiflung gehen, um wissenschaftlich zu beweisen, dass er nicht der Vater meiner Kinder werden kann.

Voller Selbstvertrauen, Kraft und Gesundheit unterwarf ich mich dem Versuch, mich und die Person meines Mannes am Universitätsklinikum in Deutschland, wo wir lebten, zu zeugen. Ich möchte meine Vorgeschichte nicht verlängern und möchte sagen, dass der erste Schock für mich eine Liste möglicher Schäden an meinen inneren Organen während der Entnahme von Eiern aus meinen Eierstöcken war. Ich war auch nicht begeistert von den möglichen Nebenwirkungen übermäßiger (furchtbar teurer) Hormone (Krebsrisiko), die ich zu einem bestimmten Zeitpunkt viele Tage lang injizieren musste. Denn seit der Befruchtung ist es am besten, 15 Eier zu produzieren und nicht wie üblich eines oder zwei oder drei … Erstaunlicherweise trug mein Körper alles besser als meine Psyche. Denn jeder erfolglose Befruchtungsversuch entsprach dem Bewusstsein und der Gewissheit des Todes jedes ungeborenen Kindes, dessen Existenz ich vom ersten Moment seiner Existenz als Eizelle an kannte und die ich alle paar Tage auf dem Computerbildschirm beobachten konnte.

Die Nachricht von aufgetauten, toten Embryonen gab mir auch den Wunsch zu leben.

Aber schließlich – Informationen über die Schwangerschaft, der Anblick einer verschachtelten Blase, die ich fast jeden Tag auf dem Computerbildschirm sah, versetzten mich in einen Zustand der Euphorie und des Glücks. Es ist mir gelungen. Bis zu dem Tag, an dem das Herz des Fötus und für mich das Herz meines Kindes nicht tötete oder aufhörte zu schlagen. Und der Fötus, tot, aber hormonell gestützt in meinem Magen, musste entfernt werden. Große Verzweiflung. Skrobanka und das gleiche nochmal. Vergebens wiederholen.

Ich fragte mich, ob ich an so vielen überschüssigen Hormonen erkranken würde und ob ich mich alle paar Monate von so vielen Behandlungen unter Narkose täuschen lassen würde … Aber das Schlimmste war Stress und ständige Enttäuschung. Das Gefühl, Gegenstand eines Experiments auf dem Operationstisch zu sein, und meine ständige Niederlage als Frau. Zugegeben, nach eigener Wahl oder unter dem Druck meines Mannes. Eine Wahl, die in meinem Fall nur große Verzweiflung und Einsamkeit krönte. Schließlich haben wir niemandem unsere Bemühungen zu gründlich mitgeteilt.

Und kaum jemand, der diesen Weg nicht gegangen ist, kann verstehen, wie große mentale Anstrengung und Stress mit der In-vitro-Methode einhergehen. Wie weit entfernen sich die Partner von jedem Versuch, an einem bestimmten Tag und zu einem bestimmten Zeitpunkt Sperma und Befruchtung zu erhalten, bei jedem Misserfolg, d. H. Einem fehlgeschlagenen Versuch einer Fehlgeburt, infolge der Trennung von Personen und ihrer Fruchtbarkeit und dem Verlassen dieser intimsten Sphäre ihres eigenen Lebens und ihres eigenen Lebens Kinder in den Händen von Fremden. Ärzte und Krankenschwestern, für die wir uns zum Teil auch schämen. Der Mann ärgert sich über das Scheitern seiner Frau, die Frau beschuldigt ihren Ehemann, wenn er dies alles wegen ihm ertragen muss.

Ich hatte Vertrauen in Menschen, die sich mit In-vitro befassten. Ich dachte, dass es in Deutschland keine absichtlichen Fehler oder Versehen geben könnte. Ich vertraute den Ärzten naiv und vielleicht hatte ich vollkommen recht. Ich hoffe, sie haben mein Vertrauen nicht enttäuscht.

Aber heute denke ich, dass viele Dinge nicht vollständig gelöst wurden. Könnte ich überhaupt ein Kind mit meinem Mann haben? Vielleicht stimmten wir genetisch nicht überein? Hat jemand das überprüft? Erst heute begann ich mich aufgrund von Diskussionen über Embryonen zu fragen, ob alle meine Kinder zu mir zurückkehren und (leider) in meinem Mutterleib sterben würden. Was ist, wenn jemand mein Kind zur Welt gebracht hat und ich es nicht einmal weiß? Oder was würde mit Embryonen passieren, wenn ich zum ersten Mal Drillinge gebären würde? Würde ich es gerne riskieren und könnte ich es mir finanziell leisten, wieder mit meinen drei Kindern schwanger zu werden? Was würde mit meinen gefrorenen Kindern passieren? Es waren mindestens 9-12 von ihnen. Möchte ich, dass sie aufgetaut und weggeworfen werden? Würde ich dich sie adoptieren lassen? Und würde jemand solche Embryonen wollen? Was würde mit ihnen passieren, wenn ich tragisch oder plötzlich sterben würde?

Was würde passieren, wenn reiche Paare jemals gefrorene oder unbenutzte Embryonen kaufen wollten? Was ist, wenn ihre Mutter und ihr Vater hören, dass sie tot sind und ihre Kinder von einer anderen Frau geboren werden? Was ist, wenn jemand einen Fehler macht? Was ist, wenn solche Kinder jemals herausfinden, wer ihre Eltern waren? Was ist mit der Vererbung von Vermögenswerten in solchen unvorhergesehenen Fällen?

Es gibt so viele Fragen, über die sich jeder Gedanken machen sollte, der sich für eine In-vitro-Methode entscheidet.

Ich weiß, dass es sehr oft die schlechte Qualität des Spermas des Mannes ist, die eine Frau daran hindert, schwanger zu werden. Die hormonelle Behandlung hilft vielen Frauen, Mutter zu werden. Ich denke, es ist gut, eine andere Möglichkeit in Betracht zu ziehen, Eltern zu werden.

Frauen, die das Wunder der Schwangerschaft und ihr Gewicht erleben wollen, können mit dem Sperma eines anonymen Spenders künstlich befruchtet werden. Dies ist eine in Deutschland häufig verwendete Methode. In renommierten Kliniken wird eine Befruchtung mit gesundem, getestetem Sperma durchgeführt. Sie können auch einen Spender aus Freunden oder der Familie auswählen. Ich glaube, dass Männer verstehen sollten, dass die Haltung gegenüber dem Kind mit ihm, mit seiner Geburt und mit der Fürsorge für ihn wächst.

Ist es so wichtig, 50% selbst weiterzugeben? Wie oft werden unsere eigenen Kinder zu einer Enttäuschung für die Eltern, wie oft lieben wir andere, Fremde und ihre Kinder? Das Kind ist ein Wunder, aber es gibt keine Garantie dafür, dass nur ein biologisch eigenes Kind das größte Wunder sein wird. Lernen wir, alle Kinder zu lieben, nicht nur uns selbst, und bemühen uns, eine eigene Kopie zu erstellen, ein Ideal, das im Original nicht immer fehlerfrei war.

Wenn sich jedoch zwei Personen für eine In-vitro-Fertilisation entscheiden, sollten sie auch die hohen Kosten solcher Tests übernehmen, die häufig zum Scheitern verurteilt sind. In vitro ist es keine Methode zur Behandlung von Unfruchtbarkeit, sondern eine Methode zur Schaffung eines Lebens, das in der Natur nicht entstanden wäre, weil ein schwaches Sperma eine Eizelle nicht befruchten würde.

Werden Kinder aus der U-Bahn die Chance haben, nur solche Kinder zu haben? Einige Merkmale sind erblich. Warum sollte die gesamte Gesellschaft die Kosten für die künstliche Befruchtung von Menschen tragen, die z. Kinder auf natürliche Weise durch einen anderen biologischen Partner zu haben oder Menschen, die sich entschieden haben, ein Kind in einem späten Alter zu bekommen, wenn ihre natürliche Fruchtbarkeit zu Unfruchtbarkeit wird? Warum sollte die Gesellschaft dafür bezahlen, dass vielleicht ein Mann Zigaretten oder Alkohol missbrauchte oder dass er sich wöchentlich im Solarium aufwärmte und sein Sperma dadurch weniger funktionierte?

Vielleicht sollten wir uns früher für Kinder entscheiden. Oder tragen Sie die Kosten und Konsequenzen unserer Handlungen und Entscheidungen. Ich habe mich unter dem Druck meines Mannes einer künstlichen Befruchtung unterzogen. Und für unsere Bemühungen in Klinik und Medizin haben mehrere tausend Marken die deutsche Krankenkasse bezahlt. Ich war ziemlich gesund und produktiv. Und ich könnte Kinder haben, weil ich auch Kinder habe, ganz traditionell. J

2012

Heute im Jahr 2012 weiß ich, dass ich falsch lag, weil ich der Klinik und den Ärzten vertraut habe. Meine Eier wurden verkauft oder gestohlen, ich weiß es nicht. Es stellt sich heraus, dass ich Kinder habe, die ich nicht kenne. Kinder, die von verschiedenen Vätern gezeugt wurden und von anderen Frauen geboren wurden. Wie war das ohne mein Wissen möglich? Zuerst war ich schockiert, ich war wütend, dass ich diese Kinder nicht kannte. Nach kurzer Zeit war ich froh, dass sie gesund und glücklich lebten. Ich würde sie gerne treffen.

Ich weiß, dass meine Eier Kindern geboren wurden – Klonen ihrer Väter oder besser gesagt – ihrer Zwillingsbrüder.

Ich nehme an, dass In-vitro-Kinder durch Kombination der Gene von zwei Männern oder zwei Frauen gezüchtet werden können. Wie kann man eine solche Beziehung bestimmen?

Ich habe noch viele Fragen.

GOOGLE TRANSLATION:

(not corrected)

29.12.2008

Dear Reader,

there are more and more discussions in the media about the very delicate matter of in vitro fertilization.

I allow myself to speak on this matter because I know from my own experience what it means to not have children for many years, desiring to be a mother. I know what it means to decide on an in vitro method, what it means to get pregnant in this way and miscarry, and wait for the next test, wondering what about my children and the other zygote, frozen in „being – being“.

I know how couples suffer, especially women who try in vitro to wait for their offspring. And I know how lucky it is to wait for a child, experience the miracle of birth and become a mother, the natural way. I also know some women who have similar experiences to my.

When I decided to try to get pregnant by artificial insemination, I was a healthy woman in her prime, I was 29 years old. This was my husband at the time, much older than me, he could not conceive offspring naturally, because he had too few healthy sperm. Today, at 42, I think that maybe we wanted to act against nature, against God, against the force that determines existence or not?

I was thinking about adopting a child or fertilizing, thanks to a sperm donor, which is a much cheaper, easier and less risky method for the health of a woman, or perhaps a fetus. Such donors are healthy men, biologically tested, and I think also characterological, often fathers of their own healthy children.

My infertile husband did not want to hear about the adoption he was talking about, he was too old, or about a child that would not be made of 50% of his genes. After all, the other 50% would come from me in every case of my baby being born, from his beloved wife, the woman of his dreams, he assured. But it didn’t matter. The child, half not his, would not be his at all. But I was to go through a series of studies, stimulations and experiments, and through the valley of despair for several years, to prove scientifically that he cannot become the father of my children.

Full of self-confidence, strength and health, I submitted to the attempt to procreate myself and my husband’s person at the University Hospital in Germany, where we lived. Not wanting to prolong my story, I will say that the first shock for me was a list of possible damage to my internal organs during the collection of eggs from my ovaries. I was also not delighted with the possible side effects of excessive (terribly expensive) hormones (cancer risk) that I had to inject for many days at a certain time. Because, since fertilizing, it’s best to produce 15 eggs, and not one, or two or three, as usual … Amazingly, my body bore it all better than my psyche. Because every unsuccessful attempt at fertilization equaled the awareness and certainty of the death of each unborn child, whose existence I knew from the first moment of its existence as an egg cell, which I could watch on the computer screen every few days.

The news of thawed, dead embryos also gave me a desire to live.

But finally – information about pregnancy, the sight of a nested bubble that I watched almost every day on the computer screen put me in a state of euphoria and happiness. Managed to. Until the day when the heart of the fetus, and for me the heart of my child, did not kill or stopped beating. And the fetus, dead but hormone-supported in my stomach, had to be removed. Great despair. Skrobanka and the same again. Retrying in vain.

I wondered if I would get sick from so many excess hormones, and whether I would be fooled by so many treatments under anesthesia every few months … But the worst to bear was stress and constant disappointment. The feeling of being the subject of an experiment on the surgical table and my constant defeat as a woman. Admittedly, by my own choice or under pressure from my husband. A choice that crowned in my case only great despair and loneliness. After all, we didn’t tell anyone our efforts too thoroughly.

And hardly anyone who has not gone this way is able to understand how great mental effort and stress accompanies the in vitro method. How far the partners move away from each attempt at obtaining sperm and fertilization on a specific day and at a given time, at each failure, i.e. a failed attempt, at miscarriage, as a result of separation of persons and their fertility and leaving this most intimate sphere of their own lives and their own lives children in the hands of strangers. Doctors and nurses, whom we are also ashamed to some extent. The man resents his wife for failing, the woman blames her husband if it is because of him that he must endure all this.

I had confidence in people who dealt with in vitro. I thought that there could be no intentional mistakes or oversights in Germany. I naively trusted the doctors and perhaps I was completely right. I hope they didn’t disappoint my trust.

But today I think that many things have not been fully resolved. Could I have a child with my husband at all? Maybe we didn’t match genetically? Has anyone checked this? It wasn’t until today, as a result of discussions about embryos, that I began to wonder if all my children would come back to me and die (unfortunately) in my womb? What if someone gave birth to my child and I don’t even know it? Or, what would happen to embryos if I gave birth to triplets the first time? Would I like to risk it and could I financially afford to try to get pregnant again with my three children? What would happen to my frozen children? There were a minimum of 9-12 of them. Would I like them to be thawed and thrown away? Would I let you adopt them? And would anyone want such embryos? What would happen to them if I died tragically or suddenly?

What would happen if rich couples ever wanted to buy frozen or unused embryos? What if their mother and father hear they are dead and their children are born by another woman? What if someone makes a mistake? What if such children ever find out who their parents were? What about inheritance of assets in such unforeseen cases?

There are so many questions that anyone who decides to use an in vitro method should think about.

I know that very often, it’s the poor quality of the man’s sperm that prevents a woman from becoming pregnant. Hormonal treatment helps many women become a mother. I think it is good to consider another option of becoming parents.

Women who want to experience the miracle of pregnancy and its weight can be artificially fertilized with the sperm of an anonymous donor. This is a method often used in Germany. In reputable clinics, fertilization with healthy, tested semen is carried out. You can also choose a donor from friends or family. I believe that men should understand that the attitude towards the child grows with him, with his birth, and with the care of him.

Is it so important to pass on your own 50%? How often do our own children become a disappointment for parents, how often do we love other, strangers and their children? The child is a miracle, but there is no guarantee that only a biologically own child will be the greatest miracle. Let’s learn to love all children, not just ourselves, striving to create our own copy, an ideal that has not always been flawless in the original.

However, if two people decide on in vitro fertilization, they should also take over the high costs of such tests, often doomed to failure. In vitro, it is not a method of treating infertility, but a method of creating a life that would not have arisen in nature, because a weak sperm would not fertilize an egg.

Will children from the tube have a chance to have only such children? Some traits are hereditary. Why the whole society should bear the costs of artificial insemination of people who could e.g. to have children naturally through another biological partner, or people who have decided to have a child at a late age when their natural fertility turns into infertility? Why should society pay for the fact that perhaps a man was abusing cigarettes or alcohol, or that he was warming up in the solarium weekly and his sperm became less functional as a result?

Maybe we should just decide on children sooner. Or bear the costs and consequences of our actions and decisions. I submitted to artificial insemination under pressure from my husband. And for our efforts in the clinic and medicines several times several thousand brands paid the German health fund. I was quite healthy and prolific. And I could have children because I have children too, quite a traditional way. J

2012

Today in 2012 I know I was wrong because I trusted the clinic and doctors. My eggs have been sold or stolen, I don’t know. It turns out that I have children I don’t know. Children bred by various fathers, born to other women. How was this possible without my knowledge? At first I was shocked, I was angry that I didn’t know these children. After a short time, I was glad that they were living healthy and happy. I would like to meet them.

I know that my eggs were born to children – clones of their fathers, or rather – their twin brothers.

I suppose that in vitro children can be bred by combining the genes of two men or two women. How to determine such relationship?

I still have many questions.

Ustawa o in vitro

Ustawa o in vitro. Współczuję parom, szczególnie kobietom, które muszą przez in vitro przechodzić. A może chcą, bo myślą, że inaczej (z innym partnerem nie wypada, się nie uda, a może czasami by się dało…). Mnie się udało…
Uważam, że mrożenie jaj i zarodków jest tak samo moralne, jak i nie moralne, jak okradanie kur z ich jaj na jajecznicę, okradanie krów z jagniąt itp. … Czy pan Bóg umiłował człowieka, jego jaja i zarodki jakoś bardziej niż swe inne dzieci, które także stworzył?
Uważam, że powinno się do macicy max. transferować 3 zarodki, bo więcej, to ewentualnie ciąża „bardzo“ mnoga i niebezpieczna dla matki i dzieci. Wszyscy chcą raczej przeżyć ten zabieg i jego rozwiązanie.
Pan Biskup powiada, że jeden człowiek przeżyje po in vitro kosztem innych. Tak to jest w przyrodzie, w naturze i na co dzień. Sam Biskup nie oddaje umierającym z głodu dzieciom całego swego jedzenia, tylko sam woli przeżyć i wygłaszać mowy, a inni sobie umierają. Zawsze tak bywa: ktoś żyje, a kto inny umiera.
Na razie to tyle. Bo i tak to nikogo nie interesuje, co ja tu wypisuję. A przez co sama przeszłam.

Gdyby Pan Bóg tego in vitro nie chciał, to by nie dopuścił, żeby je wymyślono. Czy Pan Bóg się zatrzymał gdzieś w 12 wieku???? Chyba raczej inteligentny musi być i nawet najmądrzejszy i wszechmogący jest! A nie Biskupi!

I skoro jest wszechmogący, to wszystko dzieje się z jego woli? Może na razie przymyka oko na to i owo, bo sobie o tym myśli, obserwuje i się zastanawia…., ale jak przyjdzie pora, to oceni. Chyba lepiej, żeby z 6 zarodków przeżył 1 niż żaden! A bez in vitro nikt z tej potencjalnej grupy do życia nie zaistnieje. …!?

Das gibt es doch nicht

Das gibt es doch nicht.

Eine junge Frau S. (26 Jahre alt) in Afrika arbeitet in einem Büro. Sie hat einen netten Arbeitskollegen oder Chef J., der in ihrem Alter oder nur wenig älter ist (28 Jahre alt). Sie treffen sich auf der Arbeit und gehen in der Pause mal zusammen spazieren.

Er gefällt ihr und sie möchte eine Beziehung mit ihm. Er aber zeigt kein Interesse. Sie ist enttäuscht, trifft auch andere Männer.

Die junge Frau S. lernt auch einen Mann aus Paris kennen, der auf Geschäftsreise in Afrika war. Er sieht gut aus, ist nett und sie treffen sich einige Male. Die Afrikanerin verspricht sich eine Beziehung, und dass sie mit dem Mann nach Paris ausreisen wird. Französisch ist die Muttersprache von allen Beteiligten und Paris gewiss ganz toll!

Der Mann jedoch fliegt nach Paris zurück und interessiert sich nicht weiter für die junge Frau, die nach 6 Wochen feststellt, dass sie schwanger ist. Mit dem Mann aus Paris?? Mit einem anderen? Paris wäre ihr wahrscheinlich am liebsten…

Sie ruft ihn an, er erklärt, dass er verheiratet ist und ihr leider nicht helfen kann, weil er seine Karriere und seine Familie nicht gefährden möchte. Es war doch nur ein Flirt. Und er wollte kein Kind mit ihr. Es gibt aber in Afrika keine allgemein zugängliche Pille, weder davor noch danach…

Die junge Frau ist in einer unangenehmen Situation, sie braucht einen Vater für das Kind und einen Ernährer. Die Abtreibung in Afrika ist aus verschiedenen Gründen wahrscheinlich auch nicht so einfach.

Sie erklärt ihrem Chef, dass er sie heiraten muss, weil sie von ihm schwanger sei. Wenn er das nicht will, dann wird sie im Büro erzählen, dass er sie auf der Arbeit vergewaltigt hat. Sie ist nämlich schon schwanger. Ist es die Rache einer verschmähten Frau?

Der Chef ist noch ziemlich jung, unerfahren, er hat nichts verbrochen und seine Karriere und sein Leben können durch diese Frau ruiniert werden. Das Büro ist in einer wichtigen Institution des Landes.

Er hat vielleicht auch Mitleid mit der verzweifelten Frau und dem ungeborenen Kind, die nun Hilfe brauchen.

Er sieht (hat) keine andere Wahl als ihren Heiratsantrag anzunehmen, ihr Kind zusammen als ihr eigenes großzuziehen. Vielleicht nicht immer…? Nach 3 Jahren bekommen sie auch ein gemeinsames Kind. Und nach 6 Jahren noch eins.

Der junge Chef ist ein angesehener Mann und seine Ehefrau neben ihm auch. Leider hat er sie auch nach 10 Jahren Ehe kein bisschen lieb gewonnen, weil er ja nur erpresst wird. Er darf sie nie verlassen. Wobei er es ihr oft nicht recht genug machen kann.

Er lebt in einer Ehe als Gefangener einer kranken Liebe und des Egoismus der Frau, die ihn gefangen nahm und nicht gehen lässt.

Er kann nie weg von ihr, denn sie hat einige Geheimnisse, die sie preisgeben wird, wenn er weggeht.  Unter anderem den Sohn, vielleicht noch was anderes, was sie glatt erfinden wird, denn der Ehemann ist es wert. Sie hat Nacktfotos von ihm gemacht, die sie im Büro zeigen würde, sie würde erzählen, dass er die Kinder missbraucht…, falls er sie verlässt.

Sie ist zu allem fähig, nur um an ihrem Lebenstraum festzuhalten, auch wenn sie ihn gefangen nimmt.

Doch eines Tages kommt nach Afrika eine Afrikanerin A. zu Besuch, die seit einigen Jahren in Europa lebt.

Sie erklärt, dass sie nur ein Kind von dem Mann haben möchte und keine weiteren Verpflichtungen mehr, keine Beziehung und keine finanziellen Verpflichtungen. Oder hat sie schon ein Kind ohne Vater erwartet? Und die beiden haben die Gelegenheit genutzt.

Der  Mann hat eine Idee. Wenn sie ein Kind von ihm bekommt oder es so angibt, kann er als Vater des Kindes nach Europa ausreisen.  Er erzählt das seiner Frau S. und diese ist einverstanden, weil er als Ehemann verspricht, dass er zuerst auswandert, dann aber die ganze Familie bald kommen lässt, wenn er eine Wohnung und eine Arbeitsstelle hat. Er wird sie alle bald zu sich nach Europa holen. Die Ehefrau findet das super und ist sogar auf ein uneheliches Kind ihres Mannes nicht eifersüchtig, und auch nicht auf die Frau, die die Mutter des Kindes werden soll. Was für eine Liebe! Das finanzielle scheint dabei keine Rolle für niemanden zu spielen.

Die Frau A. aus Europa lädt ihn als den Vater ihres Kindes nach Europa ein. Hat sie dafür Geld bekommen?  Das Kind sieht ihm auch nicht ähnlich aus… (nebenbei bemerkt…). Ob es sein Kind ist, weiß nur der liebe Gott.

Der Mann lässt seine Familie, die nachher kommt, für einige Monate in Afrika zurück. Sie telefonieren und schreiben jedoch… Es gibt ja heute die modernste Technik!

Der Mann J. wohnt zuerst mit der Frau A. zusammen, es verbindet die beiden nichts mehr als eine Bekanntschaft mit Absicht. Er kümmert sich auch um das Kind. Die Ehefrau wundert sich scheinbar nicht…. Er muss zuerst den Aufenthaltstitel bekommen.

Er schläft im Wohnzimmer und nicht in einem Bett mit A. Laut seiner Aussage. Aber ihm kann man auch nicht alles glauben!

Nach ein paar Wochen stellt aber die A. fest, dass ihr der vermeintliche Vater des Kindes auch ganz gut gefällt und sie mit ihm zusammen sein möchte, und weitere Kinder bekommen will. Das war aber vorher so nicht abgesprochen.

Der Mann J. ist überrascht und lehnt eine Beziehung ab, da er ja nur wegen des Aufenthaltes gekommen ist und angeblich, um seine Familie aus Afrika nach Europa zu holen. Er hat auch schon offiziell 4 Kinder!

Die Frau will mit ihm aber nicht als Bekannte weiter wohnen. Er sucht ein kleines und teures Zimmmer in der Nähe und zieht von der Frau A. aus. Sie waren nie wirklich zusammen und haben sich jetzt auch gewiss getrennt. Die A. möchte jetzt Unterhalt für das Kind, das ohne Verpflichtungen (von wem auch immer) gezeugt werden sollte. Wer nicht lieben will, muss zahlen! Der Mann verdient aber ziemlich wenig und zahlt den Unterhalt für das Kind zuerst nicht regelmäßig.

Die Frau könnte jetzt aber Probleme machen und erzählen, dass er gar nicht der Vater des Kindes ist…

„Und warum ist er jetzt noch hier?“, würden die Behörden fragen.

Nun besucht der Mann einen Sprachkurs, in dem er einigen Frauen gut gefällt. 🙂

Er ist ein netter, gut aussehender und intelligenter Mann.

Er erzählt im Sprachkurs laut vor sich, dass er eine Frau sucht, am besten eine Deutsche, dann kann er gut Deutsch lernen. Außerdem ist er einmalig in jeder Hinsicht, gibt er zweideutig zu verstehen…, was einige Frauen mit Interesse verfolgen…. 🙂

Er ist ja getrennt! So denken alle!

Eine Kursteilnehmerin erzählt laut im Sprachkurs, sie hat nur einen Vibrator… und keinen Freund! Sie ruft nach dem hübschen Afrikaner einige Male laut und deutlich „Mon amour!“, wenn sie ihn im Klassenraum erblickt und fragt, ob er schon eine Frau gefunden hat… Er überhört und übersieht jedoch alles… Sie ist keine Deutsche, und Deutsch lernt er bei ihr nicht. Zwischen den beiden funkt es nicht.

Eine andere Kursteilnehmerin stellt nebenbei fest, wenn er keine Arbeit haben sollte, kann er doch Frauen glücklich machen… Er reagiert nicht auf diese Bemerkung und bleibt gelassen. Es war ja nur ein Witz…

Scheinbar kennt er sich inzwischen mit Frauen aus.

Er lädt die ganze Gruppe vom Sprachkurs in ein Cafe ein, wo er sich mit der deutschen Frau auch etwas privater unterhält. Er sagt, er wartet auf sie, wenn sie Zeit hat, sollte sie ihn doch mal treffen…

Nun trifft er sich mal im Kino und mal im Cafe mit ihr, die ihm anscheinend ganz gut gefällt. Er gefällt ihr auch. Sie treffen sich einige Male bei ihm und bei ihr und verlieben sich ineinander. Auch ihr Sohn lernt ihn kennen und findet ihn sympathisch.

Im Kino bezahlt sie, im Cafe bezahlt sie auch… Und sie würde auch sonst was bezahlen. Er hat ja noch keinen Kühlschrank, keinen Herd, keine Mikrowelle und was man sonst nicht hat, was er hat sind Schulden bei der Ex-Freundin…

Aber auf einmal erzählt er, dass er nicht nur eine Ex-Freundin mit Kind in Deutschland hat, von der er getrennt ist, sondern eine ganze Familie mit Ehefrau und drei Kindern in Afrika. Und die ganze Familie kommt bald nach Deutschland! Als Beweis zeigt er ihr am Handy die Fotos und Textnachrichten! Dazu noch in ihrer Wohnung und auf ihrem Bett. Sie ist überrascht.

Dann fügt er hinzu, er hat nach der afrikanischen Sitte insgesamt sogar 4 Ehefrauen, und zwar auch alle 3 Ehefrauen seines verstorbenen Vaters, die er als der älteste Sohn der Familie nach dem Tod des Vaters „geerbt“ hat. Er ist verpflichtet, sich um diese Frauen zu kümmern, sich um ihre Kinder, seine (wahrscheinlich) Halbgeschwister zu kümmern und alle finanziell zu unterstützen… Wenn die Frauen jung wären, könnte er auch weitere Kinder mit ihnen haben. In Afrika sind viele Kinder und viele Ehefrauen scheinbar ein großes Glück.

Er ist der Oberhaupt der afrikanischen Familie und alle zählen auf ihn!

In Afrika hat er in einem Ministerium gearbeitet, in Deutschland räumt er in einer Fastfood-Kette die Tabletts weg und macht die Toiletten sauber. Sein Mindestlohn in Europa reicht gerade so bescheiden für ihn knapp aus.

Die deutsche Freundin könnte aber auch mitbezahlen…

So ist es wie eine kalte Dusche. Hallo? So war das vor dem ersten Date nicht beschrieben.

Auf einmal ist es seltsam, denn keiner weiß, was stimmt und was nicht. Er meldet sich einige Zeit nicht mehr.

Die Frau aus Deutschland ruft ihn an, weil sie ihm einige Sachen geliehen hat, die sie zurück haben möchte.  Das war ihr alles zu viel.

Er ist aber nicht mehr zu erreichen, weil er vielleicht auch selbst nicht mehr weiß, was stimmt… Vielleicht hat sich die Ehefrau mit Kindern schon auf den Weg nach Europa gemacht?

Hat er alle verrückt gemacht oder ist er verrückt geworden!? Das letzte teilt er ihr auf Facebook mit. Es sieht auch danach aus.

Ein Mann von großer Beliebtheit. 🙂

Schade, eigentlich. Denn ich habe mit einem Happy End gerechnet. 🙂

 

 

Alphabetisierungskurs

Ich habe 5 Wochen lang von Mo bis Fr Unterricht gehabt und bin fix und fertig.
Die Alphagruppe ist so anstrengend, weil einige pausenlos stören. Ähnlich wie in der Sonderschule.
Ich bin doch nicht da, um sie bloß die ganze Zeit zu beruhigen. 3 erwachsene Männer streiten immer wieder oder spielen laut miteinander. Abwechselnd, wie kleine Jungs im Kindergarten oder in der Grundschule. Ich frage mich, was das soll? Sie sind um die 30… Der Lehrerin zeigen sie wenig oder selten Respekt.
Einer flippt immer wieder aus, wenn es ihm langweilig ist oder ihm was nicht gefällt, z.B., wenn er ermahnt wird, dass er nicht laut mit anderen auf Arabisch jederzeit reden darf. Kein Respekt, kein Benehmen, keine Lust, Deutsch vernünftig zu lernen. Gestört.
Einige Teilnehmer möchten lernen, aber es ist mit den anderen ziemlich schwer, zu lernen. Die Frauen sind fleißig aber eingeschüchtert.
Aus unserem Raum dürfen wir direkt in den anderen Klassenraum. Also muss man die Aktivität aufs Minimum reduzieren, auch wenn jemand auf die Toilette muss, muss er durch den anderen Raum, wo Unterricht stattfindet. Es schränkt einen ziemlich ein. Ich kann selten einen vor die Tür schicken oder selbst rausgehen, wenn es zu laut wird. Sonst störe ich die andere Gruppe im Nebenraum.
Wenn ein Zug vorbeifährt und die Fenster auf sind, hören wir nicht viel im Klassenraum, außer den Zug. Wenn die Fenster im Sommer zu sind, ersticken wir bald… Die Tür öffnen und lüften geht nicht……. da dort eine andere Gruppe sitzt. Wenn die eine CD hören, hören wir mit…
Es ist Stress und ein Teilnehmer verlangt nach SPASS!
Spaß will er haben!
Er ist aus Syrien geflohen, Deutschland hat ihn aufgenommen und er will jetzt Spaß haben! Unter 1200 Euro geht er nicht arbeiten, ruft er laut im Klassenraum, ungefragt. Dass er Geld vom Jobcenter bekommt, kommentiert er mit einer Frage: „Das ist Geld??????“
Für Zigaretten und Partys reicht es aber anscheinend, weil er öfter mal die ganze Nacht durchmacht und morgens erst eine Stunde später im Unterricht erscheint…
Also bitte Spaß und Geld für alle!

Obieżyświat Jan K.

Obieżyświat Jan K. opuścił jakiś czas temu cztery ściany swego miejsca zameldowania we wsi pod Krakowem, by udać się w podróż po Unii Europejskiej, której jest pełnowprawnym obywatelem. Jan K. zabrał ze sobą jeden plecak, reklamówkę oraz kilka Euro. Najpierw był w Irlandii. Teraz przebywa na stałe we Franfurcie nad Menem, gdzie śpi głównie na ulicy, a zajmuje się zbieraniem butelek, puszek oraz innych niepotrzebnych nikomu rzeczy, ponieważ tylko tyle potrafi i ma ochotę lub musi robić. Patrząc na Jana K. każdy łatwo się zorientuje, iż taka jest prawda, bo prawdziwy złodziej jest bardziej wyrafinowany i lepiej ubrany. Niektóre przedmioty Jan K. znajduje na ulicy, inne w śmietnikach, a jeszcze inne w pociągu, którym podróżuje od czasu do czasu bez ważnego biletu na linii Frankfurt Hbf – Kolonia Hbf.

Pewnego dnia Jan K. znalazł w śmietniku portfel z jakimiś napisami w języku niemieckim, obowiązującym jako państwowy w jednym z krajów Unii Europejskiej, w którym na stałe zamieszkuje pod gołym niebem. Portfel był mało wartościowy, bo już nie było w nim pieniędzy. Ale zawsze portfel. Jan wrzucił go do czarnego plecaka, który towarzyszył mu aż spod Krakowa przez Irlandię do Frankfurtu. Może się przyda. Ponieważ Jan zgubił wszelkie dokumenty własnej tożsamości, wyruszył pewnego dnia z Frankfurtu do Kolonii, w celu wyrobienia sobie ważnego paszportu. Jechał bez biletu, ale miał przy sobie 280 Euro, aby bilet w razie potrzeby zakupić w pociągu. Pech chciał, że Jan rzucał się w oczy w niemodnym ubraniu i ze swoją reklamówką, jako obywatel, którego należy podejrzewać. Policja podejrzała go i wylegitymowała oraz przy okazji przeszukała. Okazało się, że portfel, który znalazł w śmietniku we Franfurcie skazuje go na masę innych podejrzeń. Nazwisko na kartce w portfelu zgłosiło na Policji jego kradzież. I tu się Policji w Niemczech wszystko wyjaśniło. Chciał, nie chciał, wypadło na Jana K., który dodatkowo posiadał przy sobie dwa telefony komórkowe, 7 nieważnych kart SIM oraz kilkanaście metalowych kawałków wyciętych z puszek po napojach. A tak sobie je zbierał do kolekcji. Jak kiedyś znajdzie normalną pracę, to sobie na nie popatrzy i przypomni, jak to kiedyś było… Funkcjonariusze Policji uznali, iż Jan K. zapewne ukradł nieważne karty SIM (kilka jeszcze w Irlandii) oraz telefony komórkowe, nie mówiąc już o dorobku jego życia w wysokości 280,- Euro, które to zawsze nosił przy sobie, jako że konta w banku w Niemczech bez meldunku nie można założyć. Policjanci zarekwilowali Janowi cały dobytek życia jako materiał dowodowy w sprawie.

Jan K., który żyje z tego, co znajdzie i wyszpera w śmietnikach może teraz jeździć ponownie na linii Frankfurt Hbf – Koblenz, na przesłuchanie w obecności tłumacza. Zapytany, rezygnuje z poinformowania Ambasady Polskiej o toczącej się sprawie. Jego dwa telefony komórkowe zostaną mu ewentualnie zwrócone za kilka miesięcy, a 280,- Euro być może wcale – a może za pół roku. Jan K. bardzo się martwi, jak? Bo adresu zamieszkania w Niemczech nie ma, konta w banku też nie. A zaufać też nie ma komu. Jan K. stwierdził, iż czuje się poszkodowany w tej uroczej historii, gdyż wraz z telefonami komórkowymi stracił kontakt z rodziną w Polsce i za granicą, a także ze światem znajomych. A numerów do nich sobie nie zapisał. Poza tym bilet na przesłuchanie kosztuje, a jego 280,- Euro spoczywa jako kaucja w kasie sądu. Jan K. nie wie czy i jaką drogą uda mu się ten majątek kiedykolwiek odzyskać. Jako obywatel Unii Europejskiej Jan K.postanowił więc w razie bezprawia wobec jego obywatelskiej osoby podjąć kroki sądowe przeciw władzy, która podejrzewa go o kradzież lub w najlepszym wypadku – przywłaszczenie rzeczy znalezionej w śmietniku. Za zgodność z tłumaczeniem Joanna K.

„Die Welt gehört in Kinderhände!“

„Die Welt gehört in Kinderhände!“
Und die Welt bietet den Kindern wirklich viel. Liebende Luxuseltern kaufen dem geliebten Luxuskind
das beliebte Smartphone! Es muss sein! Jedes Kind hat eins, sagt der 12-Jährige zu Hause und die Eltern glauben das. Unser Kind soll doch nicht hinterher bleiben. Wir sind modern und können uns das leisten. Mit dem Smartphone kann das Kind schöne Sachen machen, wie ich in den letzten Wochen erfahren habe. Was das für Sachen sind, interessiert die Eltern wohl nicht so sehr… Unser Kind, weiß schon, was richtig ist.
Also nahm ein Junge seinen Schulkameraden mit dem Smartphone auf, wie er Kreide isst. Der Junge sollte dafür paar Euro bekommen, aber die hat man ihm nur versprochen – nicht ausgezahlt. So hat der freiwillige angehende Superstar die Kreide vor laufender Kamera gegessen. Der Film wurde dann in der Schule vielen begeisterten Kindern gezeigt und auch weitergegeben.
Mein Sohn meint, was für ein Dummkopf. Ich frage, was für ein Film kommt demnächst.
Die Kinder durften natürlich auch ihre Handys und Smartphones auf die Klassenfahrt mitnehmen, um die geliebten Eltern erreichen zu können. Zwar hat der Lehrer die Mobiltelephone nur nach 18.30 Uhr zum Telefonieren freigegeben, aber auch das hat gereicht.
Die Zeit hat auch gereicht, um „interessante“ Filme auf dem Smartphone den Mitschülern zu präsentieren. Interessant wohl mehr für die Polizei.
Ein 12 – 13 jähriger Junge hat im Internet oder auf seinem Smartphone ein Video gezeigt. Das Video zeigte eine Frau in sexuellen Handlungen … mit einem Hund!
Als mein Sohn mir das so nebenbei erzählt hat, war ich geschockt. Er weniger. Ein Junge hat gestaunt, wie gut der Hund trainiert sein musste, wenn er so was mitgemacht hat…
Der Besitzer des Smartphones erklärte den Kindern: jetzt kommt eine echt perverse Szene……., eine?
Ich weiß nicht, was ich tun soll.
Habe meinem Sohn erklärt, warum er sich so was nicht anschauen soll und was das Schlimme daran ist. Er bat mich jedoch, nicht wieder offiziell einzugreifen.