Joachim

Schizofrenia a miłość
Poszłyśmy do knajpy, obie zrozpaczone i po przejściach.
Ja chciałam się rozstać z mężem, a z nią mąż właśnie się rozstawał. Nikomu nie było lekko, a my miałyśmy obie nadzieję na jakiś cud.
Stałyśmy przy wysokim stoliku barowym w knajpie „Enchilada”. Dookoła pełno ludzi, czyżby wszyscy się z kimś akurat rozstawali?
Do knajpy weszło dwóch młodych mężczyzn. Przeszli koło nas, nie patrząc na nas. Jeden od razu rzucił mi się w oczy, Boże, jaki przystojny.

Powiodłam za nim wzrokiem, jakbym ujrzała ten cud, na który tutaj właśnie czekałam. Przeszli do następnej sali, niestety…, ale wrócili po krótkiej chwili!
O rany… Zatrzymali się przy barze, kilka metrów od nas, ale nie daleko. Zamówili coś. I on spojrzał w naszym kierunku, jakby bardziej w moim… O Boże, pomyślałam, i wszystko mi się wewnątrz ścisnęło – jakby ze strachu i z zachwytu zarazem. Ale cudny!!!
Luba, popatrz, on chyba się tu patrzy. Luba spojrzała przez ramię, no patrzy się.
O, Jezu, co robić. Stoję, myślę, wszystko na wysokich obrotach….
Patrz, chyba się jeszcze raz spojrzał..? No spojrzał, potwierdziła Luba. A ja stałam wpatrzona w mój cud w czarnym swetrze. Co robić???
No jak on mnie nie zagadnie, to wszystko przepadło. Co ja mam zrobić??? Jakby piorun we mnie strzelił. Kilka minut patrzyliśmy na siebie ukradkiem, niby tak i niby nie. On się chyba lekko uśmiechnął, jakby do mnie, może…??? Raczej nie do Luby…
Kurwa, niech się dzieje, co chce, teraz, albo nigdy. Jak nie teraz, to nigdy. Idę, przedstawię się. Trudno, najwyżej się potem utopię, albo co… Ruszyłam, nie wiem, czy powiedziałam Lubie, co ja robię, a może sama nie wiedziałam.

Mam na imię Joanna, podeszłam do niego i powiedziałam. Był zaskoczony, ale raczej tak pozytywnie, jakby i on miał nadzieję, że ja podejdę…. I wróciłam do stolika i zadziwionej Luby. Przedstawiłam mu się, wytłumaczyłam jej. A on co? A on ma na imię Joachim. Mhm.
Za chwilę pożegnał się z kolegą i podszedł do naszego stolika. Niemożliwe! Stał się najprawdziwszy cud! Coś, co zdarza się tylko w filmach i w książkach. Nie mogłam uwierzyć, że to jest na prawdę! Podszedł i odezwał się. Stanął obok nas i rozmawiał, jak żywy.
Jakby anioł szczęścia spłynął osobiście na nasze ramiona i patrzył nam w oczy. O Boże, on – tutaj, koło mnie! Zamieniliśmy kilka słów. Nie wiem, dlaczego, ale zapomniałam, że Luba stoi obok, i że razem tu przyjechałyśmy moim samochodem… Powiedziałam jej, że wróci sama autobusem, bo ja właśnie wychodzę z Joachimem… Raczej nie była zachwycona, ale w tym momencie, sorry, siła wyższa, cud.
Wyszłam z nim z knajpy. Poszliśmy się napić czegoś razem, we dwoje, w innym miejscu. Było chłodno i ciemno. Porozmawialiśmy, już nie wiem, o czym, tak było jakby tak miało być….
….. Po jakiejś chwili…
Boże, jak on mi się podobał. Byliśmy sami w samochodzie. Jego dłoń. On obok mnie, oddychał, siedział jak człowiek zwykły, a cud normalnie. Czułam się jak w bajce, jak na ekranie, jak w powieści… To było tak cudownie nierealne.
Chciałam go dotknąć. Za rękę, objąć, pocałować…

Do niego, na herbatę?
Nie chciałam na herbatę… Za wcześnie i za późno było zarazem, po 22.00… Dał mi numer telefonu i wysiadł z samochodu.
…. Po kilku dniach, czy jak tam…
Pojechaliśmy wieczorem do lasu. Na parkingu pocałowaliśmy się w samochodzie.
Ja go tak pożądałam, że najchętniej oddałabym mu się zaraz na miejscu…. No ale, na miejscu nie było okazji i zimno, listopad…
Za kilka dni.
Poszłam do niego. Podkręciłam kaloryfer, bo było chłodno, a ja miałam się zamiar rozbierać…

No powiem krótko: chciałam go dotykać, pieścić, objąć, całować, lizać, być jednym ciałem – z nim, być blisko. To samo wynika, to spływa, jak głód i pragnienie, PRAGNIENIE. Pragnęłam być blisko. I on chyba też czuł podobnie, bo pierwszy zdjął sweterek. No potem, to już oboje zaczęliśmy zdejmować…, aż już wszystko było zdjęte…
Całowaliśmy się. On mnie polizał przy uchu, czy w uchu.., fajnie… Od tego przechodzą ciarki, i po szyi…
I ja chyba też go lizałam, nie wiem. To po prostu jest jak instynkt. Dziki, nagi instynkt, być blisko i pożreć delikatnie…
A potem to już jakiś szał w nas wstąpił i kochaliśmy się. On we mnie, ja na nim, z prezerwatywą, której umiał używać! Już nie wiem co i jak, ale było cudnie. Ogólnie to trwało zadziwiająco długo…, pomyślałam… On też jakiś był zadziwiony na koniec…, albo dziwny jakiś… i smutny.

… „russians love the children too”…, śpiewał Sting z płyty kompaktowej…
To go też nie rozweseliło. Zamyślony i już na wpół nieobecny…

Powiedziałam: ale ty długo możesz…. A on odparł, że nie…. Co mnie zdziwiło, bo sama byłam właśnie raczej świadkiem… Było cudnie, ale i trochę obco. My się prawie nie znaliśmy, ale oboje byliśmy już w sobie zakochani…

Wyszłam.
Przeraziłam się następnego dnia. Co ja zrobiłam? Mówił, że studiuje, ale to może być zboczeniec, morderca, w ogóle jakiś potwór, nie znam go wcale… No i był trochę dziwny. A ja tam poszłam…
I miałam ogromne wyrzuty sumienia. Jakbym dokonała przestępstwa. Bo przecież miałam jeszcze męża. Chociaż z mężem byliśmy już na etapie rozstania.

Z mężem tak dłużej być nie mogło, bez dzieci, bez rodziny, bez sensu życia.
Czułam, że z Joachimem przeżyłam cud jakiś, niedozwolony obyczajem i prawem w mojej sytuacji… rodzinnej… Bo przecież oficjalnie byłam tylko sama w kinie…
Poszłam do niego znowu kilka dni później.
Tym razem byliśmy jacyś bardziej delikatni. Położyłam się obok niego, policzył mi zęby, i zaraz się przytuliliśmy i on wszedł we mnie, jakby pierszy raz… i jakby ktoś inny niż poprzednim razem… Wszystko trwało krótko, ale inaczej, delikatnie.
Teraz ja bardziej chciałam i czułam, że chcę się z nim połączyć i otworzyć, bo się zakochałam. Teraz to będzie tak idealnie… Szybko doszedł. I jakby mi go zabrakło… Nie było idealnie, ale było miło, cudnie. Leżeliśmy tak cicho i czule obok siebie przez moment. Cudne te jego oczy. Umierałam z zachwytu nad nim. Przepiękny mężczyzna.
I chyba raptem wstał i się ubrał. Kiedy wrócił z łazienki, zachowywał się obco i zimno, jakby nic się nie wydarzyło, jakby mnie nie znał.
Nie wiedziałam, co ja mam robić. Usiadł za stołem i robił coś, jakby mnie nie zauważał. Pisał albo czytał. Nic nie mówił.
Ubrałam się i wyszłam po chwili, mocno zdziwiona, co on robi???? Co to za pożegnanie? Co to było????? Ani słowa, co dalej???
No a potem budziłam się w nocy z pożądania. Byłam jak rozpalona i nienasycona. Jakby płonął we mnie ogień, który tylko on miał ugasić. Tylko on, i tylko z nim… Nic innego nie pomagało… To nie to.
Chciałam go słyszeć i widzieć i bałam się tego potwornie. Bałam się zadzwonić i odezwać do niego, i niczego nie pragnęłam więcej, niż właśnie jego, usłyszeć go chociaż…, zobaczyć, chociaż z daleka. Coś mnie siłą pchało do niego i nie dawało spokoju, aż zadzwoniłam. Nie, dzisiaj nie – usłyszałam, heute nicht. Nie miał czasu. O mało nie upadłam w budce telefonicznej. Strasznie się bałam i strasznie chciałam, żeby mnie pożarł.
Ja po prostu chciałam być przy nim i niech się dzieje co chce. Jeszcze raz tak blisko!
Widzieć go, słyszeć, dotknąć…, całować i być blisko, czuć go we mnie i patrzeć mu w oczy.
Szał dusz i ciał. Ale on nie miał czasu… Siedział sam w pokoiku przed komputerem i nie miał czasu… A ja pod oknem… I tak mijały dni i tygodnie… I tylko jego lampa w oknie i rolety mówiły mi, czy jest i co robi i skrzynka pocztowa. Napisałam do niego list i wrzuciłam mu do pokoju pod drzwiami. No, że się zakochałam, że jest cudowny, i że chcę go zobaczyć.

Zostawiłam mu wiersze. Na miękkich nogach skradałam się do tej skrzynki i zaglądałam do niej, drżąc ze strachu.
Kiedyś znowu tam weszłam. Może nie zapraszał, ale wpuścił. Otworzył drzwi. Ale nie patrzył na mnie i rozmawiał, jakbym była jakimś wrogiem. Był bardzo dziwny. Raptem powiedział: Wyjdź stąd!
Nie zrozumiałam, o co mu chodzi.
Wyjdź! – powiedział bardziej ostrym tonem.
I o mało mnie nie nie pobił, złapał przy szyi i wyrzucił z dzikim rykiem…
Keiner verlangt es von dir, dass du das verstehst!!!!!!!!!!!
Dobrze, że nie zdjęliśmy wcześniej sweterków… Buty wykopał za mną…
Zapytałam o niego w galerii, gdzie pracował jego przyjaciel. Powiedział o nim: zawsze miły, zawsze spokojny. Dobra partia!

Nie rozumiałam. Przy mnie zachowywał się momentami okropnie, jak szaleniec. Zaczęłam czytać.
Borderline, eine Art Schizophrenie. On sam mi coś takiego powiedział.
Ja nadal tęskniłam. Czytałam, „wyłam do księżyca”… Codziennie przejeżdżałam przed jego domem w drodze do miasta i z powrotem. Wiedziałam, czy jest u siebie w pokoju. Czasami stał na balkonie i palił.
Minęło kilka tygodni i kiedyś jeszcze raz udało nam się trochę pozdejmować…
I miałam wielką ochotę lizać go, nie pod sweterkiem… Ale nie chciałam się tak nachalnie już teraz oddawać za kopa w dupę, którego mogłam oczekiwać za chwilę… Jak to zrobimy, zapytał? No i chyba przejęłam inicjatywę w swoje ręce…, już nie pamiętam… ale było nam dobrze.

Minęło kilka miesięcy. Widywaliśmy się bardzo rzadko, jeżeli już, to przypadkiem, wychodzonym przeze mnie… To miasto jest dość małe…

Rozstałam się z mężem. Wynajęłam pokój niedaleko.
Kiedy przyszedł raz do mnie, to on mnie lizał. Rzucił się na mnie, jakby teraz on mnie chciał zjeść… A potem patrzyliśmy sobie w oczy. Ja na nim jakoś tak blisko. I to było takie cudne uczucie jak w mojej bajce…
Jakby nasze dusze się odnalazły w raju…, na ziemi…
Miłość chyba i szczęśliwość… na chwilę… Jakby nirwana (?). Tego szczęścia nie da się opisać. Tego połączenia ciał i dusz, i to zaufanie bez słów.  Mimo, że za chwilę, mogło być całkiem inaczej….
No a potem on znowu mnie nie znał tygodniami i nie miał czasu na nirwanę…
A ja z niej wyrwana i kompletnie zdruzgotana… jej brakiem.
Czułam się jak płodna samica w okresie godów bez samca, który wolał być sam w pokoju, tygodniami… Chociaż mówił: wenn wir irgendwann Kinder haben…
Oszalałam. Zaczęłam być trochę jak on…  Ist Schizophrenie ansteckend??? Czy można się zarazić schizofrnią? Chyba tak, ja się poniekąd chwilowo zarażam…

Pracowałam normalnie jako nauczycielka i szalałam z miłości nienormalnie. Było to trudne do pogodzenia. Niektórzy zauważyli. Jeden kolega miał ochotę wykorzystać moje rozpalenie i skierować je na siebie, ale mu się to nie udało… Tym bardziej, że był żonaty…, ale o tym chwilami zapominał…, zwłaszcza patrząc mi w oczy…
Luba przestała być moją znajomą.
Rozstałam się z mężem i byłam wolna dla niego. A on zniknął, żeby mnie nie zabić – z miłości? To było straszne. Stał się nieobecnym kochankiem, z którym się nie rozstawałam przez dobre dwa lata…?
A potem jakoś odszedł dalej… Nie miałam nawet jego zdjęcia.
Wreszcie zaszłam w upragnioną ciążę i urodziłam syna. Bardzo powoli zapominałam o nirwanie i o strachu przed nim.
Zostałam mamą.
Mam też dziecko z nim. In vitro.
To był prawdziwy cud.
Joachim? Immer freundlich, immer ruhig, eine gute Partie..!

Hinterlasse einen Kommentar