Era telefonii komórkowej

17.01.2009

Nastała era telefonii komórkowej. Doczekaliśmy się. Nie tylko telefonu w każdym domu, ale nawet w każdej kieszeni, choć nie na każdą kieszeń… Zastanawiam się, jak mogliśmy żyć kiedyś, nie tylko bez łącz telekomunikacyjnych dostępnych powszechnie, ale nawet bez internetu i telefonów komórkowych?
Żyliśmy, robiliśmy zakupy, umawialiśmy się, spotykaliśmy się nawet – mimo braku połączeń satelitarnych. Dziś bez telefonu komórkowego trudno kupić nawet najprostsze rzeczy.
Mój przyjaciel poszedł wczoraj do apteki, do bloku obok, po Ibufen w tabletkach. I zaraz po wyjściu z niej połączył się ze mną przez satelitę, żeby poinformować mnie, że Ibufenu nie było, był Ibuprom (to samo, o innej nazwie), więc nie kupił. Musiał iść raz jeszcze i dostał burę za spostrzegawczość. Ale komórka się przydała! Mógł też zapytać panią w aptece, albo mnie przez domofon.
Wieczorem miał kupić „kaszkę jak Nataszkę”, czyli płatki owsiane, zwane tak u nas w domu przez sentyment do niani, która chętnie karmiła nimi mojego syna na śniadanie, obiad i kolację. W sklepie były płatki, ale jęczmienne i w dodatku błyskawiczne. Mój przyjaciel nie zastanawiając się, nie pytając sprzedawczyni o nic, ani nie prosząc o radę, zadzwonił do mnie, łącząc się z blokiem obok sklepu przez specjalnie skonstruowane ku temu ręką ludzką i wyniesione na orbitę okołoziemską ciała niebieskie. Człowiek –współtwórca kosmosu, umożliwił nam porozumienie się, że kaszka ma być owsiana. Cena kaszki podwoiła się po tej rozmowie. Wziął więc taką, a dziecku i tak nie smakowała, bo nie była błyskawiczna.
Sądzę, że w niejednej rodzinie dzwonią komórki, kiedy strapieni mężowie nie są pewni, czy kupić chleb razowy, czy biały? Jogurt truskawkowy, czy malinowy? Dżem wysoko-, czy niskosłodzony? Wino czerwone, czy białe? Podpaski bez, czy ze skrzydełkami?
Teraz nie da się żyć bez komórki!
No ale kiedyś było łatwiej. Wybór nie stanowił problemu, bo go prawie nie było. Dzisiaj mamy die Qual der Wahl.

Z serii: Listy do redakcji

Warszawa, 29.07.08

Szanowny Panie Redaktorze,

nie zauważam na razie ubocznych skutków pisanych przeze mnie i wysłanych maili do Pana, mam nadzieję, że Pan także. Z chłodnikiem to trzeba zawsze z umiarem w te upały…

Nawiązując do rozmyślań nad użytkownikami polskich dróg i chodników, dręczą mnie pytania, na które staram się znaleźć odpowiedź.

Będąc ostatnio na Saskiej Kępie i poruszając się zgodnie z przepisami po drodze dla pieszych, czyli chodniku lub raczej trotuarze, bo ulica to była Francuska, napotkałam na pewne trudności w swobodnym przemieszczaniu się, gdyż takowe utrudniały zaparkowane tam pojazdy mechaniczne podobne do czołgów.
Czyżby znowu stan…???
Nie, to tylko pokolenie dzieci stanu… dorobiło się wreszcie własnych wehikułów i wprowadziło je, realizując marzenia dzieciństwa, na ulice, i co ważniejsze, na chodniki Warszawy. Chciałabym tu podkreślić wspominaną w literaturze przez największe autorytety ważną rolę przeżyć z lat najmłodszych, niestety.
Zastanawiałam się, dlaczego po mieście tak zatłoczonym samochodami, mieszkańcy, a może przyjezdni poruszają się samochodami terenowymi, jeepami, i czołgopodobnymi limuzynami o ciemnych szybach i długości trzech samochodów marki Mały Fiat, które też były przecież marzeniem naszego dzieciństwa.
Olśniła mnie myśl, że te ostatnie świetnie nadają się także na tak zwaną ostatnią drogę, więc może kierowcy są przewidujący i nie chcą ponosić dodatkowych kosztów pogrzebu, a szansa na przeżycie jest na polskich drogach nie zadowalająca. Być może w razie czego, podrzucą kogoś w tej ostatniej posłudze i dorobią sobie na jedną z rat kredytu, którego pewnie i tak nie spłacą osobiście, chyba, że ich prawnuki…
Samochody (tzn. ich właściciele) parkują więc gdzie chcą i jak chcą, przodem, tyłem, bokiem, po lewej i prawej stronie ulicy oraz na środku chodnika, uniemożliwiając przejście matkom z wózkiem, osobom niepełnosprawnym na wózku, czy o kulach. Czasami kierujący pojazdem zostawiają nawet pół metra odstępu od ulicy, ażeby jakiś konkurencyjny kierowca nie wniósł uszczerbku na lakierze i polakierowanym zderzaku, rzecz jasna, który ma zdobić a nie amortyzować, co najwyżej od zderzeń z nogami przechodniów, których zakurzone miejskim pyłem ubranka, mogą wyrządzić wehikułom mniejszą krzywdę.
Zastanawiam, się, nad słusznością wprowadzenia zakazu ruchu dla pieszych na chodnikach, zawłaszcza dla dzieci, które nieobliczalne ruchowo mogą staranować lub wybrudzić stojące grzecznie i wypucowane samochody.
Straż miejska, której to przedstawiciela zapytałam o przepisy, jest raczej mało zainteresowana
pojazdami blokującymi na chodnikach, gdyż akurat zagadnięty przeze mnie przedstawiciel zajęty był pilnowaniem i karaniem dwóch kryminalistek, które sprzedawały w okolicach ul. Francuskiej kilka kilogramów czereśni z działki, w celu przeżycia do opadnięcia jabłek.
Strażnik poinformował mnie, że przejście na chodniku powinno wynosić 1,5 m. I to tyle.
Nie był zainteresowany interwencją przeciw kilkunastu samochodom. Z kryminalistkami mógł sobie pewnie pogadać, a może i czereśni dla dzieciaków dostał, co zmniejszyło kobietom karę o 8,50 za kilogram..

Z poważaniem

Joanna Krupińska

Sama nie wiem,dlaczego…

20.12.2008

Niech Pan Redaktor się na tą ździrę nie gniewa, Panie Redaktorze,
bo ona w ogóle nie wie, co pisze. Mój Boże.
Jestem z tą wariatką już 42 lata w związku pozamałżeńskim i wiem, co to znaczy. To mi nikt nie wytłumaczy, jak to jest, bo sam wiem najlepiej i już tylko może być gorzej niestety. Bo my pasujemy do siebie jak wół do karety!
Wie Pan, ale kościelny się wzięło, no bo sam Pan wie, na pochyłe drzewo itepe. Więc i ja się na to nabrałem, że pochyłe, jak się tak pochyliła… I mam. 42 lata się tak męczę.
Dobrego słowa nie usłyszę, tylko, że ja to cham a ona poetkom podobno jest. Tylko że nic się nie rymuje, co ona pisze!
Więc proszę Pana Redaktora, ona jest umysłowo chora i tak pierdoli trzy po trzy, mniejsca szuka na sprzątaczkę.
Wcześniej to w szpitalu sprzątała, podawała kaczkę, dlatego taka delikatna o te siki, jak jej się rozchodzi. Ale Pan sam jeszcze chyba do toalety chodzi? Czy też by się jej niewielka pomoc przydała (HE HE!) Ona, jak kce, to dla duszy ulży i dla ciała. Dlatego się z nią męczę te 42 lata. Mąż oraz jej czworga dzieci, tata.

List od Geni:

Plose panA. Tata wcale nie ma lacji. BO maMa jak naipse wypracowanie mi do szkoły, To mi zazdroscom inne matoły. I pani Daje 3x. A z matematyki to nawet laz ctery dostalam, jak mi wysło. Mama mi pomagała w liceniu. I muwi, baldzo ładnie Gieniu!

Gienia

To i owo, znowu bez sensu

Dzień pierwszy 05.01.09

Drogi Czytelniku,
z bólem serca zwierzam ci się z moich rozterek miłosnych, związanych z zalotami do mnie pewnego wrażliwego i znanego osobnika płci męskiej. Otóż obywatel ten postanowił wreszcie po dwóch latach esemesów i połączeń telefonicznych, wpaść do mnie na pierwszą randkę z kwiatami, szampanem i winem oraz wspólnym kolegą, ponieważ samemu to straszno tak jakoś do kobiety… jeszcze coś powie, albo herbatą poczęstuje i dopiero będzie…
Więc czekałam na nich wczoraj od rana, ściany dookoła włączników do światła odmalowałam, bo były czarne od obmacywania przez poszukujących drogi do jasności. Odkurzyłam kurze, zmyłam, co się dało i czekałam. Czas płynął. Muzyka z radia też.
Nagle buch! Nagle uch! Zawył młot pneumatyczny u sąsiadów, zaryczały piły do metalu i zawaliły młoty w ściany! Albo coś w tym stylu. Nowy rok, nowe przedsięwzięcia i od razu w realizacji! I to akurat dzisiaj, kiedy ja zaplanowałam pierwszą randkę z wrażliwym osobnikiem…, a może nawet by o rękę poprosił!? Ale jak on to przekrzyczy? Huk, cięcie, rżnięcie, walenie i zapach spalenizny wypełniły moje pokoje, zakłócając spokój ogniska domowego, chociaż czuło się zapach spalenizny….
Być może chłopcy poczuli na parterze pismo nosem, usłyszeli warkot pił i walenie młotów i nie odważyli się pokonać tej nawałnicy, rozpętanej na 3 piętrze, aby dotrzeć na piętro wyżej, czyli do mnie. Czekałam nasłuchując w rozpaczy…
Myślałam sobie: nic, tylko przerabiają kawalerkę na wymarzone dwupoziomowe M-4. Gaz się odetnie a kuchenkę zlikwiduje, zaoszczędzi się, bo kryzys, bezrobocie, a po co gotować, skoro i tak wszystko w proszku, tylko gorącą wodą zalać z czajnika i gotowe, niebo w gębie z gorącego kubka, w postaci kaszki, lub sproszkowanych ziemniaków.
Tam gdzie był gazomierz będzie sypialnia rodziców, planowałam w myślach. Balkon będzie przechodni, WC zrobi się w kuchni, zaoszczędzi się wodę ze zmywaka do spłuczki, a i drogi się nie nadłoży. Tam gdzie wanna będzie pokój dziecinny dla Bożenki, Stasia i Piotrusia. Dwupoziomowy przedpokój ze schodami utworzy miejsce dla większej ilości pawlaczy. Z czterech stopni się nie spadnie daleko. Szkoda tylko, że na kominek miejsca nie starczy. Kowalscy sobie wbudowali pod parapetem i mają taki elektryczny, a jak ładnie i przytulnie! Od razu inaczej!
Leżałam tak i zazdrościłam sąsiadom pomysłu, ale ubolewałam nad jego aktualnym wprowadzeniem w życie, akurat w dniu pierwszej ważnej randki z nim!!! Z nim!
Niech on już lepiej przyjdzie dzisiaj, powtarzałam w myślach, zanim rury popękają na tym mrozie, bo w zimnicy takiej, – 15 na zewnątrz, to dopiero będzie randka…, trzech pierzyn nie wyczaruję, a watę do uszu mam! Zresztą on już starszy, może by mu ten hałas nawet nie przeszkadzał tak bardzo…? Bo ja w zimnie to ani rusz, normalnie.
On nie nadchodził. Ani sam, ani z kolegą, ani, ani… Zima za oknem, mróz siarczysty, a on może marznie biedulek, wraz z kolegą i nasłuchuje, czy atmosfera już sprzyja…. Miałam nadzieję, że dadzą robotnikom kwiaty i budowlańcy zrobią jakaś dłuższą przerwę na papierosa, czy piwo, sklep, dzięki Bogu tuż, tuż…
Niestety! Walenie trwało jeszcze kilka godzin. Więc moi goście albo zamarzli, albo odeszli. Nie wiem, co z kwiatkami i szampanem!? Szkoda by było…
Następnego dnia okazało się, że to nie przebudowa mieszkania, a po prostu nowe drzwi stalowe oraz dźwiękochłonne były pośrednim powodem hałasu w całym domu. Sąsiadka zabezpieczyła się po 40 latach zamieszkiwania w naszym bloku za drewnianymi drzwiami przed włamaniem i odgłosami nadchodzących do mnie narzeczonych z kwiatami i szampanem…

Dzień drugi

Z ulgą stwierdzam, że dziś nic nie słyszę. To znaczy słyszę, ale w bloku jako takim – spokój, cisza, atmosfera ogólnie sprzyjająca odwiedzinom. Ale chyba z braku odwagi, chęci a może czasu, ze strony narzeczonego, zostanę pewnie bezrobotną pisarką pamiętników, które wysyłam pod postacią E-Mailo-butelek w świat, na znane mi adresy emailowe znalezione w stosach makulatury gazetowej…., nie?
A więc dzisiaj też czekam. Wyjrzałam sobie przez okno, zima, mróz jak wczoraj, na balkonie śnieg, a pod śniegiem, o rany, rower dziecka zamarznięty pod płachtą. Szkoda go w zasadzie, bo może tych – 17 stopni Celsjusza nie wytrzymać bez szwanku i uszczerbku na lakierze, gumie i na tym, co tam jeszcze ma. Bo to nie rower dla Eskimosów. Otworzyłam więc drzwi balkonowe z narażeniem zdrowia i wniosłam zmarznięty rower do pokoju. Buchnęło od niego zimnem jak z lodowego pieca. Postawiłam pojazd na gazetach i stoi. Stoi, a ja myślę, gdzie by go tu przechować przez zimę? Piwnica już zawalona. Zresztą tam się włamują czasami zdesperowani osobnicy, którzy nie mają jeszcze roweru na środku tzw. dużego pokoju, czyli 3,5 – 4,5m, zapełnionego regałami, sprzętem RTV, stołem, ławą, krzesłami i oczywiście sofą rozsuwaną, albo raczej rozsuniętą, bo przecież nie chce się z nią walczyć dwa razy dziennie, narażając kręgosłup i kości, tracąc siłę i miejsce do leżenia przed telewizorem oraz od dzisiaj także przed rowerem.
No ale jakie to polskie mieszkanie w bloku bez roweru? Znaczy, że albo ktoś dzieci nie ma, albo sam jeździć nie umie. Albo piwnicę ma dwupoziomową?
Tak więc w okresie zimowym zawsze będzie na co popatrzeć, jakby w telewizorze sama nuda leciała. Mamy rower.
A co, jak goście przyjdą? Ach, czasy się tak zmieniły, że teraz już goście nie przychodzą. Teraz goście, czy rodzina, co sobota i niedziela udają się do ulubionego Centrum Handlowego. Tam kupują sobie, albo oglądają, czego sobie kupić nie mogą. Obyczaj chodzenia w gości przemija.
No bo do kogo tu iść, kogo zaprosić, żeby sobie i innym wstydu nie narobić? Mamy mieszkania albo za małe i za biedne, albo za duże i za bogate. Biedniejszy kuzyn do bogatszego nie pójdzie, bo go zeżre normalnie… A po co i takiego zapraszać? Żeby zazdrościł i wyliczał nam te nasze raty co miesięczne, co nam z oczu sen spędzają? A bogaty do biednego nie pójdzie, bo co on tam zobaczy normalnie…?
Rower na środku pokoju, albo w wannie???
A i porozmawiać dziś nie ma o czym, jak jeden kuzyn bezrobotny…, a drugi dyrektorem w banku… na przykład.
No bo jak tu gadać? Na biednego żal patrzeć, ale jeszcze bardziej żal pomóc, bo może na piąte piwo w hotelu w Egipcie nie wystarczy, a po czterech pić się chce. To już lepiej nie patrzeć, jak się ten nasz bezrobotny kuzyn męczy. My w kościele na tacę dajemy.

Wieczór

Kiedyś ludzie się odwiedzali. Wyszykowani jak na bal sylwestrowy opuszczali swoje cztery ściany by po schodach lub windą dotrzeć do malucha i udać się nim w podróż na obiad do cioci albo bratanicy. Dzieci bawiły się w czwórkę w jednym pokoju, dorośli rozpracowywali pół litra oraz komunę przy dyskusjach o wszystkim i o niczym. Mieli zawsze dużo do powiedzenia, zwłaszcza o tym ostatnim. Dzieciom było z nimi zwykle nudno. Ale było rodzinnie. A jeśli to było lato, dzieciaki wisiały na trzepaku, który świetnie zastępował cały plac zabaw. Dzisiaj na placu zabaw mało kto się zna albo chce znać. A dzieci umawiają się na wspólne zabawy jak na randki czy konferencje. Nie można po prostu zadzwonić, czy wpaść do kogoś znajomego. Kiedy nie było telefonów komórkowych ani stacjonarnych w większości domów, kontakt osobisty był czymś naturalnym. Teraz nawet zadzwonić ludziom za drogo, i tylko po 18, albo w weekendy, bo wtedy w ramach abonamentu. Nie daj Boże pogadać, żeby kosztowało coś więcej.
Może to przez to, że bywałam tutaj przez wiele lat głównie na święta i w wakacje, chciałabym wrócić do bliskich w kraju, który pamiętam sprzed lat. Ale nie tylko kraj się zmienił, także ludzie i zapewne ja sama. Dziwię się, że jest bardziej obco. Widzę, że osoba, która powraca, nie zastaje nikogo, nawet tych, którzy nie wyjechali. Wylatujesz z obiegu. Kiedy wypływasz z jeziora do rzeki, z rzeki do oceanu, możesz powrócić najwyżej w inne miejsce. Nie zastaniesz już tych, co dawniej. Oni także odpłynęli, wyrośli, obrośli albo zaszyli się w szuwarach własnych spraw i problemów. Wracasz do innej bajki, w której większość ról obsadzono świetnie bez ciebie, chociaż miałaś szansę na jedną z głównych…
Kiedy szukasz nowych kontaktów, pojawia się oczywiście kwestia dopasowania pod względem finansowym. Ale jeżeli ta nie gra roli i proponujesz wyjście z dziećmi do kina, to możesz usłyszeć: „Ja już mam koleżankę, w Ursusie. Daleko, ale jeździmy tam co jakiś czas.” I to tyle. To samo mniej więcej odczuwałam za granicą, gdzie pojawiłam się jako osoba dorosła. Wszyscy mieli już koleżanki i kolegów i nowych nie potrzebowali, tym mniej zagranicznych. Teraz jestem wśród swoich rodaków, i czuję się też jak na księżycu.
Raz spotkaliśmy się jednak z innym kolegą z klasy, który też się nudził w domu, raz z ukochanym przyjacielem mojego syna z przedszkola. Jednak większość ferii spędziliśmy dość samotnie przed telewizorem i komputerem, które nazywam elektrycznymi pastuchami, choć ładniej brzmi: elektrycznymi nianiami.

Dzień trzeci

Rano straszny mróz. Mój syn nie chce założyć rajstop, mówi, że w szkole będzie mu za ciepło, a przebierać się w szatni to obciach. No może i obciach z własnego punktu widzenia. Też cierpiałam, kiedy zmuszona byłam jako dziewczynka prezentować ciepłe gacie bajowe do kolan w przebieralni przed lekcją WF-u. Trudno, może nie zamarznie w drodze do samochodu i do szkoły. Samochód cały oblodzony. Na szczęście silnik zapalił. Musieliśmy skrobać szyby od zewnątrz i od wewnątrz. Hu, hu, ha, nasza zima zła….
Miał być ślub, a jest cyrk. Zbankrutowałam przez te telefony i esemesy oraz brak stałego zatrudnienia. Przyszła zima, ale nie narzeczony. Najpierw przymuszał prawie poniekąd. Wolę nie wchodzić w szczegóły jak, bo i tak nikt nie uwierzy, a teraz siedzę tu sama i piszę pamiętniki. O co tu chodziło?

Dzień kolejny.

Wieczorem pojawił się ktoś z szampanem. Wino musujące, które wprowadza mnie w pozytywny stan podniecenia, nawet erotycznego…, pycha.
Nie ma porównania do pewnego trunku z tytułem z cyrylicy, który kupiłam za 6,- zł w Sylwestra, w celu umilenia sobie upojnej zabawy przy śpiącym dziecku i włączonym telewizorze, z pobudką gwarantowaną przez strzelaninę za oknem tuż po 24.00. Po otwarciu tego słynnego skądinąd trunku buchnęło gazowaną siarą i zapachem tanich perfum. Nawet za darmo już tego więcej nie spróbuję. Chociaż było jak w filmie. Ale w nim główny bohater pomylił mieszkania i umilał wieczór noworoczny Rylskiej. Tylko gadali i śpiewali po rosyjsku. Też ładnie.
Połowiczny sukces. Kwiaty nie dotarły.

Poranek, piątek, 09.01.09

Jako kobieta chwilowo bezrobotna, usiadłam w kuchni na krześle i zrobiłam moją ulubioną kawę rozpuszczalną, uważaną przez większą część moich znajomych w Niemczech za świństwo. Piję kawę, słucham radia. Z zaciekawieniem coraz większym. Zrobiłam głośniej. Wywiad, Monika Olejnik prowadzi rozmowę z kobietą konserwatywną, której nazwiska nie dosłyszałam, lecz głos i sposób wyrażania się skojarzyłam od razu za znaną żoną swego męża, który stał się dzięki swemu małżeństwu mniej znanym, za to może nawet bardziej lubianym. Współczucie budzi pozytywne uczucia, nawet w polityce.
Pani polityk, bo jako taka została zaproszona do studia na rozmowę, i jako taka ma nader często dostęp do mikrofonu, mówiła o kobietach.
Kobiety konserwatywne są aktywne i się sprawdzają. Kobiety liberalne są fenomenem politycznym, który się nie sprawdza. Dla polityka bardzo ważnym jest, aby w ogóle mieć w swojej najbliższej okolicy kobietę, słyszę, najlepiej żonę, przyjaciółkę, siostrę, albo chociaż mamę. Ponieważ kobiety wspierają mężczyzn. Tu były premier, a prężny przywódca swojej partii, był świetnym dowodem na wielki pozytywny wpływ kobiet, a zwłaszcza mam starych kawalerów na udane pożycie polityczne, czyli sprawowanie władzy w państwie.
Kobiety liberalne są do niczego, bo muszą się trzymać uchwalonego budżetu. Żona aktualnego premiera jest osobą skromną i godną podziwu. Domyślam się, że dlatego, iż nie zabiera miejsca przed kamerami i przed mikrofonem. Ale nie ma potrzeby takich osób prezentować w mediach, słyszę dalej (mniej więcej), gdyż liczą się właściwie tylko aktywne kobiety konserwatywne.
Bohaterka wywiadu, od dwóch lat bojowniczka po stronie kobiet konserwatywnych i na ich czele, wspinała się po szczeblach kariery politycznej przez pewnie ponad 10 lat jako kobieta liberalna, ale jako tak była skazana na fenomen klęski. Zręcznie zmieniła opcję i dostała swoją szansę na sukces, z pewnością medialny.
Prowadzący audycję, zapytał po zakończeniu wywiadu z panią polityk, czy teraz zawsze w piątki będzie tak wesoło?

A może to był kabaret polityczny?

Spotkanie z koleżanką

27.09.2008

spotkałam się wczoraj z koleżanką. głupio się czuję. opowiadałam jej o sobie, o tym co przeżyłam i przeżywam, o tym co czuję i myślę. i wiem, że wszystko, co mówię, uważa za brednie wariatki.
mówi, masz wybujałą wyobraźnię, mając na myśli: jesteś walnięta i nienormalna, mówi: nie bądź taką Matką Teresą, kiedy powiedziałam jej, że chcę pomóc człowiekowi, który między innymi uratował nas przed zagładą w bagnach komunistycznych wypaczeń.
zastanawiam się, dlaczego szydzi z tego, że chcę pomóc, że współczułam, tłumaczyłam i płakałam nad kimś, kogo gwałcono, bito i komu zniszczono kawał życia albo ważną jego sferę. i dzięki komu jej mąż mógł zostać milionerem, a ona może nie pracować i dzieci w dobrobycie chować oraz jeździć na wakacje, gdzie sobie zamarzy. mój chłopak nie mógł chodzić ze mną, żeby mnie nie zabili i nie zgwałcili, tak jak innych wtedy na posterunku.
wcale nie zdziwiła się, że zrobiono mu straszną krzywdę, i że tyle wycierpiał, i że także dzięki niemu i takim jak on może żyć wygodnie i zamożnie, podróżować, posyłać dzieci do prywatnej szkoły i nawet nie musi pracować, bo jej mąż utrzyma całą rodzinę, co 20 lat temu byłoby nawet w jego zawodzie samemu niełatwe.
nie zainteresowała i nie przejęła się tym, że może ktoś inny, kto walczył o lepszy los dla wszystkich, według moich relacji przeżył straszne rzeczy w wiezieniu, i że jego życie stało się być może inne niż sobie wymarzył przed więzieniem. a może nawet nie zdążył sobie wymarzyć, bo był tak młody, że nie przewidział, co może się stać, kiedy nadstawia się karku za innych, za idee, w imieniu obrony wartości wiecznych i nadrzędnych.
koleżanka zdziwiła się, że ktoś, kto buduje rodzinę nie składającą się wg wzorów katolickich z mamy, taty i dzieci własnych, może być człowiekiem o wysokim morale. czasami jeden facet nie podoła kobiecie najfajniejszej na świecie.
powiedziałam, trzeba by ustalić, co rozumiemy przez moralność. tu nastąpiła cisza i brak reakcji, czy kontynuacji rozmowy w tym kierunku. koleżanka nie zastanawia się nad tym co mówi, bo się zna.
to nienormalne, żeby facet nie chciał być tylko ze swoja wybranką…, a przecież co drugi mąż nie jest tylko ze swoją poślubioną wybranką, bo ma na boku wybranek wiele, to samo pewnie dotyczy wielu żon…., wszystko jest dozwolone pod grą pozorów i w dobrym tonie są tylko (choćby najprawdziwsze) plotki.
rodzina z kilkoma facetami i jedną kobietą jest niemoralna. chociaż oglądałam kiedyś reportaż o miejscu na świecie, gdzie obyczaj taki jest normą, a nawet normalnością.
dlaczego moralne jest posiadanie wielu żon (w wielu kulturach), wielu kochanek, czy kochanków. no nie, nie całkiem, ale akceptowalne i dopuszczalne.
zastanawiam się, dlaczego ktoś, kto żyje tylko własnym życiem, we własnych czterech ścianach, nie pracując, nie przeżywszy żadnego poważnego problemu, żadnej życiowej rozterki ani klęski, ktoś, komu w życiu udało się wszystko wg scenariusza A.: rodzice, rodzina, dzieci, siedzenie w domu, zajmowanie się dziećmi i gotowaniem, farbowaniem włosów i lakierowaniem paznokci, chodzeniem na kawę i po sklepach, dobieraniem butów do torebki i wybieraniem hoteli na wakacje, ktoś, kto nie wiele przeżył, ocenia innych i ma stuprocentowe przekonanie o tym, że ma rację i wszystko inne jest głupie, zwariowane, nienormalne i niemoralne, a to co ktoś inny przeżył jest wybrykiem jego chorej wyobraźni, zwanej przez grzeczność „bujną”… w przeciwieństwie do braku wyobraźni i tolerancji osoby wiedzącej lepiej…
kto daje takiej osobie prawo do oceny życia innych, którzy nie czynią nikomu nic złego, oprócz tego, że mają chęć żyć po swojemu w swoich czterech ścianach, zmuszeni do pewnych kroków przez wydarzenia, których odkręcić się nie da, a o których koleżance się nie śniło w najgorszych koszmarach, bo takich zapewne też nigdy nie miała, nawet we śnie, a wyobrazić ich sobie nie potrafi lub nie chce, ponieważ jest normalna.

czuję się jak idiotka, która opowiada rzeczy komuś, kto słucha tego, tylko po to, by uzyskać potwierdzenie mojego debilizmu i szaleństwa. nie potrzebnie tyle gadam!

koleżanka nie ma wątpliwości. ona jest normalna, ona wie lepiej i ona się nie myli. więc może mówić do mnie o mnie, co chce i jak chce, nie myśląc nawet o tym, co ja i jak czuje po jej komentarzach.

ale w razie czego, pobuja się w hamaku, gdyby jednak okazało się, że takowy będę miała w swoim ogrodzie, oraz ewentualnie przyjdzie na wesele, na które wybierała się rok temu chętnie, bo miało być według moich zwariowanych doniesień z kimś znanym i wpływowym. oj, pamiętam miała kłopot, w co się ubierze… na takie wesele i owszem by się wybrała.
ale na herbatę ze mną i z moim nie wpływowym i mało znanym przyjacielem przez rok nie znalazła czasu…, chociaż strój nie byłby tutaj żadnym problemem… usłyszawszy, że przyjaciel narozrabiał trochę pod pływem alkoholu, rzuciła swoje lepiej wiedzące: skończ z tym facetem…
tak, i zostań sobie sama bez nikogo na świecie.
jestem zdumiona, że ktoś, kto wydawał mi się osobą godną zaufania, zna mnie od dziecka, ma mnie za debilkę i spotyka się ze mną, by nawet tego nie ukrywać. cenię szczerość, ale ten jej rodzaj mnie dotyka…, bo jeżeli jestem w jej oczach zwariowanym dziwadłem, to po co nasze spotkanie i okazywanie mi tego, dla czyjej przyjemności?
koleżanka dziwi się, że koleżanka A. koleguje się z moją siostrą, ale szybko reflektuje się, ze tamta zawsze była dziwna, więc to usprawiedliwia kontakt z drugą „wariatką”.
osoby normalne znają się na ludziach.
ona wie, kto jest dziwny, kto jest wariatem i kto jest prymitywny (przyp.: ludzie żyjący na wsi, nie mający tyle czasu dla swych dzieci, co koleżanka bez zatrudnienia, ludzie harujący dzień w dzień na ziemniaki i mleko, które koleżanka normalna zakupi sobie po domem, nie brudząc sobie rąk ani nóg na polu).
ja będąc w ciąży usłyszałam od koleżanki, że podobno zawsze byłam wariatką. ścięło mnie wtedy z tym dzieckiem w brzuchu. ona była normalna, miała męża, który robił wszystko, organizował i zarabiał. ja byłam wariatką. i to zawsze!
bo to ja robiłam, zarabiałam, także za mężów, bo woleli przebalować lub przepić, organizowałam za nich, i starałam się urodzić im dziecko bez plemników, kiedy takowych nie posiadali. płakałam po poronieniach i utraconych zalążkach życia, które w niej kiełkowało bez problemu, bo była normalna, a przynajmniej mogła taką być bez przeszkód i bez zrozumienia kogokolwiek, z tych nienormalnych, którym los dokopywał co krok, od dziecka, albo wystawiał na próbę sił i nerwów ….

zastanawiam się, co o tym świadczy, że zawsze byłam wariatką? jak to koleżanka, oznajmiła mi, kiedy byłam w piątym miesiącu ciąży, i brałam sobie do serca.
no chyba mój nadmiar dobrego humoru na starcie do życia…., wariatką w takim sensie już być przestałam….
ukończone studia? 15 lat pracy jako nauczycielka, doświadczenia jako sprzątaczka, kelnerka, pokojówka, prezenterka TV, sekretarka, pracownik biura i banku, pisarka nawet? opieka nad chorą siostrą, oczywiście też „wariatką”, jej dzieckiem i starszymi rodzicami z tej samej rodziny…
które z tych prac lub czynności wykonywała koleżanka??? albo dlaczego nie musiała tego robić? i czego ją to nauczyło?
czy o moim wariactwie świadczy zdrowe, inteligentne, zadowolone dziecko, z którym jestem od samego początku emocjonalnie i organizacyjnie – głównie sama, bez pomocy rodziny, męża, dziadków, teściów? samodzielność z natury i z przymusu, rzetelność w pracy i na co dzień…?
po prostu wariatka, która nie traci na długo energii, zawzięcia i humoru, mimo wszystko…
to ty jesteś taka odpowiedzialna, zdziwiła się, że dostałam dobrą pracę…
no, ale na szczęście znowu mogę być wariatką, bo pracę straciłam, więc potwierdzają się podejrzenia koleżanki, że musiałam tam narozrabiać i nareszcie się na mnie poznali… a ona nie musi dłużej przemilczać przede mną cisnącego się na jej usta pytania: dlaczego dostałam tę pracę jako wariatka!
pasmo sukcesów koleżanki zaczęło się już w przedszkolu, gdzie jako najładniejsza z dziewczynek dostała rolę Marusi, a ja z wielkim wprawdzie zadowoleniem, ale odgrywałam psa Szarika. no ale to w niej kochał się Janek, a ja mogłam najwyżej być jego wiernym druhem.
ona wszystko dostała w prezencie. nie starała się w życiu o nic. prawie nie wychodząc z domu. nie zmieniała pracy, nie traciła jej i nie szukała, nie była sama z dziećmi, nie mieszkała na stałe za granicą jako cudzoziemka.
sama z dzieckiem od pierwszego dnia po wyjściu ze szpitala. skazana na łaskę i niełaskę osób, którym trzeba było za tę łaskę zapłacić, a niełaskę przemilczeć, choćby chciało się wyć. ona nie pracowała, mogła liczyć na męża, mamę, teściową i płatną pomoc, na którą nie musiała zarabiać w okresie karmienia swych pociech tak jak ja.
nie musiała funkcjonować przez kilkanaście lat w obcym języku, bo znalazła fajnego męża we własnym kraju. i nie musiała się uczyć żyć na obczyźnie, otoczona zamożnymi i aroganckimi ludźmi, którzy byli normalni jak ona, i nie mogli się nadziwić, że osoba z Polski, czyli z innego kręgu kulturowego posługuje się bez problemu nożem i widelcem oraz umie czytać i pisać, i to w języku ludzi wyjątkowych i genialnych, a nawet obcym, czyli po niemiecku.
kiedy przeczytała moje wiersze, spodobały jej się i zażyczyła je sobie wydrukowane jako prezent urodzinowy. bo dla niej życie to taka impreza z prezentami. ale na urodziny wcale mnie nie zaprosiła, może miałam wysłać pocztą?
ale to ja jestem wariatką i nawet temu nie zaprzeczyła, kiedy napomknęłam, że na pewno tak o mnie myśli.
natomiast koleżanka jest normalna, a więc umawia się w kwietniu na za tydzień i milczy pół roku, aż do mojego telefonu we wrześniu. trudno jej się było zebrać. nadmiar braku pracy.
jak to dobrze, ze są normalni ludzie, którzy ci to uświadomią, kim jesteś. bez problemu, bez zawahania i bez podstaw i zrozumienia czegokolwiek, co przeżył ktoś inny od pierwszego dnia swych narodzin i dlaczego. rzucą tak kilka byle jakich słów i pójdą dalej w dobrym humorze, a ty piszesz w pamiętniku, żeby nie płakać…
rób to, nie rób tego, tego rzuć, z tego się wycofaj, ja to mówię, ja to wiem. żegnam. życzę ci, żebyś była bogata… (w domyśle: jak ja – nie chwaląc się…).
czy ja jednym zdaniem wspomniałam o tym, że chcę być bogata????
każdy chce. ale nie stawiałam sobie tego (myślę dzisiaj: niestety) za priorytet. inaczej bogata bym była…
ale jak można mówić osobie bez pracy, samotnej matce, która według koleżanki pierdoli głupoty, w które się nie wierzy, (a osoba przedstawiająca je też nie jest niczego pewna…), życzyć na koniec, by te głupoty się sprawdziły…. to kpina.
koleżanka nie zapytała natomiast, czy nie potrzebuję jakiejś pomocy, skoro już nie mam pracy tylko dziecko i faceta na utrzymaniu.
ona planuje urlop w Wenecjii, bo tam jej jeszcze nie było.
czuję się po tej rozmowie jeszcze bardziej samotna. zastanawiam się, dlaczego koleżanka nie zauważa swojej bezpodstawnej arogancji, tego jak rani i uraża inną osobę, mówiąc do niej, o niej i o innych…, albo czemu uważa, że druga osoba nie zauważa jej pobudek i intencji…?
no może jestem wariatką, ale za to bardzo inteligentną! ale zdaje się, że tego ostatniego faktu koleżanka nie jest w stanie ocenić…
czy bycie ładną i miłą żoną zamożnego i rozsądnego męża upoważnia do bezmyślnej nieomylności?
kiedy miałyśmy 16 lat koleżanka siedziała w towarzystwie zwykle zarumieniona, nie mająca odwagi wypowiedzieć się na żaden temat, a mnie ona wydawała się dziwnie spokojna i cicha, ale miła i ładna.
ja mogłam gadać bez przerwy, z każdym prawie, nie rumieniąc się, a nawet śmiejąc się bez przerwy prawie (jak to wariatka!)…
ale z czasem humor mi trochę przeszedł, a śmiech zastąpiła refleksja…
koleżankę życie nauczyło, że szczęśliwa, ładna i miła żona zamożnego i rozsądnego męża, ma zawsze rację i wie lepiej od innych. rozmawia z innymi szczęśliwymi, ładnymi żonami zamożnych i rozsądnych mężów, które myślą tak samo. dlaczego mają sobie zaprzeczać?
mnie życie nauczyło rozumieć innych i ich racje. nie nazywać ludzi prymitywami czy wariatami, tylko dlatego, że musza, czy chcą żyć inaczej niż ja sama mogę lub muszę żyć. dlatego, że muszą walczyć o przeżycie, o szczęście, o dzieci, o własną godność, o to by nie być przez innych nazywanym prymitywem, czy wariatem.
na wsi żyje się inaczej, w biedzie inaczej, pracując żyje się inaczej, bez zamożnego męża żyje się inaczej, bez dzieci żyje się inaczej, bez rodziny żyje się inaczej, za granicą żyje się inaczej i powróciwszy z emigracji żyje się inaczej… inaczej żyje się po śmierci bliskiej osoby, po utraconym dziecku, czy po poronionej ciąży.
nie każdy ma tak wiele doświadczeń. ale może próbować rozumieć i tolerować innych.
koleżanka nauczyła się od zawsze mówić: u nas wszystko po staremu, wszystko dobrze. i ma szczęście. jest normalna. nie dotknięta żadnym ciosem losu ani wzlotem ponad przeciętność.
nie przeżyła wielkiej nieszczęśliwej miłości, ani wielkiej rozpaczy, nie poczuła ogromnego lęku przed przyszłością, ani nie musiała niczego żałować, nie zawiodła się na nikim, nie została zgwałcona ani zdradzona, nikt jej nie oszukał, ani nie porzucił, nie musiała podjąć decyzji o rozstaniu, żeby przeżyć. nie była dotknięta chorobą, nie była bezdzietna, ani nie musiała podjąć decyzji o usunięciu ciąży.
jej dzieci urodziły się ładne i zdrowe w normalnej rodzinie, takiej jak ona i jej mąż oraz wcześniej ich normalni rodzice. nie każdy miał tyle szczęścia.
ja tyle szczęścia nie miałam. a może jednak miałam. bo nie wszystkie nieszczęścia mnie jednak dotknęły…
jeżeli taka jest postawa normalności, to ja się cieszę, że jestem wariatką!!!! musiałam się wiele nauczyć.
koleżanka obrazi się, jeśli wyślę tego maila.
i zastanawiam się, czy to zrobić, czy godzić się na bycie kretynką w jej oczach, ale za to w miarę uprzejmą, bo jestem sama jak palec i nie mam nikogo….
obraziła się…, bo ja jestem złośliwa, a ona była dla mnie zawsze życzliwa…
pomogła mi, pożyczając mi łóżeczko dla Adasia. bardzo ją zawsze lubiłam.
owszem faktycznie, była zawsze miła. ale po latach upodobniła się do swojego zamożnego i aroganckiego męża, też najfajniejszego po prostu.
kim jest ten dziadek, zypytał mnie kiedy pokazałam mu zdjęcie mojego o 30 lat starszego męża, którego na prawdę kochałam. przecież wiedział, że to nie mój ojciec. ale widocznie nie trzeba myśleć, by rzeźbić ludziom protezy.

Szpital w Warszawie

8.09.2008

Drogi Czytelniku,

właśnie dochodzę do siebie po nagłej potrzebie udania się do państwowego szpitala dziecięcego w Warszawie i spędzeniu tam dwóch nocy i trochę więcej niż dwóch dni.

Mój syn (lat 7) zachorował w niedzielę, miał lekkie bóle w okolicy podbrzusza, które nie ustępowały. Wcześniej dużo jeździł na rowerze.
W środę udałam się na prywatną wizytę do lekarza, gdzie okazało się, że dolegliwość się wzmogła i może być na tyle poważna, że mój siedmioletni syn powinien być jeszcze tego samego dnia operowany.
Uzyskałam jaśniejszy obraz po prywatnej konsultacji dwóch lekarzy (100 zł + 120 zł) oraz zrobieniu badania USG (105 zł) w Centrum Medycznym.
I popędziłam z wynikami i opisem do szpitala na ul. Niekłańską, gdzie po zgłoszeniu się do rejestracji okazało się, że muszę jechać gdzie indziej, gdyż chirurgia dziecięca w tym szpitalu do soboty jest nieczynna.
W szpitalu dziecięcym przy ul. Kopernika czekało ok. 20 dzieci z różnymi uszkodzeniami ciała oraz zaniepokojeni i nerwowi rodzice. Pani w rejestracji ledwo żyła od nadmiaru pracy, lekarz dyżurny dwoił się i troił, a dzieci i rodzice byli zmęczeni czekaniem i pełni obaw, czy w ogóle zostaną zbadani albo przyjęci na oddział, w razie potrzeby. Na szczęście udało mi się przez panią w rejestracji przekazać (warty 325 zł) opis stanu mojego dziecka lekarzowi i liczyłam na to, że zdąży nas przyjąć, zanim będzie za późno na ratowanie go. Dzięki Bogu, że miałam ten opis. Bo bez niego, nie wiadomo byłoby, że jest to bardzo poważna sprawa! Czasami trzeba najpierw prywatnie do lekarza!
Czekaliśmy więc wśród chorych i potrzebujących na swoją kolejkę, wysłuchując i przyłączając się do żalów i wyrazów oburzenia osób z sąsiednich krzeseł.

Po kilkunastu minutach lekarz ogłosił nagle, że musi iść na salę operacyjną i opuścił gabinet, wzywając mnie i syna do przygotowania się na zabieg. Na szczęście przyjęto nas po ok. 20 minutach na oddział chirurgii dziecięcej i wszystko poszło dość szybko i sprawnie, pewnie dzięki wręczonym wcześniej opisom stanu dziecka.
Pan doktor przyjmujący nas na górze, uspokajał panie, które dzwoniły z rejestracji, że nie mają się czego bać i tłum na dole nie zdąży ich zlinczować, ponieważ lekarz ten wezwie w razie potrzeby na pomoc policję.
Załatwił nas w rzeczowej rozmowie w 2 minuty, i chyba popędził na dół, żeby ratować resztę czekających, a panie w rejestracji przed zrozpaczonym i nerwowym tłumem. Wspaniały człowiek, myślę, że pracuje minimum za dwóch lekarzy, podobnie jak inni doktorzy, którzy nie nadążali z operacjami.

Przyjęto nas. W dużej sali na końcu korytarza było siedem normalnych dużych łóżek i trzy dla dzieci mniejszych. Sześć mam doglądało swoich pociech, siedząc pomiędzy łóżkami czy też „w nogach” albo u ich stóp. Pomaszerowaliśmy z synem do toalety, która okazała się być koedukacyjną. Panowie na prawo, panie na lewo…, czy na odwrót. Ale na prawo zamek w drzwiach był zepsuty, więc w pojedynkę to lepiej było na lewo, ale razem to wszystko jedno, bo ten drugi pilnował.
Po skorzystaniu z toalety chciało się w pierwszym odruchu umyć ręce nad małym zlewem, przystosowanym do wzrostu dzieci. Ktoś zadał sobie trud i pomyślał, żeby było wygodnie. Zmyła. Zlew był. Ale nie było nad nim kranu. Nie wiem, kto to wymyślił i dlaczego.
I po co ten zlew bez kranu??? Nie było jednak tak źle, bo w części wspólnej i najbardziej koedukacyjnej na środku kiblołazienki znajdowały się umywalka i (o dziwo!) kran, z którego ciekła woda zimna lub ciepła, a obok na ścianie środki mydląco-dezynfekujące, czyli wszystko czego do mycia rąk było nam trzeba.

W sali leżały maluchy po nieszczęśliwych wypadkach, a także czekające na operacje dzieci, których życie nie było bezpośrednio zagrożone, lub dla których zagrożenie takie po zabiegu minęło.
Najbardziej poruszył mnie los pięcioletniej dziewczynki, która na wsi włożyła nóżkę pod kosiarkę do trawy i straciła chyba palec albo kilka. Podczas obchodu lekarzy słyszałam: amputacja. Dziecko jechało kilka godzin do Warszawy, bo inny szpital w pobliżu nie potrafił jej pomóc. Rodzice mieli w domu jeszcze dwoje małych dzieci, i zmieniali się nawzajem i z ciocią, czuwając przy jej łóżeczku, dzień i noc. Na szczęście. Dziewczynka nie była sama i znosiła dzielnie swój ból i brak możliwości poruszania się. Śliczna mała, bystra, łapiąca każde słowo podczas czytania książeczki, „pani, uczycielka, czyta siążke, ma zielony sweterek, a ten ma niebieski…”. Szkoda, że tak mało było tam książeczek.
Tata dziewczynki, powiedział, że był w pracy jak się to stało, inaczej by do tego nie doszło, mama karmiła pięciomiesięczną siostrę. A kto był wtedy przy Klaudii?
Czy pięcioletnie dziecko może biegać bez opieki i przypilnuje się samo? Ile palców, nóg, rąk musi stracić, żeby rodzice zauważyli jego istnienie, i to że trzeba się nim zająć, mimo tego, że jest najstarsze, i dlatego, że ma dopiero 5 lat. Czy i dlaczego brakuje na wsi przedszkola, w którym dzieci mogłyby bawić się z rówieśnikami, uczyć się i rozwijać. Dlaczego pięcioletnie dziecko w takim przedszkolu nie jest?

Inny chłopiec został potrącony przez samochód na ulicy, na terenie strzeżonym. Kierowca był podobno pod wpływem alkoholu, przekroczył prędkość i odjechał z miejsca wypadku, nie udzielając dziecku pomocy. Teraz on chce wytoczyć matce dziecka sprawę o niedopilnowanie dziewięcioletniego chłopca. Czy dzieci nie mają prawa poruszać się już poza domem? Ja w tym wieku biegałam po podwórkach i chodnikach, przechodziłam przez ulicę.
Niektóre siedmiolatki mogą wracać same ze szkoły za zgodą rodziców. Co będzie, jak spowodują przypadkiem własne zderzenie z rozpędzonym autem, którego kierowca wypił o jedno piwo za wiele i nie zdążył zahamować, a tym bardziej zatrzymać się by udzielić dziecku pomocy?

Wszyscy się spieszą. Nie mamy czasu by uważać na innych, na własne, a tym bardziej na cudze dzieci, chociaż mówi się, że wszystkie dzieci są nasze…

Moje dziecko zostało zoperowane i wszystko poszło zgodnie z planem. Nie zostawiałam synka samego, ani w dzień, ani w nocy, byłam przy nim ja albo jego tata, albo opiekunka przez dwie godziny, kiedy musiałam wyjść na krótko. Podobnie działały mamy niektórych innych dzieci.
Spałyśmy ułożone między łóżkami dzieci, na podłodze, na jakimś materacu, czy leżance. Byłam wdzięczna, że mogę tam być blisko mojego syna!
Bez mam, dzieci nie miałyby odpowiedniej opieki, niestety. Panie pielęgniarki nie miały czasu, by dać pić i jeść każdemu na czas… i wg. jego potrzeb.
Mamy upominały się o to i owo, przypominały, że trzeba zmienić opatrunek, czy zawołać lekarza. Lekarzowi trzeba było przypomnieć, by przyszedł i obejrzał.

Jedno dziecko czekało godzinami na czczo i bez picia (chyba) na operację, na którą nikt nie miał czasu. Mama dziecka błagała, żeby coś zrobić, albo dać jej córce jeść i pić, albo wreszcie operować…

Wszyscy byli tam przepracowani i w ogromnym stresie.

Wszystkim dziękuję, zwłaszcza za to, że można było tam przy dziecku być całą dobę!

Zastanawiam się

Zastanawiam się po pierwsze, czy Michnikowi świeczkę a Urbanowi ogarek, czy na odwrót…

Po drugie, właśnie rozmyślałam, kładąc syna do łóżka, dlaczego niektórym zdolnym i ciekawym osobom z mojego pokolenia nie udało się osiągnąć tak zwanego sukcesu, będącego własnością odziedziczoną lub nabytą z racji pochodzenia lub wybicia się zawczasu, kiedy to Polska była swoistą trampoliną sukcesu dla roczników 66, 67, 68, 69…
Wielu udało się po zręcznym skoku prosto z uczelni wpaść w objęcia nowopowstających zagranicznych lub rodzimych firm, spółek, giełd i banków… poszukujących wtedy młodych i zdolnych absolwentów jakiejkolwiek uczelni, a nwet bez dyplomu, aby języki obce znali i w nich mówili i pisali.
Humaniści o powołaniu pedagogicznym nie mogli pochwalić się w tamtych czasach godną zazdrości karierą, kierowani miłością do dzieci i młodzieży oraz wyuczonych w trudzie języków, do treści literackich, wyczytanych oficjalnie i ukradkiem, także, kiedy ich wymowa była nielegalna…. Podobnie mało płatny los czekał na lekarzy czy pielęgniarki państwowej służby zdrowia, czy wielu innych pracowników na stanowiskach państwowych.
Zadziwiające było to, że za taką samą pracę, za równorzędne kwalifikacje można było zarobić mało, dużo, i bardzo dużo, w zależności od firmy, do jakiej się trafiło. Dziwi mnie nadal fakt, że po kilkunastu latach nie wiele się zmieniło. I że młodzi ludzie dzisiaj mają nawet trudniej niż my wtedy. Bo wtedy praca dla chętnych była. Dziś o nią trudno nawet z dobrym wykształceniem i znajomością języków.
Nauczyciele trafiali wtedy do szkół, nie zawsze prywatnych i z zawstydzeniem przyznawali się do swojej kariery pedagogicznej kolegom z lat szkolnych, którzy (po przekwalifikowaniu n. p. z technologa żywienia) jako marketing – menadżerowie lub dyrektorzy finansowi, albo przynajmniej główni księgowi pierwszej po peerelowskiej generacji zarabiali dziesięć razy więcej od nich. „Tak źle trafiłaś” – powiedziała moja koleżanka ze współczuciem, kiedy usłyszała, że pracuję w szkole państwowej. Ale ja wolałam tę pracę od pracy w banku za 5 razy wyższą pensję. Tylko że ja dorabiałam w wakacje jako kelnerka w Niemczech.
Wiele osób z tego pokolenia wyjechało i zostało na stałe za granicą. Młode wspaniałe polskie kobiety, studentki i absolwentki nie czekały długo na oferty zagranicznych narzeczonych, w których mogły przebierać podczas wakacyjnej pracy jako kelnerki, sprzątaczki czy opiekunki do dzieci. Największym szczęściem tamtych czasów, późnych lat osiemdziesiątych jawił się wyjazd na zachód i zarobek, odbicie się od finansowego dna i szarzyzny. Poczucie pobycia w zachodniej krainie baśni, choćby jako wieczny Kopciuszek, który na królewicza miałby nie trafić. Ale – chociaż rozejrzeć się na tym balu, jak nam się wydawało, nie dla nas…
Często okazywało się, że królewicze tylko czekali na obalenie muru Berlińskiego…
A Kopciuszki nie powróciły, wbrew wcześniejszym planom, do stron rodzinnych na stałe…
Na początku zachwycone i oczarowane. Z wielkiej miłości podpisywały umowy przedmałżeńskie, bo przecież królewicza nigdy nie porzucą. Nawet nie pomyślały, że kochający mąż może przestać kochać i rozwieść się z nimi.
Później, nie zawsze szczęśliwe i nie zawsze bogate, zawodowo często niespełnione. Utraciły bliskich, życiowe szanse we własnym kraju, do którego wiele zawsze tęskniło. Są mamami niemieckich, angielskich, amerykańskich czy szwedzkich dzieci, które z Polską kojarzą biedę swoich dziadków i trudny język, którego piękna być może nie poznają. Sama znam przynajmniej dziesięć takich kobiet.
Faceci wracali jako ci, którzy się dorobili, zainwestowali, znaleźli dobrą pracę, kupili mieszkania i mieli do zaoferowania nie tylko ciuchy do prania, ale i pralkę najnowszej generacji oraz urlop w Tunezji.
Jest jeszcze grupa tych, którzy nie wyjeżdżali, do firm się nie dostali, czy nie nadawali, a wynieśli z Pereelu kompletny brak nadziei, brak siły przebicia, niewiarę we własne siły i niechęć do podjęcia rywalizacji o więcej niż było do tamtej pory. Było parę osób, które nie chciały, albo nie mogły wyjechać. Miały rodziców, dzieci. Nie miały odwagi albo pieniędzy, nie nawiązały kontaktów, znały tylko język rosyjski, a w tamtym kierunku zarobki w tym okresie nie wzrastały, a wręcz przeciwnie.
Parę osób nie odnalazło się odpowiednio szybko w nowej rzeczywistości i nowej mentalności. Nie uczono nas tego, nie każdy urodził się prezesem lub jego sekretarką.
W szkole uczono nas siedzieć cicho i nie mieć własnego zdania, a już na pewno nie światopoglądu. No bo jaki światopogląd mieli nam przekazywać nauczyciele? To że Solidarność jest zła, a partia rządząca dobra. Tylko dlaczego tylu niezadowolonych i nic w sklepach? Czy to, że partia, do której wielu z nich należało, i której przewodnią rolę budowali ponad 30 lat jest zła, a Solidarność, która ich dorobek chce rozwalić, dobra? Czyli zachęcać młodych do ryzykownych walk przeciwko armatkom wodnym?
Większość z nas była za młoda, nie dojrzała do tego, i może nie tak odważna by stać się bohaterami „Solidarności”, chociaż wszyscy słyszeli, że nie ma bez niej wolności.
I jednocześnie byliśmy wszyscy jako pokolenie za starzy, bo zrobić karierę po drugiej stronie. Po stronie, po której wielu znało własnych rodziców albo rodziców koleżanek, czy kolegów. I która to stawała się w naszych oczach z roku na rok coraz mniej chlubna.
Z jednej strony dobrze – pokolenie nie poplamione przeszłością. Z drugiej strony – pokolenie, które w godzinie „zero”, zaczęło nowe życie z bagażem życia z przeszłości własnej i rodziców.
W domu uczono nas, że udzielać się to być zawsze po niewłaściwej stronie. Czy po tej, czy po tamtej, zawsze gdzieś i u kogoś było się wrogiem. Osoby z rodzicami partyjnymi nie powinni byli kolegować się z osobami z domów pełnych ulotek z podobizną Lecha Wałęsy. Mój wewnętrzny konflikt zaczynał się, kiedy słyszałam, że niektórzy z tych partyjnych są co niedziela w kościele, obok tych z Solidarności. Dzieci pierwszych sekretarzy maszerowały do Pierwszej Komunii obok dzieci tajniaków i tych z podziemia. Kościół łączył wtedy. Zdarzało się nawet, że taki partyjny rodzic był całkiem miły i fajny, a nie jeden ojciec, wierzący w Solidarność i kościół był domowym despotą i fanatykiem, którego przejęcie władzy napawało grozą własną rodzinę…
Myślę, że wiele osób z mojego pokolenia stało się osobami politycznie neutralnymi. Partie dopiero się tworzyły, przekształcały. Mieliśmy kilu faworytów.
Nasze całe zainteresowanie światem, albo duży jego obszar pochłonął pęd za znalezieniem źródła zarobku. Szybkiego zarobku. Wyrwania się z tego finansowego koszmaru i realizacji naszych marzeń o mieszkaniu, samochodzie, o wyjazdach… Marzeń, które do niedawna wydawały się nie do spełnienia, a teraz nagle, okazały się możliwe. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Przyjaciele i znajomi dorabiali się w szybkim tempie, albo powyjeżdżali. Inni nie dorobili się niczego. Dziś dzielą nas tysiące kilometrów, albo ogromne pieniądze, albo poczucie klęski lub sukcesu. Nasze dzieciństwo to wspomnienia o podłości czy bohaterstwie innej generacji, chociaż niektórzy z nas stali się także męczennikami. Nasza młodość to pęd za pieniądzem, dorobieniem się, odbiciem się od dna. Nie zastanawiamy się, co zawdzięczamy pokoleniom starszym, pamiętamy, co możemy mieć za złe. Albo nie wiele nas to wszystko obchodzi, o co kłócą się ci z tamtymi, czyli oni, a nie my.
Nasze lata „dojrzałe” to porównywanie się wzajemnie co do urlopów, ilości mieszkań, domów, samochodów i pieniędzy, no i dzieci, ich przedszkoli, szkół, zabawek, itp.
Bogaci, czy biedni, mam wrażenie, że prawie wszyscy oddalili się od siebie, podzieleni na tych, którym się udało i na tych drugich. Na dzieci tych podłych i na dzieci bohaterów, albo po prostu niezaangażowanych.
A przecież byliśmy wtedy szczęśliwi na prywatkach i przyjęciach w M-3, ściśnięci na wersalce, czy tapczanie w przechodnich pokojach i ślepych kuchniach. Byliśmy sobie bliscy i
umieliśmy się cieszyć sobą, muzyką, rozmową, wspólną zabawą i drobiazgami.

Ludzie z jednej klasy – po obu stronach, tak jak w latach szkolnych. Dziś bardziej od siebie oddaleni niż wtedy. Ale teraz to my jesteśmy rodzicami. Ciekawe, co powiedzą o nas kiedyś nasze dzieci?
Czy staną się wreszcie po prostu Polakami, Europejczykami, obywatelami świata, ludźmi o wspólnej historii? Historii trudnej, tragicznej, dla każdego prawie pokolenia, ale momentami także szczęśliwej, na jakimś etapie życia.

23.01.2009

Zdrowa rywalizacja

25.09.2008

Zdrowa rywalizacja, będąca siłą napędową postępu społeczeństw odbywa się dzisiaj między proletariuszami wszystkich krajów, którzy według zapamiętanych przeze ze mnie haseł
ze ścian świetlicy szkolnej, mieli się łączyć, już od najmłodszych lat w najróżniejszy sposób, dzieląc proletariuszy, i nie tylko, na mniej i bardziej zamożnych. W przedszkolu młodzi proletariusze zaczynają rywalizację na modele przybyszów z kosmosu, zwanych z angielska Transformersami, Power Rangersami, lalkami Barbie (amerykańskimi odpowiednikami sierotki Marysi), Pet Shopami (które wygryzły Reksia i Szarika) czy najróżniejszymi formami dzielnego Bena Ten-a (Bolek czy Lolek to przy nim mięczaki), wojownika o wolność i demokrację.
W szkole, do której dzieci zabawek zabierają mniej, a ciuchami się jeszcze nie interesują, przyszłość narodu zaczyna w klasie pierwszej rywalizować na batony i słodycze. Niektóre dzieci próbują nawet pozyskać nowych przyjaciół na podbijanym przez siebie terenie pierwszej klasy szkoły podstawowej, przekupywaniem co smaczniejszymi kąskami upatrzonych kolegów, którzy mają stać się najlepszymi.
Jednak mój syn z wielką radością kupił sobie wczoraj wafelek, w innym celu, a mianowicie, jak mi oznajmił, aby skonsumować go przed nosem koledze, ponieważ kolega za takim wafelkiem przepada. Powiedziałam mu, że mógłby go poczęstować, zamiast drażnić. Ale moje dziecko szykowało pewną akcję odwetową, spowodowaną, podobnym do przez siebie planowanego zachowaniem kolegi w dniu poprzednim, kiedy to tamten zjadł mu przed nosem i ze smakiem ulubioną czekoladkę mojego dziecka. Tak to rywalizację można uznać za otwartą, a ja serdecznie gratuluję sklepom spożywczym, kioskom i producentom słodyczy… oraz dentystom… Dziś kupujemy następne kąski, wspierając rozwój ekonomiczny kraju i motywację do zdrowej rywalizacji w warunkach gospodarki wolnorynkowej.

P. S.
Za moich czasów szkolnych mieliśmy tylko „Prince polo”, o ile fabryka wykonała plan, kierowcy mimo braku benzyny dowieźli, a dzieci sprzedawczyń nie przepadały za słodyczami. Ale to tylko żart…

Tabita 2008

Warszawa, 15.07.2008
Szanowny Księże Proboszczu,
Szanowni Członkowie Rady Parafialnej,
Szanowny Panie Dyrektorze „TABITY”,

dziękuję za możliwość spotkania z Państwem wczoraj, i dziękuję za pracę i starania Państwa na rzecz wyprowadzenia „TABITY” z trudnej sytuacji, którą spowodował ktoś wcześniej,
a nie państwo osobiście. Mimo to, myślę, że to Kościół Ewangelicki i Proboszcz tego Kościoła oraz Rada Parafialna jako organizacja jest i była odpowiedzialna za „TABITĘ” i to, co się tam dzieje.

Mieszkańcy „TABITY”, starsi, często niedołężni ludzie, wybrali „TABITĘ” na swój dom spokojnej starości, i nie chodzi im o akt własności, ale o miejsce zwane domem.
Wiele osób wpłaciło duże sumy pieniędzy na cele charytatywne na rzecz Kościoła Ewangelickiego oficjalnie przez bank, aby dostać się do „TABITY”.
Te pieniądze nie mogły chyba zniknąć. Słyszałam o wpłaconych kilkuset, kilkudziesięciu, kilku tysiącach od wielu osób, które wczoraj też były obecne na spotkaniu.
A więc Kościół dopłaca do pensjonariuszy, ale także z ich własnych pieniędzy.

Mówiąc, że to poprzednia dyrekcja jest winna zniknięciu pieniędzy, ksiądz Proboszcz nie wyjaśnia, jakie kroki podjął Kościół w celu odzyskania tych środków od osób odpowiedzialnych za ich nieodpowiednie wykorzystanie. I kto kontrolował poprzednią dyrekcję? I dlaczego nic nie zauważył?
Jak można teraz starszym ludziom, mówić, że nie mogą Państwo dotrzymać umów z nimi, osobami, które często nie mają innego domu, mieszkania a może krewnych, które sprzedały mieszkania i wpłaciły duże kwoty na rzecz Kościoła Ewangelickiego, aby dostać się do „TABITY”.

Ja sama jestem zdziwiona, że od początku pobytu mojej mamy Janiny Komar w „TABICIE” (listopad 2007) nie została ona przez personel wykąpana, jej pokój sprzątany jest zbyt rzadko,
nieraz przez dwa, trzy tygodnie nie było odkurzone, czy zmyte w łazience. Ja odkurzałam i zmyłam brudy.
Nieraz brakuje mamie pomocy przy jedzeniu, przy zmianie pampersów, czasami (rzadko) brakuje leków (sama byłam tego świadkiem), zdarza się, że leki nie są podane, dziwi mnie, że mama mokra w pampersie, w mokrym łóżku, słyszy od personelu, że musi poczekać, bo opiekunki są na obiedzie (czy opiekunowie muszą wszyscy chodzić razem???).
I opiekunka nie pojawia się przez 2 godziny. Ja zmieniłam pampersa.
Pomocy dla osób nie chodzących i nie sprawnych w „TABICIE”jest zbyt mało, gdyby nie to, że jestem u mamy 2 razy w tygodniu, moja siostra raz w tygodniu, a trzy razy w tygodniu pani do pomocy, mama nie poradziłaby sobie. A chyba nie o to chodzi w Zakładzie Opiekuńczo Leczniczym.
Zasmuca mnie fakt zmiany pożywienia, które jest w odczuciu wielu osób mniej smaczne i nie odpowiednio ciepłe. Jedzenie jest jedną z niewielu radości dla tych starszych osób, jest ważne dla ich zdrowia i samopoczucia.

Dziwi mnie brak zrozumienia dla lęków pensjonariuszy i ich potrzeb, i oczekiwanie, że to oni mają mieć wyrozumienie dla tego, co się stało i dzieje, i oni mają współczuć Radzie Parafialnej, która pracuje w nadgodzinach. Czyż to nie Rada Parafialna i Proboszcz wybrali poprzednią Dyrekcję i kontrolowali ją?
Nie rozumiem, dlaczego niektórzy dopłacają do swojego pobytu więcej a inni dużo mniej, a wszyscy mają ten sam standard średnio zadowalającej opieki i od kilku dni niezbyt smacznego jedzenia.

Jak to możliwe, że nowe osoby (pani, o której mówiono wczoraj) przyjmowane są dzięki dopłacie Kościoła i Rady Parafialnej, mimo, iż nie stać ich na pobyt za ok. 4700 zł/mc, a osoby, które wpłaciły duże kwoty i dopłacają do swego pobytu nie mają oczekiwanego i obiecywanego im standardu usług, i wobec nich z umów nie można się wywiązać.

Z poważaniem

Joanna Krupińska

Listy do Redakcji

Warszawa, 28.07.08
Szanowny Panie Redaktorze,

wykorzystując moment Pana nieuwagi, spowodowany zapewne przejedzeniem się chłodnikiem z jakiejś wybornej podwarszawskiej restauracji obfotografowanej ostatnio na łamach czasopisma, które zakupiłam, pozwalam sobie dać upust mojemu natręctwu oraz stresowi, który powoduje dziś u mnie parowanie mózgu i lęk przed przyszłością, którą malowałam naiwnie w swej wyobraźni gdzieś w podróży poślubnej z Adamem M., dawnym opozycjonistą, a teraźniejszym wrogiem wszystkich sprawiedliwych i wierzących wiarą jedyną i nieomylną, prawie jak system mojego dzieciństwa, który to pan Michnik brutalnie mi przed nosem obalił, nie pytając nawet o zgodę wszystkich czynnych i biernych budowniczych tej świetlanej przyszłości, o której śpiewaliśmy od przedszkola….

Z braku otoczenia welonami, suknią ślubną, gromadką wielbicieli i z braku Adama M. w moim otoczeniu, zastanawiam się jak zainteresować Pana wpływową osobę mną, i to wcale nie w celach matrymonialnych, a w celach zdobycia miejsca pracy i zarobkowania innego niż żebry, popularne także w stolicy, aczkolwiek przepełnione zainteresowanymi, którzy nie posiadają komputera, internetu albo nie zakupili nigdy żadnej z gazet, i nie mają tyle tupetu co ja. A na ten tupet pracuję już prawie 42 lata i nareszcie go trochę uzbierałam.
No ja mogę się przynajmniej powołać na Adama M. Ale w zasadzie każdy może.

Pogoda więc dziś ładna, gorąco, a ja czytam w cieniu, nie pod lipą, a na tyłach wieżowca Saskiej Kępy, o tym, ile niebezpieczeństw czyha na człowieka, który pragnąc ochraniać środowisko, albo z braku biletu autobusowego, ewentualnie zostawszy bez auta po kilku minutach jazdy po polskich drogach i totalnej jego kasacji, wybrał się po napój orzeźwiający lub warzywa na rowerze.
I znowu krew we mnie zawrzała i jednocześnie żal mi się zrobiło człowieka, bo sama nie wiem, czego mam się bać bardziej na ulicach i chodnikach, rowerów czy samochodów, i których pojazdów, w którym miejscu bardziej. Nie zorientowałam się bowiem, czym, gdzie, zezwala się jeździć i parkować, albo czy są co do tego jakiekolwiek przepisy, i czy ktoś z moich rodaków o nich słyszał lub zapoznał się z nimi.

Sama o mało nie zostałam dziś rozjechana przez szczęśliwą matkę z maleństwem ulokowanym w okolicach kierownicy roweru, jadącą wprost na mnie z przeciwka na pasach dla pieszych. W ostatniej chwili udało mi się zawołać: „Jezus Maria!”, to taki odruch bezwarunkowy, i usłyszeć jej zmieszane: Przepraszam! Dzieciątko nie zauważyło, że o mały włos, a całe i zdrowe by nie przeżyło.
Nie raz udało mi się szczęśliwie uniknąć zderzenia z pędzącym po chodniku rowerem, ale też udało mi się żadnego nie rozjechać autem, co nie jest jak się dowiaduję z prasy i obserwacji, oczywiste.

To co się dzieje na polskich drogach i ulicach jest w moim odczuciu straszne. Uważam, że jednym z ważniejszych tematów, jakie należy poruszać na co dzień, jest edukacja społeczeństwa, co do ruchu na drogach i chodnikach. Jest strasznie i mam odczucie, że jeszcze długo nie będziemy na drogach czuli się w miarę bezpiecznie. Tak jak można się czuć na przykład w Niemczech. Mieszkając tam przez ponad 10 lat, nie widziałam na własne oczy tylu wypadków i miejsc po nich, co w Warszawie w ciągu tygodnia. Obserwując zachowanie naszych rodaków na drogach i chodnikach, boję się, ogarnia mnie smutek i oburzenie.

Chciałabym wielu obserwowanym zachowaniom powiedzieć „NIE”.

Z poważaniem

Joanna Krupińska

Warszawa, 20.01.09

Szanowny Panie Redaktorze Urban,

Z głębokim żalem donoszę, że podejrzany, a nawet oskarżony w tej sprawie red. Michnik mnie nie chce. Jego zaloty muszę uznać raczej za wymysł czyjejś chorej wyobraźni na jaźni.
Jednak mgr Michnik doniósł mi, iż Pan poszukuje narzeczonej, kogoś, kto odwiedziłby Pana w domu starców i przyniósł jabłko, a nawet obrał, czy utarł oraz potrzymał w gorączce przy rączce.
Więc ja się ubiegam niniejszym o to stanowisko. Tym bardziej, że przeczytałam wczoraj w pewnym brukowcu o Pana całym życiu płciowym (bardzo smutne), które, jak wynika z opisu, przeleżał Pan pijany w hotelach, albo wyśmiewany przez prostytutki. Żal mi się Pana zrobiło. Żony dostawały bólu głowy zaraz po ślubie na Pana widok i wybrały grę w piłkę nożną z Felą. A Olejnik wyparła się Pana po przejażdżce samochodem mimochodem. Mało się nie popłakałam. Z kim Pan miał do czynienia, Panie Jerzy? Czy nie poznał Pan na swojej drodze porządnej kobiety z syndromem Matki (Teresy)? Takiej opiekunki biednych i bogatych, dającej z siebie pociechę, uciechę tudzież nie gardzącej grzechem rozpusty?
Oto ja. Piszę do Pana, ponieważ gdyż szukam bogatego faceta, w celu umilenia mu tych paru chwil za pieniądze. Mogę także sprzątać nago (w okresie letnim), prowadzić (bardzo dobrze) samochód i podwozić panią Olejnik, nie wystraszając jej.
Mogę chodzić po zakupy. Uszczęśliwię Pana od nocy do rana. A z portfela wyjmę jak uczciwa kobieta, parająca się najstarszym zawodem świata, tylko kwotę wcześniej z Panem ustaloną, czyli wszystko. Na jabłka i zakupy Pan dołoży.
Umiem także 3 języki obce i jeden po rodzicach, oraz jeszcze jeden po tatusiu. Więc zabawię Pana rozmową. Piszę wiersze, bardzo ładne. Śpiewam, szydełkuję, umiem wszystko (matematykę na 3+, a fizykę na 3=), tylko roboty nie mogę znaleźć, więc szukam.

Błagam Pana o pomoc! Może się do czego przydam? Aby nie na mrozie. To już wolę wole pod pierzyną. Albo długie spacery po Pańskiej bezludnej wyspie. Może się sobie spodobamy.

Mam dziecko, które wykarmić muszę. A mleka już nie daję! Co ja zrobię?

Pozdrawiam,

Joanna K.

W okolicach Świat Bożego Narodzenia próbowałam się dodzwonić do dwóch panów,
których nazwiska kojarzą mi się ze Stanem Wojennym, Solidarnością, bohaterstwem, kłamstwem i zdradą oraz milionami…, bo właśnie te słowa występują na przemian we wszystkich wypracowaniach, związanych z nimi, które udało mi się przeczytać.
Dzień dobry, mówi…, czy mogłabym rozmawiać z panem redaktorem….?
„Szefa nie ma”, usłyszałam od sekretarki, czyli pierwszej damy po szefie w firmie i biorąc pod uwagę sposób wyrażania się pani na tym vice ważnym stanowisku chyba co najmniej w Państwie lub na świecie.
„Ale w jakiej sprawie? Może ja mogłabym pani pomóc?”, zaskoczyła mnie pani przy telefonie swą rezolutnością. Przecież ja do tej pani nie dzwonię, lecz do szefa. Zadzwonię później.
Później szefa też nie było, i dowiedziałam się, że nie ma zamiaru być być może przez dzień cały! Pani zagadnęła znowu coś o pomocy, i naciskała na mnie grzecznie w celu wydobycia jakichś zeznań na temat tego, po co dzwonię, tym bardziej, że wysyłałam także
e-maile, co pani sekretarka odnotowała z lekkim zarzutem…!
Zastanawiam się, czy w kraju demokratycznym obywatel X ma prawo zadzwonić do jakiejkolwiek osoby na stanowisku zwanym: SZEF-em. I dlaczego panie sekretarki nazywają Redaktora Naczelnego zwykle nie n.p. pan/redaktor Michnik czy pan/redaktor Urban.
Nie. Taki pan to szef. A one bronią jak lwice dostępu do szefa, dobra powierzonego w ich ręce na dobre i na złe… telefony oraz e-maile…., których częstotliwość i treść najchętniej kontrolowałyby same, albo ostatecznie ograniczyłyby do oczekiwanego przez nich minimum.
„Pani dzwoni co kilka minut…” Godziny mylą się paniom z minutami, a ich praca czasami z własnym widzimisię… Widać czas im nawet bez szefów na robocie szybko zlatuje…
No, bo kto to słyszał, żeby sobie tak do SZEFA dzwonić i pisać, kiedy komu dusza zapragnie. Na szczęście szefów, każdy z nich ma odpowiednik królewskiego Smoka Wawelskiego w postaci uroczej pani, ostatniej wojowniczki o wolność szefa. I nie łatwo znaleźć odpowiednią owieczkę, którą połkną, by do szefa dopuścić….
W Niemczech nie słyszy się słów: Der Chef ist nicht da…., czyli: Szefa nie ma. A co najwyżej Herr – Pan X, Y, Z ist nicht da, czyli nieobecny. Nie słyszałam także po angielsku: The boss is not here. A raczej, że Mr XYZ… jeszcze nie dotarł lub będzie później….
Szef w Polsce to słowo prawie święte. Szef – drugi po Bogu, a za nim zaraz pani sekretarka, jego prawa i lewa ręka, która zrobi i załatwia dla niego prawie wszystko! Nawet jego sprawy prywatne. I powinna wiedzieć wszystko, nawet o jego sprawach prywatnych, które to nawet tak wielcy ludzie jak szefowie miewają…

Zastanawiam się w jakim strachu muszą żyć szefowie, będąc szefami, kiedy wchodzą do biura i słyszą głos swoich sekretarek głoszący, że ich nie ma i nie będzie….