Mateusz

http://translate.google.de/#pl/de/ SZKIC POWIESCI Grzesiek był trochę zwariowany. Powtarzał pierwszą klasę liceum. Ale oczy, powiedział na mój widok. A i on rzucał się w oczy swoim zachowaniem. Nie był taki grzeczny jak inni. Mówił głośno, zbyt wiele i wygłupiał się jak szaleniec. Swoje wypracowanie o Kochanowskim rozpoczął zdaniem, iż był to największy poeta średniowiecza… Pani polonistka miała inne zdanie. Większość z nas też. Czasami biegał z zieloną książeczką Kadafiego i coś wykrzykiwał. Irak ręce precz od Iranu, czy na odwrót… Wydurniał się, ale w sumie był fajny. Można się było z nim pośmiać na przerwach. Chociaż przebywanie w jego towarzystwie nie uszlachetniało w oczach innych, ja go lubiłam. Nie chciałam, żeby mnie z nim widziano, jak jechaliśmy razem do kina. Za niego trzeba było się co krok wstydzić. Ale w naszej paczce z Witkiem, Agnieszką, Ulką i Grześkiem, a potem Leszkiem było nam razem wesoło. Pewnego popołudnia Grzesiek zaprosił mnie do siebie do domu. Od razu zauważyłam, że jego rodzicom dobrze się powodzi. Mieli duże i ładne mieszkanie, chyba 4 pokoje, ładnie i nowocześnie urządzone. Nie tak jak u mnie. Mama i tata – lekarze. Ojciec na placówce w Libii. Oj. Szeroki świat zaglądał tutaj na 4 piętro w wieżowcu przy ul. Międzynarodowej do mieszkania z widokiem na działki pracownicze. Nie spodziewałam się, że ten szaleniec pochodzi z tak eleganckiej rodziny. Saska Kępa była fajną dzielnicą. Oprócz zwykłych bloków stały tam stare, zaniedbane z zewnątrz domy przedwojenne i stare wille z ogrodami. Inny świat. Babcia Grzesia przyjęła mnie i Anieszkę bardzo miło. Piliśmy we trójkę herbatę z cytryną w małym pokoju, a może nawet były „Delicje”, których nigdzie nie można było dostać. Nie pamiętam. Z Grześkiem zawsze było wesoło i na luzie. Sama pewnie bym do niego nie poszła, ale z Agnieszką było o.k. Fajna koleżanka, ładna, mądra, trochę nieśmiała i cicha. Czerwieniła się przy żartach Grzesia. A my wygłupialiśmy się razem z wielką frajdą i bez sensu… Zadzwonił dzwonek. Kolega Grzesia wpadł go odwiedzić, a może był zaproszony? Nie wiem. Kiedy stanął w drzwiach pokoju, zamarłam. Jaki ładny. Poczułam, że to nie przypadek, ale przeznaczenie. Zobaczyłam chłopca, którego nawet w marzeniach nie wyobraziłabym sobie lepiej. Mateusz, kolega Grzesia z podstawówki. Byłam pod wielkim wrażeniem. To było jak grom z nieba. Kiedy go zobaczyłam, wiedziałam, że on jest mój. Mój chłopiec, stworzony dla mnie, na wzór i podobieństwo moich szesnastoletnich marzeń, których nawet nie śmiałabym lub nie umiałabym wtedy sformułować. Idealny. Rozmawialiśmy, Agnieszka się czerwieniła, a ja brylowałam jakby nigdy nic, tracąc głowę z zachwytu nad tym zrządzeniem losu, które zesłało tu mnie i jego – Mateusza z ulicy Walecznych. Od kiedy go zobaczyłam, moje myśli skupiały się głównie nad pytaniem, gdzie i jak zobaczyć znowu Mateusza. Nie mogłam się mu narzucać. Nie wiedziałam, co on myśli, i czy też mu się spodobałam. W końcu ja wydawałam się sobie przeciętną, a on był wyjątkowy. Grzesiek był jedyną osobą, która mogła pomóc. Był dobrym kumplem i przyjacielem. Raz chciał chodzić ze mną, raz z Agnieszką, ale żadna z nas nie brała go na poważnie, o czym doskonale wiedział. Opowiedziałam mu, że Mateusz mi się bardzo podoba, i że muszę go znowu zobaczyć. Grześ nie miał nic przeciwko temu. Obiecał przyprowadzić go na jakieś spotkanie. I tak zaczęliśmy się widywać częściej. Grzesiek go przyprowadzał albo zabierał mnie tam, gdzie mogłam go spotkać. Raz poszłam z chłopakami do kina. Ja, Witek, Grzesiek i Mateusz i „Przeminęło z wiatrem” w kinie Sawa. Myślałam tylko o nim. Innym razem zaprosiliśmy Mateusza do teatru z naszą klasą. Pani polonistka uwielbiała teatr, ja też. Jej mąż lubił się tam zdrzemnąć. Mates pojechał z nami. To było cudowne, że był blisko, ale nie byliśmy razem. Wkurzało mnie to. Dlaczego on nie stoi koło mnie? Dlaczego on rozmawia z kimś innym? Dlaczego on nie podchodzi? Dlaczego on nie pokaże wszystkim, że jest tu ze mną? Nie wytrzymałam tego napięcia po spektaklu i w autobusie do domu. Bo znowu nie stał koło mnie. Wściekła na niego wysiadłam po kilku minutach. Autobus z klasą i Mateuszem pojechał beze mnie dalej. Nie wyskoczył za mną… jak na filmach. A ja sterczałam na przystanku w ciemnościach, gdzieś na Woli, czekając na następny autobus na Pragę Południe, pewnie z przesiadką. Byłam zdruzgotana i czułam się jak idiotka. Do tego nie rozumiałam: Dlaczego on..? Kiedyś Grześ i Mateusz przyszli do mnie na prywatkę. Była też Ula. Robiliśmy zdjęcia, czarno białe, cudowna pamiątka tych cudownych lat na całe życie. Tylko te zdjęcia. Z Ulą i znajomymi bawiliśmy się też w rozmowy z duchami z wahadełkiem i talerzem. Wahadełko szalało w tą i z powrotem. Talerz prowadzony pod naszymi palcami na kartce papieru odpowiadał na nasze pytania do duchów. Tak, nie. Miała też do wyboru litery z alfabetu, ale nie wiadomo było, co mówił i po jakiemu. Talerz sunął w każdym razie w różne strony i mieliśmy wrażenie, że porusza się sam, a my tylko dotykaliśmy go lekko palcami. Byłam zakochana jak nigdy przedtem. Pierwsza miłość. Myślałam o nim ciągle, marzyłam, żeby go zobaczyć. Tęskniłam. Grzesiek mówił, że też mu się podobam. Mateusz dziwił się podobno, że TAKA dziewczyna (jak ja) zwróciła na niego uwagę. Któregoś wieczoru wracaliśmy razem z Międzyborskiej spod mojego liceum ullicą Grenadierów, idąc pod mój dom. Tylko ja i on. Nie wiem jak to się stało, wzięliśmy się za rękę i szliśmy tak razem Grenadierów. Jesień. Cała drżałam. To było tak niesamowite, jakbym żywcem trafiła do nieba i szła z Panem Bogiem na randkę. Byłam w Raju na Grochowie. Mateusz i ja byliśmy parą. Nareszcie miałam pewność, że on też mnie lubi. Pocałowaliśmy się chyba tego wieczoru… Ale to było takie nierealne, że nawet nie pamiętam. Od tej pory czekałam na niego bez przerwy. Czekałam na telefon, na to że przyjdzie po mnie pod szkołę, albo do mnie do domu po południu. Telefon miał wtedy rzadko kto. Ale my oboje mieliśmy. Nie musiał więc lecieć do budki telefonicznej. Nie dzwonił kilka dni, a ja umierałam z tęsknoty. Wreszcie był. Siedziałam mu na kolanach i całowaliśmy się zakochani. Nie umiałam z nim rozmawiać, kiedy był przy mnie. Nie mogłam wykrztusić z siebie słowa na żaden temat. Byłam jak sparaliżowana pragnieniem bycia z nim blisko i zawstydzona tym samym. Traciłam głowę, rozum i głos. Próbowałam mu dać do zrozumienia, że zbyt rzadko go widuję, że wpada tylko, kiedy mu pasuje, albo kiedy ma ochotę na dziewczynę… Powiedział, że tak nie jest…, że wtedy nie do mnie by przychodził… Wszystkie spotkania kończyły się na pocałunkach. Znaliśmy się zaledwie 3 miesiące… Dwoje nastolatków na skraju socjalistycznej Polski i na progu Stanu Wojennego… z rodzicami w pokoju obok, przy „akompaniamencie” głosu Ameryki… i pod uważnym okiem taty. Raz ja byłam u Mateusza. Wspaniały duży pokój w starym domu z innego świata na Saskiej Kępie. Miły tata, ładna mama, widziałam ich przelotem w przedpokoju. Słuchaliśmy muzyki. Czy ktoś był z nami? Nie wiem. Pamiętam Mateusza i jego rodziców. I zimę. I „Perfect”. Wszystko było cudowne. Nawet jego skarpetki. Nie rozumiałam, dlaczego tak rzadko go widuję. Umierałam z tęsknoty. Pisałam wiersze, nie mogłam się skupić na nauce. Ciągle miał jakieś inne spotkania. Z kolegą reperował motocykl, albo musiał jeść obiad z rodziną… Nie dzwonił codziennie i nie stał pod moim oknem. Przynajmniej nic o tym nie wiedziałam. Za to ja stałam pod jego oknem. O czym, być może donosił mu Grzesio. Ulica Walecznych nabrała dla mnie bezcennej wartości krajoznawczej. Spacery po niej bez celu i z celem stały się coraz częściej moim mrożącym krew w żyłach hobby… A może przypadkiem go zobaczę? Tęskniłam. Marzyłam o tym, żeby być z nim. Myślałam o naszych dzieciach, które będziemy mieć, kiedy zostanę jego żoną. Tylko jego nie było. Wszystko inne było ważniejsze, nie ja. Nie wytrzymałam znowu. Mimo, że planowaliśmy wspólnego Sylwestra, a ja nawet pewne kroki w celu pogłębienia naszej intymnej znajomości, nagle postanowiłam zerwać z nim, by nie cierpieć codziennie i nie czekać na próżno. On chyba mnie nie kochał tak jak ja jego. Nie miał czasu na spotkania, albo nie chciał… Nie wiedziałam, że on roznosi ulotki i naraża się dla idei. Nie mówił nic o tym wtedy. Mnie bardziej zależało na mojej pierwszej miłości i zwykłej normalności przy liście przebojów Trójki. Ulotki to ja miałam w domu od tatusia. Wiedziałam, że chodzi do kościoła na Saskiej Kępie. Razem z Grzesiem i Witkiem pomaszerowałam w środku nocy na Pasterkę 24.12.1982 roku, by zakończyć raz na zawsze te cierpienia Izoldy. Nie mogłam tego wytrzymać. Znalazłam Mateusza w kościele i powiedziałam mu, że między nami koniec. Popatrzył nam nie, nic nie powiedział i wyszłam, jak zwykle zdruzgotana. Nie próbował za mną biec, nie próbował mnie zatrzymać, ani nic wyjaśniać. Może mu nie zależało? No i pewnie jego rodzice stali gdzieś obok. On sam zapewne był też zaskoczony takim przebiegiem wydarzeń. Ja w sumie też. Nie byliśmy dorośli, niestety. Przyszło mi żałować tego kroku przez następną część życia… Na Sylwestra poszłam do Gośki. Była tam Ulka i Grzesiek, i był tam… Mateusz. Nie wiem jakim cudem tam się znalazł. Był. Patrzyliśmy na siebie, rozmawialiśmy trochę. O ile ja mogłam coś powiedzieć… To było cudne i straszne. Smutno mi było. Ale on nie wracał do nas. A mnie nie wypadało… Upiłam się pierwszy raz w życiu. Witek odprowadził mnie do domu. Pamiętam jak szliśmy ulicą Zgierską. Zawsze patrzyłam tam na pewne okno w bloku, w którym kiedyś mieszkała Emilka. Mieszkanie wyglądało na pustostan. Myślałam, że może udałoby mi się tam kiedyś zamieszkać bez rodziców. Nie wiedziałam jeszcze jak to zrobić. Na własne lokum nie było w zasadzie nadziei przez następnych 100 lat. A mieszkania z rodzicami miałam dość w wieku lat szesnastu. Emilka i jej rodzice przenieśli się do nowoczesnych bloków na Bródno. Raz ją odwiedziłam, ale takie kontakty w latach dziecięcych urwały się z powodu dzielących nas zbyt wielu przystanków autobusowych i tramwajowych z przesiadkami. Spotkałyśmy się raz jeszcze cudem jakimś jako młode panny na prywatce, na Woli. Emilka była najbardziej wesołą dziewczynką w przedszkolu. Mama i tata, kiedy się godzili po kłótni, posyłali ją po wino. Emilka zawsze dokładnie opowiadała wszystko mnie i mojemu tatusiowi. Lubiła pana Komara. Nad ranem było mi nie dobrze. Ojciec – znachor na każdą okazję – polecał mleko na odtrutkę. I trzeba było wypić. Mleko zwróciłam zaraz do tego samego kubka. Było okropnie. Obciełam włosy na krótko i postanowiłam zostać kimś w rodzaju „Lady Punk”… Dało się to czasami zauważyć. Bo nikt oprócz mnie nie nosił starej czarnej „skóry” mojego taty na dyskotekę, czy ślubnej marynarki tatusia Uli do szkoły…, czerwonego krawata i enerdowskich butów w kratkę, którą namalowałam długopisem… W trzeciej klasie mi to przeszło. I zaczęłam się uganiać za dżinsami i sweterkami z „Pewex”-u, dysponując „bonami towarowymi” (to były takie polskie dolary) z mamusi konta w kwocie: kilkanaście. Mijały dni i tygodnie. Było mi strasznie żal. Niby nie czekałam już na niego, ale byłam zrozpaczona, że teraz to już na pewno nie przyjdzie. Nie zobaczę go. Co ja zrobiłam? On mnie nie zrozumiał. Albo miał mnie w nosie. Nie wiedziałam i nie umiałam sobie poradzić z tymi cierpieniami. Ulka mówiła, żebym za nim „nie latała”. Ale on mnie nie rozumiała, bo nie była w nikim zakochana, tylko wszyscy w niej, z Leszkiem na czele. Ale jej mama nie pozwoliła im razem jechać na urlop do Hiszpanii. Lechu musiał mieć forsę od starych! Miał ojca w Stanach. Mateusz też miał tam rodzinę. Ja miałam mamę w NRD. Zawsze też coś. W tamtych czasach… Nie chciało mi się uczyć, nie chciało mi się żyć. Zapisywałam te spostrzeżenia w pamiętniku, rysując zapłakane serduszka… Pisałam wiersze, których nikomu nie pokazywałam. Nadeszły ferie zimowe. Nie zapomniałam o Mateuszu. Grzesiek mówił, że Mates pojechał do Zakopanego na narty z rodzicami. My też mieliśmy wolne i żadnych planów turystycznych w okresie biedy z nędzą i czołgami. Wpadłam na pomysł, żeby odwiedzić Mateusza w Zakopanem. Ja, Witek i Grzesiek postanowiliśmy wybrać się na dwa dni do Zakopca. Nie pytałam taty o pozwolenie, bo by się wściekł i na pewno by mi zabronił. Zostawiłam mu na poduszce kartkę z informacją, dokąd jadę i kiedy wrócę, i żeby się nie martwił, bo jadę z kolegami, czyli w doborowym towarzystwie… Witka i Grzesia. W pociągu był straszny tłok. Chyba wszyscy ruszyli tego samego dnia z Warszawy do Zakopanego. Razem z nami zabrał się jeszcze jeden kolega Grzesia. Nabrał ochoty zostać moim chłopakiem i chodzić ze mną zaraz w tym pociągu. Ja nie. Wszyscy koczowaliśmy całą noc na korytarzu, na podłodze i plecakach. Było wesoło. Fajna wyprawa, jak się nie ma co robić i ma się cel – odszukać ukochanego! Dojechaliśmy. Nie wiem jakim cudem – dotarliśmy bez znajomości adresu na wzgórze, gdzie zobaczyliśmy Mateusza z rodzicami. Co za przypadek! Jest, na nartach. Zapytałam go, czy możemy się przejść na spacer. Poszliśmy we dwójkę wzdłuż stoku przez śnieg. Witek i Grześ poszli się ogrzać do knajpy obok. Jak się okazało później – nie tylko herbatą… Szłam obok Mateusza i powiedziałam mu, że go nadal kocham. Nic więcej nie umiałam dodać. Miałam nadzieję, że mnie zrozumie i wybaczy mi ten wybryk na Pasterce. Mateusz szedł obok mnie i milczał. Jak długo? Może 15 minut? Zawróciliśmy. W drodze powrotnej chciałam zapaść się pod ziemię. On nic nie powiedział! Zrobiłam z siebie idiotkę, pojechałam do tego Zakopanego, a on nic. Ani słowa! To koniec, pomyślałam, już nic się nie da zrobić. Doszliśmy do knajpy, z której wytoczyli się podchmieleni alkoholem Witek i Grzesiek. Grzesiek stracił równowagę i wyrżnął na lodzie, uderzając brodą w ziemię. Rozciął sobie skórę. Mateusz musiał wracać do rodziców, a ja zostałam w towarzystwie dwóch pijanych nastolatków, których miałam za moich opiekunów. Pojechaliśmy do kliniki, bo trzeba było zaszyć brodę Grzesia, który opróżnił po drodze zawartość żołądka, a Witek wytrzeźwiał w potrzebie chwili dość szybko i sprzątał po nim podłogę w przychodni. Nie mieliśmy gdzie spać i nie mieliśmy tyle forsy, by wynająć jakiś pokój. I chyba nawet nie wiedzieliśmy, gdzie i jak to zrobić. Okazało się, że nie tylko my postanowiliśmy spędzić noc na dworcu w Zakopanem. Hala dworcowa usłana była plecakami i młodymi ludźmi, turystami w czasie ferii szkolnych. Na moje nieszczęście spotkałam znajomego z harcerstwa. Chyba tego, co kiedyś stał ze mną na klatce… Co on sobie teraz pomyśli? Ja z trzema chłopakami. Z tego jeden pocięty na brodzie. Następnego dnia wyruszyliśmy na zwiedzanie Zakopanego, na Gubałówkę, na piechotę, itp. Było zimno i wesoło. Chłopcy na trzeźwo byli na prawdę fajni. Mróz i śnieg. Gdyby jeszcze Mateusz był z nami, a nie na nartach… . W nocy wracaliśmy do Warszawy. Pociąg znowu był przepełniony, a jedyne miejsce siedzące w toalecie… Jechaliśmy prawie całą drogę w kiblu, siedząc prawie jedno na drugim. Przynajmniej można było skorzystać… Bo kto inny, może by nie wpuścił. Jakoś dojechaliśmy umęczeni podróżą, a ja smutna z poniesionej klęski na zimowym śnieżnym stoku…, który mnie niestety nie pochłonął. Ojciec na szczęście też mnie nie zabił. Żartował sobie nawet z kartki, która zadrapała go w łysinę, kiedy kładł się spać… Zachował się zadziwiająco wyrozumiale. On też był nieprzewidywalny. Nawet się specjalnie nie martwił, że wyjechałam, tylko cieszył, że wróciłam cała i zdrowa. Czas leciał. Szkoła, nauka, wiosna. Tęskniłam, pisałam wiersze i zapisywałam moje smutki w pamiętniku… Mama tłumaczyła, że powinnam traktować chłopców jak kolegów i nie działać tak żarliwie… W zasadzie wszystkich traktowałam jak kolegów, ale jego nie potrafiłam. Ktoś przysłał mi wiersze, jakby miłosne, napisane na maszynie. Koperty z napisem: „OCENZUROWANE”. Myślałam, że to od Witka. Ale nie wiem, od kogo. Może od Mateusza? Witek nie pisał do mnie na maszynie. Zamalowywał kartki i zeszyty moimi podobiznami i wierszami do mnie własnoręcznie i wręczał mi je osobiście. W liceach organizowano dyskoteki. To były najfajniejsze soboty i jedyna dostępna finansowo rozrywka. Do „Remontu” poszłam dwa razy, ale tam czułam się niepewnie. Dziwne towarzystwo. Jakieś podgrupy, które się wzajemnie nie lubiły, ale spędzały razem wolny czas w jednym miejscu. Nie było dużego wyboru takich miejsc. Dziewczyny szykowały się, pożyczały ciuchy, buty, żeby się pokazać no i kogoś spotkać. Ja miałam najlepsze i najmodniejsze buty, „Salamandry” z NRD. Ode mnie też koleżanka pożyczyła fajne buty. Mama lubiła robić ze mną zakupy i nie żałowała mi na wydatki w „Exquisitach”. Na dyskotece w „Mickiewiczu” znowu go zobaczyłam. Ale tam były też dziewczyny z jego klasy. Zastanawiałam się, czy także się w nim kochają. 10 lat później zostałam na rok nauczycielką jęz. niemieckiego w tej szkole. Pewnego dnia Mateusz zadzwonił do mnie i zapytał, czy mogę mu pożyczyć książkę. Oczywiście, że mogłam. Więc on on mnie też nie zapomniał? Czego on chce? Zobaczyć mnie, czy rzeczywiście potrzebuje tę książkę??? No nie wypadało mi pytać. Przyszedł, pożyczył „Chłopów” Rejmonta, prawie nie rozmawialiśmy, i poszedł. I co to było? Znowu o nim myślałam… bardziej intensywnie, ale nie robiłam już sobie żadnych nadziei. Przecież znowu nic o nas nie powiedział. Później książkę oddał. I tyle. On myślał być może, że ja z Witkiem… A ja, że on z kimś innym. My nie umieliśmy rozmawiać w tym napięciu emocjonalnym. Przez te miłosne rozterki ledwo zdałam do trzeciej klasy. Zwłaszcza przez matematykę, fizykę i chemię. Rzadko coś z tych przedmiotów rozumiałam bez problemu. Brałam nawet przez jakiś czas korepetycje z matematyki, na Saskiej Kępie. Panią od fizyki można było ubłagać, fizyka później oczarować, a na chemii – siedziałam z Anią, i zakuwałam wzory na pamięć. Powoli pogodziłam się z tym, że nie ma go w moim życiu. Po roku zaczęłam inne życie, bez niego. Ale los nie dał nam o sobie tak całkiem zapomnieć. Kiedyś sprzedawałam w T-Shircie „Run for fun” jakieś rzeczy na bazarze, na „Skrze”, zdaje się, że tak się to miejsce nazywało, na Żoliborzu. I tam nagle stanął przede mną Mateusz. Nie mieliśmy już sobie wiele do powiedzenia, ale za każdym razem moje serce zamierało na jego widok. Kiedyś widzieliśmy się jeszcze przypadkiem w Centrum, gdzieś na przystanku… Też zamarłam. Nie pytałam o niego i nie chciałam już nic o nim wiedzieć. Każdy miał swoje życie. Pewnego dnia po wielu latach mój ojciec przekazał mi pozdrowienia od Mateusza, który pracował w urzędzie, gdzie ojciec składał jakieś podania. Mateusz był burmistrzem dzielnicy, a tata chciał wykupić mieszkanie na własność. Tak się złożyło, że to dzięki Mateuszowi budynek, w którym mieszkali moi rodzice, został sprywatyzowany. Tata mógł więc wykupić wkrótce mieszkanie na własność. Siostra oznajmiła mi już wiele lat wcześniej, że mieszkanie po naszych rodzicach będzie przeznaczone dla jej syna. Tak jakby mnie na świecie nie było, a moje dzieci miały się nigdy nie pojawić. Byłam oburzona, ale ona była przekonana, jak zwykle, o swojej racji. Zobaczymy, pomyślałam. Od kiedy Alina była sama z synem, była miła i grzeczna dla ojca, bo od niego płynęła wtedy pomoc, a może i mieszkanie by jej zapisał.., o ile byłoby to możliwe… Pozdrowienia? I numer telefonu? Zadzwoniłam do niego. Spotkaliśmy się razem z Leszkiem w Pizzerii. Było miło. Tak całkiem po koleżeńsku wspominaliśmy dawne lata. Każdy z nas miał własną rodzinę i dzieci. Mój Adaś miał 2 lata. Dałam Mateuszowi stare zdjęcia z tych minionych „cudownych czasów”. Leszek zawiózł mnie do domu. Dobrze było ich zobaczyć. Rok później znowu spotkałam się z Mateuszem. Nie pamiętam, dlaczego się umówiliśmy. Jadąc do niego miałam stłuczkę. Cały czas czułam, że zaraz na kogoś w tym deszczu najadę. Tatusia maluch stracił reflektor, ponieważ facet jadący przede mną zahamował nagle na Rondzie Waszyngtona, przed szynami tramwajowymi, chociaż wg mnie nie musiał, bo nic nie jechało po szynach. No ale był wieczór, ciemno i deszcz. I najechałam na niego… Tym razem spotkaliśmy się sam na sam. Jedliśmy sałatkę w barze i podwiozłam go samochodem na Mokotów. Nie rozumiałam, dlaczego opowiada mi o żonie, z którą ma zamiar się rozstać, jakiejś ukochanej na boku i spotyka się ze mną jako trzecią… Co prawda tylko na herbatę. Dziwny facet, pomyślałam. I znowu nic między nami nie było. Rok później umówiliśmy się ponownie. Tym razem było lato, jego rodzina na urlopie, a on sam w Warszawie. Przyjechał pod mój blok z bukietem róż. Zmienił się przez tyle lat (wyłysiał!), ale był nadal tym samym Mateuszem, którego wtedy poznałam. Pojechaliśmy do restauracji na Saskiej Kępie. Tam pokazał mi moje zdjęcie, które zabrał wtedy Grzesiowi. I nadal je nosił przy sobie? Miło mi było, ale nie wiedziałam, o co chodzi. Opowiedział o żonie i dzieciach. Acha, fajnie, czyli teraz znalazł chwilę dla mnie…, kiedy rodzina jest na wakacjach. Niezły numer z niego. No ale cóż. Mój Mateusz, mój… Nie chciałam obejrzeć jego mieszkania ze „zdjęciami rodziny na kominku”. Poszliśmy na spacer nad Wisłą, do baru na piwo, a potem przez most Łazienkowski w kierunku mojego domu na Solcu. Było cudnie. Szliśmy za rękę jak wtedy i dzieliło nas tylko 25 lat, jedna żona i kilkoro dzieci… Poza tym było tak jak dawniej. Między nami nie wiele się zmieniło. Przed moim blokiem usiedliśmy na ławce i zatonęliśmy w dawno wyczekanym pocałunku. Chciałam z nim pójść gdziekolwiek na całą noc…, ale on musiał wracać. Ze względu na jego stan cywilny, nie odważyłam się nic zaproponować wprost, myślałam, że zadzwoni jeszcze następnego dnia… Zachęcałam go, wysyłając SMS-y o dwuznacznej treści. Przecież mieliśmy jeszcze kilka dni wakacji, a ja nie miałam ochoty czekać następnych dwadzieścia lat… Wysłał potem tylko kilka maili bez sensu. Ale na telefon musiałam czekać następnych kilka lat… Co to było??? Znowu frustracja. Kiedy się odezwał, był rozwiedziony. On też czekał na odpowiedni moment, kiedy będzie mógł to zrobić. To ja byłam tą ukochaną, dla której miał zamiar się rozwieść… A jednak! Na koniec okazało się, że mamy córkę – spłodzoną IN VITRO w USA. Córkę, o której marzyłam mając 16 lat. Nic o niej nie wiedziałam. Chociaż czasami o tym myślałam, że dzieci Jacksona były w wieku moich komórek jajowych, gdyby doszło do wyklucia się maleństw… Kiedy zobaczyłam je na pogrzebie Michaela, bez masek motylka na twarzy, pomyślałam: To chyba moje dzieci! Paris była do mnie wtedy bardzo podobna. Jednak zdarzają się cuda. Być może mamy nawet więcej dzieci. Bo to był mój Mateusz. P.S. Grzesio wyleciał ze szkół. Także z wieczorowej „Sorbony”. Został sanitariuszem, ale rozpił się, jak wielu innych w tamtych czasach. Handlował trochę jakimiś łachami, czy książkami pod „Uniwersamem” (Uniwersam Grochów – budynek handlowo-usługowy w Warszawie na Grochowie, pierwsze w stolicy dzielnicowe centrum handlowo-usługowe skupione pod jednym dachem, oddany do użytku w 1977 roku przy ul. Grochowskiej 207[1]. Zlokalizowany jest przy Rondzie Wiatraczna w dzielnicy Praga Południe). Raz pożyczył 50,- zł od moich rodziców. Chciał tylko 20,- ale mama akurat nie miała drobnych. Nie oddał oczywiście. Wylądował najpierw w mieszkaniu dziadków z żoną i dzieckiem. A potem na ulicy, bo miał trudny charakter. Nie do poznania dla byłych znajomych, bezdomny (?). Mateusz umieścił go w domu opieki. Powinniśmy go tam razem odwiedzić! Z Leszkiem też mam dziecko! In Vitro!

418275_316375311742280_1438769096_n431638_316373055075839_2038449763_n419208_316374068409071_405927280_n

Hinterlasse einen Kommentar